dab_bartek_1.jpg

Dąb Bartek. Fot. Mirosława Mielczarek

Przykuwacie się do drzew?

Justyna Drath
W numerach
Lipiec
Sierpień
2021
7-8 (776-777)

W dawnych czasach, kiedy bawiłam się w bycie aktywistką polityczną, należałam do partii z kolorem w nazwie. Podejmowanie dość beznadziejnych prób rozmowy z potencjalnym wyborcą na ulicy polegało głównie na ignorowaniu nerwowych chichotów rozmówcy, który niekiedy naprawdę bardzo długo się powstrzymywał przed zadaniem, w jego mniemaniu pierwszego zadanego mi w tym dniu pytania: czyli, co, przykuwacie się do drzew?

Ten polityczny small talk wtedy mnie bardzo drażnił, przede wszystkim dlatego, że komuś wydawało się to zabawne, a mi wszystko, do czego przekonuję interlokutora ‒ śmiertelnie poważne. W latach dziewięćdziesiątych mocno trzymało się przekonanie, że nie ma nic śmieszniejszego niż dorośli ludzie przytulaniem się do drzew blokujący poważne działania decydentów czy inwestorów. Głośne akcje – obrona Góry Świętej Anny przed projektowaną autostradą czy blokada budowy tamy w Czorsztynie, o których czytałam jako dziecko w gazetach, były przedstawiane na ogół jako wybryki obrońców spraw może i słusznych, ale przesadnie radykalnych. Czy ci ludzie z dredami nie mogą jakoś składać petycji? Spokojnie rozmawiać z samorządem? Założyć ładniejszych ubrań? O co im właściwie chodzi? „Przykuwanie się do drzew” jest sytuacją budzącą wątpliwości: w której chronimy przecież coś, co może i jest ładne, ale przecież nie ma żadnego zastosowania ‒ stąd towarzysząca opowieści o śmieszności równoległa narracja o licznych profitach materialnych, które spływają na aktywistyczne konta w trakcie tej zabawy.

Dziś niczego bardziej nie żałuję, niż tego, że nigdy nie przykułam się do żadnego drzewa i przybierałam poważną minę. Wiadomo już jednak, że to nie jest takie proste. Jeśli ktoś koło 2017 roku odwiedzał Obóz dla puszczy w Pogorzelcach, potem w Teremiskach blokujący jej nieobjętą ochroną część przed wycinką, wie, że przykuwanie się do drzewa już nie wystarcza. Może sprawdza się na krótką metę, kiedy chcemy ochronić drzewo na podwórku przed unicestwieniem z ręki sąsiada, ale żyjemy już w czasach, w których harvester może w jeden dzień wyciąć tyle drzew, ile człowiek w miesiąc. Blokady wyglądają teraz inaczej. Protestujący muszą umieścić ręce w specjalnych rurkach, aby zablokować działanie sprzętu. Ciało, które wcześniej chroniło bezbronną istotę, teraz blokuje działanie tego, co ma ją unicestwić, jest od niej i od nas większe i potężniejsze. Każdy dzień, w którym maszyna nie pracuje, odwleka w czasie jej działanie. Przypomina to metaforę Maria Savio, który podczas strajku studenckiego w 1968 roku też w taki sposób traktował akt oporu – jako próbę zatrzymania maszyny własnym ciałem. 

Przychodzi chwila, kiedy obsługiwanie machiny zaczyna nas napawać takim wstrętem, doprowadza was do takiej rozpaczy, że nie możecie dłużej brać w tym udziału. Nie możecie nawet na nią patrzeć! Wtedy własnymi ciałami musicie zablokować tryby, koła i dźwignie tej machiny, aż się zatrzyma. I powiedzcie ludziom, którzy nią zawiadują, powiedzcie jej właścicielom, że dopóki nie będziecie wolni, ta machina nie będzie pracować. 1

Aktywiści tłumaczący sobie cierpliwie, w jaki sposób należy umieścić swoją dłoń w rurze z pleksi wiedzą, że w ten sposób sprzeciwiają się maszynie, ale jednocześnie  chronią życie.

Oczywiście znamy wiele logicznych i technokratycznych powodów, dla których nie powinniśmy wycinać drzew, a jeszcze więcej, dla których powinniśmy je sadzić. Od wielu naukowców wiemy, że głównie od ilości drzew zależy nasze przyszłe przetrwanie, nie tylko ze względu na to, że są w stanie obniżyć temperaturę w mieście o dziesięć stopni Celsjusza, co już w ciągu kilku ostatnich upalnych dni zrobiło się zauważalnie potrzebne, ale dlatego, że ich obecność jest skuteczną bronią przeciwko emisji dwutlenku węgla. To myślenie jest już realnie obecne: sama Etiopia posadziła ich w ciągu jednego dnia ponad dwieście milionów, próbując zniwelować ich wcześniejsze wytrzebienie do zaledwie czterech procent pierwotnego stanu.

Ale ratowanie ludzkości za pomocą drzew wydaje się jednak trochę dziwne. W scenariuszach katastroficznych filmów widzimy raczej skłonność do wymyślania fantastycznej broni, wspaniałej technologii, czegoś, co wymaga dużego nakładu, jeśli nie fizycznych działań, to przynajmniej lat obliczeń matematyków w laboratoriach, którzy wymyślą równanie ratujące ludzkość przed zagładą. Drzewo po prostu istnieje, nie wygląda jakby było szczególnie innowacyjne. Nie wysila się tak jak my. Żeby chociaż potrafiło rozróżniać swoje odbicie w lustrze jak słonie, albo przekazywać melodyczne dziedzictwo innym stadom jak długopłetwowce, ale ono może co najwyżej ładnie wyglądać albo owocować – wtedy przynajmniej coś produkuje.

Wyobrażamy sobie, że ratowanie klimatu musi polegać albo na wyrzeczeniach, albo na intensywnym działaniu, szybkim, zdecydowanym i postępowym. Rozwój to dla nas dążenie do góry. Drzewo rośnie na ogół w tym kierunku, ale to jakoś nam nie wystarcza. Słowo rewitalizacja odwołuje się do życia, ale oznacza zazwyczaj jego gwałtowne przeprocesowanie, tak aby to życie przynajmniej rosło według jakichś planów, które trzeba zapisać w studium zagospodarowania przestrzeni.

Kiedy się jednak wejdzie do samego środka puszczy, dostrzegamy głównie tę prawidłowość, że ta puszcza po prostu jakoś istnieje. Wszystko, co się tam dzieje na korzyść różnorodności, całego wielkiego świata, dzieje się dlatego, że nie mamy tam dostępu i nic tam nie robimy. Wszystko, co dla tego świata niekorzystne – jak pokrzywy czy niecierpki drobnokwiatowe – inwazyjne organizmy, niszczące zachowywaną tam od setek lat równowagę ‒ wynika z działań człowieka.

Może mityczne „przykuwanie się do drzew” denerwuje nas właśnie dlatego, że aktywiści leżący przed harvesterami wbrew swojej nazwie nie są „aktywni” i nie działają – chociaż to oczywiście bardzo ciężka i trudna praca, głównie psychicznie – tylko powstrzymują innych przed działaniem. Nieustanna potrzeba dążenia do spalania się w wysiłku, podejmowania wyzwań, zapracowania jest czymś, co przynosi nam poczucie kontroli nad światem. Tymczasem tajemnica świata, w którym żyjemy, to tajemnica gnuśności. Zaniechania, rozkładu. Lenistwa czyli regeneracji. Dbanie o ekologiczną równowagę naszych własnych organizmów to jedno z największych wyzwań i przekroczeń uderzających w system, w którym funkcjonujemy, który każe nam przede wszystkim coś robić, dlatego trudno nam jest nie uważać zaniechania za lekkomyślne.

Rzeczywistość wokół jest tak bardzo obliczona na rzekomą ochronę słabego życia ‒ i towarzyszy temu taniec wokół nieszargania świętości, rytualny pochód pomników, wstęg, szat, walki na oburzenia i urażenia delikatnych uczuć – najczęściej tych, którzy pozostają u władzy. Prawdziwe sacrum pozostaje ukryte, nieprzydatne nam do niczego poza swoim istnieniem, a jego ochrona wydaje się bezczelnie niepoważnym projektem: uszanowania, że istnieje, żyje i przede wszystkim sobie odpoczywa i gnije – poza naszą kontrolą i bez naszych wysiłków.

  • 1.  Fragment przemówienia Maria Savio w przekładzie Marka Jedlińskiego w: Jerzy Jarniewicz Bunt wizjonerów, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków, 2019, s. 43.  

Udostępnij

Justyna Drath

Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nauczycielka, publicystka, aktywistka społeczna.