reality.jpg

A za dobro zbierzesz cięgi
Jakże nieefektowne bywają czyny doniosłe. I jak zwyczajne mogą być osoby, którym je zawdzięczamy. Taką właśnie historię, opartą na faktach, opowiada film Tiny Satter Reality1 z 2023 roku. To wyrażony w obrazach i dialogach traktat o podstawach naszych praw i wolności, o tym, czego wymaga od nas demokracja, jeśli ma trwać. Ale najpierw trochę informacji.
Bohaterka, Reality Winner, tłumaczka pracująca dla rządowej agencji NSA, wcześniej związana z armią, lojalna obywatelka Stanów Zjednoczonych, w maju 2017 r. przekazała mediom utajniony raport o ingerencji Rosji w amerykańskie wybory. Przypomnę tylko, że w styczniu urząd prezydenta objął Donald Trump, zaś to, na ile rosyjskie służby pomogły mu w wygranej, do dziś stanowi gorący temat licznych dociekań, publikacji oraz śledztw, jawnych i tajnych. Temat tym gorętszy, że Trump nie ustaje w komplementowaniu Putina oraz satrapów w Chinach czy Korei Północnej. Wskutek durnej niefrasobliwości internetowego pisma „The Intercept”, do którego Winner anonimowo wysłała raport, FBI łatwo namierzyło ją jako źródło przecieku. Oskarżono ją z paragrafów związanych ze szpiegostwem i skazano na pokazową karę pięciu lat i trzech miesięcy więzienia – najwyższy w amerykańskiej praktyce sądowej wyrok za takie przecieki (w celi spędziła cztery lata, do listopada 2024 pozostanie pod dozorem służb). Jej sytuacji nie zmieniło to, że wkrótce po aresztowaniu Senat USA wykorzystał ów raport w jawnych pracach. Drakoński wyrok wzbudził protesty rozmaitych organizacji chroniących prawa obywatelskie, krytykowały go też media, ale burza nie trwała długo, nie była też silna. Większość elit, także demokratycznych, zaaprobowała tę karę. Dopiero sztuka wydobyła Winner ze społecznego cienia. Jak podaje angielskojęzyczna Wikipedia, w 2019 roku Tina Satter stworzyła przedstawienie teatralne – pierwowzór jej filmu ‒ Is This a Room, oparte na protokole przesłuchania przez FBI i pokazywane między innymi na Broadwayu w Liceum Theater.
W tym samym roku zespół rockowy Son Volt wypuścił album z utworami odnoszącymi się do sprawy Winner. Ma też powstać czarna komedia o naszej bohaterce, realizowana przez Susannę Vogel. Ten ruch w sztuce wiąże się bez wątpienia z zagrożeniami dla Ameryki i świata, jakie stworzyła władza Trumpa, obawy przed jego powrotem na urząd, podbojem USA przez „trumpizm”, wyznawany również przez partię konserwatywną, oraz towarzyszącym temu rozkładem amerykańskiej demokracji. A wybitnym przejawem tych niepokojów jest właśnie Reality Tiny Satter (do oglądania na platformie HBO Max). Niespełna osiemdziesięciominutowy, pełen napięcia film przedstawia fragment historii Winner: nalot FBI na jej dom, rewizję i przesłuchanie, podczas którego bohaterka przyznaje się do swojego czynu. Tyle że ów fragment aż kipi fundamentalnymi sensami i pytaniami. Ważnymi również dla nas.
Najważniejsze przekazuje główna postać filmu, Reality Winner (piszę o bohaterce wykreowanej przez sztukę, nie znam rzeczywistej osoby). Jest na tyle zwykła, że bardzo wątpię, by jakiś ruch praw obywatelskich zechciał ją wziąć na sztandary. Najpewniej zresztą ona sama nigdy by do tego nie aspirowała. Nie wyobrażam sobie, by włączyła się w protesty Black Live Matters, nie widzę jej też na demonstracji Strajku Kobiet. Winner nie ma w sobie nic z aktywistki. To tłumaczka-ekspertka, biegła w języku perskim (farsi) i jego odmianach, paszto oraz dari, skupiona poza pracą na swej prywatności, zwłaszcza na współdomownikach, psie i kocie. Problem, co z nimi będzie po jej aresztowaniu, zajmuje ją bardziej niż własny los. Ponieważ Winner, już zdemaskowana, nie sprzeciwia się konsekwencjom swojego czynu, nie traktuje też agentów FBI jako przeciwników. Zachowuje się wobec nich ufnie, jakby stała po tej samej stronie, co oni – po stronie Ameryki. Zarzeka się, że nie jest sygnalistką ani Edwardem Snowdenem, który, dodam, po upublicznieniu tysięcy supertajnych dokumentów uciekł do Moskwy i przysiągł wierność Rosji. Jak mówi, chciała ujawnić raport, bo Amerykanie powinni mieć dostęp do tak ważnych informacji w tym samym stopniu co rząd. Tym samym Winner, przyznajmy, mało spektakularnie, bez płomiennych tyrad, przywołała – ja pozwolę sobie na szumną deklarację – fundamentalny warunek istnienia demokracji: obywatelskie prawo do informacji i prawdy. Skrywanie ich oznacza nadużycie rządzących, toteż utajniając raport, władza złamała pakt zaufania ze społeczeństwem, domagając się zarazem, by owo społeczeństwo ufało jej bez zastrzeżeń. Działanie Winner stanowi więc, wraz z jej gotowością poddania się karze, wzorcowy, zgodny z powszechnie przyjętą definicją, przykład nieposłuszeństwa obywatelskiego. Ech! Napisałem to zdanie z niesmakiem, nie lubię tej podręcznikowej formuły, bo nazbyt trąci hipokryzją. Z dwóch powodów widocznych w filmie.
Po pierwsze, gdy aktu nieposłuszeństwa dokonuje osoba znana czy mająca oparcie w silnym środowisku bądź bogata, jej konfrontacja z wymiarem sprawiedliwości przebiega odmiennie. Ma do dyspozycji prawników oraz narzędzia, by objęło ją trwałe publiczne współczucie. Nie stoi sama wobec urzędowej machiny, co zwiększa jej szanse na łagodne traktowanie. Inaczej niż Winner, osamotniona, przesłuchiwana we własnym domu bez adwokata. Wy, słabsze (i słabsi) będziecie szły same – to niewyartykułowana, lecz realna część definicji nieposłuszeństwa obywatelskiego. Po drugie, owa definicja zakłada sprawiedliwe postępowanie aparatu sprawiedliwości. Ale film Tiny Satter uświadamia, że tak się nie zdarzyło. Agenci FBI udają życzliwych, mamią ją pozorowaną empatią, choć w rzeczywistości traktują Winner jak wroga. Gdy oglądałem sceny przesłuchania naszej bohaterki, uruchamiały mi się w mózgu i ciele dawne, wyniesione z PRL ostrzeżenia: nie ufaj uprzejmym bezpieczniakom. Tyle że nas, młodych opozycjonistów, starsi przygotowali do przesłuchań przez rodzimą służbę bezpieczeństwa. Znaliśmy nasze prawa i wiedzieliśmy, jak się zachować. Winner nikt w tej kwestii nie instruował. Niesprawiedliwość, czego już w filmie nie widzimy, dotknęła również postępowanie sądowe. Sąd powinien umorzyć sprawę, ponieważ agenci FBI nie poinformowali Winner o jej prawach, choćby o prawie do milczenia. Ale sędzia nie zwrócił na to uwagi. Czy kierował się wzmożonym poczuciem patriotyzmu, który ma nade wszystko gromić zdradę? Czy też postanowił odstraszyć osoby, które miałyby ochotę naśladować Winner? Każdy z tych motywów uchybia standardom sprawiedliwości. Co potwierdza przekonanie, że osobom słabszym trudniej ją uzyskać. A może też trudniej o to w przypadku kobiet? Jest w tym filmie wątek genderowy stowarzyszony z władzą. Przez całą opowieść Winner osaczają męskie, potężniejsze od niej ciała agentów, my zaś skonfrontowani z tą scenerią, odczuwamy fizyczność opresji, jaka w nią uderza. Ta cielesna presja/ opresja łatwo może się kojarzyć z ultrapatriarchalną władzą Trumpa. Ale jest w niej coś ważniejszego, mniej przygodnego niż rządy jednego człowieka. Na co dzień, w zależności od ustroju, w różnym natężeniu, odczuwamy różnicę między władzą opartą na przemocy, ubraną w kostium legalizmu lub narodowej konieczności czy tak zwanego dobra ogółu a władzą czerpiącą prawomocność z autorytetu w społeczeństwie, więc zdolną do minimalizowania przemocy. USA jawią się, nie tylko w tym filmie, jako kraj, w którym coraz więcej sprawczości uzyskały polityki przemocy, po części legalizowanej. Rasizm, odbieranie praw kobietom, przywileje i władza bogatych, erozja zasady równości każdej i każdego wobec prawa – to tylko cząstka takiej listy. I doprawdy łatwo przytaknąć obecnej w filmie sugestii, że cała ta przemoc wiąże się z nasileniem patriarchalnych praktyk władzy. Toż „trumpizm”, modelowy patriarchalizm, jest nie tyle osobliwością amerykańskiej demokracji, ile jej stałą możliwością, zawsze obecnym zbiorowym wyobrażeniem właściwego ładu. Co odnosi się również do każdej demokracji, także naszej.
Tym większe znaczenie ma czyn Reality Winner. Może nawet nie sam czyn, lecz również to, że odważyła się nań zwyczajna osoba. Bo głównie takie sumienia, zdeterminowane i nieoczekujące poklasku, przesądzają o stanie naszych praw i wolności. O Winner funkcjonariusze państwa mówili, że zdradziła ojczyznę. Tak zawsze ci powiedzą. Bo każda władza, nawet najbardziej demokratyczna, żywi pokusę, by uznać się za zupełną, taką, która nie potrzebuje zewnętrznych korekt. Każda reaguje więc niechętnie, choć różnie te niechęci wyraża, na istnienie niezależnego od niej społeczeństwa. W dodatku, brutalność wobec osób takich, jak Winner, bierze się z tego, co ujawnia każdy akt nieposłuszeństwa obywatelskiego. Jak trafnie zauważyła Hannah Arendt, „kto wie, że może nie wyrazić zgody, wie także, że poniekąd zgadza się, kiedy nie protestuje”2. Toteż Winner musi być winna, bo jak inaczej jej społeczeństwo obroniłoby własną niewinność? Jak na bezmiar dramatów w Ameryce i na świecie, oczekiwania Winner zdają się mało okazałe. W sprawach publicznych pragnie dostępu do informacji, poza tym stabilnej prywatnej egzystencji, no i najpewniej uczciwego rządu. Te skromne pragnienia nie porywają, nie rozgrzewają nas do walki o wielkie zmiany. Tworzą jednak ramy dobrego życia ważne dla społecznych większości. A żeby takiej dobrej egzystencji się dopracować, trzeba uczciwości, sumienia i determinacji, jak w bardziej całościowych bataliach. Skromne pragnienia w wydaniu Winner to zatem etyczne i społeczne spoiwo demokracji, często niedoceniane przez osoby, jak ja, żyjące na co
dzień pośród gorących sporów i zaangażowań. Ten etos skromnych pragnień dobrze oddaje wiersz Charlesa Reznikoffa Te Deum, w przekładzie Piotra Sommera:
Nie śpiewam
z powodu zwycięstw –
żadnego nie odniosłem,
[…]
Nie dla wygranej,
ale z powodu pracy jednego dnia
wykonanej najlepiej jak mogłem;
żeby usiąść przy wspólnym stole,
nie na podium.
Jest praca, jest jakiś wspólny stół. Także dla Reality Winner. A podium? Cóż komu

