zrzut_ekranu_2026-09-02_180707.png

Pocztówka z Podlasia
W dyskusjach o Podlasiu już dawno nauczyliśmy się separować realne miejsce, w którym żyjemy wraz z jego problemami, takimi jak demograficzna zapaść, kryzys usług publicznych czy susza, od miejsca z fantazji snutej w zbiorowej wyobraźni. Oddzielamy słodko-gorzki porządek rzeczywistości od porządku spektaklu. Ten drugi wytwarza pocztówkowy byt, który pozwala handlować sentymentem i nieukojoną ponowoczesną tęsknotą za światem prostym, lecz prawdziwym. Odkąd zapanowała na Podlasie moda, utowarowieniu i monetyzacji podlega przyroda i drewniana zabudowa, kultura materialna, tradycje muzyczne, a ostatnio nawet zaciąganie. To, co jest wymazywane z tej pocztówki, to mieszkańcy.
W południowo-wschodniej części województwa podlaskiego, które nie jest tożsame z historycznym Podlasiem, zamieszkują bowiem mniejszości. To przede wszystkim mniejszość religijna – prawosławna. Wyznawcy prawosławia najczęściej identyfikują się jako podlascy Białorusini, w mniejszym stopniu Ukraińcy albo w przednowoczesnych kategoriach jako tutejsza ludność ruska. W tym regionie znajdziecie także liczne wspólnoty protestanckie, sięgające korzeniami międzywojnia i dwie tatarskie wsie, stanowiące część archipelagu tatarskiego osadnictwa na terenach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dzisiaj większość tatarskich miejscowości z tego okresu znajduje się na terytorium Litwy i Białorusi.
Mimo że ta kulturowa złożoność to główny zasób, wokół którego budowany jest wizerunek regionu, ogrywany na licznych imprezach, festiwalach i festynach, w masowych, popkulturowych reprezentacjach Podlasia, ulega ona fascynującemu wręcz zatarciu. O ile jeszcze u Jacka Bromskiego w cyklu U Pana Boga za…1 , pionierskim dla kształtowania wyobrażeń o podlaskim sielankowym zadupiu, występuje kontekst prawosławia, to już w niedawnym netflixowym produkcyjniaku o emblematycznym tytule Podlasie2 doszło do całkowitego wymazania mniejszości z kulturowego krajobrazu. W prawosławnej scenografii (kapliczka, wnętrze chaty z charakterystycznym pokuciem) twórcy filmu zaspokajali fantazję polskiego widza o tradycyjnej, zżytej wiejskiej wspólnocie, o autentycznej swojskości.
Właściwie od początku procesów demokratyzacyjnych w latach dziewięćdziesiątych Podlasie wynajdowało siebie w języku wielokulturowości i pograniczności. Wystarczy pogrzebać w cyfrowych repozytoriach, by trafić na akademickich piewców tej wieloi międzykulturowości. W ich gronie znajdzie się na przykład były rektor Uniwersytetu w Białymstoku, Jerzy Nikitorowicz, który na przełomie wieków wykreował całe odgałęzienie pedagogiki międzykulturowej, zbudowanej na podlaskim doświadczeniu. W podobnym czasie na północy województwa powstał Ośrodek „Pogranicze ‒ sztuk, kultur, narodów” i Teatr Wierszalin, zafascynowany samozwańczym ruskim prorokiem z Grzybowszczyzny – Ilją. Gdy razem z transformacją i demokracją do Polski trafił koncept małej ojczyzny, Podlasie i Suwalszczyzna budowały swój nowy, demokratyczny wizerunek, konstruując z porozrzucanych cytatów narrację na miarę hiszpańskiej convivencii. Oglądając Podlasie, widzimy jednak wyraźnie, że podlaski dyskurs wielo- i międzykulturowy jest wytworem większości, że służył i służy definiowaniu tożsamości polskiej, katolickiej większości. Istnienie prawosławnych ruskich czy tatarskich muzułmanów może być rozpatrywane tylko w odniesieniu do tej większości.
Język bywa niesforny i potrafi czasami pokazać więcej, niż mówiący zakłada. W opisie historii Katedry Edukacji Międzykulturowej Uniwersytetu w Białymstoku czytamy: „Na spotkaniu naukowym zorganizowanym w 1998 roku w Białymstoku zwrócono uwagę na socjalne i religijne aspekty funkcjonowania grup odmiennych kulturowo”3. Zaraz, zaraz, co to znaczy „grup odmiennych kulturowo”? Odmiennych od kogo, od jakiej kultury? Intuicja podpowiada, że w podejściu wielokulturowym wszyscy jesteśmy „grupami odmiennymi kulturowo”, różnimy się między sobą, co nie rujnuje codziennego współistnienia ani naszej wspólnoty politycznej. Ale w języku adeptów międzykulturowości istnieje jakaś nienazwana grupa z uprzywilejowanym locus standi, spoglądająca na inne ‒ odmienne kulturowo. Nie pada tu nazwa żadnej grupy narodowej czy etnicznej, poza Romami. Tak już pozostanie. Dyskurs wielokulturowości sprytnie neutralizuje bowiem poszczególne kultury, pozbawia je autonomii i politycznego sprawstwa. W podlaskiej wielokulturowości wszystko należy do wszystkich, zacierają się korzenie, nie ma historii ani geografii. Twórcy międzykulturowości zakładają bowiem, że co prawda kultura jest czynnikiem różnicującym, ale na szczęście „staje się jednocześnie podstawą do jednoczącego porozumienia”. To stwierdzenie definiuje automatycznie rolę edukacji, która ma przede wszystkim łagodzić problemy współczesnego świata, które manifestują się „w przejawach lokalnej codzienności”. W takiej dziwacznej konstrukcji międzykulturowości mamy bliżej niezdefiniowane kultury odmienne, a edukacja międzykulturowa ma za zadanie zwalczać ten antagonizm w jego codziennych przejawach. Zjednoczenie kultur za wszelką cenę.
Opresyjny charakter tego dyskursu został już dawno zidentyfikowany przez środowiska mniejszościowe. Jego skutki zaś opisane między innymi przez Anetę Prymakę-Oniszk w książce Kamienie musiały polecieć, która opisuje wypierane z publicznego pola napięcia między grupami narodowościowymi i etnicznymi, które w swojej morderczej logice ujawniło się w powojennej zawierusze. Ciekawsze jednak w tej książce jest zderzenie autorki z tym, jak autochtoniczną, prawosławno-białoruską mniejszość postrzegają sąsiedzi współcześnie. Prymaka-Oniszk dowiaduje się od nich bowiem, że jej przodkowie to Rosjanie, którzy zostali osiedleni na Podlasiu przez cara, na miejsce wywiezionych na Syberię powstańców styczniowych. Rozmówcy konstruują tę różnicę także na poziomie antropomorficznym, twierdząc, że ci rzekomi Rosjanie różnią się wyraźnie wyglądem i budową ciała. To relacje zebrane w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, w tym samym czasie, kiedy jednym ze sztandarowych projektów kulturalnych województwa podlaskiego jest sławiący wielokulturowość regionu festiwal Oktawa Kultur. „Magia Podlasia” jako wizerunkowy i turystyczny produkt cierpi bowiem na ten paradoks, że opiera się na nucie egzotyki, wynikającej z tworzonego przez Innego krajobrazu i dziedzictwa kultury – drewnianych cerkwi i meczetów, zwartej drewnianej zabudowy wsi czy białego śpiewu, ale sam Inny jest w tym krajobrazie niepożądany, bo dominująca tożsamość polska zbudowana jest na antagonizmie wobec tego Innego. Wprost wyraża to książka Ślachta Macieja Falkowskiego, którą autor promował zdjęciami z prawosławnych Plutycz, a w jej treści pisał:
Opowieści dziadków i pradziadków o Ruskich i bolszewikach były tak przejmujące i tak przepełnione emocjami, że na trwałe zakodowały negatywny obraz Rosji w mojej głowie. […] Tak jest ze stosunkiem do Rosji w północno-wschodniej Polsce. Może z wyjątkiem prawosławnej Białostocczyzny. Choć tamtejsi nie utożsamiają się ze współczesną Rosją, gdy zagrasz im Katiuszę albo Biełyje rozy, nie są w stanie powstrzymać wzruszenia, zwłaszcza gdy leje się samogonka.4
W wielokulturowej podlaskiej utopii czai się więc jeśli nie wrogość, to co najmniej podejrzliwość. Gdy w 2022 roku Rosja otwarcie napadła na Ukrainę, często byliśmy pytani, w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, czy prawosławna podlaska mniejszość nie jest przypadkiem rosyjską piątą kolumną. Rzeczywiście w tym środowisku można spotkać się z innym ramowaniem wojny rosyjsko-ukraińskiej, która postrzegana jest w pierwszej kolejności jako tragedia prawosławnej wspólnoty, w której odgrywają rolę także siły zewnętrzne, zachodnie. Podejrzenie o brak lojalności politycznej, czyli państwowej było jednak mocno na wyrost. Przedstawiciele mniejszości pracują na publicznych posadach, służą w różnych formacjach, robią kariery w polskim wojsku. Odpowiadając na to pytanie, zazwyczaj tłumaczyliśmy, że poziom prorosyjskich sympatii nie jest w naszym regionie jakoś szczególnie większy niż średnia dla polskiego, katolickiego społeczeństwa, które przypisuje sobie dumnie antyrosyjskość wyssaną z mlekiem matki. W tym kontekście na ironię zakrawa fakt, że zaledwie trzy lata później, w wyborach prezydenckich w 2025 roku, kandydat Grzegorz Braun, polityk o nastawieniu wybitnie prorosyjskim, odwołujący się do fundamentalistycznej wizji katolicyzmu, najwięcej głosów zdobył właśnie na południowym Podlasiu (powiat bialski, województwo lubelskie), gdzie tożsamość opiera się na oporze przeciwko rusyfikacji i rosyjskiej cerkwi prawosławnej, która przemocą próbowała nawracać tamtejszych unitów.
Jednak to obecność mniejszości, a zwłaszcza próby zaznaczenia przez nią swojego miejsca w przestrzeni publicznej generują silniejsze emocje. Prorosyjskość w grupie większościowej staje się uprawnionym poglądem, nawet jeśli przykrym i niepokojącym, prorosyjskość w wydaniu przedstawicieli mniejszości od razu projektowana jest na całą grupę i wytwarza obawy o zdradę. Być może dlatego Polska po zrzuceniu komunistycznego jarzma natychmiast zaczęła produkować międzykulturowy stres. Zbankrutowany i dogorywający socjalizm został zastąpiony przez „zmieniający się świat”, którego czynnikiem było zróżnicowanie kulturowe. Gdy okazało się, że w Polsce mieszkają mniejszości narodowe i etniczne, należało je pilnie zintegrować. Różnica kulturowa nie może być pozostawiona sama sobie, trzeba się nią zaopiekować, najlepiej instytucjonalnie. Musiała zostać zdiagnozowana i opisana, by nie stanowić źródła zagrożenia społecznego. W ten sposób różnica kulturowa nabrała cech czynnika stresogennego. Pedagogika międzykulturowa jako podlaski wytwór, czytana przez pryzmat pism Petera Sloterdijka staje się państwowym mechanizmem naładowywania pola stresu społecznego. Oznacza to, że podlaski dyskurs międzykulturowy był jednym z kluczowych dyskursów państwotwórczych i w tym sensie przemocowych – jeśli oczywiście zgodzimy się z niemieckim filozofem, że społeczeństwo jest niczym innym jak uwspólnionym polem stresu, wspólną troską.
Podlaska wielokulturowość jest więc przedziwna, bo w swojej wielości jest homogeniczna, utarta na jednolitą masę, w której jak rodzynki trafiają się ikony, krajki, białoruskie słowa, puste synagogi czy tatarska kuchnia. Polska kultura obraża się, gdy zarzucić jej zawłaszczanie tych elementów, nie chodzi jednak o samą apropriację, kulturowe zapożyczenia, które można traktować jako podstawową strawę każdej twórczości, literackiej, kulturalnej i artystycznej. Nie mamy złudzeń, że można te procesy powstrzymać, podobnie jak nie da się powstrzymać cyfrowego kapitalizmu, który rozmienia podlaską złożoność na drobne. Chodzi jedynie o uczciwe wskazanie źródeł i autorów.
- 1. Cykly U Pana Boga za piecem (1998), U Pana Boga w ogródku (2007), U Pana Boga za miedzą (2009). i U Pana Boga w Królowym Moście (2024).
- 2. Podlasie, reż. Łukasz Kośmicki, Netflix Polska 2026.
- 3. Strona internetowa Katedry Edukacji Międzykulturowej, następne cytaty tamże.
- 4. Maciej Falkowski Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024, wydanie elektroniczne.

