Wiara, iluzje, obietnice

Marek Beylin
10 wrz, 2026
2026
lipiec-sierpień 2026 7-8 (833-834)

Po dekadach znów przeczytałem Życie jest snem Pedra Calderóna de la Barca, ale droga do tej lektury była zawstydzająca. Rozmawiałem wcześniej z mądrą znajomą, która zapytała mnie, co sądzę o tej sztuce. A ja, niewiele pamiętając, ledwo coś wybełkotałem. I szlag mnie trafił na samego siebie, więc siadłem do tego tekstu. Olśniewającego, także przez to, jak nas zwodzi swym majacząco-teatralnym światem. Zapewne jako młodzieniec byłem za głupi, by ta sztuka mnie zagarnęła. No i nie potrafiłem czytać dramatów, nikt mnie tego nie uczył. Zresztą nie robi się tego poza szkołami teatralnymi, co uważam za niedostatek naszej edukacji. Bo, wybaczcie banał, nasza kultura, nie tylko polska, w dużej mierze wy rasta z dramatów. Ja zaś, wstyd wyznać, niegdyś czytałem je w bólu, zgrzytając zębami. Co obejmowało, o hańbo ma, i światową klasykę, i Dziady czy Balladynę. Toteż moje obecne zderzenie z Calderónem jest pierwsze jako tako świadome, zwłaszcza że nie widziałem teatralnych inscenizacji – wcześniej był to majak niedokształtka.

Nie będę w piśmie teatralnym streszczał Życia… ani zapuszczał się w znane interpretacje, że rzeczywistość jest snem bądź teatr to nierzeczywistość. Co innego jako osobę spoza fachu uruchomiło moje emocje i rozum. Ujrzałem w tym dramacie radykalny traktat o potędze zła, tej wszechsiły, która wszystkim włada i nikogo nie pozostawia poza swoją władzą. Mówi Segismundo (zapis imion według Rymkiewicza), syn króla, przez większość sztuki krwawy bandzior: „zdrajco / gdybym był pewien / że się już obudziłem / że nie śnię / kazałbym cię zabić zdrajco”. No właśnie, kto nie śni, ten/ta morduje lub chce mordować. Zabić już czy później? To dylemat stale obecny, jakby zabijanie było sensownym sposo bem na kłopoty. Zatem wszystko, co szlachetne, sprawiedliwy ład, dobre rządy, życie bez przemocy, może zdarzyć się jedynie we śnie albo w teatrze. Również w miarę szczęśliwe zakończenie Życia…, gdy niemal wszystkie postaci godzą się ze sobą (jasne, są uboczne ofiary tej zgody) i chcą żyć w pokoju, nie pozostawia wątpliwości: to tylko sen, to tylko teatr. Dobry świat rodzi się w naszych majaczących głowach. Realne jest zło. A główna bohaterka, Rosaura, silna kobieta, wcześniej zdradzona, która szuka sprawiedliwości i od płaty za zdradę? Ta bodaj najbardziej pozytywna postać w tej sztuce, mądra i empatyczna, popycha bowiem Segismunda w stronę dobra (tylko we śnie, tylko w teatrze), też żywi mordercze skłonności. Chce zabić zdrajcę, nawet za cenę własnej śmierci, by przywró cić sprawiedliwość i, jak się kiedyś mówiło, ocalić honor. Czyli zademonstrować własną sprawczość oraz podmiotowość. Co każe spytać, jakie na to szanse w tamtych krwawych i patriarchalnych czasach miała kobieta, jeśli nie była gotowa na użycie „męskiej” prze mocy? A dziś, gdy jest dużo mniej krwawo i patriarchalnie? Nie – zakrzykniemy – żadnej przemocy, bo przemoc przemocą się odciska. Tak, wiem, wiadomo. Co jednak nie uchyla pytania o dopuszczalne formy wyrażania gniewu. Zwłaszcza jeśli nasze „jutro” cofnie nas w gorszą przeszłość.

Jeszcze kotłowały się we mnie te myśli/pytania, gdy wdałem się w lekturę dramatów Jolanty Janiczak Do kogo należy twoja cisza?. Nie wiem, czyja ręka poprowadziła mnie do takiego związku czytelniczego z Calderónem, ale była to ręka szczęśliwa. Zacząłem bowiem od sztuki Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy i odczułem jej powino wactwa z dziełem hiszpańskiego twórcy. Jasne, niby wszystko wygląda inaczej. Życie jest snem dzieje się w wyimaginowanym królestwie, Żony stanu… – podczas rewolucji francu skiej przenikającej się ze współczesnością. Ale oba dramaty dają świadectwo mocy teatru i zarazem wątpią w jego sprawczość. Z pewną różnicą. Calderón, tworząc iluzję o życiu do brym i sprawiedliwym, przypomina nam zarazem, że tylko za jej sprawą jesteśmy w stanie żyć. Któż chciałby bowiem wieść życie w piekle bez nadziei? Janiczak nie buduje iluzji, uka zuje nam obietnicę równoprawności kobiet i mężczyzn, ludów białych i skolonizowanych, biedaków i bogaczy. Obietnicę, której początki sięgają właśnie rewolucji francuskiej, choć sama rewolucja takiej równości nie zaprowadziła. Nie ma jej także dziś, więc dopóki się nie ziści, rewolucja musi trwać. I, rzecz jasna, nie w teatrze, tylko w realnym świecie, na uli cach – mówi mi Janiczak. Teatr jedynie przypomina o obietnicy, rewolucji, nadziei, ale bez „ulicy” właśnie, jest zaledwie snem. Janiczak wyprowadza więc gniew poza teatralne ramy. To jest, była i będzie rewolucja kobiet. Bohaterki Żon stanu…, budowane na kanwie realnych postaci historycznych, różnią się między sobą i spierają. Pani Necker jest mniej rewolucyjna i równościowa, Théroigne bardziej (tak też było w rzeczywistej historii). Ale główni faceci rewolucji, mizogini Robespierre i Danton (zlepiony z aktorem Depardieu), te różnice unieważniają. W ich myśleniu kobiety nic nie znaczą, mają służyć mężczyznom i ich upiększać. Niech będą zapomniane. Z czego wynika, że naszą wiarą jest gniew kobiet. Także gniew Rosaury, bo jej historia stawia pytania o to, jak walczyć o podmiotowość, jak przywracać godność. To są pytania Janiczak, moje, nasze.

 

Pedro Calderón de la Barca Życie jest snem, imitował Jarosław Marek Rymkiewicz, PIW, Warszawa 1971.
Jolanta Janiczak Do kogo należy twoja cisza?, Fundacja „Dialogu” im. Konstantego Puzyny, Warszawa 2026.

Udostępnij