gallery_arm1797.jpg

Strachy bez wróbli
W Farm Fatale mroczna dystopia spotyka się komedią, ekologiczny manifest z poetycką wyobraźnią, groteska z czułością. Francuski reżyser Philippe Quesne w monachijskim teatrze Kammerspiele pokazuje świat po katastrofie i osobliwą wspólnotę, która walczy o resztki żywego świata, choć biologiczny status samych jej członków jest wątpliwy. Bohaterami współpodpisanego przez zespół spektaklu są bowiem… strachy na wróble.
Strachy z Farm Fatale prowadzą rozgłośnię radiową o statusie, jak się zdaje, kultowej. Kultowej, oczywiście, wśród innych strachów – poza nimi, można domniemywać, w pokazanym przez Quesne’a świecie mało kto przeżył katastrofę. O dawnej pracy strachów przypomina smętnie zwisający nad sceną plastikowy ptak, animowany przez kolejnych członków radiowej redakcji.
Co wysyłają w eter strachy osierocone przez wróble? Zarejestrowane niegdyś dźwięki przyrody: ptaków, rzek, owadów. Jak w Ostatnim Romualda Krężela z warszawskiego Nowego Teatru – życie w Farm fatale jest odtwarzane, odgrywane. Oglądamy kolegium redakcyjne rozgłośni – z propozycją na przykład, by dać głos genetycznie modyfikowanym marchewkom, które właśnie dlatego, że są genetycznie modyfikowane, spotykają się wciąż z dyskryminacją.
gallery_49_arm0043.jpg

Są też wspomnienia – strachy mówią o swoich dawnych właścicielach-farmerach, trochę jakby chłopi po rewolucji rozmawiali o dawnych, dawno poległych już panach. Niektórzy byli złowrogimi trucicielami środowiska, inni – „dobrzy panowie” – z kolei prowadzili uprawy eko, jeszcze inni byli nawet protestującymi aktywistami. Jakie ma to znaczenie z dzisiejszej perspektywy naszych strachów? „Dobre praktyki” nie ocaliły świata, okazało się, że to za mało.
Coś żywego jednak przetrwało – resztki biosfery ciągle istnieją. Stąd w Farm Fatale na przykład rewelacyjna etiuda wywiadu z jedną ostatnich pozostałych przy życiu pszczół, jak się okazuje, królową. Niewidzialnego owada jeden z performerów trzyma w garści i przemawia doń bardzo delikatnie, z czułością. Pszczela monarchini mówi wyłącznie w Schwytzerdütsch, czyli bardzo specyficznym, gwarowym szwajcarskim niemieckim. Daje to dodatkowy komiczny efekt, zwłaszcza dla niemieckojęzycznej publiczności. Dialog z królową pszczół musi więc odbywać się za pośrednictwem tłumacza. W obliczu niemal całkowitego wyginięcia swego gatunku królowa nawiązała relacje „z pewnymi grzybami”. Płoszy się jednak, gdy zostaje niedyskretnie zapytana, czy stosunki te miały charakter intymny.
Quesne w swoim pierwszym artystycznym życiu był artystą wizualnym. Scenografia jego autorstwa łączy typowe elementy wiejskiego krajobrazu, jak wypełniające scenę siano ze sztucznymi zwierzętami czy obiektami zupełnie tajemniczymi, ledwo przypominającymi jakieś znane formy życia. Postapokaliptyczny, a zarazem bajkowy charakter świata farmy, pozwala na gry z nieoczywistym statusem przedmiotów umieszczonych w przestrzeni sceny. Czy ta plastikowa świnka gra tu żywą świnię, czy gra bardziej to, czym jest w realnej, materialnej rzeczywistości – martwą makietą żywej istoty; czyli – pełni taką funkcję również w umownej rzeczywistości przedstawienia?
Aktorzy Kammerspiele zostali „uproszczeni”, „zredukowani” maskami, całą strachową charakteryzacją, dźwiękiem z mikroportu – jednak z każdą sceną nabierają większej wyrazistości. Minimalizm i zarazem czułość, osobliwa wrażliwość w połączeniu z abstrakcyjnym poczuciem humoru sprawiają, że widzowi z Polski spektakl Quesne’a może się kojarzyć z pracami artystów takich, jak Anna Karasińska, Cezary Tomaszewski czy Weronika Szczawińska. Tak, to spory rozrzut, ale spójrzmy na cechy tego teatru. Muzyczność – która jednocześnie jest zasadą organizującą dramaturgię scen i potrafi spełniać się w muzyczce taniego keyboardu; minimalizm środków; sympatia do kiczu plastikowych gadżetów, pozłotka, różu i sztucznych kwiatów – do urokliwej wizualnej biedy, odpustowej sielanki. Wreszcie, jest tu – jak u wymienionych polskich artystek – negocjowanie z potrzebą linearnej opowieści. Początkowo zwolna odkrywamy świat po katastrofie; dowiadujemy się, co właściwie się wydarzyło i jak funkcjonuje rzeczywistość, w którą Quesne nas rzuca. Z migawek, rekonstrukcji spektakl powoli przechodzi w opowieść. Quesne posługuje się figurą przybysza, który staje się pełnoprawnym uczestnikiem grupy i razem z nią wyrusza w ratunkową podróż, jako osobliwe komando nadziei. Zamiast scarecrows strachy obwołują się care-crows – mają nieść troskę, pomoc i chronić tajemnicę.
Minimalizm i zarazem czułość, osobliwa wrażliwość w połączeniu z abstrakcyjnym poczuciem humoru sprawiają, że widzowi z Polski spektakl Quesne’a może się kojarzyć z pracami artystów takich, jak Anna Karasińska, Cezary Tomaszewski czy Weronika Szczawińska
I tak groteskowy postapokaliptyczny pejzaż spotyka się z momentem utopijnym, z wiarą w sens walki o przyszłość. Z humanizmem, który przeżył ludzkość.

