Kamyk Puzyny

Ma pani ulubione miejsce w teatrze?

Pracuję w nim już trzydzieści lat, więc właściwie czuję się tu jak w domu. Wszystkie kąty są oswojone. Na pewno fajny jest bufet, bo tam się zazwyczaj spotykamy i gadamy po spektaklach. W garderobie można znaleźć azyl i trochę się wyciszyć, ale pewnie najbardziej lubię scenę. Wszystko naokoło się zmienia, są jakieś remonty i przemeblowania, a tam chodzi się wciąż po tych samych, starych, porysowanych deskach. Wystarczy spojrzeć do góry, na wysłużone sztankiety i rampy reflektorów, by poczuć niezwykłą atmosferę tego miejsca.

Kiedy przyszedł pan do Legnicy, miał pan za sobą kilka udanych sezonów we Wrocławiu. Po ukończeniu Wydziału Aktorskiego PWST był pan związany przez kilka lat z Teatrem Współczesnym, współpracował pan również z Teatrem Polskim, gdzie miał pan okazję zagrać u Jerzego Jarockiego. W tamtych czasach – a mówimy o początku lat dziewięćdziesiątych – było to duże wyróżnienie dla młodego aktora. Współtworzył pan też jedną z najsilniejszych marek ówczesnego offu – Teatr K2. Kiedy zdecydował się pan na pracę w Legnicy, był pan już rozpoznawalnym aktorem we Wrocławiu.

Czy zagrane role zostawiają po sobie jakieś ślady w pani życiu?

Materialne nie, ale każda z nich jest dla mnie jakimś doświadczeniem życiowym, więc tkwią we mnie bardzo głęboko. Teatr uczy mnie empatii, bo daje możliwość wczuwania się w innych ludzi, nawet jeśli to postacie fikcyjne. Takie doświadczenia zmieniają spojrzenie na świat, czasem też dokonują przemiany wewnętrznej we mnie samej.

A która z bohaterek zostawiła po sobie najwięcej?

Gdzie się państwo poznali?

DWORAK: W teatrze.

WOLAK: Spotykaliśmy się również w domu aktora przy Księżycowej, gdzie mieszkał wówczas cały zespół.

DWORAK: Ale najpierw widziałeś mnie w spektaklu. Kiedy byliśmy już małżeństwem, odważyłeś się powiedzieć, co wtedy pomyślałeś…

Co takiego?

DWORAK: „Ładna, ale na pewno głupia.” (śmiech) Ja zresztą miałam podobne zdanie o Pawle.

WOLAK: Że ładny?

DWORAK: Ciekawy, ale na pewno nieinteresujący. (śmiech)

A jak trafili państwo do Legnicy?

Przyjechała pani do Legnicy tuż po studiach w Łodzi. Jakie wrażenie zrobiło na pani to miasto?

Chyba nad całym Dolnym Śląskiem ciąży stygmat miejsca niekochanego. Jego mieszkańcom brakowało zakorzenienia, nie czuli się tu jak u siebie. Te ziemie długo wydawały się ludziom „niczyje”, co – pomimo upływu czasu i wielu zmian – wyczuwa się do dziś. Dla mnie było to miejsce egzotyczne, zupełnie inne niż miasta, w których mieszkałam dotąd. Pierwsze kroki jednak skierowałam do teatru, przyjechałam prosto na próbę generalną Komedii obozowej w reżyserii Łukasza Czuja.

Śni się panu teatr?

Przypuszczam, że czasem tak. W końcu to, czym żyjemy, często pojawia się w snach. Ale nie miewam takich koszmarów, jakie zdarzają się niekiedy aktorom, że stoję na scenie i zapominam tekstu. W życiu doświadczam takich sytuacji, ale w snach jakoś nie.

Czuje się pan bezpiecznie na scenie?

Jest pan bodaj pierwszym aktorem legnickim, który osiągnął międzynarodowy sukces filmowy, i to w debiutanckiej roli. Czy rozgłos, jaki zdobył w świecie Twój Vincent, zmienił pana pozycję w zespole?

Nasza rozmowa ma oczywiście związek z przyznanym ci w tym roku Kamykiem, Nagrodą im. Konstantego Puzyny. Ale też od dawna planowaliśmy cię zaprosić do „Dialogowego” cyklu „Pogoda na jutro”, w którym pytamy gości o ich prognozy na najbliższą przyszłość, ich nadzieje i lęki. I już przestaliśmy się dziwić, że ich rozważania o przyszłości zwykle odnoszą się do przeszłości. Więc pierwsze pytanie będzie od razu takie przyszło-przeszłe. Jakie podstawowe zagrożenia widzisz dziś przed polskim teatrem?

Gdyby Instytut Teatralny nie istniał, trzeba byłoby go wymyślić. Dziś już trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie polskiego teatru bez tej instytucji, która – za sprawą swoich dalekosiężnych projektów – zarządza jego historią, życiem codziennym i wytycza szlaki na przyszłość. Jej idea nie wzięła się znikąd – myśl o „udomowieniu” teatrologii nie dawała spokoju jej „ojcom założycielom”. Chodziło nie tylko o to, by znaleźć dla niej miejsce na mapie dyscyplin naukowych, lecz również realny dach nad głową.