kitowicze_okladka.png

Na kulbace dziejów
Pamięci
profesora Janusza Maciejewskiego
Wojna peloponeska rotmistrza Kitowicza
Rok 1768 był to rok
we wszystkim przykry. Zima była bardzo tęga i długa, wiosna zimna i mokra, lato także mało ciepłe, a więcej chłodne, wiatry ustawiczne. Między innymi osobliwościami to rzecz osobliwa i niepamiętna, że 20 maja był tak dobry mróz, że w korytach i małych brodkach lody były grube na pół cala, a w dzień św. Jana […] nie ciężyły dla zimna kożuchy chłopom i futra. 26 Augusti ogień na kominku był arcyzgodny do ogrzania się od zimna. Zgoła przez całe lato nie było upału zwyczajnego, tylko dwa dni; atoli, choć przy takim zimnie, często bywały grzmoty z błyskawicą i piorunami. W Warszawie jednego dnia pięć piorunów uderzyło, jeden w pałac księcia Repnina, drugi w pałac księcia kanclerza litewskiego, trzeci w mennicę, czwarty i piąty w inne miejsce, żaden nie bez znaku (s. 354-355)1.
W czasie opracowywania Pamiętników, czyli Historii polskiej ten zapis meteorologiczny Jędrzej Kitowicz zdecydował się pozostawić w brulionie, podobnie jak inne o analogicznym charakterze. Pracując nad nową wersją, zredukował też, nieliczne w końcu, informacje osobiste, pominął curiosa, na przykład zapis z 1762 roku o urodzonym w Warszawie dwugłowym dziecku ochrzczonym i wystawionym po szybkiej śmierci „publicznemu widokowi w aptece królewskiej” (s. 352); przepisał jedynie informacje o komecie roku 1743, która zapowiedziała ostatecznie zarazę bydła i która była rokiem początku systematycznego notowania jego diariusza.
Przyzwyczajeni do roli prognostyków w świecie, do którego – zdawałoby się – należał kronikarz, ale także pamiętający dobrze początek Ogniem i mieczem możemy być nieco zdziwieni tą decyzją pisarską. To bowiem powinien być początek opowieści o zdarzeniach konfederacji. Wydaje się, że ta anomalia pogodowa świetnie współgrałaby z opisywanymi przez Kitowicza nieszczęściami buntu ukraińskiego i niefortunnego początku konfederacji; dodajmy dwukrotnie przywołaną w toku opowieści o tejże figurę meteorologiczną – krajowe rewolucje właśnie „na kształt błyskawic wszczynały się i gasły” (s. 175). Wiele decyzji literackich autora nie doczekało się jednak satysfakcjonującego wyjaśnienia – jeśli sam nas, czytelników, nie przeprosił, że mu się coś przypomniało i w danym miejscu coś opisuje, to nie mamy pewności, czy celowo, czy przypadkowo coś koło czegoś umieścił.
Podobnie zresztą do efektów pisarskich wyglądała rzecz z decyzjami życiowymi autora Pamiętników. Gdy Jędrzej Kitowicz przystępował do konfederacji barskiej dziesięć miesięcy od ogłoszenia jej aktu, miał świeżo skończone czterdzieści lat. W porównaniu do innych oficerów konfederacji wielkopolskiej czy nawet partii Morawskiego, w której służył najpierw w randze porucznika, a od lata 1769 rotmistrza, był wiekowy, ponieważ średnia wieku kadry oficerskiej wahała się między dwadzieścia dwa a dwadzieścia sześć lat, jej ogół był jeszcze młodszy. Naprawdę niewiele wiadomo o młodości, zwłaszcza o okresie między wyjściem ze szkół w latach czterdziestych a znalezieniem się na służbie u opata lubińskiego Michała Lipskiego w końcu lat pięćdziesiątych – przypuszczano, że Kitowicz mógł mieć doświadczenia w oddziałach nadwornych jakiegoś magnata. Zastanawiano się nad przyczynami akcesu do ruchu, oczekiwaniami wobec tej służby, jak również nagłymi i nieodwołalnymi okolicznościami jej porzucenia. Po dwóch i pół roku zrezygnował z niej, nie doczekawszy honorowej submisji wojska Zaremby, którą komentował już w Warszawie z pozycji spektatora. I nie tylko. W ciągu nieco ponad miesiąca od bratobójczej potyczki z Branickim pod Widawą, w której brał udział, wstąpił bowiem do seminarium duchownego misjonarzy w Warszawie. Czy przygnębiające starcie, do którego doszło poniekąd przypadkiem, miało tutaj decydujący wpływ?
Konfederacja była zapewne wydarzeniem zwrotnym w życiowej drodze Kitowicza, ale jak bardzo decydującym o jego finalnym powołaniu? Dyskrecja i tajemnica otaczają jego osobę we wszystkich pozostawionych pismach, co często powoduje, że domyślać się jedynie możemy trajektorii życiowej, i co niekiedy prowadziło badaczy na manowce. Jednakże w przypadku opisu konfederacji dwa najbardziej zniuansowane portrety dowódców, których przygody także zostały opisane najszerzej, dotyczą Antoniego Morawskiego i Józefa Zaremby, pod którymi rzeczywiście służył autor. Powinny one być siłą rzeczy najbardziej wiarygodne. Z kolei w związku z konsekwentnym rugowaniem własnej osoby pozostawienie siebie jest motywowane w obu głównych dziełach zwykle intencją przeproszenia czytelnika za coś lub uwiarygodnienia tego, o czym się pisze. Dlatego nie szczędzi nam w Pamiętnikach wymownego obrazu własnej osoby jako oficera niemającego czasu i sposobności „na kulbace dziejów różnych wodzów porządnie szykować ani też potem szykować ich do porządku” (s. 254).
„Opera konfederacji”
Kitowicz często wydobywał z obyczajów wielkich panów, dworów, duchowieństwa, palestry, pospólstwa czy właśnie wojska aspekt widowiskowy, podbijał teatralność życia publicznego i prywatnego, to ważna część metody jego tak zwanego „pierwszego dzieła”, czyli Opisu obyczajów. Nie dziwi więc, że obraz konfederacji w „drugim dziele” mieści się w takiej konwencji widzenia spraw, zwłaszcza że w sukurs przyszła mu jeszcze potoczna i chętnie używana figura „teatru działań zbrojnych”. Samo sformułowanie jest przez niego użyte, gdy pisze o marszałku wielkopolskim Ignacym Malczewskim, który „pokazał się najpierwszy na teatrze wojennym” (s. 187). Już to pierwsze użycie pobrzmiewa nam dystansem narratora, mocniejszy wydźwięk ironiczny osiąga kilkadziesiąt stron później, gdy pisze o tym samym nieudolnym w sprawach taktycznych wodzu, co prawda unikającym starcia, chętnie uciekającym i wymęczającym wroga samą nieustanną gonitwą, ale również niestety bitym w międzyczasie.
W obliczu wojny Moskwy z Turcją, która spowodowała konieczność ograniczenia liczebności korpusu rosyjskiego w Wielkopolsce, wrócił Malczewski ze swojej śląskiej kwatery w Stramburgu (to jest Żmigrodzie) „kontynuować scenę przerwaną wojownika” (s. 230). Z kolei Jakub Ulejski „szlachcic partykularny, jednego sołtystwa w królewszczyźnie posiadacz” (s. 184), uwikłany w rozgrywkę o regimentarstwo między mocniejszymi dwoma aktorami, a aspirujący na trzeciego, został aresztowany przez braci konfederatów, po czym wypuszczony, „usiadł cicho w domu”, co nie uchroniło go przed najazdem Moskalów, szukających bogactw zrabowanych w czasie działań, rabunkiem i odesłaniem „na Kamszatkę”, z której „po uspokojonych rozruchach polskich powrócił do swego sołtystwa, z którego […] wyszedł grać rolę wielkiego człowieka na wielkim świecie” (s. 186).
Dwukrotnie używa jeszcze Kitowicz innych sformułowań bezpośrednio odsyłających do gatunków teatralnych w związku z działaniami regimentarza Zaremby. Po pierwsze, kiedy w trakcie oblężenia bronionej przez Pułaskiego Jasnej Góry, wielkopolski wódz nie chcąc się tam wybierać, udaje, że jest zatrudniony oblężeniem Poznania, którego nie może odstąpić, a chodzi tylko o zwłokę – Kitowicz pisze, że „Zaremba zatrudniał się […] komedią graną pod Poznaniem” (s. 273). Po drugie, sprawa uwięzionego przez Prusaków Pawła Skórzewskiego, wraz z likwidacją jego partii, nie zasmuciła tegoż Zaremby, „wiedzącego, że się niedługo miała zakończyć opera konfederacji” (s. 286). To ostatnie określenie wydaje się całościowym podsumowaniem jej dzieła, to ten rodzaj teatru był tam zatem grany – z jednej strony można to rozumieć jako uwagę zgryźliwą i szczególnie ironiczną, ale w obliczu końca może też mieć wymiar patetyczny. Na pewno podkreśla teatralność i dramatyczność całej sytuacji.
Wojna jest również w tym teatralnym sensie przedłużeniem polityki, rzecz jasna cele osiągane są tu innymi środkami aktorskimi, by sparafrazować Clausewitza. W relacji ze znanych mu niewątpliwie z pierwszej ręki negocjacji Zaremby z Branickim w Widawie 2, Kitowicz wspomina o Wawrzyńcu Potockim, który jako
pobożny katolik i żołnierz dobry, ale w rzeczach politycznych wielki prostaczek, zaraz ruszając z pola do kwater, zawołał do swoich: Mościwi panowie, jest tu zdrada. Trzeba tu i lutra w łeb, i Niemca w łeb (terminem lutra znacząc Branickiego, terminem Niemca znacząc Zarembę, że chodził w niemieckiej sukni czasem albo węgierskiej czasem). Kto kocha wiarę i wolność, proszę z sobą. (s. 288)
Dla Potockiego i jego towarzyszy kończy się ten odjazd z miłości do wiary i wolności tragicznie, pod Łęczycą zostali oni bowiem prawie w całości pozabijani przez Rosjan. „Taki był koniec ludzi skądinąd podcziwych, ale nieroztropnych” (s. 289) – kwituje Kitowicz. Z drugiej strony znajdowali się niedowiarkowie i przewrotni tłumacze, którzy nie wierzyli w przebieg dramatycznej nocy uprowadzenia i powrotu Stanisława Augusta (3 listopada 1771), brali ją za zmyśloną lub zmistyfikowaną przez gabinet królewski. Jej opis kończy Kitowicz sceną wspólnych modłów o poranku: dostojnicy, duchowni i urzędnicy śpiewają w kolegiacie Świętego Jana Te Deum, zarządzone przez biskupa Młodziejowskiego. Śpiewali co prawda wszyscy, lecz
nie wszyscy skłaniali serce do głosu dziękczynnego. Zapewne ten śpiewał tylko na próżno, który stojąc z drugim orderowym przy filarze, rozmawiał tak (nim zaczęto śpiewanie): „Co za głupia bestia! Rozumie, że tym sposobem otworzył sobie wrota do skarbów królewskich i najwyższych honorów; oszuka się zapewne. Dałbym na niego kreskę, aby był za żebro powieszony. Kiedy porwał, za cóż na miejsce nie doprowadził? Zrobił dwa występki niegodne odpuszczenia: raz, iż oczernił naród, druga, że pokazał całemu światu, iż Polacy ani do złego, ani do dobrego nie są sposobni. Nareszcie pozbawił nas najciekawszej sceny, co by robił Puławski z królem, dostawszy go do rąk” – czy by Moskale wspinali się bardziej do twierdzy jasnogórskiej, czy czekali na abdykację. (s. 306-307)
Wojna jest sztuką podstępu, udawania, „dysymulacji”, jakby napisał Kitowicz. Jednak stosowanie forteli, przebieranie się jest szczególnie wpisane w walkę partyzancką, z którą tu po raz pierwszy chyba na taką skalę w historii polskiego oręża mieliśmy do czynienia – gdy w 1844 roku Karol Bogumir Stolzman publikował na emigracji swoją Partyzantkę, czyli wojnę ludów powstających najwłaściwszą, pierwsze po polsku dzieło poświęcone teorii i praktyce wojny partyzanckiej właśnie, to konfederacja barska była stawiana jako rodzimy przykład, której klęski upatrywał autor w oparciu się tylko o warstwę szlachecką.
Ludzie, którzy w pierwszej chwili nie zrozumieli, o jaką wojnę chodzi, a na konfederację się wybrali, są szczególnie narażeni na szybkie zakończenie swojej z nią przygody. Dobrze to widać w anegdocie o stolniku poznańskim Rydzyńskim, poruczniku znaku husarskiego, który zebrał żołnierza i z chorągwią husarską
wyprawił się […] na wojnę, suto, bogato, z aparatem wielkim w koniach, w rzędach i siądzeniach bogatych, prowadząc za sobą wozy poszóstne napakowanymi sprzętami stołowymi, kuchennymi od srebra i miedzi, pościelami, obiciami, namiotami i innymi do wygody i okazałości służącymi ruchomościami
co skutkowało tym, że Drewicz łatwo dogonił ich pod Frejnem [obecnie Cieszków], gdzie doszło do potyczki „bardzo mało krwi z obu stron kosztującą, bo regiment podczaszego po małym oporze poddał się Moskwie, a jazda polska zaraz pierszchnęła z placu, zostawiwszy w zdobyczy Moskalom wszystkie bagaże swoje”3 (s. 180). Dochodzi więc, zwłaszcza na samym początku, do aktów naiwności i autokompromitacji, korespondujących z obrazem fasadowości, braku doświadczenia (kilkadziesiąt lat pokoju) i pewnej fikcyjności regularnego wojska polskiego epoki saskiej, o której pisze pamiętnikarz w księdze O stanie żołnierskim swojego Opisu obyczajów.
W związku z ową, jak to określił Barycz, „operetkowością” armii polskiej tamtego okresu, armii, która teraz zarówno zasiliła szeregi konfederackie, jak i pozostała wierna królowi, wspomagając częściowo Rosjan, znajdują się dwie bliskie sobie sprawy, wspominane nieco szerzej przez Kitowicza. Pierwsza dotyczy braków w broni i sprzęcie, które zmusiły walczących do przyjęcia, jak wylicza Kitowicz: „gałganów początkowych, słomianych kulbak […] mizernych szkapin, szabel w węgorzych pochwach, owczarskich bandoletów, myśliwskich ruśnic z potrzaskanymi łożami i lada jakimi zamkami, pistoletów na smyczy z szyi wiszących i innych wojennych gratów”. Konieczność zbrojenia się czymkolwiek „częstokroć zamiast obrony stawały się im [to jest konfederatom] zgubą” (s. 231). Druga kwestia to konieczność odróżniania się i ustalania hierarchii, czyli, mówiąc językiem Kitowicza, „dystyngwowania się”. Wojsko zostaje odpowiednio umundurowane, przy czym właśnie różne oddziały dla dystynkcji nosiły inne barwy i materiały – czując się armią regularną, walczącą tylko na sposób partyzancki, odtwarzają konfederaci jej strukturę i postać, toteż oficerowie „szklnili się od złota i srebra: w haftowanych mundurach, w czapkach złotem lub srebrem haftowanych, w kapeluszach suto galonowanych, w szarfach na przepych bogatych z czerwonego jedwabiu i srebra w siatkę dzierzganych, z kutasami masyfowymi, w szlufach na obu ramionach srebrnych masyfowych”. W takim kontekście warto zobaczyć sukces słynnej „czapki z wysokimi baranami” (s. 232).
Jednocześnie trwa bezustanne podgryzanie się dowodzących, niechęć do wzajemnego podporządkowywania się, spory o stanowiska, zazdrość sukcesów, śnienie o buławach (co widać w przywołanym przykładzie Ulejskiego, ale i wielu innych – to motor napędowy postępowania wszystkich niższych pochodzeniem społecznym oficerów u Kitowicza). W warunkach partyzanckich szycie różnego rodzaju przepysznych uniformów będzie oznaczało jednak głupią utratę środków finansowych (na co zwracali uwagę również doradcy francuscy), „przesadzanie się” w dowodzeniu z kolei, likwidacja wzajemnych nieporozumień i buntów wewnątrz ruchu – niepotrzebną utratę energii. W skrajnych przypadkach konfederaci wzajemnie sobie przeszkadzali, czym uniemożliwiali sukces (opis potyczki pod Radominem) czy wręcz wyręczali Rosjan, jak w przypadku rozstrzelania dobrego dowódcy Gogolewskiego, nad którego grobem wzdycha z niedowierzaniem Drewicz, że to rodacy go ubili (s. 205).
Kitowicz pisze oczywiście o udanych podstępach skierowanych przeciwko wrogom, osiągniętych nieraz za pomocą bardzo prostych środków – udawanie, że żołnierzy jest więcej niż w rzeczywistości, zapewniło dezorientację przeciwnika i realne sukcesy (opis nocnego ostrzeliwania się Żbikowskiego na kępie pod Toruniem czy opanowania zamku krakowskiego). Podobnym chwytem jest pozorowanie ucieczki, której używa z powodzeniem Pułaski w czasie obrony Jasnej Góry. Potyczka Zaremby pod Kościanem kończy się szczęśliwie, mimo że jest przypadkowym zwycięstwem, ale „ten przypadek ucieczki początkowej wzięli Moskale za fortel wojenny i co było przygodą nieszczęśliwą, osądzono za skutek rozumu” (s. 262).
Oszukiwani w sposób przeróżny w narracji Kitowicza są jednak nader często konfederaci przez samych konfederatów. W planie ogólnym zwodzone jest całe wojsko konfederackie przez sterującą nim Generalność, która mami żołnierzy pomocą zagraniczną i perspektywą pozytywnej zmiany. W szczegółach z kolei możliwe są nawet takie sytuacje, które nie służą li tylko skompromitowaniu zdrajcy, który przeszedł na stronę wroga (Dzierżanowski wysyłający dziada ze zmyślonym tajnym listem, by pochwycili go Rosjanie; (s. 183), czy zmuszenie do kapitulacji podejrzanego o przestępstwa oficera (broniącego się w Chojnicach Bęklewskiego za pomocą kłód drewna udających w mgle jesiennej armaty (s. 324), ale prowokacje wobec – teoretycznie – zaprzyjaźnionego oddziału. Morawski doprowadził bowiem po potyczce radomińskiej sytuację na krawędź friendly fire, gdy przestraszył część konfederatów wracających z akcji swoimi żołnierzami po kozacku przebranymi, nagle wypadającymi z lasu w czasie przeprawy Wisły, tak jakby specjalnie sprawdzając gotowość bojową tamtych. Ci kozacy barscy Morawskiego są przedstawieni jako robiący więcej zamieszania niż pożytku, na przykład członkowie konfederackiej Izby Konsyliarskiej na tyle przestraszyli się ich w roli konwojujących rannych, że uciekli z rynku poznańskiego „sromotnie na wozach chłopskich” (s. 239).
Przebrać się trzeba, żeby zdezerterować czy uniknąć walki – to casus choćby rotmistrza Dobrzelewskiego, który przestraszył się potyczki i „wpadłszy w miasto [Piotrków], gwizdaniem kul moskiewskich przejęty, jako w takiej łaźni nie bywalec, opuścił zaraz ludzi swoich, skrył się do kamienicy i przebrał za stróża” (s. 252). Zatarcie tożsamości jest konieczne, żeby bezpiecznie uciec z kraju (Pułaski) czy porwać władcę – jeden z najbardziej znanych i zuchwałych czynów, czyli wspomniane już porwanie króla spod pałacu kanclerza Czartoryskiego na Miodowej zasadzało się na bardzo rozległym spisku ludzi zjeżdżających incognito do Warszawy, a potem w kluczowym momencie samej akcji udających ront kozacki (s. 301).
Z kolei wyglądać również trzeba, żeby wywrzeć wrażenie w trakcie negocjacji kapitulacyjnych. Zaremba wyprawia do króla i posła moskiewskiego w tym celu niejakiego Skorupskiego, „miny marsowej, wzrostu dobrego, z nosem gdzieś nakarbowanym i prezencji więcej niż śmiałej człowieka, ażeby z takiej posłanej próbki zrobić wrażenie jak najmocniejsze o całej masie konfederacji idącej do zgody” (s. 308-309). W celach wywierania wrażenia Bęklewski woził ze sobą za to żonę, „urodziwą i płakać, kiedy trzeba, umiejącą a oraz tymi dwiema powabami ujmującą” (s. 324). Jest to być może odwrotnością sytuacji brata Pułaskiego, „zabitego pospołu z metresą jego po amazońsku przebraną” (s. 188).
Podawanie się za kogoś innego, robienie wrażenia i efektów sprawia, że postaciami spodziewanymi w podobnej wojnie muszą być różnej maści oszuści i awanturnicy, z których dwu bodaj najsłynniejszych to „królowie Madagaskaru” – były, Ignacy Dzierżanowski i przyszły, Maurycy Beniowski. O obu wspomina Kitowicz raczej krótko i niepochlebnie. Szerzej pisze za to o „zabawnych i zadziwiających” przygodach Żbikowskiego, rudego, chuderlawego uciekiniera ze szkół. Pomysłowy nastolatek, odważny i drobny koniokrad, nie tylko radzi sobie w trudnym położeniu, ale także jeśli trzeba, potrafi przejść do akcji na przykład z czterema szewczykami za pomocą opalonych kijów, jednej szabli i jednego pistoletu zatrzymać jedenastu dorosłych żołnierzy od Pułaskiego. Śmieszy, choć wywołuje zdziwienie dysproporcja między kompleksją i wyglądem a jego samodzielnością i osiągnięciami. Moglibyśmy go nazwać synem pułku albo gawroszem tej konfederacji, również z uwagi na tragiczny koniec. Nazwanie go przez narratora godnym „lepszego losu i chwalebniejszej śmierci” (s. 221) wzięlibyśmy chętnie za symboliczne epitafium dla konfederacji.
Takich scen znaczących jest w narracji Kitowicza więcej, choćby o zatrudnieniach swojego dowódcy Antoniego Morawskiego relacjonuje, że ten uprawiał „tylko zabawki dziecinne z swoim synkiem pięcioletnim, gdy ten małą szabelką swoją rąbał po sukniach oficjelów albo gdy osóbki porcelanowe stojące na kominie Reyfelta, kupca, w którego stał kamienicy, podniesiony na ręku ścinał” (s. 241). Anegdoty z opowieści płaszcza i szpady zostają skumulowane w obszernych partiach poświęconych czynom właśnie tego rzeźnika z Gniezna, który urósł do roli jednego z najgłośniejszych dowódców konfederacji wielkopolskiej między innymi dlatego, że przyswoił sobie dobrze sposoby walki partyzanckiej, potrafił doskonale wyzyskać położenie geograficzne i sytuację topograficzną.
Charakterystyczne dla przygód Morawskiego jest to, że często musi stawiać Rosjanom czoło pojedynczo lub w grupie kilku najbliższych, nawet w okresie, gdy jest już dowódcą dużej liczbowo partii konfederackiej. Fama nieuchwytnego „Morawki” dodatkowo pomaga mu wychodzić z każdej opresji – „sołdaty moskiewskie tak się go bali, że gdy krzyknął na nich i natarł z impetem, miasto zastępowania mu uciekali do domostw, co mu ułatwiało przestwór” (s. 227). Jednocześnie Kitowicz nie szczędzi mu ciemnych barw, tym ciemniejszych, że dotyczą jego zwierzchnika.
Mimo że tyle razy udaje się wyjść Morawskiemu z tarapatów, to równie często doprowadza do nich sam swoją niefrasobliwością i pijaństwem. Czekając w Poznaniu na wykonanie wyroku, ucieka jednak, wykorzystując fakt, że w prewecie w kamienicy, w której był zatrzymany, znajdowały się wychodzące na drugą ulicę drzwi. Przydzielony więźniowi chłopiec przerzynał pilnikiem po trosze rygiel, a gdy dokończył dzieła, pułkownik w nocy udał chorobę żołądka, wydostał się fortelem z miasta i spłynął Wartą za Poznań (s. 247-248). Wreszcie przygody Morawskiego kończą się, kiedy w czasie hulanki na przedmieściu Piotrkowa zmuszony jest ukryć się pod mostek, a tam zauważony przez „dziada przechodzącego”, złapany i odesłany do Rosji, mimo próby zorganizowanej ucieczki, ostatecznie musi swoje odsiedzieć na Syberii. Po powrocie z niewoli znajduje się „w mizernym stanie i w zupełnej od obywatelów pogardzie” (s. 294-5). Tak to przedstawia Kitowicz, kreując gorzki portret antybohatera.
Niepokrzepienie serc
Myślę, że materiał, który powyżej przedstawiłem, potwierdza rację, która stała za słynnym sformułowaniem z tytułu recenzji BNowskiej edycji Opisu obyczajów pióra Władysława Konopczyńskiego pod tytułem Szkoda, że nie powieść. Niezależnie od intencji historyka, tkwił w tym zdaniu wielki komplement dla sposobu budowania anegdoty i stylu pisarza. Jednocześnie forma narracji przyjęta w Pamiętnikach Kitowicza, konieczność skakania w porządku opowiadania, rozjeżdżanie się czasu z przestrzenią zarówno w trakcie notowania „w kulbace”, jak i późniejszego przepisywania dobrze oddaje „mało zborne, bałaganiarskie, iście szlacheckie […] szlajanie się po kraju bez większego ładu i składu”4, jak pisał o obrazie konfederacji w tym dziele Bohdan Czeszko z okazji jego wydania w 1971 roku po raz pierwszy w pełnym i nieocenzurowanym kształcie. Publikacja ta zbiegała się z dwusetną rocznicą konfederacji barskiej, choć właśnie spośród niemałej liczby recenzji ciepło przyjmujących prozę Kitowicza tylko Bohdan Czeszko, szef sztabu czwartaków AL i autor Trenu, zwrócił wówczas szerszą uwagę na ten wątek.
potyczka_w_drodze.jpg

Konfederacja barska poddana została zabiegom nadającym jej sens ważnej ofiary w drodze po odrodzenie i niepodległość, stała się przedmiotem dzieł literackich różnych gatunków. Potencjał mitotwórczy tkwił w samym wydarzeniu i już w literaturze okresu barskiego mocno rezonował, ale późniejsi pisarze oświeceniowi dorzucili tu swoje interpretacje, przygotowując grunt twórcom polskiego romantyzmu. Mickiewicz, Słowacki, Rzewuski, Krasiński zbudowali złożony z arcydzieł gmach tworzący z konfederacji kamień węgielny pamięci przeszłości i zapowiedź przyszłego zmartwychwstania, „arkę przymierza między dawnymi a młodszymi laty”.
Jedną z trwałych naukowych zdobyczy dorobku dwusetnej rocznicy był tom Przemiany tradycji barskiej, w którym historycy i literaturoznawcy prześledzili te przewartościowania, które mieściły się w skali między ocenami pozytywnymi a ambiwalentnymi. Doprawdy trudno wskazać kogoś, kto całkowicie potępiałby konfederację (nawet w Polsce Ludowej niełatwo wytropić jej ważne obrazy negatywne). Miejsce Kitowicza w kreowaniu literackiej legendy barskiej jest właściwie minimalne5. Nie czas wskazywać na wszystkie powody, które się na to złożyły, ale chciałbym napisać o najbanalniejszym: Kitowicz dostarcza materiału wzmacniającego wszelkie rysy ambiwalentne w wizerunku konfederacji, czyniąc jej windującą interpretację romantyczną niemożliwą.
Co właściwie łączy wszystkich bohaterów, których portrety anegdotyczne pozostawił nam Kitowicz? Chęć zarobku, resentyment wobec wyżej umocowanych w hierarchii, potrzeba przewodzenia nad innymi, marzenia o awansie ‒ to są motywacje, które prowadzą największych nawet bohaterów rekrutujących się ze średniej i drobnej szlachty, wspartej w Wielkopolsce wyraźnie reprezentantami mieszczaństwa. W konkretnych sytuacjach może się to wyrażać rewanżem na bogatszym krewnym-kanoniku czy zdobyciem pieniędzy na ożenek6, niemniej wizerunek różnorodnych hołyszów, dorobkiewiczów, którzy się próbują dobić majątku i buławy, jest w Pamiętnikach Kitowicza dojmujący i dominujący. Przesłanki patriotyczne i religijne autor albo pomija, albo rozumie jako niewymierny element składowy.
Płaca dobra, żywność hojna i bezpłatna, rozpusta i debosz [hulanka], rozkazywanie absolutne i panowanie nad obywatelami, uniżoność od panów największych okazywana tym nawet konfederatom, którzy niedawno sługami ich byli – nęciła na potęgę do siebie wszystkich golców, służalców dworskich, mieszczanków i wieśniaków krnąbrnych albo pracy nie lubiących,
jak również osiadłą szlachtę, która „wolała rozkazywać”, za godzinę strachu „w potyczce i ucieczce” „dosyć było nadgrody bujać wygodnie po kraju w ozdobie obrońcy wiary i wolności, i do tego być dobrze płatnym”, tych, którzy wpadli w niewolę, pozostali bowiem „uważali jako męczenników za wiarę”, „ożywali się [ich] heroizmem chrześcijańskim”, „unikając go jednak, ile możności” (s. 205). Ten niezbyt budujący ironiczny wywód stanowi dopełnienie księgi O pobożności z Opisu obyczajów, rozpoznajemy w nim Kitowiczowskie „mieszanie się złego do dobrego”, aktorski i społeczny wymiar religijności, których zapowiedzią jest wcześniejszy zdystansowany miniportret księdza Marka7.
Z powyższych przesłanek brała się także „nikczemność potyczek”, partyzancki typ walk według schematu potyczka z konieczności – rozsypka ‒ powolne zbieranie się prowadził do pojawienia się odprysków, niedobitków, które wzmacniały liczebność „kup swawolnych”. Niezależność i chęć zarobienia więcej do zawiązywania licznych „drobnych konfederacji”, które „nic nie uczyniły, tylko kraj niszczyły, a drugie się z Moskalami nawet i nie widziały, przeto dosyć jest napisać o nich, że były” (s. 211-212). W konsekwencji do degeneracji ruchu. Myliłby się jednak ten, kto podejrzewałby Kitowicza o jednoznaczne potępienie unikania walki, zwłaszcza z silnym wrogiem. Jest on przeciwnikiem źle przygotowanych starć, działań niepotrzebnie szafujących siłami.
Jeśli w kategoriach humanitarnych spojrzeć na dzieło Kitowicza, to zwrócenie uwagi na koszty ludzkie może być jego największą wartością. Gdy Zaremba wjeżdżał do Warszawy po swojej kapitulacji, „lud pospolity zbiegał się do niego tłumem, łając i przeklinać go w głos, że się poddał, mieniąc go zdrajcą ojczyzny”, jednak rozsądniejsi gratulowali mu i winszowali, że „z honorem i ocaleniem partii swojej zakończył dzieło niebezpieczne, wkrótce upaść mające” (s. 310). Zaremba był wodzem szczęśliwym, a jeżeli „szczerze nie bił Moskalów”, to przynajmniej ochronę wojska swego „cnotą nazwać możno” (s. 313).
Bezimiennymi bohaterami konfederacji są liczne osoby, które w niej nie uczestniczą bezpośrednio, ale są siłą rzeczy konfrontowane ze stanem wojennego chaosu, wszyscy ci, którym nie udało się wyjechać choćby do większego bezpiecznego miasta czy za granicę. To ludzie, którzy pragnęliby normalnie żyć i przeżyć, są jednak przymuszeni do płacenia podatków i działań na rzecz jednej lub drugiej strony, choć częściej obu jednocześnie:
Miasta jednak i miasteczka wszystkie pod wielką karą obowiązane były dawać znać Moskalom o konfederatach. Takiż sam przykaz był dla tychże miast od konfederatów przeciwko Moskalom. Za czym miasta, czyniąc zadosyć obojga dwom rozkazom, kiedy w którym stanęli Moskale, co prędzej dawali o nich znać konfederatom i wzajemnie Moskalom o konfederatach. (s. 197)
Szczególnie narażeni na konieczność niechcianej współpracy i niebezpieczeństwa byli cyrulicy i wszyscy podróżni – „Księża nawet i zakonnicy, z ustaw swoich zakonnych mieszkania swoje odmieniający, przymuszani bywali od Moskalów do szpiegierstwa i przewożenia listów od jednej komendy do drugiej” (s. 196), konfederaci z kolei „bez wszelkiego roztrząśnienia na najpierwszym drzewie podanym wieszali” dziadów albo „innych ludzi pieszych świadectwem skąd, dokąd i po co idą nie opatrzonych” (s. 197). Podsumowując wątek konfederackiego tchórza i złoczyńcy działającego w majestacie prawa, sędziego obozowego Ignacego Chlebowskiego, Kitowicz pisze sarkastycznie, że tenże bez żadnej sprawiedliwości i miłosierdzia „któregokolwiek dziada, Żyda lub innego pieszego człowieka napadł na drodze prosto zaraz bez żadnej indagacji wieszać kazał, tak iż Moskale, nie potrzebując przewodników, po samych obwieszonych dojść konfederatów mogli” (s. 198). Ponieważ autor wspomina jeszcze „urwiszowskie kupki […] rabujące lutrów, kalwinów i podatki tudzież kozubalce [haracz-IP] od Żydów wybierające” (s. 199), w innym miejscu z kolei „kilku Niemców obwieszonych na żurawiu od studni przez konfederatów” w Skwierzynie (s. 198), to można nabrać przekonania, że właściwie nie było różnicy, czy nieszczęśnikom trafili się konfederaci działający pod egidą konkretnego marszałka i regimentarza, czy zwykli rabusie.
Żydzi byli ulubionym przedmiotem prześladowania z każdej strony, w konfederacji wyraźnie dołączyli do nich przedstawiciele innych nacji i religii, którzy narazili się świeżo uzyskaną za naciskiem dworu rosyjskiego i pruskiego tolerancją, czyli przede wszystkim protestanci: „Chęć do rabowania lutrów, panów trzymających z dworem i samego dworu zapalała dziwnie żarliwość ducha za wiarę i wolność, osobliwie w ludziach próżniackich, zdeboszowanych na fortunie” (s. 240). W tym kontekście czyn pewnego chłopa, ratującego po bitwie pod Pakością ciężko rannego i obdartego do koszuli porucznika Judzkiego, wart jest przywołania. Był to bowiem „chłop, a co więcej luter”. Ów par excellence samarytanin raczej nie pojawił się zresztą na tym polu przypadkiem: „Chłopi, mający zwyczaj zbiegać się dla jakiej zdobyczy na pobojowiska, natrafili na niego jęczącego i trzęsącego się w owym błocie” (s. 223).
Chłopi znajdowali się poniekąd w każdym możliwym położeniu – nie byli oczywiście dowódcami, ale walczyli, służyli i byli używani do różnych zadań przez obie strony. Gdy posłany po wino dla Moskalów w Radominie chłop powiadamia o ich obecności oddziały Skórzewskiego i Morawskiego (s. 235), to jest posłańcem przynoszącym niechcący zgubę swojej wsi. Dzierżanowskiemu, który był w Indiach „vicerejem hiszpańskim”, trudniej niż w Azji poszło w Puszczy Zielonej, „sławnym kraju Kurpików”, chłopów znanych ze swoich umiejętności strzeleckich, ciągnących za sobą legendę wystąpień przeciw Szwedom i Sasom, co czyniło ich przedmiotem uwagi różnych reformatorów armii polskiej oraz planujących powstania w osiemnastym i dziewiętnastym wieku. Niestety, „Kurpikowie, lud prosty, człowieka nigdy w swoim kraju nie widzianego i geniuszu wcale od nich różnego, słuchać nie chcieli” (s. 183).
Doły miejskie zostają z kolei przedstawione jako czekające na przewrót i możliwość pogromu, o czym dwukrotnie wspomina Kitowicz – raz, gdy Bachowski wycinając kozaków na budach w Puszczy Kampinoskiej nocujących, wprawia w alarm Warszawę (już się Repnin z królem zaczęli pakować), „gdyby choć z małą garsztką swoją wpadł do Warszawy w nocy, byłby w niej znalazł wielkie wsparcie od pospólstwa i gwardii koronnej, tylko drżącej do rewolucji” (s. 215). Drugi raz, gdy rozgrywa się bitwa pod Błoniem, w stolicy już w broń przysposobili się rzemieślnicy, służący i włóczędzy (s. 240). Najciekawszą figurą uosabiającą stałe zagrożenie dla konfederatów są dziadowie, których użyć można, żeby skompromitować zdrajcę, ale są to często postaci kluczowe w historii danego dowódcy, denuncjujące go dobrowolnie lub pod przymusem. Ma dziad naturalne predyspozycje do szpiegostwa okazjonalnego jako osoba, która podróżuje, ale także dłużej przebywa w danym miejscu, żebrząc; dziad jest kimś, kto ma czas i kto spostrzega.
Nikt tak przekonująco nie przedstawił niejednoznaczności i nieprzejrzystości konfederackiego świata, choćby dlatego, że jest to świat dotykalny i detaliczny. Rzeczywistość opisywana przez Kitowicza jest tknięta anomią. Porządek społeczny zostaje rozchwiany – już choćby przez to, że dowódcami mogą zostać różne osoby, niekoniecznie dobrze urodzone, ustawione lub majętne. Kitowicz, w przeciwieństwie do niektórych współczesnych mu krytyków konfederacji, ukazuje również ksenofobię i klasizm środowiska średnio- i drobnoszlacheckiego, które dominuje we władzach konfederacji.
Dobrym przykładem jest los mieszczanina z Pyzdr, „konsztu szewskiego” (s. 198) Szczygła, trudniącego się na rozkaz marszałka likwidacją bezprawnie działających grupek. Został on w czasie tej czynności w haniebny i zdradziecki sposób zamordowany tylko dlatego, „że będąc szewcem, śmiał zabierać szlachcica” (s. 199) – jego mordercy, Bętkowskiemu izba konsyliarska co prawda kazała „łeb […] uciąć”, ale nic mu się nie stało jako „szlachcicowi i familiantowi”. Pułk Morawskiego, w którym służył Kitowicz, był wyjątkiem (dużą jego część stanowili mieszczanie), a prowokacyjne zachowanie dowódcy wobec przedstawicieli ziemiaństwa i szlachty, jak również chęć przewodzenia i awansu wszystkich pozostałych nad sobą wzajemnie, mogą być czytane w kontekście owej anomii.
Jest to także rzeczywistość okrutna, przy czym okrucieństwo niczemu nie służy i nie ma uzasadnienia, nie prowadzi do oczyszczenia moralnego, podniesienia ducha. Kitowicz zresztą ani makabrą, ani przemocą, ani sytuacjami granicznymi nie epatuje, choć oczywiście nie może o nich nie wspominać. „Pozjadawszy wszystkie konie a Francuzi, jako delikatniejsi, wszystkich kotów, których złapać mogli, na ostatku poddać się musieli” (s. 298-299) – wymownie podsumowuje sytuację obrońców Wawelu. Pisze o gwałtach, głównie popełnianych przez Rosjan, ale tak jak gdyby był to ryczałt, obciąża nimi raczej ich dowódców, to na przykład Branicki i rosyjscy dowodzący oskarżają Drewicza przed imperatorową, że ten „gwałty damom uczciwym i zakonnicom wyrządzał” (s. 279). Nie inaczej jest z przemocą stosowaną wobec jeńców-konfederatów – tak jakby to portret Drewicza czy Renna wymagał dopełnienia takim obrazem: „kazawszy ich do naga poodzierać, rozmaitą śmiercią wszystkich zamordował, jednym we łby strzelając, drugim na pieńku lub na jakim drewnie głowy ucinając, innych na spisy wziętych i do góry podniesionych aż do zamęczania trzymając” – kilku przyszło do siebie, w tym niejaki Stanisławski, który
spisami skłoty tak, że mu flaki z brzucha wyszły, porzucony w progu kościelnym za umarłego, przyszedł do siebie, wziąwszy w garść flaki wiszące z brzucha przyszedł do chatyny do baby; ta mu flaki w brzuch wepchnęła, nicią dziury w brzuchu zaszyła i wygoił się.
To chyba najbardziej detaliczny obraz tego rodzaju, możliwość jego zakwestionowania zostaje uprzedzona świadectwem autora: „i widziałem jego blizny” (s. 187). Najbardziej obrazowo przedstawione zostaje powieszenie, na rozkaz Pułaskiego, na bramie jasnogórskiej dziewczyny, która niosła dla przebywającej wtedy w twierdzy rodziny Jakuba Franka koszulę i przenosiła bilet od oblegającego Drewicza do trzymanych pod czujnym okiem przez konfederatów paulinów, choć nie ma tu kontekstu przemocy seksualnej.
Pisarz lubujący się w szczegółach pokazuje śmierć jako coś codziennego, często załatwia ją jednym zdaniem lub czasownikiem, czasem popartym potocznym porównaniem, na przykład gdy pułkownik Kierkur w czasie gry w karty swego chorążego przebił na wylot szablą „i zabitego wywlec z pokoju jak psa i w ziemi zakopać kazał” (322). Do pewnej rangi i konieczności opisu dorasta oczywiście śmierć-curiosum, jak w przypadku Zaremby, który spłonął w swoim majątku już po zakończeniu konfederacji w czasie kąpieli w wannie. To jedyna żywa pochodnia, o jakiej pisze Kitowicz.
monument_of_unknown_confederate_in_zagorz_2022c.jpg

Świat głębokiej i mrocznej ambiwalencji był raczej nie do przyjęcia dla tych, którzy w przeszłości szukali pocieszenia i zbudowania. Potwierdzałyby to najstarsze świadectwa lektury pamiętników Kitowicza w dziewiętnastym wieku, jak również praktyki cenzurowania jego dziewiętnastowiecznych wydań, zwłaszcza w popularnej edycji Edwarda Raczyńskiego. Cena, jaką wystawiał Kitowicz, była wyższa niż się spodziewano uzyskać w kolejnych powstaniach i rebeliach, a równocześnie obraz konfederacji stale podnoszono w arcydziełach kultury już teraz coraz bardziej narodowej.
Przecież można sobie wyobrazić frenetyczny dramat romantyczny, w którym sędzianka wałecka Gruszczyńska jest rzeczywiście, tak jak w Pamiętnikach, miłosierną żoną dowódcy rosyjskiego Salmoura opiekującą się konfederatem Sawą, a regimentarz Zaremba płonie, bo zakończył honorową kapitulacją konfederację, o ile coś w zamian by dla dziejów polskiego ducha z tego wynikało. Ta mistyczna sfera była oczywiście obca horyzontowi i mentalności plebana z Rzeczycy, co nie znaczy, że nie interpretował on znaków wskazujących na inną rzeczywistość czy zapowiadających zdarzenia. Trzeba przy tym powiedzieć jednak wyraźnie, że Kitowicz nie wstydził się swojej służby wojskowej, był także jako konfederat postrzegany. Porzucił ruch, gdy wiedział, że nic już z niego nie będzie i nigdy nie wrócił do służby wojskowej (miał jednak swoje lata), ale do końca zatroskany był o militarny sukces Polaków, przejęty dolą żołnierza.
Jeżeli ktoś zbliżył się do esencji opowieści Kitowicza, to był to Kazimierz Brandys w swoich Wariacjach pocztowych. Powieść wydana w – a jakże – 1972 roku, czyli rok po reedycji Pamiętników, to jedyny tekst kultury dialogujący z Kitowiczowskim światem konfederacji, niosący zresztą ślady lektury tego autora, choć w większej mierze Opisu obyczajów. Wizję rotmistrza Hładyny, który objawia się wpierw jako dziad piekący końską nogę w ognisku, a jest mistrzem szpiegowskich przebieranek, i wprowadzoną za tym ideę związku między człowiekiem a jego ubiorem, o której pisze w pierwszej parze korespondentów Jakub Zabierski do swojego ojca, Prota, można uznać za przepracowanie formuły „opery konfederacji”. Sama konstrukcja epistolograficznej sztafety powstańczej, w szczegółach polemicznej wobec mitów narodowych, ale przecież potwierdzających jej istnienie, konieczność jakiegoś wobec niej zachowania wydaje się bliska pewnemu fatalizmowi, jakim przepojona jest narracja Kitowicza odnośnie do losów jednostek i zbiorowości. Pamiętniki Kitowicza rozpoczynają także czarną nić polskiej opowieści partyzanckiej, w której mieszczą się zarówno teksty jednoznacznie wspomnieniowe (na przykład Opis powstania polskiego w roku 1863 i 1864 w województwie krakowskim Ludomira Grzybowskiego), jak i w różny sposób przetwarzające doświadczenia partyzanckie autorów utwory literackie (opowiadania Jana Józefa Szczepańskiego i Tadeusza Różewicza, jego dramat Do piachu czy Rojsty Tadeusza Konwickiego), wreszcie dzieła reprezentujące w tradycji literatury powstańczej epikę historyczną (na przykład Stefana Żeromskiego, Stanisława Rembeka czy Władysława Lecha Terleckiego).
Współcześnie na narracjach barskich Kitowicza oparł się poznański historyk i pieśniarz Jacek Kowalski. Popularyzator i wykonawca folkloru barskiego w Niezbędniku konfederaty próbuje wygrać Wielkopolskę, zatem przestrzeń Pamiętników, przeciw zgranej mitologii barskich kresów. Tak zwane „drugie dzieło” Kitowicza jako materiał do dyskusji z różnorodnymi konceptualizacjami Baru pojawiającymi się w czasach współczesnych – czy to tych kontynuujących widzenie w konfederatach patronów nowoczesnego polskiego republikanizmu (Tomasz Merta8), czy lansujących analogię między nimi a żołnierzami wyklętymi (Piotr Tabasz9) – wydaje się przed nami. Przeczytanie z jednej strony sejmowej uchwały ustanawiającej rok 2018 rokiem konfederacji barskiej10, z drugiej informacji o odkryciach dotyczących prawdopodobnej interpłciowości Pułaskiego z odpowiednimi partiami Historii polskiej w ręku również czeka na odważnego lub odważną.
- 1. Cytaty według wydania: Jędrzej Kitowicz Pamiętniki, czyli Historia polska, tekst opracowała i wstępem poprzedziła Przemysława Matuszewska, komentarz Zofii Lewinówny, Polski Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005. Numery stron w nawiasach.
- 2. „Pomówiwszy z sobą ci dwaj wodzowie cokolwiek po francusku resztę puścili na polską manierę, to jest zaczęli pić z sobą. A będąc obydwa tęgich głów, próbowali się od południa aż do wieczora” – Branickiego jak nieżywego wsadzono do powozu, a Zaremba „ledwo zdołał gościa swego odprowadzić do pierwszego proga”. (s. 289)
- 3. Inny przykład to podkomorzyc wieluński Karsnicki, „panicz hoży”, także opatrzony „w moderunki, garderobę, namioty, kredens i kuchnię obozową od srebra, cyny i miedzi”, który z dwudziestoma czteroma towarzyszami chciał się przyłączyć do konfederacji, ale przypadek sprawił, że trafił na Drewicza „w kilkaset koni ciągnącego” – sprawa dobrze się skończyła, bo zaprzyjaźniony z rodziną Drewicz zatrzymał tylko sprzęty i ekwipaże, ale młodzieńca odesłał do domu (s. 212).
- 4. Bohdan Czeszko Proboszcz statysta, „Nowe Książki” nr 5/1972.
- 5. Paradoksem jest to, że mimo wszystko było ono ważniejsze dla historiografii niż literatury, czego nie można powiedzieć o pozostałym dorobku plebana z Rzeczycy; w historiografii powojennej znajdziemy także rewizjonistyczne i bardziej ponure obrazy konfederacji, na przykład w dorobku Jerzego Michalskiego.
- 6. Bachowski mając pieniądze zdobyte na kozakach ożenił się ze „służebną panną wujenki swojej”, „w której się pannie zakochał był przed rewolucją”, przyjąwszy lokajów i hajduków „bujał sobie z miłą małżonką swoją po kraju” w randze regimentarza, przemarnowawszy zdobycz, „chwycił się łotrostwa”, mieli go rozstrzelać, ale mu się upiekło, „przysiadł w domu wuja swego i więcej konfederacji nie służył” ( s. 215-216).
- 7. „Miała też ta konfederacja i proroka wspomnionego w manifeście […] niejakiego Marka karmelitę, z pobożności prawdziwej czy obłudnej (sam Bóg wie) wziętego wielce u panów ruskich, który tej konfederacji pomyślny obiecywał skutek i na dowód swojej obietnicy pioruny i grzmoty, jak niegdyś Samuel prorok, z nieba sprowadził; albo też, gdy z naturalnej przyczyny zburzone powietrze piorunem wystrzelić miało, w tym punkcie mu ordynans do wystrzelenia dał” (s. 170).
- 8. Tomasz Merta Konfederacja Barska – odnowienie polskiego republikanizmu, w: tegoż Nieodzowność konserwatyzmu. Pisma wybrane, wybór i wstęp T. Stefanek, Warszawa 2012, s. 213-240.
- 9. Piotr Tabasz Konfederaci barscy a żołnierze niezłomni, w: Konfederacja barska (1768-1772). Tło i dziedzictwo. Publikacja wydana w 250. rocznicę zawiązania konfederacji barskiej, Kraków 2018, s. 129-137.
- 10. „Rocznicowe obchody przyczynią się do przywrócenia temu pierwszemu polskiemu powstaniu narodowemu w obronie wiary i wolności, wyrugowanemu ze zbiorowej pamięci przez komunistyczną historiografię, należnego mu miejsca w dziejach naszego Narodu”, isap.sejm.gov.pl.

