zrzut_ekranu_2025-11-25_125459.png

Marcin Wicha "Niezwykła historia Sebastiana van Pirka", Teatr Guliwer, Warszawa 2024, reż. Marek Zákostelecký, fot. Marek Zimakiewicz.

Ekscytująca nieprzewidywalność, czyli dorosła w teatrze dla dzieci

Magda Majewska
W numerach
25 lis, 2025
Wrzesień
2025
9 (823)

Obliczamy z dziewięcioipółlatkiem, ile razy w swoim życiu był w teatrze. To pewnie ostatni moment, kiedy jesteśmy w stanie to odtworzyć. On obstawia pięćdziesiąt spektakli – po pięć na każdy rok życia. Brzmi nawet sensownie, ale jestem sceptyczna, bo niemal zupełnie ominął nas teatr dla najnajów, czyli dla osób młodszych niż trzyletnie, a z prawdziwym rozpędem wkroczyliśmy na teatralną widownię dopiero w szóstym roku życia młodego człowieka. Typuję więc raczej wynik w okolicy dwudziestu spektakli. Ostatecznie jednak doliczamy się blisko czterdziestki.

WYPRAWY
Zdecydowaną większość syn widział razem ze mną, w tym okresie kilka razy byłam też na spektaklach dla dzieci sama. O ile dobrze pamiętam, w dorosłym życiu „przed dzieckiem” spektakl dla dzieci widziałam raz, i pewnie nie bez znaczenia był fakt, że była to produkcja teatru „dorosłego” – Pippi Pończoszanka w reżyserii Agnieszki Glińskiej (Teatr Dramatyczny, 2007). Ten jeden wyjątek nie zmienia faktu, że do teatru dla dzieci przyprowadziło mnie dziecko – droga raczej typowa. Choć to wspólne przeżywanie teatru jest dla mnie ważnym doświadczeniem, istotnym jest też, że nie czuję się w teatrze dla dzieci jedynie towarzyszką syna, ale jego pełnoprawną odbiorczynią. Zamierzam nią pozostać, kiedy mój synutraci status dziecięcego widza. W tym tekście próbuję zebrać kilka luźnych refleksji dotyczących zarówno bycia w teatrze rodzicem towarzyszącym dziecku, jak i po prostu dorosłą widzką.

Po pierwsze więc: dlaczego w ogóle chodzę z dzieckiem do teatru? Jako pierwsza przychodzi mi do głowy odpowiedź: bo teatr jest. Chociaż jej pretensjonalność wywołuje pokusę autocenzury, jednak rzecz warta jest wypowiedzenia. Ja, uczestniczka wydarzeń kulturalnych nie zastanawiam się specjalnie, do czego mogą mi się przydać jako rodzicowi. Stale sprawdzam jednak, w jaki sposób dzielić z dzieckiem te, ważne dla mnie i drugiego rodzica, doświadczenia.

Oczywiście wiele zależy od dziedziny – muzea co jakiś czas podejmują wysiłek stworzenia wystawy z myślą o dzieciach, ale w przeważającej mierze oglądamy to, co wszyscy. Mierzymy się z wyzwaniem, w którym na szczęście coraz częściej wspierają rodziców same instytucje: jak ułatwić małym odbiorcom i odbiorczyniom kontakt ze sztuką? Uczymy się dokładniej czytać opisy wystaw sztuki współczesnej i czujniej zważać na ostrzeżenia o treściach nieodpowiednich dla dzieci.

W teatrze jest inaczej: tu dla małych odbiorców i odbiorczyń mamy osobną ofertę – w Warszawie, gdzie mieszkamy, całkiem niemałą. Tak oto przed dorosłą towarzyszką dziecka otwiera się zupełnie nowy świat. Przynajmniej przez jakiś czas, najdłuższy spektakl jaki będzie miała okazję zobaczyć, będzie trwał trzydzieści minut (Elementarz, reż. Michał Zadara, Nowy Teatr, 2017).

Muszę się jednak przyznać: wejście w teatr dla dzieci wcale nie było tak automatyczne, jak chciałam to sobie sama opowiedzieć. Owszem, naprawdę wybraliśmy się z maluchem na Elementarz, ale niebagatelnym motywatorem była tu bliskość naszego domu i Nowego Teatru. Bo generalnie nie byłam rodzicem, dla którego zaplanowane wyjście z młodym człowiekiem dokądkolwiek było łatwe.

NOWE LĄDY
Co się więc wydarzyło? Oczywiście dziecko urosło i wszystko powoli stawało się prostsze. Najpierw jednak, w 2019 roku uczestniczyłam w poznańskim Biennale Sztuki dla Dziecka jako współmoderatorka Obserwatorium Sztuki dla Dziecka.

Oglądając Biennalowe spektakle bez dziecka, miałam szansę uważniej przyjrzeć się zróżnicowanym reakcjom młodej publiczności; zatęsknić za możliwością dzielenia teatralnego przeżycia z synem, ale też uświadomić sobie, że jako dorosła widzka chciałabym być przez ten teatr również widziana i traktowana poważnie. Chociaż jednocześnie nie chcę, by komunikacja ze mną odbywała się ponad głowami dzieci, jak wtedy, gdy ze sceny padają dowcipy zrozumiałe tylko dla dorosłych.

Podczas spotkań uczestniczek Obserwatorium stale towarzyszyło nam pytanie, jak teatr może uwzględniać różne wrażliwości młodych widzów i widzek: z większą uważnością sięgać po środki artystyczne lub przewidywać wyzwania, które mogą się wiązać z uczestnictwem w spektaklu. Nie był to jeszcze czas intensywnej obecności w przestrzeni publicznej tematów dostępności, neuroróżnorodności i zróżnicowanych wrażliwości sensorycznych, które oswoiły nas z myślą, że wielu młodym ludziom dopiero takie rozwiązania pozwalają bezpiecznie uczestniczyć w kulturze, a rodzicom umożliwiają przygotowanie ich do tego. Wtedy w naszych rozmowach pojawiały się jeszcze wątpliwości, czy starając się uwzględnić te szczególne potrzeby, teatr nie osłabi swojego oddziaływania.

Dzisiaj radykalna zmiana jeszcze się nie dokonała, ale coraz częściej teatry udostępniają na swoich stronach przedprzewodniki, czyli publikacje opisujące, czego można spodziewać się w teatrze lub podczas konkretnego spektaklu. Tworzy się je z myślą o osobach z niepełnosprawnościami czy w spektrum autyzmu, wielu dzieciom mogą ułatwić, szczególnie pierwszą, wizytę w teatrze. W opisach spektakli pojawiają się informacje dla osób wrażliwych, dotyczące na przykład natężenia dźwięku, momentów całkowitej ciemności, ale też obecności na scenie groźnie wyglądających postaci. Aranżowane są również przestrzenie wyciszenia, udostępniane słuchawki wygłuszające. Jednocześnie doświadczanie spektaklu z dzieckiem dobitnie przypomina, że mamy do czynienia z konkretnym młodym człowiekiem o unikatowym zestawie cech, który rozwija się, a więc wciąż zmienia. Czynników, które decydują o odbiorze przedstawienia i samopoczuciu w teatrze jest mnóstwo. W zasadzie za każdym razem na nowo weryfikujemy, które narzędzia są przydatne.

I tak, oznaczenia kategorii wiekowych są w oczywisty sposób pomocne. W praktyce, siedemdziesiąt minut spektaklu oznaczonego jako „sześć plus” to dla jednego sześciolatka długość idealna, by w pełni przeżyć rozgrywającą się przed jego oczami historię, inny z trudem wytrzyma tyle czasu w teatralnym fotelu. Dla kogoś wyzwaniem nie będzie głośna muzyka, ale już krzyki na scenie, owszem. Komuś żarty z fizjologii, które hasłowo nazywam „kupa-siku”, ułatwią wejście w spektakl, dla kogoś innego będą tak żenujące, że właśnie uniemożliwią pełne w nim uczestnictwo. Ta wieloaspektowość i wielozmysłowość doświadczenia pozwala, z każdą wizytą w teatrze, dowiedzieć się czegoś o moim dziecku na danym etapie jego życia.

ODKRYWCY
Teatr daje możliwość odkrywania nawzajem swoich wewnętrznych światów. Najprostszą drogą do tego wydaje się rozmowa, ale nasze rodzinne doświadczenie dobitnie pokazuje, że nie każde dziecko jest chętne do przegadywania, w czym uczestniczyło. Jednak słowa nie zawsze są potrzebne. W czasie przedstawienia jest wiele okazji, by zaobserwować, z czego młody człowiek się śmieje, kiedy się wzrusza, kiedy potrzebuje przytulenia – i co to przytulenie w danym momencie oznacza – kiedy prycha z zażenowaniem, a kiedy znacząco patrzy na mnie, gdy ze sceny pada kwestia komentująca zachowanie dorosłych, od którego najwyraźniej nie jestem wolna.

Tu pojawia się ważny dla mnie aspekt osobistego odbioru teatru dla dzieci. Ponieważ często, mniej lub bardziej wprost, spektakle dla dzieci dotykają relacji rodzinnych, ale też miejsca dziecka w świecie, oczekiwań, jakie świat ma wobec niego, jako dorosła przeglądam się w nich podwójnie. I tak, na przykład jednym z tematów spektaklu Wojtka Ziemilskiego Dzikie harce (Teatr Guliwer, 2023) są zakazy i nakazy, którym dzieci muszą się podporządkować. Niemal automatycznie zastanawiam się nad tym, co mówię do dziecka, ale też wracają do mnie reguły narzucone mi w dzieciństwie.

Z kolei Zupełnie inne święta Artura Pałygi w reżyserii Joanny Zdrady z Teatru Lalka pokazują zderzenie potrzeb dziecka ze świąteczną bieganiną dorosłych. Budzi to we mnie wspomnienie przedwigilijnego stresu z dzieciństwa. Jednocześnie oddycham z ulgą, że teraz, jako rodzina, nie ulegamy świątecznej presji – póki syn nie rozwiewa tego poczucia, szepcząc mi na ucho: „Właśnie dlatego wolę sylwestra”.

zrzut_ekranu_2025-11-25_131010.png

Artur Pałyga "Zupełnie inne święta", Teatr Lalki, Warszawa 2024, reż. Joanna Zdrada, fot. Bartek Warzecha.

NOWE JĘZYKI
Jest też teatr doświadczaniem różnego sposobu konstruowania opowieści. Odkryłam, że w teatrze dla dzieci uwielbiam poczucie, że zupełnie nie wiem, co się może zdarzyć. Z takim ekscytującym poczuciem nieprzewidywalności oglądałam choćby spektakl Kosmici w Miejskim Teatrze Miniatura w Gdańsku. Historia, napisana przez Marię Wojtyszko i wyreżyserowana przez Jakuba Kroftę, to szaleństwo wyobraźni, absurdalny humor i sporo tematów do refleksji. To wszystko bez, nierzadko obecnego w teatrze dla dzieci, dydaktyzmu.

Przewidywalność fabuły i następstwa zdarzeń sprawiają, że zwykle znacznie gorzej ogląda mi się adaptacje książek. Spektakl jest wtedy tylko ilustracją dobrze znanej opowieści, w dodatku najczęściej niesatysfakcjonującą, bo nie umiem uwolnić się od przywiązania do oryginału i oczekiwania, że zaakcentowane będzie to, co dla mnie najważniejsze. Tę prawidłowość odkrywałam stopniowo, a – zupełnie niezależnie – podobne stanowisko wyraził mój syn, odmawiając pójścia na znane mu z książki Kulawą kaczkę i ślepą kurę według Ulricha Huba (adaptacja Mariusz Gołosz, reżyseria Anna Przygoda i Tomasz Kowol). Chciał uniknąć możliwego rozczarowania. Jakiś czas później wyraził wprawdzie wolę nadrobienia tej wizyty w Teatrze Guliwer, ale sceptycyzm wobec adaptacji przeczytanych książek wydaje mi się wart odnotowania.

Z mojej perspektywy sytuacja zmienia się, gdy mamy do czynienia nie z mniej lub bardziej ciekawym szukaniem teatralnej formy dla znanej historii, ale z przekształceniem literackiego zalążka, który w dodatku słabo pamiętam, w rozbudowaną opowieść. Na przykład w przypadku Niezwykłej historii Sebastiana Van Pirka w reżyserii Marka Zákosteleckiego (Teatr Guliwer, 2024), dowcipną, lecz skromną objętościowo biografię wampira, któremu nie wyrosły kły, nie spełnia więc oczekiwań stawianych wampirom. Jej autor, Marcin Wicha, z właściwą sobie błyskotliwością rozwinął tę historię w pełnoprawny tekst dramatyczny, którego nieodłączną częścią są znakomite piosenki. W efekcie powstał spektakl mądry, pełen inteligentnego humoru, zaskakujący, grający z konwencją horroru, a przy tym przemawiający do osób w różnym wieku.

Obserwowanie gry z konwencją, która dla dziecka szkolnego może być już zupełnie czytelna, przepisywania baśniowej fabuły, w zgodzie z wartościami współczesnego świata (Trzy piórka Zuzanny Bojdy w reżyserii Darii Wiktorii Kopiec, Teatr Guliwer, 2025) czy roli piosenek w przebiegu spektaklu to dla dziecka świetna okazja do przyjrzenia się, jak może być konstruowana teatralna narracja.

Nie wiem, czy dla dziecka odkrywającego, jak teatr działa, bardziej fascynujące jest domyślanie się, jak animowane są konkretne lalki, czy zdanie sobie sprawy, jak wiele można na scenie wykreować światłem. Na pewno kluczowe jest w ogóle zetknięcie się z teatralną umownością.

Tu cofam się do początków naszego intensywnego obcowania z teatrem, czyli spektaklu Ronja, córka zbójnika w reżyserii Anny Ilczuk. Jedna z jego kluczowych scen rozgrywa się nad przepaścią rozdzielającą na pół zamek Mattisa, przez którą w akcie desperacji i buntu przeciwko okrutnemu postępkowi ukochanego ojca przeskakuje Ronja. W warszawskim Teatrze Powszechnym przepaść wyznaczał jedynie padający na scenę snop światła, a jedna z aktorek przemieszczała się z jednej jego krawędzi na drugą, wcielając się na zmianę to w matkę Ronji, to – Birka. Zmierzenie się z nieoczywistością akcji, rzeczywistością pokazaną w sposób zupełnie umowny, wydaje mi się początkiem teatralnego wtajemniczenia.

Warto to podkreślić, bo w moim odczuciu filmy, gry, a nawet książki nie dają takich możliwości, są znacznie bardziej dosłowne. Z drugiej strony: teatr w ogromnym stopniu odwołuje się do naturalnego języka dzieci – zabawy. I jeśli uda mu się nawiązać kontakt z młodymi odbiorcami i odbiorczyniami, to tę umiejętność mierzenia się z rzeczywistością przez zabawę jeszcze rozwija. I przypomina o niej rodzicowi.

Oczywiście nie trafiamy wyłącznie na spektakle, które nas angażują i poruszają, a też nie wszystkie, które ja uznaję za dobre, podobają się młodemu człowiekowi. Z fascynacją obserwuję, jak przekłada się to na rozwijanie jego zdolności krytycznych. Na obecnym etapie nie jest to udowadnianie, że wszystko było złe, tylko wskazywanie tego, co w jego oczach chybione, przy jednoczesnym docenieniu tego, co do niego trafiło. Pojawiło się też rozróżnienie na przekaz, rozumiany jako coś, z czym zostajemy po spektaklu, i morał, czyli bezpośrednie pouczanie dziecka. Jest to też doświadczenie sytuacji, kiedy na przykład spektakl mógł się dłużyć i, ostatecznie, być poruszającym przeżyciem, albo wywoływać śmiech i przejęcie w trakcie, a finalnie zostawić widza z poczuciem rozczarowania.

Czasem próbuję po spektaklu zagajać rozmowę, pytając syna, czy znalazł dla siebie jakąś inspirację jako reżyser. Taką między innymi rolę pełni w teatrze, który współtworzy w swojej grupie szkolnej. Prowadzony całkowicie z inicjatywy dzieciaków, opiera się na tworzonych przez nich tekstach i ich zaangażowaniu na każdym polu przygotowania przedstawienia. Niewątpliwie ćwiczą przy tym planowanie, organizację i pracę zespołową, ale przede wszystkim czerpią z całego procesu, zwieńczonego jednym, wewnętrznym pokazem, wiele radości.

Myślę sobie, że to też jest ciekawy aspekt – dzieci nie tylko teatr odbierają, ale naprawdę często również go tworzą, nawet jeśli zwykle jest to jednorazowy pokaz z udziałem pluszaków przeznaczony dla rodziny.

Udostępnij

Magda Majewska

jest animatorką kultury, popularyzatorką literatury i kultury dla dzieci, aktywna w internecie jako autorka strony mostyzksiazek.pl.