Nazot do dōm

Monika Glosowitz
W numerach
02 wrz, 2026
Lipiec
Sierpień
2026
7-8 (833-834)

1.
Całe życie słyszałam, że tu nie podjadą. Że nie będą pod nami fedrować, że jesteśmy bezpieczni. Mój ojciec chyba nikomu do końca nie wierzył, bo ławy fundamentowe zazbroił podwójnie. Zresztą prętów zbrojeniowych mamy zapas do teraz. Trudno orzec, co włożył w ściany. Tego się już nie dowiemy, ale wiemy, że stropy są twarde jak głaz. W starciu z nadprożami okiennymi nie dają rady nawet najmocniejsi. Werwę, towarzyszącą pierwszym etapom urządzania domu na nowo, szybko zastąpiła rozpacz mojego męża stojącego z którąś z kolei wiertarką udarową nad oknem, z nakazem ponownego wywiercenia otworów na karnisze.

Te opadają nam regularnie, choć trudno powiedzieć, czy dzieje się to z powodu tąpnięć, stale których doświadczamy w tej części świata. Po tąpnięciach zostają natomiast niekiedy pęknięcia w ścianach. Najpotężniejsze pochodzą zapewne z okresu, kiedy dom „osiadał” na gruncie, ale dotrwały do czasów, kiedy zakończyły się w nim jedne życia, a inne rozpoczęły. Pęknięcia zaklajstro waliśmy sumiennie, wzmacniając zaprawę siatką. Czasami nachodzi mnie jednak myśl, że przeszłość wyłazi jakimiś innymi szparami i przejmuje kontrolę nad teraźniejszością.

Kopalnię Węgla Kamiennego „Knurów”, w której mój ojciec przepracował całe życie, według obecnych ustaleń czeka zamknięcie w 2049 roku. Zamykano ją już wcześniej. W czasach, kiedy przechodziła z rąk do rąk kolejnych spółek, wysyłała swoich pracowników na emerytury pomostowe, urlopy górnicze. Pamiętam, że miała przestać istnieć w połowie pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku, a w 2023 roku otrzymałam zgodę zarządu na wejście na teren Zakładu Przeróbki Mechanicznej Węgla KWK „Szczygłowice-Knurów”, należącej obecnie do Jastrzębskiej Spółki Węglowej. W tejże spółce pracuje teraz mój mąż i znów wylosował się nam kryzys, przekręcono wajchę restrukturyzacji. Nie chcę nawet powiedzieć, że wierzę w widma i duchy. Wiem, że istnieją, obserwuję, jak działają. Inne domy też są ich pełne.

2.
Do domu, którego – jak się później dowiem – mogło tu już nie być, pierwszy raz przyjeżdżam w lipcu 2023 roku. Zza muru wyłania się Antoni Bluszcz w kapeluszu, umęczony upałem i weterynaryjną kontrolą jakości zdrowia mieszkanek ula. W okolicy, nie tylko na Barwinku, panuje zaraza, zgnilec amerykański dziesiątkuje pszczele rodziny. Zasady są żelazne: gdy choć jeden z uli jest zarażony, trzeba uśmiercić całą pasiekę.

2025 był z kolei dziwnym rokiem dla pszczół. Z początkiem zimy łapiemy się na ostatnie dwa słoiki miodu rzepakowego, spadzi nie było. Trafiło się mokre lato, pyłki kwiatowe zamokły, pszczoły nie miały lekko. Zresztą kto tu ma lekko i co to właściwie znaczy mieć lekko? Wiemy, że już w dziewiętnastym wieku ziemia na tych terenach nie była zbyt urodzajna, a ludzi ratowała praca w powstającym tu przemyśle wydobywczym. Wciąż jednak podstawą utrzymania była praca na roli.

W 1865 roku w Dębieńsku dwieście pięć gospodarstw posiadało czterdzieści sześć koni, sto siedemdziesiąt sześć krów, tysiąc dwadzieścia owiec i innych zwierząt hodowlanych. Pojawiły się wtedy pierwsze gospodarstwa robotnicze, czterdziestu sześciu ludzi w sześciu domach, których podstawowym źródłem utrzymania była już praca na kopalni1. Sto sześćdziesiąt lat później mieszkańcy wciąż łączą te dwa tryby. Zdaje się więc, że bycie Bluszczem na Barwinku do czegoś zobowiązuje. I jeden, i drugi gatunek panoszy się tutaj w lasach i ogrodach. Obydwa zimozielone, zimotrwałe, miododajne. Co ciekawe, bluszcz nie tylko symbolicznie oznacza trwałość i wierność, bo w naturze można spotkać okazy nawet tysiącletnie2. Każdy, kto ma którykolwiek z nich w ogrodzie, wie, że są wszędobylskie.

Państwo Bluszczowie prócz pasieki mają porządny ogród. Pod pojęciem porządnego ogrodu rozumiem teren uprawny, nie rekreacyjny. Porządne grządki, pomidory, marchewki, kapusty, kartofle. I do tego dziesiątki roślin miodnych, kwitnących i oszołamiająco pachnących, woniajōncych aż u sąsiadów maciejek, groszku pachnącego, ostróżek, malw, juk i ogóreczników. Rytm życia w śląskiej wsi pod lasem scalony jest z rytmem natury. Choć Czuchów stracił ostatecznie status wsi, stał się dzielnicą gminy miejsko-wiejskiej Czerwionki-Leszczyn, a koło gospodyń wiejskich musiało się pozbyć przymiotnikowego członu określającego tożsamościowy rdzeń, samo miejsce nie straciło swojego agrarnego charakteru.

Przyznam, że nigdy nie przemawiał do mnie podział Śląska na czarny, zielony i biały, stworzony przez Gustawa Morcinka i Stanisława Berezowskiego w dwudziestoleciu międzywojennym, czasach rozwoju wielkiej industrii. Nigdy nie potrafiłam wyabstrahować tych kolorów w głowie i przyporządkować się do jednego z nich. W Czerwionce, którą widzę z okna w kuchni, podobnie zresztą jak w Rybniku, który widzę z okna w salonie, są zarówno lasy (w tym projektowany rezerwat Głębokie Doły), pola uprawne, jak i kopalniane szyby oraz hałdy, a na dodatek usypane w stożki góry soli. W Zakładzie Odsalania Wód Dołowych „Dębieńsko” powstaje sól warzona, dopuszczona do obrotu handlowego, opatrzona atestem soli spożywczej. Dzięki temu unika się odprowadzania do rzeki Bierawki wód silnie zasolonych, odpompowanych z rejonów górniczych, pochodzących z głębokości nawet do tysiąca dwustu metrów. Co więcej, to właśnie w Czuchowie w latach 1906-1909 wywiercono najgłębszy otwór badawczy na świecie, przewiercając się przez sto osiemnaście pokładów węgla.

Więc właśnie tam, na pograniczu światów narodowych (polsko-niemiecko-czeskich), klasowych, zawodowych, gdzie przemysł wcina się ostrzem na ukos w mającą go w głębokim poważaniu przyrodę, życie toczy się rytmem pracy kopalni i gospodarstwa. Te dwa rytmy, jak oddechy bliskich sobie ludzi, musiały się uzgodnić.

3.
Antoni pochodzi z rodziny górniczej, jego pradziadkowie, dziadkowie, ojciec, bracia, a nawet siostry i szwagrowie pracowali na kopalni Dębieńsko. Jeden z braci pracuje na zakładzie przeróbczym, drugi jest kombajnistą, jeden szwagier jest oddziałowym na wydobywczym, drugi na innym z oddziałów. Siostry są planistkami. Mieszkają w familoku z widokiem na bramę zachodnią KWK „Dębieńsko”. Pradziadek Franciszek Wolny pracował na tej kopalni w dziewiętnastym wieku, za cesarza Wilusia, gdy Polski jeszcze nie było. Jego syn Emanuel trafił tam już za starej Polski, która podzwania w legendach rodzinnych jak rzutki dzwoneczek. Jak w Polsce nie było pracy, to szedł do Niemiec robić na Sośnicę, potem wracał3. Antoni, mimo stypendium przyznanego przez kopalniany zakład pracy w Szczygłowicach, i tak trafia na Dębieńsko. Jak chłopy wychodzą do roboty, matka może ich wszystkich odprowadzać wzrokiym aż pod brama. O szóstyj wychodzōm, a o piontyj piyńć już som nazot u mamy na herbatce.

Celina pochodzi z rodziny leśniczej, choć dziadek ze strony ojca również pracował na kopalni. Jego syna, ojca Celiny, ino do lasa ciōngło. Do tego stopnia, że pożyczoł koza od sōmsiada i szoł. Tak szoł, aż zaszoł i wżyniōł sie w leśniczówkę. Zostoł fesztrym i mieszkali tam, na Ameryce – jak nazywajōm ta czyńść Dymbiyńska – całōm familijōm bez mała dwajścia ȏsiym lot, hned do pynzyje. Jak na dom rodziny leśniczej przystało, hajcowało sie u nich ino drewnym. – Jo byłach najmłodszo, to musiałach nosić pociupane drzewo w kiblach i ukłodać je w kożdyj izbie za kachlokiym, coby schło i było pod rynkōm. Tak piyknie wōniało w całyj chałpie.

Oboje pochodzą z Dębieńska i te siły, które ściągają mieszkające tu dzieci i ich dzieci do roboty na kopalni, działają też na rzecz umożliwienia Antoniemu i Celinie zolycynio. – Jak poszłach do szkoły ekonomicznej do Rybnika, moja matka Leopoldyna godo mi: Dzioucha, ȏbejrzyj sie kole górniczoka za kawalerem z wōnglem, to nie bydziesz musiała nosić drzewa cołkie lata. Pōmyślałach, mo recht, i wala pod górniczok, idōm chopcy w siwych ancugach i czopkach, ale żodyn na mie ni wejrzoł. Antoni patrzeć natomiast potrafi, i to przenikliwie. Nie wiem, czy widzi tę przyszłość, która stała się już przeszłością, czy widzi, jak synek-górnik żeni się z córką leśnika i przechodzi emerytalną metamorfozę, ale patrzy tak głęboko, że Celina zapomina o całym świecie i o tym, czy ȏn mo tyn wōngiel, czy niy.

4.
Domy na Górnym Śląsku zwykle nie są wyłącznie inwestycją budowlaną, ale stanowią infrastrukturę relacji. Stopień ich uzbrojenia, podpiwniczenia i skala rozbudowy mówią nam wiele o jakości i głębokości więzi, które łączą zamieszkujących ich ludzi. Choć czasem, nie przeczę, stają się one bunkrem lub więzieniem. Badania śląskich socjologów, a przede wszystkim Wandy Mrozek, nad strukturą górniczych społeczności skrupulatnie prowadzone od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku wykazują tę odpowiedniość pomiędzy rodzajem zabudowań (familoki, bloki, domy wielo- i jednorodzinne) a stopniem zwartości społecznej.

Antoni pochodzi z familoka, Celina z leśniczówki. Zanim zamieszkają w nowym wspólnym domu, mają wesele w Palowicach (na osiemdziesiąt osób!), w tymczasowej leśniczówce, do której muszą się przeprowadzić, kiedy ojciec Celiny przygotowuje się do emerytury. Zmienia się wtedy prawo dotyczące zakwaterowania leśniczych i wprowadzony zostaje przepis określający maksymalny okres zamieszkania w danej placówce. Po dwudziestu ośmiu latach muszą więc zapakować na wozy wszystko, łącznie ze zwierzętami gospodarskimi, i przenieść się do innego punktu. Tam na zolyty przyjeżdża Antek, tam wyprawiają wesele. Młody mąż ma jeszcze do skończenia studia, więc na co dzień mieszka w akademiku Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Narzeczyni pewnie negocjują te  dwie odmienne architektoniki życia, nawet jeżeli nie dzieje się to przy stole w trakcie rodzinnych mediacji. Ostatecznie decydują się na model, który usytuować można pomiędzy tradycyjnym i homogenicznym pod względem pochodzenia terytorialnego środowiskiem familockim a jego brakiem w społecznościach „nasadzonych” w nowych blokach. Krótko mówiąc: wprowadzają się do własnego domu. Takich zresztą rodzin w latach sześćdziesiątych śląska socjolożka spotyka najwięcej właśnie w Czerwionce, co tłumaczy tradycjami mieszkaniowymi wiejskiego typu4.

W naukowych tabelkach nie znajdujemy jednak opowieści o tym, że te wymarzone domy powstawały ponad dwadzieścia lat. Że prawie nigdy nie było tak łatwo uzgodnić marzenia dwojga młodych ludzi i dosztukować do nich rzeczywistość. – Dwoje dzieci, to tu bydymy miyszkać – mówi w którymś momencie na początku lat pięćdziesiątych matka Celiny do swojego męża leśnika, który planuje emeryturę w Domu Zasłużonego Leśnika, domu leśniczej spokojnej starości na Krywałdzie i ani mu w głowie budowa własnego domu. Leopoldyna dziedziczy jednak działkę po rodzicach i jak na obrotną babę przystało, rozpoczyna realizację planu. Co sprzeda byka czy jałówkę, kupuje jakieś okno czy drzwi. Dom powstaje powoli, nie dość że zazwyczaj rękami członków rodziny i sąsiadów, to jeszcze jest to przecież czas niedoboru materiałów. Ludzie dniami i nocami stoją „za pustakami”, podążają za rzutami okien, czekają na dostawy cementu.

Celina z Antonim dopiero w latach siedemdziesiątych instalują C.O., robią wylewki, przybijają podłogi. W międzyczasie wichura zrywa im dach, więc za jednym zamachem domurowują kolejne piętro, które zakrywają nowym, a domy zasłużonego leśnika na Krywałdzie lądują pod wodą. Zalewiska pokopalniane przykrywają część dzisiejszego Knurowa, a Leopoldyna może spokojnie bez nerwów pedzieć mężowi: – Widzisz, kaj by my terōzki mieszkali?

5.
Dom staje się czymś więcej niż tylko przestrzenią do zamieszkania, a stosunki sąsiedzkie „elementu zawodowo homogenicznego i zasiedziałego”, jak pisze o rodzinach czerwieńskich poznański socjolog, nie sprowadzają się wyłącznie do budowania kolonii, która jest zawężeniem i redukcją5 więzi społecznych. Dom rozrasta się w przestrzeni, stając się domem planetarnym i ponadgatunkowym, a ogród jest jego naturalnym przedłużeniem i domem dla różnych zwierząt. Ale dom rozrasta się także w czasie, zakrzywiając jego bieg, który widzimy zwykle jako linearną strukturę. W okolicznych domach czas zatacza bowiem koła. Następuje w nich proces zastępowalności, młodzi migrują na górne piętra, starzy schodzą na niższe. Wymieniają się rolami, przejmując irytujące nawyki starzików, wypowiadając frazy objaśniające świat. Jeżeli w polskim dyskursie feministycznym zaistniało słowo „panjaśnienie”, to na Śląsku przydałoby się nam jeszcze „starzikojaśnienie”. Lekcje życia w Ömareichu.

Mój własny pierwotny dom rodzinny był budynkiem z czerwonej pełnej cegły, oryginalnie krytym strzechą. Zawsze mówiono o nim, że ma sto lat. Ja kończyłam swoją pierwszą dekadę, a on niezmiennie zachowywał swoją setkę. Nikt go nie przesuwał, nie ruszał, z czasem tylko stał się niefunkcjonalny, a ostatecznie opuszczony. Bardzo późno zorientowałam się, że łazienka, w której się kąpałam, była chlewikiem, a strych wcale nie był żadnym drugim piętrem. Dom został rozebrany cegła po cegle. Niewiele mi ich zostało, ale każda z nich zdobi teraz moje rabaty kwiatowe. Jak są trwałe i niezniszczalne, uświadomiły mi młode cegły z remontu domu z lat dziewięćdziesiątych. Skruszały po zimie. Cegły z domu, którego nie ma, nie kruszą się, nie pękają, mają głęboki kolor. I mszeją, choć czasownik omszeć wskazuje na to, że można omszeć tylko raz i nie mszeje się więcej.

W Czuchowie, w którym Celina i Antoni budują wraz z jej rodzicami dom, również stoją domy z podobnych cegieł. Kto wie, czy nie zostały wypalone w tej samej cegielni w Stein. Z Kamienia do Czuchowa jest przecież rzut beretem. Zdobią je w dodatku cegły szkliwione, wzbogacone kolorem, umieszczane na fasadach budynków w formie geometrycznych kształtów Backsteinexpressionismusu.

O ile domy wiejskie z początku dwudziestego wieku tylko z musu mieściły więcej niż rodziców z dziećmi, o tyle domy w latach osiemdziesiątych budowano już z rozmachem. W czasie gospodarki niedoborów kto by tam marzył o pełnej cegle, formowanej ręcznie z namaszczeniem. Brało się żużlowe pustaki, przetykając gdzieniegdzie pomarańczowym, sypiącym się w palcach bloczkiem. Napychało się do nich watę szklaną, powtarzając zaklęcia o izolującej mocy pustki termicznej. Kable, grube na szerokość kciuka, kradło się w istocie z gruby. Nie wiem, jak to chłopy wywozili szolą na wiyrch, ale wywozili aż miło. Niech pierwszy wyłączy prąd, kto nie broł kuloka do dōm. Budowało się z rozmachem dla dzieci, węgla na opał było z deputatu dużo. Dokłodało się do pieca i otwierało okna albo i nie otwierało, bo szpary w skrzypiących pierwszych plastikach były naturalne. Ramy okienne wyginały się, jak chciały.

W domach z czerwonej cegły stropy były z drewna i trzciny, trzymały ciepło. Bluszczowie mają je nawet wypełnione trocinami z gliną. W peerelowskim modernizmie stropy betonowe przewodziły ciepło że hej, aż wypływało w niebo wraz z dymem z żeliwnych rusztów kopcących kotłów. Nie było klas, lambd, megadżuli. Ino maras i wōngla tela, ile nakuli.

6.
Celina i Antoni, kiedy Jan Kawała przechodzi na emeryturę i musi opuścić leśniczówkę, naprędce wykańczają nowy dom pod lasem. Wprowadzają się do niego dwa pokolenia, wkrótce dołączy trzecie. Tak zostaje do dziś. W domu mieszkają dziadkowie, dzieci i wnuki. Ta „kolonia krewnych”, jak chyba nieco pogardliwie pisano o tego rodzaju strukturze mieszkaniowej, transformuje się wielokrotnie. Jest niezwykle elastyczna i widzę ogrom piękna i troski w jej nadmiarze i obfitości. Powstaje tu malutki staw na życzenie wnuka, który wbija łopatę i kopie, aż dziadek ogarnie sprawę i zarybi zbiornik. Dziadek i wnuk wyznaczają również teren pod kort tenisowy w wymiarze do gry w debla, trawa doglądana jest z namaszczeniem, pasy malowane skrupulatnie. Chłopak przez jakiś czas hoduje też kaczki, które robią dobrą robotę w ogrodzie, bo – każde dziecko na wsi to wie – wyjodajōm ślimoki będące prawdziwą zmorą każdego ogrodnika specjalizującego się w hodowli warzyw.

Po festrze Kawale został górniczo- -myśliwski salon o metrażu podwójnego pokoju, bo w końcu pomieścić musi całą wielopokoleniową rodzinę na geburstagach, imprezach skuli barbórki i na innych fajerach. Trzeba jednak dodać, że ów salon jest już dziedzictwem modernizacji. Pierwszą korektą, którą kobiety z rodzin górniczych wprowadziły w mojej wyobraźni przestrzennej, była uwaga o nieistnieniu czegoś takiego jak salon w domach wiejskich. Gutynsztuba. Nie salon, nie pokój dzienny, ale dobre miejsce.

7.
Takie domy bywają błogosławieństwem i przekleństwem. Nigdy nie są dla ich ludzi wyłącznie kapitałem, inwestycją czy symbolem. Nie są tylko wygrodzonym kawałkiem do zamieszkania. Są giętką materią. Mają spełniać funkcje, ale całe stają się funkcyjne, jak stanowiska na grubie. Często wynosi się w nich właśnie funkcjonalność ponad estetykę.

– Dyć strzylać z tego niy bydymy – to jedno z najbardziej znienawidzonych przeze mnie powiedzonek stosowanych w mojej rodzinie, żeby usprawiedliwić niedoróbki budowlane. Domy dostosowują się do potrzeb, poszerzają, przekształcają. „Dom, który ja już pamiętam, to zlepek różnych domurówek, które stawały się konieczne, gdy rodzina się rozrastała, ale tak naprawdę jedynie podpiwniczenie domu to było coś, co pamiętało czasy, gdy mój pradziadek postawił dom dla swojej rodziny” – pisze Aleksandra Bluszcz, bratanica Antoniego o domu swojego drugiego pradziadka. Zastanawiam się, na ile dziś jest tak, że to moje pokolenie wyparło się kolonii krewnych, mieliśmy się przecież emancypować od rodziny w imię modernizacji albo modernizować życie w imię emancypacji. Teraz narzekamy, że nie mamy swoich wiosek, a trud wychowania dziecka bez wsparcia bliskich jest nie do udźwignięcia. Nie chcemy wysokoenergetycznych domów o zbyt kosztochłonnym metrażu. Płoty mają być wysokie i szczelne. Mieszkania inteligentne, co oznacza de facto bezobsługowe. Tak jakby ich inteligencja oznaczała emancypację od czynnika ludzkiego. Jakby chodziło o to, że nie jesteśmy w stanie sami ze sobą żyć.

8.
Zresztą już w latach dziewięćdziesiątych o piwnicach myślało się raczej jak o zbytku. Huta Silesia w Rybniku pełną parą produkowała lodówki, więc nikt nie składował w tamtym czasie lodu w piwnicach, żeby przedłużyć termin ważności żywności, tak jak to miało miejsce w opowieści o górniczej Karwinie Karin Lednickiej. (Niektóre z tych lodówek działają do dziś, choć żrą prąd jak potwory.) Piwnice, jak w moim domu, kształtowały się przypadkiem, raczej jako efekt uboczny marnych umiejętności majstra, co to flaszeczką równał każdy kąt. Kto to widział siedemdziesiąt metrów nieużytku w nowoczesnym świecie… Etnografki podszeptują, że „w wyobrażeniu społecznym piwnica jest kojarzona z cyklem przemiany materii, a także z jej rozkładem”6. Ma stanowić subterytorium domu, w którym obowiązują inne niż w jego wnętrzu prawa. Królestwo chaosu i braku zasad, w którym można ukryć to, czego nie chcemy wystawiać na widok publiczny.

Do piwnicy Celiny Bluszcz wkraczam jednak jak do sanktuarium. Nie jestem przekonana, że zdaję sobie wtedy sprawę, z czym mam do czynienia. Oczywiście widzę setki przetworów, słojów, słoików i słoiczków. Dopiero później jednak dociera do mnie, co kryje się w tych krauzach. Są tam nie tylko ogórki w wersjach konserwowej i kiszonej czy kapusta kiszona, ale i kompoty z pozimek, wieprzków, fyrzichów, wiśni, marynowane pieczarki, grzybki, domowe wina owocowe i miód z własnej pasieki.

Ślonzoki to sōm hamstroki. To znaczy, że muszą mieć pełne piwnice jedzenia, żeby im na zima nic nie brakło. Hamstrok, jak sądzę, pochodzi od niemieckiego chomika – der Hamster; i od robienia zapasów – hamstern, czyli chomikowania. Żeby jednak mieć co chomikować, nie miejmy złudzeń, trzeba się urobić. U Bluszczów wszystko krąży, wszystko idzie do ponownego przerobu. Ze zbiorów powstają przetwory, z odpadów organicznych powstaje kompost, a na kompoście znów wyrastają ogórki, pomidory, sałata, pasternak, rzodkiewki, ziemniaki, marchewka, buraki, pory, selery, słoneczniki, rzepy, czosnek, maliny.

Mimo że w Czerwionce jest trzynaście supermarketów, a w soboty rozkładają się dwa duże targowiska, Celina i Antoni kupują tylko cytrusy, mięso i kiełbasy, „a tak to wszystko majōm”. Kiedy poprosiłam w 2023 roku o przepis na ogórki kiszone, spodziewałam się, że elementem kluczowym będą ogórki z własnej uprawy. Zdziwienie moje jednak było wielokrotne, jako że przepis rozpoczyna się od zasiewu żyta na polu przeznaczonym pod ogórki. W październiku wysiewamy żyto, wykopujemy chrzan, w kwietniu ryjemy zielone żyto i mieszamy ziemię z kompostem, po to, żeby w Dniu Świętej Zofii wysiać ogórki i w lipcu zebrać pierwsze zbiory. Nasiona oczywiście mamy swoje, suszone co roku z przerośniętych egzemplarzy ulubionej odmiany.

Wynaleźliśmy wiele określeń, które pasowałyby do tego modelu życia, mamy przecież zrównoważony rozwój, sprawiedliwość środowiskową, zero waste. Mamy innowacje, prototypy, spiralne figury postępu, naturokultury, dewzrost i postwzrost. Ekosystemy, symbioceny, działania przeciw kapitałocenom i na rzecz znoszenia radykalnej binarności domu i zewnętrza7. Dom Celiny i Antoniego uświadamia mi jednak, że w mikroskali gospodarki zawsze występowały w liczbie mnogiej i łączyły się w bardzo gęstą sieć zależności. Ta sieć gromadzi i utrzymuje wiele żyć, a każda próba wymiksowania się z którejś z powinności chwieje całością. – Sama niy urobia – mówi Celina, a ja myślę o tym, jak upraszczające są wszelkie badania i diagnozy i jak fałszywe są uniwersalne definicje: emancypacji czy rozwoju.

Tu nie bardzo jest miejsce na opór, który tak zwykliśmy romantyzować. Tu wszystko jest odpowiedzialnością.

9.
Kiedy ktoś na górniczym Śląsku dziedziczy ziemię albo kupuje działkę pod budowę domu, musi zadać sobie pytanie o istniejące albo potencjalne szkody górnicze. I powiedzmy to sobie głośno i wyraźnie: nic nie jest na stałe, nic nie jest na zawsze.

– Pół hektara działki razy dwieście złotych za metr, policz, to działa na wyobraźnię – mówi mi znajoma architektka, którą pytam o proces weryfikacji szkód, który inwestorzy uruchamiają przed podjęciem decyzji o zakupie i rozpoczęciu budowy. Okazuje się, że sama jest właścicielką domu, który nigdy nie powstał, bo działka, na której miał zostać wybudowany, została zalana po zamknięciu KWK „Dębieńsko” i teren opadł w tym rejonie o półtora metra. Starali się z mężem nawet o odszkodowanie, a wtedy rzeczoznawca uświadomił im, z czym mają do czynienia. Krzewy, które rosną na działce, nie są krzewami, to korony drzew, których pnie są ukryte pod ziemią. Po prostu ich nie widać, do środka też nie sposób zajrzeć. – Proszę pani, niech pani spojrzy na te pałki tataraka, grube na szerokość ręki. Przecież one muszą być pani wzrostu.

Barwinek, w którym mieszkają Bluszczowie, wzmiankowany był jeszcze, zanim powstał Czuchów. To tędy prowadziła główna droga z Knurowa do Rybnika. Życie toczyło się tu pewnie tak, jakby żadnego węgla nie było. Kiedy już fedrowali, w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku szła tu ściana. Domy w okolicy nie były na to przygotowane. Rzut beretem stąd stało kilka takich, które znikły. Bo tu miało nie być eksploatacji, tu było pole za uskokiem. Górotwór ma wychodnie od strony rzeki Bierawki. Tektonika spowodowała, że pojawiło się trzysta metrów nadkładu jałowego, czyli takich skał, które nie mają wartości użytkowej i przez które trzeba się przekopać, żeby się dostać do surowca.

Bardzo długo trudno mi było sobie wyobrazić, czym jest pokład węgla. Chyba do momentu, kiedy zaczęłam tropić jego obecność, zadawać różnym ludziom pytania o to, czy tu też idą pokłady. Po tym, jak ustaliłam, że mój dom, centrum mojego świata, mój tunel, którym podróżuję w czasie, jest bezpieczny, okazało się, że pokłady występują pod budynkiem Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rybniku, w której studiu nagrywam opowieści mówione mieszkańców miasta. W Barwinku, będącym osadą Czuchowa, który jest dzielnicą Czerwionki- -Leszczyn, pakiet pokładów sięga tysiąc metrów w głąb ziemi. Mniej więcej od poziomu trzystu-czterystu metrów rozpoczynają się mięsiste warstwy, węgiel jak miodek, przetykane skałą: cztery metry węgla, trzy metry skały, siedem metrów węgla, dwadzieścia skały, przekładane jak w torcie. I tak siedzimy sobie z państwem Bluszczami przy herbacie, jak wisienki na polewie, jak kuropatwy w trowie na najbogatszych pokładach węgla koksującego w regionie, po które – mamy nadzieję – nikt już nie sięgnie.

W latach osiemdziesiątych pokład 401/1 dojechoł tam, jak stoły te dōmy w dolinie, i mioł jechać prosto na nas. To były jeszcze czasy, kiedy prowadzono pod ziemią prace spawalnicze, mimo zagrożenia metanowego. Ściana jechała po wzniosie 29:49 i kombajn, kery sōm ładowoł, musioł mieć ōdkładnia i ona się codziennie urywała, dlatego codziennie jōm spowali. A metanu tam było pełno i ciut-ciut. W kōńcu tyn metan im uciyk do zrobów i im się ta ściana zapoliła. I cało została wygrodzōno, cały rejon zostoł wytamowany. Bo tak się gasi pożary pod ziemią, nie ma innego sposobu. Pod nami nie było eksploatacji, ale nōm sie ściana buliła i całym domem kołysało. Jakby ta ściana poszła w ta strōna, to by nas nie było. A moje wnuki – mówi Antoni – nigdy się mnie nie spytały: jak tyś tam chodziōł kajś głymboko?

Jeszcze były momenty grozy, kiedy w 2016 i 2017 roku prowadzono ścianę XV w pokładzie 405/3 już pod kopalnią Szczygłowice (obecnie zblokowaną w KWK „Knurów-Szczygłowice”). Myśmy regularnie podskakiwali trzy razy na dzień, bo łamał się piaskowiec. W łóżku się człowiek aż budził, w szafach szkło grało. Jak tę ścianę skończyli i rozcinali XVI, to był już zrobiony chodnik odprężający, tak że piaskowiec najpierw się połamał, a później nie było już takich mocnych wstrząsów. A na ścianie XVII zginęli w zeszłym roku. Ewakuowano czterdziestu czterech górników, siedemnastu zostało poszkodowanych, pięciu zmarło. Jechałam wtedy do pracy w środę, 22 stycznia 2025 roku, kiedy karetki mijały mnie na sygnale, jadąc w przeciwnym kierunku. Tamta ściana, na której pracowali, jechała od pól pod cmentarz czuchowski, ale nie dojechała. W pewnym sensie umarła.

 

Tekst jest fragmentem książki Baby, która ukaże się nakładem wydawnictwa Znak Literanova w 2027 roku. Konsultacja pisowni śląskiej – Rafał Szyma.

  • 1. Zob. Jerzy Myszor Wprowadzenie, w: Edward Jeleń Pamiętnik górnika. Pisany w siedemdziesiątym piątym roku życia od 1 października 1930 roku, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002, s. 8-9. Zob. też: Felix Triest Topographisches Handbuch von Oberschlesien, Verlag von Wilh. Gotl. Korn, Breslau 1865
  • 2. Zob. Leonidas Świejkowski Ochrona roślin w Polsce, Spółdzielnia Wydawnictw Artystycznych i Użytkowych „Poziom”, Łódź 1956.
  • 3. Monika Krężel Dom z widokiem na kopalnię, „Trybuna Górnicza”, 6 września 2025.
  • 4. Wanda Mrozek Rodzina górnicza. Przekształcenia społeczne w górnośląskim środowisku górniczym, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1965, s. 84.
  • 5. Zbigniew Tyszka, recenzja książki Wandy Mrozek Rodzina górnicza. Przekształcenia społeczne w górnośląskim środowisku górniczym, „Przegląd Zachodni” 1968, nr 3, s. 250.
  • 6. Małgorzata Roeske „Piwnica bliżej śmierci, strych bliżej nieba”. Etnografia ukrytych przestrzeni domu, Wydawnictwo PAU, Kraków 2018, s. 77.
  • 7. Zob. Dawid Wincław, Marcin T. Zdrenka W objęciach metafory topografii domu. Ku rozpoznaniu problemów i ograniczeń, „Ethos” 2020, nr 2, s. 113.

Udostępnij

Monika Glosowitz

jest badaczką literatury, działaczką społeczną, pisarką. Od kilku lat gromadzi opowieści kobiet z rodzin górniczych, organizując konkursy pamiętnikarskie, wystawy i warsztaty. Wykłada na Uniwersytecie Śląskim. Laureatka Stypendium im. Stanisława Barańczaka (2020), Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) oraz Nagrody Prezydenta Miasta Rybnika za utrwalanie pamięci Górnoślązaczek i Górnoślązaków (2026).