rewo09.jpg

Obchody rocznicy rewolucji 1905 roku. Fot. Asia Tarnowska

W poszukiwaniu utraconego głosu

Justyna Drath
W numerach
Maj
2017
5 (726)

Wszystko tobie, ukochana ziemio,
nasze myśli wciąż przy tobie są,
tobie lotnik triumf nad przestrzenią,
a robotnik daje dwoje rąk.
Ty przez serce nam jak Wisła płyniesz,
brzmi jak rozkaz Twój potężny głos,
murarz, żołnierz, cieśla, zdun, inżynier
wykuwamy twój szczęśliwy los

Ukochany kraj, umiłowany kraj, napisana przez Gałczyńskiego pieśń funkcjonowała jako hymn prowincjonalnej podstawówki mojej przyjaciółki. Tekst pieśni zawiera wizję organicznie funkcjonującej wspólnoty, odwołując się do poczucia przynależności. Trochę jak w renesansowej wizji  Czego chcesz od nas Panie: odczuwamy wdzięczność za bycie w tym świecie, jednocześnie jesteśmy jego częścią. Co prawda zamiast cyklicznego ładu pór roku – jest tu rozkład zawodów ze starego świata i pełen przekrój funkcji społecznych, ale za to hymniczny charakter podkreślają mocno wartościujące określenia:  „ukochany”, „umiłowany”. Z pieśni Gałczyńskiego przebrzmiewa także przywiązanie do pojęcia Matki Ziemi, trochę jak z filmu Dowżenki – pomimo że brak tutaj zadumanych twarzy rolników i pięknych soczystych owoców w sadzie, zbóż i kołchozów, to znajdzie się zdun i ręce robotnika. Obecny tu model patriotyzmu zdaje się zakładać przede wszystkim pierwotny związek człowieka z naturą i przywiązanie do dzieła ludzkich rąk.

Moja przyjaciółka kojarzy śpiewanie tej pieśni z czasem najgłębszego, mistycznego poczucia wspólnoty, którą trudno jest znaleźć w nie-dziecięcym życiu. Często jednak powtarza, że ta napisana w 1953 roku piosenka należy do tych z gatunku śpiewanych tylko w domu, a wzruszeniom towarzyszy zawsze jakiś rodzaj wstydu. W komentarzach pod internetowym nagraniem w dyskusji prawdziwy koktajl: zwolennicy i zaciekli przeciwnicy PRLu, ci pozycjonujący się jako obrońcy Kremla zamiast Watykanu, słowiańscy patrioci, pełni nostalgii za umiłowanym krajem emigranci, współcześni nacjonaliści domagający się usunięcia współkomentujących z umiłowanej ojczyzny. Ta sama pieśń potrafi się więc stać: symbolem staroświeckiej wersji patriotyzmu, „komunizmu”, PRLu, Stalina, wspólnoty, magii dzieciństwa, szkolnej akademii, a przecież to tylko pierwsze skojarzenia, na których możemy zawiesić nasze emocje.

Śpiew łączy przeżywanie i umacnianie się we wspólnocie z określonymi rytuałami. A te możemy znaleźć w kościele, w szkole, czasem w harcerstwie. Można też odpowiedzieć, że  pieśniami także rządzi zawłaszczona przez prawicę historia.  Skoro jej hegemonia obejmuje muzea i politykę historyczną, to dotyczy też pieśni. Ale nie chodzi tu raczej o jakieś nieistniejące melodie wysławiające Kaczyńskiego, tylko o oficjalny przekaz oparty na romantycznym paradygmacie poświęcenia się i walki, który jest zupełnie przezroczysty.  Akademie szkolne akcentują patos przez odwoływanie się do mitów wojennych czy legionowych, maszeruje pierwsza brygada, rozwija się rozmaryn, leje się krew i pogłębiają się rany. Wspólnota może istnieć tylko pod szantażem emocjonalnym: będziemy razem pod warunkiem, że się nie ugniesz i poświęcisz.

Jeśli zatem szukamy czegoś poza tym oficjalnym śpiewem, to jednak próżno szukać śpiewaczej kontrkultury, która przystawałaby do naszych czasów. Niewiele ze spraw, o które walczymy, da się zaśpiewać. Tylko czy potrzebne nam są te buntownicze piosenki czy raczej ich brak jest dowodem na miałki charakter oporu? Na protestach KODu jest jak na rekonstrukcyjnych inscenizacjach historycznych, nawet repertuar brzmi podobnie: Kaczmarski, protest-songi z lat osiemdziesiątych. Kuriozalny, pompatyczny Czarny walc wybrzmiewał na manifestacjach grudniowych w obronie porządku sejmowego. Jego melodia, ton, maniera zaśpiewania i oskarżycielski ton, który jest skierowany do określonego, pojedynczego adresata, wydawał się autoparodią. Piosenka próbuje nieudolnie na jakimś poziomie komunikacji oraz nastroju nawiązywać do kodu rozpoznawalnego przez członków KODu. W fałszywych nutach słychać przetworzoną przez nasze czasy Piwnicę  pod Baranami i Ewę Demarczyk, ale efektem jest ośmieszenie. Co gorsze – ośmieszenie nie tylko teraźniejszej linii sporu, która przecież wydaje się śmiertelnie poważna, ale również w jakiś sposób zbrukanie tej przeszłej. Kicz nie płynie przecież z tekstu pieśni Kaczmarskiego, tylko z samego faktu wykorzystania go, powielenia, przeniesienia w nieswój kostium a następnie – zbanalizowania przekazu. Kicz płynie też z potrzeby analogii – jesteśmy wciąż tylko my i wy, a wy jesteście tacy, jak oni wtedy, a dlatego my wciąż czujemy się lepsi. Nie ma w tej opowieści miejsca na inną oś sporu czy chociażby dostrzeżenie innych jego aktorów. Dalej grzęźniemy zatem w historii, w której możemy kłócić się nie tylko o słowa piosenki, ile o to, czy Mury Kaczmarskiego są bardziej Nasze czy Ich. Skoro nie jesteśmy w stanie się od tego uwolnić, to im więcej patosu zużywamy na protestach, tym brzmi on mniej szczerze.

Inny pomysł – skoro nie możemy wyjść z historii i paradygmatu romantycznego, spróbujmy w nim znaleźć treści, które lepiej opowiedzą o naszych problemach i będą brzmieć autentycznie. Skoro ani rozmaryn ani mury nie trafiają w wierzchołki aspiracji prekariatu, wystarczy sięgnąć po zakazane pieśni rewolucyjne i odkurzyć antykwaryczne albumy.  Te  piosenki o buncie, który sprzeciwia się uciskowi bogatszych czy duchownych i  konserwatywnej opresji, te opowieści o wspólnocie oczywiście przecież istnieją. „Chociaż nas gnębią siły ponure, chociaż niepewne jutro niczyje” – początek Warszawianki 1905 wydaje się idealnym mottem na czasy prekariatu. Gdy naród do boju czy Marsz Brygady Dąbrowskiego są próbą opowiedzenia na nowo polskiej historii. Oto staje nas wolna gromada, przedwojenny hymn spółdzielców opowiada o świecie, w którym rządzi przyjaźń i braterstwo.

Ale każda tego typu pieśń wydaje się palimpsestem. Spod buntowniczych słów wyziera banalność białego kołnierzyka na akademii szkolnej PRL i nuda, jeśli nie opresja. A zaraz pod tym, kłopotliwe treści – krew, szubienice, wieszanie magnatów, czyli nieoswojona przemoc, bo krew, której nie przelewa się dla narodu, nie jest chwalebna. A gdzieś obok wrażenie, że jest to jednak znowu teatr, poczucie uczestniczenia w słusznej, ale jednak inscenizacji. I znowu, jak przy Gałczyńskim – migotanie treści – Gdy naród do boju, pieśń chłopskiego buntu, była hymnem Samoobrony. Międzynarodówka kojarzy się z ZSRR.  A robotnicy i fabryki z Rewolucji komunardów Brechta brzmią jednak anachronicznie. Odzyskiwanie pieśni i zeskrobywanie tych warstw jest zatem trudne, może niemal niemożliwe albo musi stać się udziałem jednostkowego, unikalnego doświadczenia.

Możemy oczywiście sięgać poza Polskę i cytować cudze: tłumaczyć na polski Bread & Roses, pieśni Bundu i Pete Seegera, odtwarzać polską wersję portugalskiej pieśni Grandola vila morena, będącej symbolem rewolucji goździków i śpiewaną przez Edytę Geppert. W tych poszukiwaniach są momenty spełnienia. Kiedy chór Warszawianka zaśpiewał na  uroczystości otwarcia skweru Jolanty Brzeskiej Hymne des femmes związany z rewolucją 1968 roku, pomimo pewnego pomieszania porządków, można  było mieć – zwłaszcza w obliczu przebudzenia ruchu kobiecego w Polsce – wrażenie autentycznej wzniosłości.  Zresztą sama bohaterka tego święta doczekała się kilku piosenek opisujących jej tragiczną historię, w tym funkcjonującego, mimo wszystko, w mainstreamie Pablopavo. Jej bardzo mocno oskarżycielskim wobec rzeczywistości III RP  słowom trudno odmówić siły:

 

To jest piosenka o oleju napędowym
Który się pali i spala serce
To jest piosenka o stopionych włosach
To jest piosenka patrząca na mordercę
To jest piosenka o płonącej kobiecie
To jest piosenka o człowieku spalonym
To jest piosenka o snach spokojnych
Skurwysynów wycierających salony.

 

Ujęcie sprzeciwu w słowa to jedno. Drugą funkcją powinno być poczucie siły, wzmocnienie. Tymczasem nasze protesty też są najczęściej ponure i zacięte. Gniew bez jednoczesnej opowieści o alternatywie jest bardzo męczący. Antyrasistowskie manifestacje wpadają niekiedy w ten sam schemat – akademii w słusznej sprawie, na której nie potrafimy się zdobyć na naturalność. Narzekając na zagarnianie wszystkich świąt państwowych przez nacjonalistyczny przekaz, nie potrafimy stworzyć języka, którym opowiemy o alternatywnej rzeczywistości i nie będziemy jedynie kwestionować tej, która jest wokół. Skoro nie potrafimy o niej nawet marzyć i o niej zaśpiewać, trudno też nam będzie ją sobie wyobrazić. Śpiewanie natomiast leczy z przełamywania wstydu i cynizmu, a patosowi nadaje rys autentyczności. Jeśli nie nauczymy się śpiewać własnych piosenek, nie będziemy w stanie uczestniczyć w prawdziwych rytuałach. Będziemy dalej częścią cudzej dekoracji.

Udostępnij

Justyna Drath

Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nauczycielka, publicystka, aktywistka społeczna.