zrzut_ekranu_2026-05-14_160052.png

Świat w obrazach
Z Joanną Żółkowską rozmawia Michał Smolis
Po ukończeniu studiów w warszawskiej PWST zostałaś zaangażowana do Starego Teatru w Krakowie, gdzie zetknęłaś się po raz pierwszy z Andrzejem Wajdą. Weszłaś w pracę z marszu, musiałaś przygotować zastępstwo za Elżbietę Karkoszkę w roli Marii Szatow w adaptacji Biesów Fiodora Dostojewskiego, legendarnym dziś przedstawieniu Starego Teatru1. Jak wyglądało pierwsze spotkanie prawie debiutantki z tym reżyserem?
Nikt się ze mną nie spotkał. Rano odebrałam telefon, że wieczorem tego dnia mam zrobić zastępstwo. Wzięłam udział w jednej próbie przed samym przedstawieniem i wyszłam na scenę. Rola, nieduża, ale dramatyczna, zaczynała się od rozpaczliwego pukania do drzwi, za którymi stał mój mąż Iwan Szatow, grany przez Aleksandra Fabisiaka. On pytał: „Kto tam?”, a ja odpowiadałam: „Maria Szatow”. Z tremy zapomniałam jak nazywa się moja bohaterka. Wiedziałam, że nie wejdę na scenę, ponieważ on mnie nie wpuści, dopóki nie powiem mu kim jestem. Wreszcie, w desperacji, wykrzyczałam: „Ja!” Dopiero potem usłyszałam podpowiedź suflerki. Wchodziłam w sam środek bardzo dramatycznej sceny, a już na samym początku zdarzyło się coś bardzo komediowego.
Oczywiście, znałam przedstawienie. Widziałam Biesy jeszcze jako studentka na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Kiedy znalazłam się w zespole Starego Teatru, obejrzałam je ponownie, ponieważ uważałam je za wyjątkowe dzieło, które uwiodło mnie w sposób doskonały. Doceniłam wkład scenografki Krystyny Zachwatowicz w teatr Andrzeja Wajdy, kiedy „ubrudziła” brunatnoszarym błotem przestrzeń, część rekwizytów i kostiumów.
Czy Wajda widział Twoje zastępstwo? Skomentował je, podziękował za uratowanie przedstawienia?
Jego gotowe przedstawienia kontrolowali już asystenci. Nie mógł mnie więc pamiętać z tej współpracy, ale my się i tak wkrótce poznaliśmy. Wzięłam udział w zdjęciach próbnych do Wesela (1973), brano mnie pod uwagę do roli Haneczki lub Kasi. Nie traktował mnie więc jak anonimowej aktorki, kiedy angażował do kolejnej roli.
Tą rolą była Louise w inauguracyjnej premierze dyrekcji Zygmunta Hübnera w Teatrze Powszechnym, czyli Sprawie Dantona Stanisławy Przybyszewskiej2. Louise jest potrzebna do określenia takiego Dantona, którego grał Bronisław Pawlik: chciwego, pazernego karierowicza. Twoja interpretacja Louise ogrywa małość rewolucyjnego przywódcy. Rodzina sprzedała ją jako nieletnią dziewczynę, obowiązki małżeńskie były wymuszane gwałtem, dlatego Louise nienawidzi Dantona szczerze i otwarcie. Kiedy nabiera pewności, że jego dni są policzone, nie kryje satysfakcji. Lucille (Grażyna Marzec), żona Camille’a Desmoulinsa (Olgierd Łukaszewicz), próbuje ją wciągnąć w łańcuch pomocy oskarżonym, ale Louise jest kompletnie obojętna. Bardzo ciekawy materiał dla młodej aktorki.
Byłam najmłodsza w tym zespole i bardzo młodo wyglądałam, to była po prostu rola dla mnie.
Czy Louise rzeczywiście nie miała żadnych uczuć w stosunku do starego męża poza pogardą i nienawiścią?
Żadnych.
Nie szukałaś przesłanek, które mogły usprawiedliwić takie zachowanie? Nie próbowałaś pokazać jej jaśniejszej strony, żeby zyskała bardziej ludzki wymiar?
Nigdy nie przyszło mi do głowy to, o czym myśli większość aktorów, czyli obrona postaci. Po co? Żeby mnie lubili? Jakie to ma znaczenie? Zło może być fascynujące. Dlatego w tej roli nie szukałam żadnego drugiego dna, szukałam tylko zemsty.
Powiedziałeś, że Danton Pawlika był chciwy i pazerny, ale ja – jeszcze bardziej. To ja rządziłam Dantonem, a nie on mną. Na palcu nogi nosiłam wielki pierścień z diamentem. Ten rekwizyt – wymyślony chyba przez Krysię Zachwatowicz – opowiedział o mojej postaci wszystko. Już wiedziałam, jak to mam grać. Siedziałam sama na wielkim łożu, dokoła którego Pawlik najpierw biegał, a potem ciągnął mnie przez całą szerokość za nogę z pierścieniem.
Świadomie ogrywaliśmy ten rekwizyt, jednak brutalność Pawlika nie znała granic. Pewnego dnia przed przedstawieniem powiedziałam mu, że jeżeli nie przestanie wyrywać nogi z mojego biodra, to go zabiję. Uspokoił się. Pamiętam też, że dostawałam największe brawa po tej scenie.
Czy Wajda pomagał ci w interpretacji roli?
Z ręką na sercu, nie przypominam sobie żadnych rozmów o roli przy Sprawie Dantona. Nie robił żadnych analiz psychologicznych, ale aktorzy uwielbiali z nim pracować, ponieważ dawał nam ogromną wolność. Równocześnie wiedzieliśmy, co jest w roli najważniejsze.
A skąd wiedzieliście?
Wajda podsuwał kierunek działania. Wyszłam na scenę i zaczęłam próbować. Pamiętam, że obserwowałam z ciekawością, jak on – prawie nie dotykając samej materii – lepił fascynujące sceny. U Wajdy niezbyt wyraziści aktorzy nagle zaczynali istnieć na scenie. Potrafił ich uruchomić. Taką samą zdolność miał Konrad Swinarski.
Z czego to wynikało u Wajdy?
On był przede wszystkim malarzem, który musi zawrzeć na kawałku papieru sytuację, uchwycić samo jądro zdarzenia. Chciał opowiadać o świecie przez obraz. Obejrzałam kiedyś wystawę prac Andrzeja Wróblewskiego, jego przyjaciela z czasu studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wajda sam mówił o tym, że nigdy nie osiągnąłby tego w malarstwie, co Wróblewski, więc zrezygnował z ASP i wybrał szkołę filmową.
Niedawno oglądałam ponownie Popiół i Diament (1958) i przedstawienie Bigda idzie! (1999) w Teatrze Telewizji. To jest nadal żywe, bardzo gorące, w ogóle się nie zestarzało, dlatego że w obu dziełach buzują ogromne emocje. To jest zasługa aktorów, których reżyser umiał zaangażować w życie wewnętrzne granych postaci.
Na kolejne spotkanie z Wajdą czekałaś ponad dekadę. W 1988 roku wyreżyserował w Teatrze Powszechnym Pannę Julię Augusta Strindberga, naturalistyczny dramat o walce klas i wojnie płci.
Jeżeli wierzyć opinii profesora Lecha Sokoła, skróty dokonane przez Wajdę zubożyły całość, redukcja tekstu zaowocowała płaską fabułą o upadku panienki i niesprawiedliwych stosunkach społecznych, ale Sokół wyróżnił w recenzji twoją rolę Krystyny:
„Aktorka umiała od pierwszej sceny zaprezentować godność kucharki, która żyje w ciasnym, ale starannie uporządkowanym i zhierarchizowanym świecie. Ostry i wielki przedział odgradza ją od panienki i pana hrabiego, mniejszy, ale również starannie wymierzony, oddziela od stajennego czy świniopasa.
Dumne gesty, jasna świadomość własnej wartości czynią słusznie z Krystyny Joanny Żółkowskiej swego rodzaju hrabiankę warstw niższych.
Jej ograniczoność, ciasnota jej moralności, jej pewność siebie i aktywność w każdej sytuacji stanowią kontrast dla niepewności i rozdarcia Panny Julii. Co bardzo ważne, Krystyna jest postacią komiczną, nie tylko dla kontrastu z Panną Julią.”3
Profesor Sokół opisał dokładnie to, czego wymagał ode mnie Wajda.
„Hrabianka warstw niższych”, Wajda konsekwentnie widział ciebie w postaciach z ludu. Krystyna ma ledwie kilka scen, w których musi zarysować postać.
W pierwszej siedziałam przy stole z ręką podpartą w łokciu. „Tak trochę śpij” – powiedział reżyser. I już wszystko zrozumiałam. Dla Krystyny świat był prosty jak drut, w życiu kierowała się chłopskim rozumem. Amok przesilenia letniego, kiedy toczy się akcja sztuki Strindberga, jej w ogóle nie dotyczył. Grałam moralnie czystą, a tutaj na scenie obok mnie działo się jakieś kurewstwo.
Wchodziłam na scenę ze słowami: „Co tutaj tak naświnione?” i od razu dostawałam brawo i słyszałam śmiechy. „Naświnione” to słowo wymyślone na użytek przedstawienia. Na widowni, w czasie prób, cały czas siedział obok Wajdy tłumacz Zygmunt Łanowski, który poprawiał przekład. Wajda lubił wynajdywanie takich nowych słów.
zrzut_ekranu_2026-05-14_161747.png

Czy ten kontrast komicznej Krystyny z tragiczną, zmysłową Panną Julią, graną przez Krystynę Jandę, reżyser świadomie wygrywał? Rozmawialiście o tym na próbach?
Z Wajdą w ogóle nie rozmawiało się na próbach o niczym. „Zagrajcie mi to pięknie” – prosił i tyle.
Krytyk Jacek Sieradzki zauważył:
„(...)widzowie śmiali się do rozpuku, jak na najprzedniejszej krotochwili. Śmiali się w części, którą trudno by choćby częściowo nazwać radosną: w sekwencjach bliskich finałowi, dosłownie kilkanaście kwestii przed użyciem brzytwy. Być może zbyt mocno rozbawiła ich grającą Krystynę Joanna Żółkowska, która w uniesieniach świętym oburzeniem komicznie nadymała policzki.
Tak czy tak, żywiołowa wesołość sali trwała grubo za długo: objęła także tę żałosną, dramatyczną scenę, w której Panna Julia upokarza się przed obojętniejącym Jeanem, wyplatając rozpaczliwie marzenia o ich przyszłej, wspólnej egzystencji.
Współczułem Krystynie Jandzie, która najwyraźniej w tym właśnie chaotycznie-histerycznym monologu upatrywała dramatyczną kulminację roli; wesołość sali musiała być dla aktorki czymś porównywalnym z zabiegami na odkrytym nerwie.”4
Czy czujesz się winna opisanej sytuacji?
Krysia Janda długo nie czuła tej roli, ciągle szukała, nie mogła wejść do końca w postać, sama o tym mówiła. Mariusz Benoit w roli Jeana bardzo się starał, ale tak rozłożyły się siły w tym przedstawieniu, że zgarniałam całą pulę.
A może po prostu „poszłaś po swoje”?
W jakim sensie?
Kiedy aktorzy odwołują się w swojej pracy do tego, co gwarantuje im murowany poklask i uznanie publiczności. Szczególnie dotyczy to aktorów z vis comica.
W ogóle o tym nie myślałam. Chciałam zagrać tak, jak sobie to wyobrażałam. Nie mam w zwyczaju umizgiwać się do publiczności. Wprost przeciwnie, uważam, że widza trzeba „traktować z buta”. On to lubi.
Po kameralnym dramacie Wajda powrócił do wielkiego widowiska w 1990 roku, przy okazji premiery Romea i Julii Williama Shakespeare’a w nowym przekładzie Stanisława Barańczaka5. Znowu obsadził cię w roli postaci z ludu – Marty, piastunki Julii; znowu korzystał z twojej vis comica w kontraście do postaci subtelnej, wrażliwej Julii, granej przez Joannę Szczepkowską. Chwaląc twoją rolę Wanda Zwinogrodzka napisała: „Trywialna w ruchach, ostentacyjnie obnosi swe prostackie poczucie godności, nieodparcie komiczna brakiem inteligencji, objawianym na najróżniejsze sposoby”6.
Wajdzie nie wypadało odmówić, ale bardzo nie chciałam tej roli grać. Czy ktokolwiek mógłby uwierzyć, że wykarmiłam własną piersią Joasię Szczepkowską? Uważałam też, że Marta jest typem grubej baby z wielkimi cycami. Ja taka nie byłam. Z pomocą przyszła po raz kolejny niezawodna Krysia Zachwatowicz, która zaprojektowała dla mnie monstrualny kapelusz. Kiedy go nałożyłam, wiedziałam już, co mam grać i nawet polubiłam tę rolę.
Co dał ci ten kapelusz?
Moja postać chciała być panią. Owszem, znała swoje miejsce na społecznej drabinie, ale czuła się ważna, a ten kapelusz to podkreślał.
Samo przedstawienie nie do końca się udało z powodu niezbyt trafionej obsady. To ewenement w przypadku Wajdy, który miał genialną intuicję do aktorów.
W tym czasie Wajda pełnił funkcję twojego dyrektora. O objęcie tej posady prosił go zespół Teatru Powszechnego po śmierci Zygmunta Hübnera. Nie zagrzał długo miejsca, ale czy zostawił w Tobie ślad jako dyrektor?
Nie wiedzieliśmy długo kto mógłby zapełnić wyrwę po zmarłym, w końcu zwróciliśmy się o pomoc do Wajdy. Nie odmówił. W Teatrze Powszechnym znajdowały się dwa gabinety: dyrektora administracyjnego po lewej, a po prawej – Hübnera. Pośrodku siedziała sekretarka. Zapytała Wajdę, który gabinet zajmie. Nie wybrał żadnego. „Ja tu w ogóle nie będę siedział” – oświadczył i dotrzymał słowa. Nie widział siebie w bezruchu, to nie leżało w jego naturze. Całe życie spalał się w aktywności. Nie przypominał urzędnika za biurkiem, ale generała na froncie.
- 1. Fiodor Dostojewski Biesy, Stary Teatr, Kraków, reż. Andrzej Wajda, premiera 29 kwietnia 1971.
- 2. Stanisława Przybyszewska Sprawa Dantona, Teatr Powszechny, Warszawa, reż. Andrzej Wajda, premiera 25 stycznia 1975.
- 3. Lech Sokół Zawiedzione nadzieje, „Teatr” 1988, nr 4.
- 4. Jacek Sieradzki Dlaczego u nas nie ma zabawy?, „Dialog” nr 9/1988
- 5. William Shakespeare Romeo i Julia, Teatr Powszechny, Warszawa, reż. Andrzej Wajda, premiera 7 kwietnia 1990.
- 6. Wanda Zwinogrodzka Poezja i groza, „Gazeta Wyborcza” nr 126/1990.

