budziszewska_zdjecie_adam_kaulbar_1.jpg

Nie zadręczać się nadzieją
Magda, znamy się nie od dziś, pozwól, że na początek zadam ci brutalne pytanie: czy nie jesteś już zmęczona nadzieją, podtrzymywaniem nadziei, „mieniem” nadziei, przymusem nadziei?
A kto powiedział, że mam nadzieję? Ja tego z sobą nie ustaliłam. Nie mam nadziei w tym sensie, że jej nie czuję, nie przeżywam, i też nie do końca umiałabym – na pewno nie w sposób przekonujący dla samej siebie – obronić intelektualnie, racjonalnie, konceptu nadziei na jakąś znośną przyszłość naszej planety. Z tym, że ja i bardzo wiele osób nie poddaliśmy się w sprawie pamiętania o zmianie klimatu i myślenia, co tutaj można najlepiej zrobić, gdzie spożytkować nasze siły i kompetencje. Paradoks polega na tym, że nie czerpiemy nadziei z naszych działań, ale nadal robimy to, co robimy, tak, jakbyśmy tę nadzieję mieli.
Sposoby przeżywania katastrofy są różne i są takie osoby, które potrzebują takiej nadziei w podstawowym sensie tego słowa i takie jak ja – ja nie zadręczam się nadzieją, godzę się na to, że nie muszę jej czuć, obnoszę swój egzystencjalny pesymizm z nutą pokory. Pokora dotyczy tego, że zawsze może się zdarzyć inaczej, niż się nam wydawało, że się wydarzy.
A więc „do not go gentle into that good night”?1
Jak jesteśmy w literackich klimatach, to przemawia do mnie coś, co nazywa się apokaliptycznym romantyzmem, a co pasuje do polskiego wzorca kulturowego: skoro walka jest przegrana, to tym bardziej będziemy stali na tej barykadzie do końca.
U mnie jest trochę tak, że ponieważ żyjemy w czasach polikryzysu, to różne lęki się wzajemnie neutralizują. Na przykład zagłada nuklearna wydaje mi się czasem łagodnym wymiarem kary dla ludzkości i szansą na uniknięcie powolnego smażenia się. Oczywiście trochę żartuję. Trochę.
Jest taka mało znana powieść C. S. Lewisa Z milczącej planety, w której istnieje planeta, gdzie panuje powszechna szczęśliwość i dobrostan, tylko jest tam pewna rzeka, w której żyją krokodyle czy inne groźne stwory i to daje ułamek procenta szansy, że można zginąć. Protagonista, zapytany, czemu tak jest, mówi, że bez tej możliwości śmierci nic by nie smakowało. W sensie życie nie miałoby wartości, gdyby nie możliwość śmierci.
Myślę o działaniu – o różnego rodzaju aktywizmie i pracy edukacyjnej, społecznej, naukowej – jako o minimalizowaniu cierpienia i minimalizowaniu ryzyka, może jako o rodzaju „damage control”, minimalizowaniu strat. Jeśli za cel postawimy sobie odwrócenie katastrofy klimatycznej i uratowanie świata, to taki cel może sparaliżować i wywołać poczucie bezradności, dlatego myślę o tym w perspektywie minimalizowania cierpienia i zarządzania kryzysowego. Kryzysy są mniejsze, jeśli są – jakkolwiek głupio to brzmi – dobrze zarządzane.
Na przykład?
Na przykład wojna w Ukrainie: wojna jest dramatem, tragedią, ale dzięki temu, że Ukraina ma sprawny system informatyczny, Ukraińcy mogą, mieszkając w Polsce, posłać dzieci do szkoły, załatwić dowód i sprawy urzędowe w telefonie.
I to jest przykład zarządzania kryzysem: on nie staje się przez to mniej dramatyczny, ale humanitarnie staje się odrobinę znośniejszy przez to, że nie skupiano się tylko na tym, czy się da czy nie wygrać wojnę z Rosją, tylko także na tym, co można zrobić, żeby opanować różne aspekty chaosu wywołanego tą wojną.
Więc myślę, że z klimatem i środowiskiem to jest trochę podobnie ‒ zawsze można się angażować na rzecz minimalizowania cierpienia. Zresztą, wiele osób, które osiem, dziewięć lat temu, były aktywistkami klimatycznymi, przerzuciło się na taką bardzo konkretną pomoc Ukrainie, wykraczającą nawet poza pomoc humanitarną. Ludzie dostarczają żołnierzom samochody, jeżdżą tam jako medycy. Myślę, że to wynika z jakiejś takiej potrzeby działania i reagowania na dramat egzystencjalny tam, gdzie się on wydarza, więc jeśli się wydarza w Ukrainie, no to jedziemy do Ukrainy, pomagamy Ukraińcom.
A nie sądzisz, że jest to też potrzeba, hmm… sprawczości? Tego, że możesz zobaczyć, jak twoja pomoc przydaje się realnie tu i teraz. A w przypadku walki z katastrofą klimatyczną to efekty tej walki są bardzo trudne do uchwycenia, opisania i zdefiniowania.
To pewnie też. Potrzebne są różne rodzaje działania, ale na pewno ludzie mówią, że jest łatwiej tam, gdzie da się coś zrobić dla konkretnego człowieka albo konkretnego miejsca. I rzeczywiście, w przypadku walki z katastrofą klimatyczną często odczuwamy bezsilność, dezorientację, pojawia się ta słynna depresja klimatyczna, która często łagodnieje po tym, jak się angażujemy w jakieś działanie.
O depresji klimatycznej, czyli solastalgii, zaraz sobie pogadamy, ale zostańmy jeszcze na chwilę przy tym działaniu. Co byś powiedziała dzisiaj osobie, która chciałaby „zacząć działać”? Jaki rodzaj aktywności byś jej poleciła? Bo mnie frustruje i dręczy właśnie ta myśl o (nie)użyteczności działania, męczy to, że angażujemy się – oczywiście jest mnóstwo sposobów na uprawianie aktywizmu klimatycznego – po to, żeby „zadziałać” nasz smutek, żebyśmy mieli co robić w katastrofie, ale tak naprawdę nasze działania nie mają żadnego sensu, żadnego skutku, ich efekt jest mizerny. Angażujemy się w lobbing, który jest nieskuteczny, w działania w sferze rozwiązań prawnych, które są ogromnie czaso- i pracochłonne, a rzadko kończą się sukcesem, chodzimy na protesty, które są olewane, albo organizujemy wykłady, na które przychodzi pięć osób.
Zacznijmy może od tych obszarów działania, które miałabym komuś polecić. Domyślasz się, że nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie, że ludzie mają bardzo różne możliwości i talenty i po prostu nie każdy może robić to samo i też nie każdy czuje to samo. Dla mnie oczywiste było zaangażowanie się w edukację, ponieważ pracuję na uniwersytecie i ze swoich kompetencji jestem nauczycielką i badaczką. No i w systemowe myślenie o edukacji, w szkolenie nauczycieli i edukatorów. Była to naturalna ścieżka ze względu na moje umocowanie w strukturach akademickich, możliwość oddziaływania na osoby wokół mnie, dostępne mi narzędzia.
Myślę, że niezależnie od formy aktywizmu ważne jest rozmawianie z ludźmi o katastrofie, niekoniecznie przekonywanie ich do czegoś, ale po prostu konsekwentne mówienie na ten temat, który jest maksymalnie wypierany społecznie. Ludzie są wrażliwi na takie informacje społeczne wokół siebie, więc to jest tak, że jak ktoś komunikuje w taki rzeczowy, cierpliwy sposób, że coś jest dla niego ważne, to ludzie się najpierw dziwnie patrzą i pytają, czy nie masz większych problemów w życiu, ale w końcu do nich dociera, że to jest poważna sprawa. Takie przegadywanie katastrofy jest też ważne dla nas samych, potrzebujemy rozmowy w czasie trudnych wydarzeń, w ten sposób rozwijamy swoje zdolności adaptacyjne, możemy uwspólnić wizje kryzysu i lepiej się do niego przygotować.
Czyli warto rozmawiać?
Jak się dobrze rozumie różne wątki i aspekty kryzysu klimatycznego, to zaczyna się też dobrze rozumieć, że bardzo potrzebna jest spójność społeczna i łagodzenie konfliktów, bo to co nas wykończy, to oczywiście nie tylko natura, ale przede wszystkim fakt, że pójdziemy między sobą na jakiś rodzaj wojny, wewnętrznej czy zewnętrznej. Więc ja uczę czegoś takiego, że lepiej współpracować niż rywalizować.
Co jeszcze?
Są osoby, które czują politykę i chcą w nią iść, są też osoby – i to mi się wydaje strasznie ważne ‒ obdarzone takim talentem artystyczno-literackim, które robią coś takiego, co się nazywa aktywizmem wyobraźni, albo po prostu myśleniem.
O nie! To mnie właśnie najbardziej frustruje, odpowiadanie na katastrofę za pomocą sztuki, czy to nie jest zabawa dla pięknoduchów i kulturalnych inteligentek, o zerowym wpływie społecznym?
Aktywizm wyobraźni wydaje mi się ważny z takiego powodu, że wyraża trochę inną przyszłość, może lepszą, ale potrzebujemy tego ćwiczenia wyobraźni, żeby się na tę przyszłość przygotować. Nie mamy gotowego schematu, co robić, jak to może pójść, może nie całkiem dobrze, ale trochę lepiej niż najgorszy scenariusz? Trudno będzie go wymyślać na bieżąco, więc te wszystkie rzeczy od solar punka do ekopoetyki, wszystkie te eksperymenty wydają mi się istotne i potrzebne. Ta wyobraźnia nie musi się koniecznie przekładać na społeczne nastroje, może być interesująca dla umysłów bardziej ścisłych, dla tych, którzy czują technologię, albo prowadzą badania naukowe, albo myślą o działaniu, albo myślą o uczeniu siebie i innych.
Trochę mnie pocieszasz… ale czy naprawdę organizowanie kolejnych konferencji naukowych na temat kryzysu wyobraźni ma sens dla kogoś, poza samymi uczestnikami?
Nigdy nie można przewidzieć, co okaże się użyteczne i sensowne, a co nie. Wiesz, rozwiązujemy trochę coś, co jest nierozwiązywalne, zasadniczo mamy jedną szansę na milion, więc rozwiązujemy to w ten sposób, że bardzo dużo ludzi, o różnych kompetencjach, angażuje się w to rozwiązywanie. To jest proces kolektywny, nawet jeśli większość tych pomysłów do niczego nie doprowadzi, połowa będzie zła, a trzy czwarte będzie wynikać z niewłaściwych motywacji. Tak się w gruncie rzeczy robi naukę – przełomowe rzeczy zdarzają się rzadko, a naukę uprawia się często dla pieniędzy, dla punktów, dla dziwnego prestiżu, jakiegoś narcyzmu. Niewielu jest geniuszy, a wielu rzemieślników. A jednak ten fakt, że nauka istnieje jako zbiorowa praktyka, jako miejsce pracy uprawdopodabnia, że pojawią się takie rzeczy, idee, pomysły, technologie, które potem, czasem dużo później, okażą się skuteczne, przydatne.
Kiedy jestem zniechęcona do współczesnej nauki, to zerkam w stronę humanistyki – może tam wyrosło coś ciekawego?
Wydaje mi się, że nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, co dzieje się w kulturze popularnej – ja odkryłam, że katastrofa klimatyczna jest częstym tematem czy elementem świata przedstawionego w audioserialach. Duże wrażenie zrobiła na mnie zwłaszcza Virga Martyny Butrym, z motywem przechodzenia przez kanion wyschniętej Wisły, albo Spalona ziemia Braci Oleksiak, gdzie susza jest elementem cynicznej rozgrywki politycznej.
Ewelina Szyszkowska swego czasu pisała popularne romanse, takie eko-harlekiny. Działo się w Kozienicach. Było tam bardzo dużo seksu, w sensie przystojny lokalny policjant, emerytowana bibliotekarka i jakby próbowała sobie tę rozmowę o problemach środowiska wyobrazić w zupełnie nieinteligenckich dekoracjach, w jakimś kontekście obyczajowym.
Katastrofa klimatyczna staje się częścią zbiorowej wyobraźni, mitologii i przedmiotem teorii spiskowych, które przetwarzają różne resentymenty. Oczywiście oświeceni ludzie powinni walczyć z teoriami spiskowymi, ale też się im przyglądać, bo wśród tej całej pulpy, w tych śmieciowych memach pojawiają się ciekawe intuicje na temat stanu świata pogrążonego w kryzysie. Na przykład: teoria o reptilianach albo kosmitach, którzy rządzą światem. Jeśli pomyślisz o definicji gatunku, jako o zbiorze osobników, które zamieszkują określoną niszę ekologiczną i rozmnażają się tylko między sobą, czyli dzielą wspólny los, no to rzeczywiście – istnieje pewna grupa, która nie rozmnaża się ze „zwykłymi ludźmi” i bardzo długo nie podzieli ich losu, czyli bardzo długo będzie w stanie unikać konsekwencji katastrofy klimatycznej.
Poczucie, że ze światem jest coś głęboko nie w porządku jest chyba powszechne i nie trzeba mieć do tego doktoratu z fizyki czy doświadczenia przykuwania się do drzew.
Solastalgii, czyli poczucia straty środowiska, domu, możemy doświadczać niezależnie od stanu wiedzy co do rzeczywistych przyczyn katastrofy. To jest percepcja niejako emocjonalna, „z brzucha”, z intuicji, które wiedzą czasem szybciej i lepiej niż głowa, co się dzieje w rzeczywistości. Ludzie często mają poczucie straty, obserwują degradację środowiska, choć nie do końca wiedzą, co i dlaczego się dzieje. Czują, że świat długo istniał w jakimś określonym kształcie i nagle to się rozpada. Jedna z moich studentek rozmawiała z emerytami i emerytkami na południu Polski, na przykład w okolicach Bielska-Białej i wśród nich powszechna była percepcja destrukcji środowiska i zmiany klimatu, choć bardzo często nie umieli tego nazwać prawidłowym językiem naukowym. Opowiadają: był las, nie ma lasu, był staw i wysechł. Czasem mieszali zjawiska – w sensie faktograficznym – na przykład smog ze zmianą klimatu, sadzę z dwutlenkiem węgla – wydawało im się, że go czują i duszą się nim.
Ludzie mają poczucie destrukcji, bycia okradanymi z towarzystwa przyrody i mają na ten temat różne przekonania, teorie, budzi to w nich smutek, ale i złość. Nastroje apokaliptyczne zrobiły się powszechne, tylko politycy udają, że tego nie widzą, nie wiedzą. Szymon Malinowski przytaczał niedawno badanie opinii publicznej, w którym zapytano Polaków i Polki, co jest ważniejsze: ochrona środowiska czy rozwój gospodarczy i wbrew różnym intuicjom ludzie powiedzieli, że środowisko jest ważniejsze nawet kosztem wzrostu gospodarczego.
Bo czują się związani z przyrodą?
Czują się związani z miejscem, a miejsce jest związane z przyrodą, która daje poczucie stałości i zadomowienia. W końcu w słowie ekologia zawiera się eko – oikos – czyli dom. Z tym się wiąże cały kompleks spraw: bo poczucie zakorzenienia daje nam nasz język, słownictwo, literatura – a te są związane z konkretnym klimatem, z przyrodą miejsca. Z tym, że są na przykład różne klimatyczne pory roku, a nie tylko dwie. Ostatnio słyszałam, jak jakaś nauczycielka tłumaczyła dzieciom, dlaczego jakieś tam wojska dawno temu musiały czekać do wiosny z rozpoczęciem ataku – bo przecież w śniegu i w roztopach konie nie dałyby rady. Dla tych dzieci to już zupełnie nie było oczywiste.
A czy ludzie mogą płakać po wyciętych drzewach i krzakach?
Jak najbardziej, bo trwałość tych drzew pod blokiem czy krzaków na podwórku to są właśnie elementy budujące poczucie swojskości. Mam taką ulubioną teorię psychologiczną, ona jest z nurtu psychodynamicznego i mówi, że te elementy świata natury są dla jednostki obiektami w takim sensie jak ojciec, matka, rodzeństwo, czyli takimi obiektami, z którymi mamy jakieś kluczowe dla nas relacje, i one – te relacje budują matryce nas samych. Więc nasza podstawowa struktura jest nie tylko z relacji z ojcem i matką, ale też z tym lasem, w którym bawiliśmy się jako dziecko, z charakterem podwórka, ze sposobem, w jaki zmieniały się pory roku, że to przypomina taką klasyczną więź z obiektem. Autorzy, którzy tak myślą, rozważają obecność takich współczesnych psychopatologii, to, że nagle jest tyle narcyzmu, tyle destruktywności, tyle uzależnień w kontekście właśnie katastrofy środowiska naturalnego. To, że krajobraz dzieciństwa, że najbliższa ci przyroda została zdewastowana, może mieć na twoją psychikę podobny wpływ jak na przykład to, że twój ojciec był przemocowcem, a matka była bezradna albo niedostępna emocjonalnie. Susan Bodnar, terapeutka, opisuje historię pacjenta, który cierpiał na poważną psychopatologię, samookaleczał się, był uzależniony od substancji psychoaktywnych, próbował się zabić na wiele różnych sposobów. I okazało się, że ten człowiek miał w dzieciństwie tylko kilka miejsc, które go stabilizowały, dawały schronienie i pocieszenie: jakiś lasek pod domem, krzaki – i to wszystko zostało wycięte, zrównane z ziemią i postawili tam centrum handlowe.
No więc jak mamy być zdrowi psychicznie, jeśli wszystko dookoła nas jest jednym wielkim rozpierdolem? Porządek przyrody nas konstytuuje i po prostu nie można sobie wyobrazić bycia zdrowym człowiekiem w kompletnie rozpadającym się środowisku. Niszcząc klimat, niszcząc środowisko, niszczymy własną duszę.
To poczucie straty w porządku natury, przyrody, jest obecne w polskiej literaturze i filmie już co najmniej kilkadziesiąt lat, jeśli nie dłużej. Tymczasem politycy starają się przedstawiać troskę o środowisko jako kolejny wymysł kultury woke i zgniłego Zachodu. Jak myślisz, dlaczego? Dlaczego walka z katastrofą klimatyczną, z jej skutkami, próby zapobieżenia najgorszemu scenariuszowi nie są nadrzędnym celem politycznym, dlaczego nie ma w tej sprawie konsensusu ponad podziałami?
Na pewno niepokój o zmianę klimatu jest powszechny wśród społeczeństwa, tylko to nie jest widoczne w mediach z powodu specyficznych mechanizmów, które rządzą tymi mediami: nadreprezentowane są w nich poglądy skrajne, a po drugie nadreprezentowane są te poglądy, które się komuś opłacają, albo które się klikają, a klikają się te, które mają wywołać emocje. Więc mamy taki błąd reprezentacji polegający na tym, że jak „patrzysz w internet”, to ekolodzy wydają się najbardziej znienawidzoną grupą społeczną, ale kiedy w jakichś badaniach zapytano Polaków, jak postrzegają osoby działające na rzecz środowiska, to okazało się, że większość postrzega te osoby jako dobre, prospołeczne, dbające o innych.
A jeśli chodzi o tych polityków – no cóż, pamiętajmy, że zmiany, których wymaga walka z katastrofą, naruszają czyjeś konkretne interesy.
Przecież właśnie konserwatyści powinni być za ochroną środowiska. Co może być bardziej konserwatywnego niż zachowywanie, pielęgnowanie przyrody, która trwa w czasie, jest więc częścią tradycji?
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych orientacja polityczna na skali prawo-lewo nie korelowała w żadną stronę, nie było tak, że była to kwestia lewicowa. Potem weszły globalne media i to się zmieniło z powodu interesów finansowo politycznych, za pomocą celowych polityk dezinformacji. Teraz, żeby to odwrócić, to znowu trzeba by myśleć strukturalnie – działania polityków są ciągle motywowane ich krótkoterminową perspektywą – następnych wyborów. Mówi się, że bardzo wiele kluczowych polityk, które należałoby wprowadzić w celu adaptacji do zmiany klimatu, dotyczy sfery informacyjnej. To jest oczywiście regulacja platform social mediów i to jakby natychmiast, bez tego się nie uda. Regulacja rynku reklamy, zmiany w sferze komunikacji. I to jest też jakoś kontrintuicyjne i ciekawe, że takie miękkie polityki, na przykład zakaz reklamy produktów, wzbudzają więcej oporów niż takie trudne i twarde typu zmiana produkcji energii elektrycznej. A tymczasem ta właśnie sfera wspiera pęd konsumpcji, promuje nienawiść i robi nam budyń w mózgu w prawie każdej sprawie, także środowiska. I jak nie odpowiemy na to, no to będzie tam trudno rozwiązywać jakiekolwiek problemy społeczne. I to znowu przywołuje te role literatury, czytania, powolnej, opartej na relacjach edukacji, bo to są jakby inne tryby rozmowy, gdzie jeszcze da się w ogóle coś powiedzieć, i czasem nawet zostać usłyszanym i usłyszeć innych.
- 1. „Do not go gentle into that good night/ Old age should burn and rave at close of day/ Rage, rage against the dying of the light” – pierwszaa strofa wiersz Dylana Thomasa z 1947 roku, uważanego za utwór dedykowany umierającemu ojcu poety, odczytywany jako protest przeciwko pokorze wobec śmierci. W przekładzie Stanisława Barańczaka: „Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy / Starość u kresu dni niech płonie, krwawi / Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy”.

