Nowy Teatr w Warszawie

Ludyń istnieje i diabły pewnie też. Tekst Iwaszkiewicza napisany w 1943 roku był próbą opisania źródeł zła, które tkwi w każdym człowieku. Siła charakteru pozwalająca budować hierarchię społeczną, ustanawiać relacje może być nadużyta. Może przekroczyć naturalne granice integralności drugiego człowieka. 

Wtedy rodzi się zło. 

„To bardziej koncert niż teatr” – rzucił kolega po obejrzeniu Maliny. Przedstawienie Marty Malikowskiej miało właśnie premierę w warszawskim Teatrze Studio, choć od pierwszej premiery – w Instytucie Teatralnym – minął już ponad rok. Spektakl stworzony w ramach instytutowego programu „Placówka nowego teatru” po premierze został zagrany ledwie kilka razy. Dobrze więc, że na stałe wszedł do repertuaru Studia. Grany jest w Malarni na strychu, a – w soboty i niedziele – pokazywany był jako popołudniówka, o 17:00.

Planowaliśmy tę rozmowę jeszcze przed pandemią. I chyba wtedy wyglądałaby ona nieco inaczej. Co się u was zmieniło w myśleniu o katastrofie klimatycznej?

Po co powstają takie spektakle, dla kogo są i czy faktycznie warto było wytrwać do końca? Wiele osób poległo, niejedna redakcja ma problem z tym, by ktokolwiek o gościnnym pokazie Trzech epizodów z życia Markusa Öhrna (2019) w warszawskim Nowym Teatrze napisał – recenzentki i krytycy co prawda byli, ale wytrwali tylko przez pierwszą część, być może drugą. Sam wytrzymałem do końca wyłącznie z przekonania, że takie spektakle muszą jednak dokądś zmierzać, muszą mieć jakąś puentę, która zmieni rozumienie całości. I taka puenta rzeczywiście jest.

Expiria to solo Agnieszki Kryst, współtworzone przez zespół kobiet – Agatę Siniarską (dramaturgia), Agatę Skwarczyńską (kompozycja przestrzeni, reżyseria świateł) i Justynę Stasiowską (kompozycja dźwięku).

Wstyd w reżyserii Małgorzaty Wdowik nie jest heroiczną opowieścią o przełamywaniu barier klasowych i imponującym awansie społecznym zwieńczonym sukcesem w neoliberalnym rozumieniu. Nie jest próbą przepisania Powrotu do Reims na lokalny kontekst, chociaż reżyserka czytała książkę Didiera Eribona i dała ją do przeczytania swojej matce. Nie jest historią pozbywania się toksycznego pierwiastka wstydu stojącego na drodze do pełni szczęścia. I nie jest spektaklem resentymentalnym. 

Może to tylko mój wiosenny nastrój, ale wydaje mi się, że w Silenzio! w choreografii Ramony Nagabczyńskiej, choć owszem spektakl dotyka tematu ujarzmiania głosu kobiet (jak zapowiadała artystka), równie silną ramę stanowi dla przedstawienia dramaturgia umierania. W tonie makabreski, w stylistyce pastiszu, niby na niby, ale przecież przejmująco i miejscami poza granicami tego, co bezpieczne czy komfortowe do pokazania w teatrze. Widzieliście kiedyś scenę rodzenia łożyska?

„Wróćmy do myślenia o prokreacji w kontekście społeczeństwa, a nie czegoś ograniczonego do życia prywatnego rodziny nuklearnej. […] Stwórzmy multiseksualne, wielopłciowe technologicznie wspomagane plemiona rodzicielskie obejmujące troje, czworo lub więcej osób”