Natalka Suszczyńska

Depresja niejedno ma imię. W przedwojennej encyklopedii i mojej pamięci widnieje na absurdalnym kadrze obok wszelkich innych form powierzchni Ziemi, w sąsiedztwie zapadliska tektonicznego, grabenu i estuarium – ma się rozumieć, na samym dole. W tle piętrzą się kształty pozytywne: turnie, wulkany, płaskowyże i tym podobne. Ktoś, kto nazwał depresją zjawiska polityczne, ekonomiczne, a zwłaszcza z zakresu stanów psychicznych, posłużył się metaforą.

Maruda. Ta, która marudzi. Ta, która psuje zabawę – może i sobie, ale przede wszystkim innym. Ta, która zwraca uwagę na sprawy niemiłe, na sprawy, które chciałoby się przeoczyć, przemilczeć. Ta, która zwraca uwagę na siebie, która skupia się na sobie, zamiast wziąć się w garść, przejść do porządku dziennego, do kolejnego etapu. Gada. Nie daje spokoju: sobie, innym. Gada jeszcze raz o tym samym, w kółko obraca historie znane na pamięć, jakby z kolejnym okrążeniem liczyła na – co? Męczy. Irytuje.