Kronika zapowiedzianej krzywdy
Ustawione do wspólnego zdjęcia nie zmieściłyby się w kadrze, a to zaledwie szczupła reprezentacja. Czytamy opatrzony komentarzem wyciąg z pamiętników stu osiemdziesięciu dziewięciu wiejskich kobiet, wybranych spośród prawie dziewięćdziesięciu tysięcy (jak wyliczyła Antonina Tosiek, to jakby zebrać cały Nowy Sącz albo pół Olsztyna) uczestniczek, które nadsyłały swoje osobiste zapiski na kolejne państwowe konkursy między 1933 a 1995 rokiem. A z kolei za nimi, też przecież reprezentowane, stoją całe miliony nieuczestniczek – tu rachunek się gmatwa, bo mówimy o kilku pokoleniach mieszkanek wsi, które miały podobne co pamiętnikarki doświadczenia, ale nie mogły, nie chciały albo nie potrafiły o nich napisać. Sama reprezentacja, czyli grupa prawie dwustu ludowych diarystek, z których zeszytów autorka składa syntetyczną biografię kobiety na polskiej wsi w dwudziestym wieku, też by zresztą nie chciała raczej zapozować do zbiorowej fotografii, nawet gdyby to było technicznie możliwe. Wiele z nich za bardzo by się wstydziło.
Dlatego Przepraszam za brzydkie pismo1 to ważna książka, a na dodatek udany tytuł. Podobno najpierw historycznospołeczny reportaż Antoniny Tosiek miał się nazywać „Same o sobie”2, co też brzmiałoby chwytliwie, z emancypacyjnym pazurem, ale nazbyt chyba dziarsko jak na przekaz, do którego zmierzała autorka. Bo w tej zbiorowej biografii przepraszanie i wstyd to podstawowa tonacja. Nie tylko za brzydkie pismo, choć rzeczywiście znakomita większość analizowanych materiałów konkursowych to zapiski ręczne, często nawet staranne, ale prowadzone jakby dziecięcą ręką, bez wprawy.
Autorka zachowuje w cytatach oryginalną pisownię, a jej książkę obok archiwalnych zdjęć wiejskich kobiet ilustrują skany stron z pamiętników, w których wzrusza wszystko: niewyrobiona kaligrafia, błędy ortograficzne, czasem brak interpunkcji niczym w awangardowych strumieniach świadomości, skreślenia (ręką chłopek, bo te cenzorskie wzruszają mniej), wreszcie zgrzebność tak do siebie podobnych peerelowskich zeszytów w makulaturowych okładkach.
Tu sama mięknę – należę do pokolenia, które pamięta jeszcze skromne, szarobrązowe albo zielonkawe kajety z bukietem żonkili i potwierdzam, że wszyscy mieli takie same. Te zeszyty były jednocześnie brzydkie i ładne, w czym zawiera się chyba estetyczny paradoks epoki, ale teraz nie o tym. Teraz o przepraszaniu.
Przepraszanie za brzydkie pismo to zwrot konwencjonalny, który chyba każdemu się zdarzył. Czasem ma się nieczytelny charakter, a czasem wychodzi się z wprawy (ostatnio za bazgroły przepraszali mnie studenci zaskoczeni kartkówką – tłumaczyli, że od lat nie pisali ręcznie). Ale w przypadku wiejskich respondentek należy to rozumieć i dosłowniej, i bardziej metaforycznie. Dosłowniej, bo sporo pamiętnikarek skończyło tylko kilka klas, pamiętam i przykład takiej, która uczyła się liter dopiero od własnych dzieci, więc pisanie mogło im przychodzić z rzeczywistym trudem. Część z nich prowadziła zapiski w tajemnicy przed ojcami lub mężami, bo papier i ołówki, zwłaszcza przed wojną, były kosztownym zbytkiem, nie wspominając o marnotrawieniu światła, sił i czasu. Zatem samo pisanie można rozumieć jako swoistą „guilty pleasure”, a przy okazji wstydliwą autoterapię.
I tu pojawia się mniej oczywista kwestia przepraszania jako uogólnionej postawy, związanej nie tylko z niedostatkami edukacji, ale też z kompleksem pochodzenia, ze strukturalnie niższą pozycją kobiet na patriarchalnej wsi oraz – nazwijmy to roboczo – z ich społecznym i egzystencjalnym wyobcowaniem. Możemy sobie kpić, że w zawierzaniu sekretów pamiętnikowi jest coś pensjonarskiego, lecz to doprawdy nie były pensjonarki, tylko osoby porządkujące i poddające refleksji swoje życiowe doświadczenie, a z ich zapisków wyłania się (niezależnie od poważnych i oczywistych problemów kobiet wiejskich, takich jak bieda, przeciążenie pracą, wielodzietność, opresja pijących i bijących mężczyzn, brak dostępu do szkoły i lekarza) problem mniej może dotychczas naświetlany, bardzo intymny, mianowicie samotność. Także w rodzinie.
I o ile na nędzę czy przemoc pisanie pamiętnika raczej nie pomagało (choć w skrajnych wypadkach zeszyty konkursowe kierowano „do interwencji”), to już poczucie osamotnienia, wstyd czy niepewność mogło choć trochę złagodzić. Ważną funkcję pełnił w tym wszystkim także „niewidzialny terapeuta”, czyli wyobrażony adresat, ktoś na górze i z miasta. Krył się za nim męski zazwyczaj juror, często krytyk czy literat, szukający w wiejskich zeszytach nie tyle świadectwa, ile właśnie literatury.
Tymczasem, jak podkreśla Antonina Tosiek, wiele pamiętnikarek bardziej niż na nagrody w konkursach liczyło na realną pomoc albo chociaż na sygnał, że ktoś się zapoznał z ich skargą. Niestety, jurorzy z reguły nie odpisywali, tylko pozostawiali wyznania posegregowane w niezliczonych teczkach, nie szczędząc pod nimi złośliwych czy protekcjonalnych komentarzy. A co by im szkodziło odesłać krótkie „Nie ma za co przepraszać”?
1.
W sztuce Moniki Muskały i Janusza Margańskiego o Sarze Kofman bohaterka oświadcza w pewnym momencie, że pisze, na co postać nazwana Derridą dopowiada po derridiańsku: „Wprowadzasz autobiografię na «scenę pisma»”3. Nie wiem, czy Antonina Tosiek też by się w tym ironicznym określeniu odnalazła, a także do jakiego stopnia uprawia na wzór Kofman „autobiodrapię”, „tropiąc siebie w cudzych biografiach, wydrapując”. Za wcześnie to może stwierdzić,4 ale jak dotąd temat wiejski jest rzeczywiście jej tematem, jej powracającym tym (czyli czymś, czym dla Kofman była Zagłada i dramatyczne rozdarcie tożsamości w dzieciństwie), tylko że nie ma tu chyba równie bolesnej tajemnicy, wstrzymałabym się też z diagnozą dziedziczonej traumy – na pewno jest poczucie dziedzictwa i zobowiązania. Autorka tłumaczyła w wywiadach, że chociaż urodziła się w Poznaniu, to rodzinę ze strony matki ma ze wsi i jeździła tam często, zadedykowała też książkę mamie, babci i prababci, bez których, jak pisze, nie potrafiłaby opowieści ludowych diarystek zrozumieć. Nie odwołuje się tu jednak bezpośrednio do rodzinnych wspomnień, tylko – jako już raczej symboliczna niż rzeczywista spadkobierczyni wiejskiej niedoli – uruchamia empatię i wsłuchuje się w świadectwa wielkiej matrylinearnej wspólnoty chłopek i rolniczek. Znajduje dla nich rzetelny kontekst historyczny, wybierając przy tym fragmenty pamiętników w taki sposób, by mogły wybrzmieć i oświetlić się nawzajem.
To trudne i ambitne zadanie, bo biografię czy w tym przypadku nawet autobiografię zbiorową można sobie wyobrazić trochę jak nakładany portret. Te sto osiemdziesiąt dziewięć Hanek, Janek i Maryś z różnych polskich dekad i w różnym wieku, od nastolatek do staruszek (wyliczenie imion wszystkich autorek wykorzystanych pamiętników robi w zakończeniu książki duże wrażenie) przemawia tu, co przewija się niczym manifest, własnymi głosami. W ich autentyczność musimy wierzyć – na tym zasadza się trójkąt autobiograficzny, który Antonina Tosiek proponuje utworzyć, zachęcając „czytelniczkę/czytelnika do zawiązania sojuszu, paktu bazującego na (oby nie bezkrytycznym!) zaufaniu. Trwamy w nim we trójkę: pamiętnikarka, autorka książki o pamiętnikarkach oraz osoba tę książkę czytająca” (s. 251).
A zatem przyjmujemy, bo to kluczowe, że te głosy są poszczególne i prawdziwe, szybko się jednak orientujemy, że zostały wybrane i tematycznie zorkiestrowane wokół głównych kwestii: edukacji, pracy, aktywności społecznej oraz ciała i relacji, tak by zebrane razem splatały się w chór. Wiejski chór kobiet. Już byśmy widzieli te ludowe bohaterki w chustkach i halkach, jak skandują pod niebiosa swój gniewny lament, jak go wytupują rytmicznie pod batutą Marty Górnickiej, prawda?
Nie o to chyba jednak Antoninie Tosiek chodziło. Jej olbrzymia praca (czytanie teczek konkursowych, rozszyfrowywanie tytułowego brzydkiego pisma, skanowanie i katalogowanie materiałów, opatrywanie ich bardzo fachowym a czytelnym kontekstem, zszywanie wyprutych fragmentów w nowe narracyjne ciągi) miała służyć, jak deklaruje autorka, oddaniu miejsca każdej uczestniczce konkursów pamiętnikarskich z osobna. Podobnie jak Kofman, Tosiek jest akademiczką i potrafi nazwać swoją pozycję i założenia, dlatego sama apeluje:
Żeby nie uniwersalizować i zawsze pamiętać o wielości losów, historii. Dokonując uproszczeń, zrównując losy różnych ludzi, robimy to, przeciwko czemu zwrot ludowy tak naprawdę występował. Jestem podejrzliwa wszędzie tam, gdzie pojawia się manifestacyjna wrażliwość. Takie poczucie, że jesteśmy po dobrej stronie historii, możemy sobie pogratulować i zabić brawo. Być może nigdy po niej nie będziemy.5
Trudno się z tym nie zgodzić, ale z drugiej strony widać, że przyjęta w książce metoda (nazwijmy ją roboczo metodą zakomponowanej reprezentacji) nie do końca sprzęga się z tymi założeniami. Bo też sprząc się nie może. Spójrzmy: chociaż do niektórych bohaterek autorka wraca kilkakrotnie, nie kryje też, że ma swoje ulubione pamiętniki, to zasadniczo stara się dzielić swoją uwagę sprawiedliwie. Deklaruje, że nie chce uniwersalizować, ale siłą rzeczy, jak zauważyła Magda Szcześniak, „szuka właśnie powtarzalności, podobieństw, rymowania się losów, a więc pewnych modeli”6. Nie wyodrębnia głównych postaci i uprzywilejowanych historii, przeplata przykłady i imiona, nie pozwalając czytelniczkom jakoś specjalnie przywiązać się do konkretnej wiejskiej narratorki, a skoro każda jest ważna, żadna nie może być szczególnie ważna.
Prawie każdą reprezentuje krótki cytat, czasem poprzedzony streszczeniem jej losów czy chociaż zwięzłym wprowadzeniem. Ten cytat zazwyczaj trafia w punkt, bo Antonina Tosiek miała do dyspozycji tyle materiału, że nużące partie pamiętników mogła odcedzić. W ten sposób z każdego życiorysu dostajemy to, co najbardziej przejmujące i co służy poparciu wywodu: „samo gęste”. I słusznie. „W tamtych domach matki wlewały córkom do talerzy samo rzadkie” (s. 83), pisze autorka w rozdziale o edukacji, by obrazowo, jako bądź co bądź poetka, oddać biedę i wiejski patriarchat w jednej metaforze. Nam wobec tego nie żałuje dokładek.
Choć to może raczej życie dołożyło swoje respondentkom konkursów, bo w przywoływanych fragmentach przeważają skargi. Taka zapewne tonacja brała w pamiętnikach górę i absolutnie nie próbuję dowodzić, że życie kobiet na wsi w międzywojniu czy za czasów transformacji było sielanką. Zwracam jedynie uwagę na nieprzezroczystość samej metody: skoro mamy pięć rozdziałów ułożonych wedle klucza największych problemów (jak wstyd, nędza, wykluczenie szkolne, praca ponad siły, przemoc w rodzinie i brak dostępu do aborcji), to prawdopodobnie dostaliśmy wybór fragmentów tak przykrojony, by ilustrował ten obraz. Może zresztą było i odwrotnie: to główne tematy przewijające się przez pamiętniki podyktowały autorce tezy rozdziałów, w każdym razie nie wiemy, co zostało poza kadrem. A to każe nam się zastanowić, czym jest właściwie reprezentacja i portret zbiorowy.
Teraz wyłania się z tego bowiem kronika zapowiedzianej krzywdy. Już na pierwszych stronach czytamy o krzywdzie, jaka spotkała odrzucone, niewydane, pozostawione bez odpowiedzi i przeznaczone na przemiał, butwiejące w pryzmach na deszczu i cudem właściwie odratowane (a i tak jedynie częściowo) pamiętniki pokonkursowe. Żal tych bezcennych świadectw, a co dopiero mówić o losach diarystek! Ten wstęp, świetnie zresztą napisany i obrazowy, zakłada nam od razu emocjonalnego nelsona – czyż nie przejawia się przez niego „manifestacyjna wrażliwość”, od której Antonina Tosiek się odżegnuje? Przekomarzam się, ale oczywiście nie umiałabym napisać tego lepiej i trzeba przyznać, że obraz teczek wyrzuconych na śmietnik porusza mocno. Znużona zwrotem ludowym czytelniczka może już wiedzieć prawie wszystko o ciężkiej doli chłopki, ale czy pozostanie obojętna na takie marnotrawstwo archiwów? W każdym razie po tym zręcznym wprowadzeniu już wiadomo, że dalej będzie o wyrzuconych na śmietnik (historii?) życiorysach.
Łapię się na tym niepotrzebnym sarkazmie, choć przecież książka jest imponująca. Ale też czytana większymi partiami wprowadza w swoiste odrętwienie. Paraliżuje ciężka jak kamień krzywda wiejskich kobiet, przez nie same przyjmowana często biernie, jako krzyż pański, a przez autorkę uporządkowana tematycznie i opatrzona komentarzem. Robi się z tego trochę taka krzywda w gablocie – ekspozycja jest czytelna, wyselekcjonowana, ale jakby za szkłem. W żaden życiorys nie wchodzimy w całości, cokolwiek by to miało znaczyć (pewnie umożliwia to już prędzej literatura), więc słabnie nam przy lekturze identyfikacja i coraz chłodniej przyjmujemy kolejne drastyczne cytaty, a wtedy odzywa się w nas dziedziczone poczucie winy: pochylamy się bądź co bądź nad autentycznym nieszczęściem i to z pozycji uprzywilejowanej…
Może problem tkwi w samej metodzie tworzenia portretu zbiorowego, miksującej i dopasowującej do tematycznego wzorca ludzkie życiorysy wypreparowane do przykładów? Tak zestawione zaczynają tracić kontury, gubią cechy szczególne, trochę jak eksperymentalne „idealne twarze” powstałe w fotoszopie z nakładania na siebie różnych wizerunków. Takim syntetycznym twarzom nie można niczego zarzucić, ale też trudno je zapamiętać. Z nałożonymi na siebie portretami wiejskich pamiętnikarek jest oczywiście inaczej: tu nie chodzi przecież o ideał, prędzej już o typ idealny w rozumieniu Floriana Znanieckiego, czyli o operacyjny model, w tym przypadku model losu kobiety wiejskiej. Autorka podkreśla, że takich uproszczeń nie robi – może jednak niepotrzebnie się zarzeka?
Sama nie wiem, jak można by to było wymyślić inaczej, by dochować wierności źródłom i zachować zarazem czytelny przekaz. Antonina Tosiek jest zresztą autorką bardzo sprawną i samoświadomą, stara się unikać rozmaitych pułapek pisania o wsi (protekcjonalizmu, cepeliowskiej fetyszyzacji, „manifestacyjnej wrażliwości” i tak dalej). Jest w o tyle trudnej sytuacji, że kroczy wydeptaną już miedzą, za Joanną Kuciel-Frydryszak rzecz jasna, ale też po Ewelinie Szpak, Małgorzacie Praczyk, Magdzie Szcześniak, Karolinie Ćwiek-Rogalskiej i innych badaczkach pamiętników wiejskich – inna sprawa, że nieukierunkowanych wyłącznie herstorycznie – oraz po Małgorzacie Szpakowskiej (jej Chcieć i mieć dodałabym jeszcze do bibliografii) jako badaczce samowiedzy obyczajowej. Sama zresztą uczestniczy w grancie Pawła Rodaka Życie pisane na konkurs, poświęconym badaniu fenomenu konkursów pamiętnikarskich w dwudziestoleciu międzywojennym, a bibliografia jej książki liczy grube kilkaset pozycji. Tematem pamiętników mieszkanek wsi zajęła się prawie dziesięć lat temu na studiach, tymczasem po drodze wybuchł zwrot ludowy, który zapewne bardzo jej badaniom pomógł, ale może i trochę przeszkodził. Dość, że naprawdę zna metodologię i wie, co robi.
Kilka zastrzeżeń stawia wobec jej książki Magda Szcześniak w ciekawej recenzji w „Dwutygodniku”7. Przy całym uznaniu dla wagi, stylu i precyzji tej syntezy upomina się na przykład o obecny w wiejskich pamiętnikach humor (istotnie u Tosiek nie ma go wiele, ale może tematy nie były do śmiechu?), o bardziej zniuansowane tło polityczne (skoro książka obejmuje ponad połowę stulecia i trzy systemy), ale przede wszystkim o historie zakończone sukcesem, które wycieniowałyby nieco defetystyczną opowieść o ludowej niedoli. Łatwo to ostatnie zastrzeżenie zrozumieć, bo Przepraszam za brzydkie pismo to przecież kontrnarracja wobec Poruszonych8. Optymistycznej w sumie, choć nie bezkrytycznej opowieści o beneficjentkach awansu klasowego Antonina Tosiek przeciwstawia inne fakty: przypomina, że większość studentek ze wsi po przerwanych lub nawet ukończonych kursach wracała do domu, że z braku finansowania zlikwidowano na wsiach wiele instytucji kultury, jak biblioteki czy koła gospodyń (tu najczarniejsze były lata dziewięćdziesiąte) i że generalnie perspektywa awansu rozbudziła tylko w kobietach nadzieje, których państwo albo samo życie nie mogło potem spełnić. Modernizacja i nowe wzorce z prasy czy telewizji jedynie podnosiły pamiętnikarkom poprzeczkę, dokładały im zadań, bo narzucały miejskie standardy wyglądu czy prowadzenia domu. Jak to ujmuje autorka, jej bohaterki „miały być kobietami ze wsi i nie być nimi ani trochę” (s. 133). Nowoczesny, partnerski model małżeństwa też działał frustrująco, bo przyjmował się z oporami, co tylko pogłębiało u żon rolników poczucie rozczarowania.
Ciekawe, że choć obie badaczki zajmują się afektami i samowiedzą, a do tego obie korzystają z podobnych, po części nawet tych samych świadectw, to wyinterpretowują z nich trochę sprzeczne historie. Wymowa interpretacji Antoniny Tosiek (choć obudowana metodologicznym i politycznym manifestem przywracania wiejskim kobietom głosu) jest w zasadzie egzystencjalna, bo z jej książki wynika, za przeproszeniem, że szczęścia nie ma. Przynajmniej takiego prawdziwego to nie.
To oczywiste, że większe wrażenie musiały robić w lekturze tych pamiętników opisy skrajnej biedy, upokorzenia czy bezsilności niż fragmenty afirmatywne, które trąciły zapewne fałszem albo były wymuszone konwencją konkursu. Może też, jak zastanawia się w swojej recenzji Magda Szcześniak, a wcześniej i sama Antonina Tosiek, osoby szczęśliwe czują mniejszą potrzebę czernienia papieru?
O jednej z bohaterek, harującej na wszystkich gospodarskich i domowych etatach Ricie, zbyt chyba zmęczonej, by miała się zastanawiać, czy jest szczęśliwa, ale definiującej się z dumą jako rolniczka, padają tu kapitalne słowa: „W opinii swojego środowiska Rita była po prostu «wiejską kobietą». Nie miała zawodu. Miała los”(s. 173). I właśnie los, mam wrażenie, jest centralną kategorią dla przywołanego tu świata. A los ma metodologię w nosie, niespecjalnie się daje badać statystycznie, a przed analizą pogłębioną broni się banałem. Nie ma w tym winy autorki Przepraszam za brzydkie pismo, że (może nie do końca w myśl jej teoretycznych założeń) kiedy się tyle kobiecych autobiografii zbierze i odcedzi, zostaje nudna i żmudna esencja egzystencji. Można oczywiście pisać o praktyce diarystycznej jako akcie oporu, o głosach uciśnionych, o centrum i marginesach i tak dalej, ale ogólny przekaz tych nakładających się świadectw sprowadza się do ludowego komunału, do tautologii. Że życie jest życiem, moja pani, i że taka to już na wsi dola.
- 1. Antonina Tosiek Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.
- 2. „Moja pochodząca ze wsi mama pierwszy raz u dentysty była w liceum”. Antonina Tosiek odkrywa pamiętniki rolniczek, z Antoniną Tosiek rozmawiał Wojciech Szot, „Gazeta Wyborcza” z 7 sierpnia 2025.
- 3. Monika Muskała i Janusz Margański Kofman.Podwójne wiązanie, druk. w „Dialogu” nr 12/826.
- 4. Do wiejskiego (i kobiecego) imaginarium odwoływały się wcześniejsze dwa tomy wierszy Antoniny Tosiek: Storytelling (2021) i uhonorowane Nagrodą Szymborskiej i Nagrodą Literacką m.st. Warszawy żertwy (2025), a także jej cykl poświęcony pamiętnikom chłopek w „Czasie Kultury” oraz sporo tekstów krytycznych.
- 5. „Moja pochodząca ze wsi mama...”, dz. cyt.
- 6. Magda Szcześniak Piękne archiwum, „Dwutygodnik” nr 420 z września 2025.
- 7. Tamże.
- 8. Magda Szcześniak Poruszeni. Awans i emocje w socjalistycznej Polsce, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2023.

