Burza

Ciemność, głuchy huk, przerażone szepty. Dookoła szaleństwo – słychać grzmoty, drobne krople zraszają nam twarze, a wiatr mierzwi włosy. W sercu pojawia się strach, nie wiadomo co robić. Ale to tylko teatr, życie jest gdzie indziej. Nawałnica po chwili ustaje, światła się zapalają, na scenę wchodzą aktorzy. 

Nie wiem czy Burza Nataszy Sołtanowicz, studentki reżyserii na Wydziale Lalkarskim wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych, to spektakl znakomity, taki sobie czy zwyczajnie słaby. I wszystko wskazuje na to, że nie będzie mi dane się o tym przekonać. Nie dowie się też tego publiczność Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku, bo mimo że Burza przeszła selekcję i miała zostać tam pokazana w nurcie OFF, twórcy musieli pokaz odwołać. 

Na początku jest burza. Ryk morza i wiatru. Trzask pokładu pod naporem fal. Jęk lin – pod wpływem sił próbujących rozerwać konstrukcję okrętu. Łopot żagli. Krzyki marynarzy. Choreografia ich ruchów. Błyski, które rozdzierają mrok. Komendy bosmana. I grzmot. Pod pokładem – król i jego dwór. Niebo, które zlewa się z morzem w jedno. Chaos. Kapitan u władzy. Władcy – bezsilni. Modlitwy. Wyzwiska. Kadłub zdaje się pękać, liny rwą się w rękach. Kontury się zamazują. Coś nieujarzmionego rozrywa kształty.