www11_115_x_173.jpg

Katarzyna Kozyra „Święto wiosny”, 1999-2002, kadry z wideoinstalacji, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa

Skleić swój zielnik

Katarzyna Dudzińska, Katarzyna Sierakowska
W numerach
Grudzień
2017
12 (733)

Rozmowa o książce Doroty Sajewskiej Nekroperformans. Kulturowa rekonstrukcja teatru Wielkiej Wojny (Instytut Teatralny, Warszawa 2016)

DUDZIŃSKA: Praca badacza teatru – jak pokazuje Dorota Sajewska – polega na specyficznym doświadczeniu obcowania z trupem. Z jednej strony teatr, wykorzystując języki innych dziedzin sztuki: literatury, muzyki, sztuk wizualnych, zawsze pasożytuje na cudzych szczątkach. Z drugiej, praca jego badaczy, którzy ożywiają przeszłe i pozornie ulotne wydarzenia sceniczne, polega na odtwarzaniu materialności tych resztek. W tym sensie można powiedzieć, że są oni naukowymi nekrofilami. A jak to jest z historykami? Czy podpisałaby się pani pod tym stwierdzeniem?
SIERAKOWSKA: Myślę, że doświadczenia te często się pokrywają. Koniec końców, my też pracujemy w jakimś sensie z trupem. Z przekazem tych, których już nie ma, których przekaz nierzadko trudno jest nawet zweryfikować. Co prawda coraz częściej także i historycy korzystają z wywiadów, świadectw żywych ludzi, zastanawiam się jednak, czy nie jest to wciąż obracanie się w materii martwej. Rozmowa o przeszłości, o czymś, czego de facto już nie ma – nawet jeśli bohater tych wydarzeń wciąż żyje – jest przecież rozmową o tym, co już minęło. Jeśli ktoś opowiada nam o czymś, co przeżył, o swoich doświadczeniach, o tym, co się w nim przez dany okres skumulowało, to jest to w jakimś stopniu odkrywanie ciała-archiwum. W tym sensie wydaje mi się, że działamy na podobnym polu. Interesuje nas wpływ minionego na teraźniejszość. Wypracowanie takiej narracji, w moim przypadku historycznej, która pomoże go nam zrozumieć. Korzystając z tych samych źródeł, za każdym razem tworzymy nową opowieść, nową konstrukcję. Tutaj też tkwić może pewna różnica w naszym doświadczeniu badawczym. My, historycy przykładamy większą wagę bowiem do faktu jako udokumentowanego wydarzenia. Chociaż w tej chwili w paradygmacie historycznym także i to podejście ulega rozmyciu. Coraz częściej bowiem badamy emocje, odczucia, zachowania i nasza ingerencja w ten „fakt”, z racji jego natury jest w związku z tym coraz większa. Tworząc historię, opowiadając o niej, również ją odczuwamy. Ujawniamy się jako podmiot wchodzący w relację ze źródłem. Wcześniej w paradygmacie nauk historycznych raczej tego nie było. Dzisiaj jest oczywistym, nie tylko to, że każdy z nas tworzy swoją opowieść, lecz i to, że konstruuje ją w dany sposób dzięki własnym doświadczeniom. Przyznajemy się, że uczestniczymy w tym procesie, co, zdaje mi się, zbliża nas do teatrologów. Natomiast tym, co nas odróżnia, jest fakt, że sama sztuka, gdy powstaje, jest już pewną złożoną konstrukcją. Oczywiście, można powiedzieć, że część źródeł historycznych także jest takim przetworzeniem rzeczywistości. Jednak nie zawsze. Dokumenty historyczne sensu stricto, na przykład dane statystyczne czy wyniki spisu powszechnego – choć ich struktura warunkowana jest różnymi czynnikami – są, ogólnie rzecz ujmując, zapisem faktu. Dane te w pewnym stopniu stanowią ograniczenie pola interpretacji. Przywiązanie do chronologii, mniejsza możliwość przeskakiwania między epokami jest również czymś, co nas trochę odróżnia. Sajewska, wychodząc od badania pierwszej wojny światowej, a tak naprawdę nawet może nie tyle wojny, ile fragmentu biografii Róży Luksemburg, odwołując się do wielu przedstawień ze znanej nam przeszłości, swobodnie między nimi przeskakując, interpretuje współczesność. Historyk pewnie takiej możliwości czy swobody by nie miał.
DUDZIŃSKA: Ten otwierający Nekroperformans prolog o Róży Luksemburg, o którym pani wspomniała, jest, mam wrażenie, choć może z naukowego punktu widzenia dość niepozorny, to jednak szalenie istotny. W pewnym sensie, jak w pigułce kryją się w nim bowiem wszystkie wątki zawarte w całej książce. Obraz Róży Luksemburg, która w więzieniu tworzy swój tajemniczy zielnik, jest zapowiedzią kreślonego przez Sajewską projektu alternatywnej nowoczesności. Ten, wyklejany przez wyrzuconą z życia publicznego, ale także odgrodzoną od życia prywatnego kobietę, rewolucjonistkę, Żydówkę, ani Polkę, ani Niemkę, jest metaforą miejsca, w którym zaistnieć mogą wszystkie wykluczone z przestrzeni publicznej, z kart głównonurtowej historii postaci: kalecy żołnierze, queerowi aktorzy teatrów frontowych, kobiety-żołnierki, proletariuszki dokonujące aborcji. Jest to w pewnym sensie heterotopijna wizja rzeczywistości sklejona z archiwalnych strzępków i opisana w tajemniczych kodach. Dlatego też pytałam o naukowe przyzwolenie na konstruowanie takiej wizji.
SIERAKOWSKA: Zdaje się, że paradoksalnie o naukowości różnych dyscyplin humanistycznych świadczy to, że różnymi metodami możemy dojść do wspólnych rozpoznań. Badania prowadzone przez Sajewską na teatrologicznym gruncie i moje badania wychodzące z dziedziny historii społecznej spotykają się w podobnych miejscach. Chociaż ja bazuję na dziennikach, wspomnieniach oraz prasie, która wychodzi w okresie wojny, i dokonuję bardzo niewielkich skoków do dwudziestolecia międzywojennego, to dochodzę do bardzo zbliżonych wniosków. Co świadczyć może nie tylko o tym, że różne metody są skutecznym narzędziem badawczym,  ale też o tym, że może my – badaczki – pochodzimy z tej samej epoki, tego samego czasu historycznego i kulturowego, jesteśmy ukształtowane przez te same mity, mamy podobną wrażliwość badawczą.
DUDZIŃSKA: Bardzo ciekawa jest poruszana przez panią kwestia podobnego uwarunkowania. Jakiejś potrzeby czy przeczucia powrotu. W Nekroperformansie widać, jak wiele tematów dziś powraca, jak wiele spraw jest aktualnych. Oczywistym przykładem jest wciąż świeża kwestia aborcji, ale także chociażby chęć teatralizacji żołnierza. Stworzenia z niego postaci ubranej w piękny, teatralny i historyczny kostium – rotmistrza, wachmistrza, kanoniera etc. Kojarzy mi się to właśnie z powrotem postaci legionisty skrywającego pod swoim mundurem szarą większość żołnierzy walczących na różnych frontach pierwszej wojny.
SIERAKOWSKA: Legioniści byli odpowiedzią na pewną potrzebę stworzenia mitu, w którym można by doszukiwać się pewnej teatralizacji. Świadczy o tym chociażby fakt, że w powszechnej świadomości najczęściej przywoływanym wizerunkiem legionisty nie jest ten szary żołnierz w maciejówce (też zresztą właśnie przez ten rekwizyt steatralizowany), ale znacznie częściej Wieniawa-Długoszowski wjeżdżający do Adrii na koniu. Czy wracający do domu trzema dorożkami – w jednej on, w drugiej czapka, w trzeciej szabla. Nawet karykatury Wieniawy, w których ubrany jest zawsze w poetycki szal, czy często przywoływane, funkcjonujące na granicy obyczajowej poprawności, sprośne wręcz piosenki jego autorstwa tworzą teatralną wizję. Bardzo lubimy przecież wkładać ładne kostiumy i on jest takim ładnym kostiumem. I znów, widać to zarówno w Nekroperformansie, jak i w moich badaniach. Inną ciekawą kwestią też poruszaną przez Dorotę Sajewską i związaną z żołnierzem jest postać inwalidy wojennego. Choć przeczytałam wiele źródeł historycznych z epoki – z czasu wojny, ale także dwudziestolecia międzywojennego – nie znalazłam żadnych wspomnień inwalidy wojennego. Żadnych. Jedyne, do czego udało mi się dotrzeć, to wspomnienia Niki Strzemińskiej, w których wspomina ojca i matkę, pisze o ich miłości wojennej, ale także właśnie o ranach Strzemińskiego, wpływie, jaki wywarły na nim fizyczne uszkodzenia ciała, o tym, jak przekładało się to na trud życia z nim, jak głęboko w psychice funkcjonuje trauma wojenna. Jednak jest to wyjątek. A przecież inwalidów nie było dwóch czy trzech.
DUDZIŃSKA: To bardzo dziwne, zwłaszcza jeśli popatrzymy na wylew tego typu piśmiennictwa na Zachodzie.
SIERAKOWSKA: Właśnie. Myślę, że może chodzić o to, że to ciało kalekie, wybrakowane nie jest spójne z przedwojennym mitem romantycznego wojownika czy właśnie mitem legionowym. Nie jest to ładny kostium, ale taki, który wolelibyśmy schować i nie dyskutować o nim więcej. Niewidzenie żołnierzy walczących w innych armiach, ale też, szerzej, niewidzenie uszkodzonego ciała męskiego jest w pewnej mierze próbą nierozbijania tego romantycznego, silnie zakorzenionego w polskiej mentalności mitu wojownika.  A przecież doświadczenie wojny, zarówno w tej książce, jak i w wielu badaniach historycznych z różnych krajów sprowadza się w pamięci zbiorowej przede wszystkim do doświadczenia żołnierskiego. W przypadku Europy Zachodniej to żołnierz walczący w okopach. Dyskutując z niemieckimi przedstawieniami wojennymi i przykładając do nich przedstawienia polskie, Sajewska pokazuje, że nie ma u nas porównywalnych obrazów. Legioniści nie mieli doświadczenia okopowego tak charakterystycznego dla żołnierzy frontu zachodniego. W Polsce, w przeciwieństwie do Niemiec, nie odbyła się też właściwie dyskusja nad cielesnością. Z tej perspektywy nasz dyskurs wydaje się być trochę spóźniony, poruszać tylko niektóre wątki z dyskursu niemieckiego, w którym ciała ranne, kruche, cierpiące są bardziej widoczne. Wyraźnie widać, że u nas dyskusja o ciele na tak szeroką skalę się nie odbyła. Natomiast, jeśli poszukamy jej późniejszych przejawów, to pewne jej elementy możemy zobaczyć na przykład w toczącej się w międzywojniu debacie nad karalnością aborcji. Była to szeroka dyskusja społeczna, w której uczestniczył nie tylko Tadeusz Boy-Żeleński, niektórzy lekarze i publicyści, ale także środowiska kobiece. Jednak wytłumaczenia nieobecności tematyki cielesności w odniesieniu do doświadczenia żołnierza należy upatrywać w braku poczucia rozczarowania wojną. Nie dość, że zakończyła się ona dla Polski sukcesem – odzyskaliśmy przecież upragnioną niepodległość, a przynajmniej tak było to prezentowane, to szybko została połączona z wojną polsko-bolszewicką jako dalszym ciągiem walki o niezawisłość. Dlatego dopiero sięgnięcie do doświadczenia drugiej wojny – znacznie bardziej, jeśli chodzi o doświadczenie traumatycznej dla społeczeństwa zamieszkującego Drugą RP, i sklejenie tych dwóch doświadczeń w przedstawieniu Kantora pozwala nam odnieść się do debaty toczącej się nie tylko w Niemczech, ale także w Anglii czy Francji.
DUDZIŃSKA: Dzisiejszy powrót do problematyki cielesności zapisanej w pierwszowojennych doświadczeniach świadczy przecież o wciąż pokutującym niezmierzeniu się z tym problemem. Choć Odys Kantora wprowadza obraz ciała cierpiącego, to jednak mam wątpliwości, czy ta dyskusja się naprawdę odbyła?
SIERAKOWSKA: Ta kwestia nigdy w pełni nie wybrzmiała. Po pierwszej wojnie cieszyliśmy się z odzyskania niepodległości. Nie było więc czasu na debatowanie o traumach. Społeczeństwo mobilizowane było do wysiłku budowy nowego państwa. Druga wojna obróciła wszystko w pył i znów musieliśmy powstawać z gruzów i mobilizować społeczeństwo do kolejnego wysiłku. Po powojennej zmianie ustroju pojawiła się też zupełnie inna, heroiczna wizja ciała, podobna do tej znanej nam z nazistowskich Niemiec i Rosji Radzieckiej. Było to ciało silne, niepoddające się ułomnościom, obdarzone tężyzną fizyczną, burzące bariery między kobiecością i męskością. Okres stanu wojennego mógł stać się przyczynkiem do rozpoczęcia dyskusji o kruchości ciała i leczenia traumy, ale to znowu się nie udało, bo pamięć o Solidarności stała się też pamięcią o sile. Dlatego jest to temat wciąż aktualny. Dziś zaczynamy jeszcze raz pracować nad naszymi traumami, co widać było chociażby w dyskusjach o Jedwabnem. Wciąż mamy bowiem wiele kwestii do przepracowania. Jednak wyciąganie pamięci o pierwszej wojnie światowej, o cielesności, o seksualności, o grupach mniejszościowych często powoduje, że znów ubieramy się w mundury.
DUDZIŃSKA: Zastanawiam się, czy podobnie jak w przypadku owej euforii z odzyskania niepodległości, którą przełamał uwydatniający problemy ekonomiczne i społeczne kryzys światowy, dzisiejszy powrót do nieprzepracowanych traum także nie jest powiązany z ostatnim kryzysem? I czy tym razem dyskusja ta będzie miała czas wybrzmieć?
SIERAKOWSKA: Częściowo się zgadzam, że kryzys wyciągnął tę problematykę. Rozruszał dyskusję o biedzie. Może nieprzypadkowo debata o aborcji, czy raczej o świadomym macierzyństwie zaczęła się na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. Okazało się wtedy, że kwestia planowania rodziny jest istotna choćby z tego banalnego powodu, że jak nie ma na chleb, to niekontrolowany rozrost rodziny utrudnia jej funkcjonowanie. Chociaż prace nad kodeksem karnym trwały już od pewnego czasu, to debata o karalności aborcji przyszła właśnie w tym, a nie innym momencie. Można przypuszczać, że aborcja stała się jeszcze bardziej powszechna w tym okresie. Przy braku skutecznych czy łatwo dostępnych metod antykoncepcyjnych, aborcja często stawała się jedynym rozwiązaniem. Na początku lat trzydziestych Instytut Gospodarstwa Społecznego rozpisał ankietę, w której pytano lekarzy, czy stosują antykoncepcję i jeśli tak, to jakie metody. Przyszło kilkaset odpowiedzi, zdecydowanie mniej niż twórcy ankiety się spodziewali. Zaskakujące jest jednak to, i to niezależnie od tego, czy lekarzem w danej rodzinie był mężczyzna czy kobieta, że nie stosowali oni właściwie żadnych środków antykoncepcyjnych. Jak pokazują statystyki, pierwsze dziecko rodziło się średnio rok po ślubie i dopiero wtedy – jeśli w ogóle – zaczynało się myśleć o jakiejkolwiek antykoncepcji. Lekarze nie przyznawali się do aborcji, a główną metodą antykoncepcyjną, jaką stosowali, był stosunek przerywany. A były to przecież czasy, kiedy wszystkie środki antykoncepcyjne, poza pigułką, były dostępne i zwłaszcza dla lekarzy stosunkowo łatwe do zdobycia. Trudno więc spodziewać się, że inne grupy  społeczne wykazywały się bardziej świadomym podejściem w kwestii planowania rodziny.
DUDZIŃSKA: A jak przebiegała dyskusja nad karalnością aborcji i jaką rolę odegrały w niej środowiska kobiece?
SIERAKOWSKA: Zaczęło się od przygotowanej przez rząd zmiany kodeksu karnego, który ostatecznie wszedł w życie  w 1932 roku. Dyskusję zainicjowali publicyści, między innymi Boy, który naświetlał problem swoimi felietonami. To dzięki nim ten głos stał się bardziej słyszalny. Środowisko lekarzy, jak i całe społeczeństwo, było jednak głęboko podzielone światopoglądowo. Wtedy do dyskusji przyłączyły się stowarzyszenia kobiece, uznając, że powinny zabrać głos w sprawie, która ich dotyczy. Te, które  podzielały światopogląd katolicki, powoływały się na powracający i dziś argument o tym, że życie człowieka zaczyna się od momentu poczęcia. Były więc przeciwniczkami aborcji. W trakcie debaty wypowiadali się reprezentanci wielu różnych środowisk. Niektórzy optowali za karalnością, inni rozważali, czy karać, a jeśli tak, to czy i lekarza, i kobietę? Zastanawiające jest to, że w zasadzie była może jedna organizacja, która uznawała, że decyzję o aborcji należy pozostawić kobiecie. Najczęściej przeciwnicy karalności powoływali się na tak zwane względy społeczne, czyli trudne warunki. Większość uważała też, że państwo powinno zapewnić kobiecie takie warunki, żeby nie była ona zmuszona do uciekania się do aborcji. I znów widać, że zarówno argumenty, którymi posługiwano się podczas tamtej debaty, jak i związane z nimi podziały wracają w dzisiejszych dyskusjach. Z tą różnicą, że w okresie międzywojennym prawie nikt nie mówił o aborcji na życzenie.
DUDZIŃSKA: Ta niezauważalność czy marginalizacja poglądów uznawanych za radykalne znów przywodzi mi na myśl postać Róży Luksemburg. Jest ona bowiem w tej książce pewnego rodzaju symboliczną przewodniczką po marginesach życia publicznego, po świecie, który nie mieści się w politycznym paradygmacie socjaldemokratyczno-chadeckiego centrum. To ona przecież konsekwentnie podkreślała bankructwo ideologiczne tego tworu, mówiła o porażce czy wręcz zdradzie, jakiej w imię imperialistycznych interesów dopuściła się na klasach pracujących międzynarodowa socjaldemokracja, przyczyniając się do wybuchu pierwszej wojny światowej. Może też dlatego – jako rewolucjonistka, pacyfistka, komunistka – nie mieściła się w obowiązującej normie życia publicznego. W tym sensie to spojrzenie na Polskę jako kraj, który musiał „dogonić” zachodnie dyskursy, okazuje się nietrafione, bo znajdujemy się w samym środku tego centralistycznego myślenia.
SIERAKOWSKA: Nie jestem bardzo przywiązana do kategorii centrum i peryferii. Mamy masochistyczne zamiłowanie do lokowania się na peryferiach, podkreślania przejmowania nie swoich wzorców. Jednak dopiero z perspektywy czasu jesteśmy w stanie ocenić postępowość czy wsteczność danych decyzji, sposobów budowania i przekształcania społeczeństwa. Nie jestem także przekonana do twierdzenia, że pierwsza wojna przysłużyła się modernizacji czy że wpłynęła na emancypację. Wojna niosła za sobą różne przesłania. Dorota Sajewska w Nekroperformansie pokazuje, że przyczyniła się ona do rozpoczęcia dyskusji o ciele. Jedną z jej konsekwencji był wylew cielesności, uwidocznienie się ciał uszkodzonych, które nagle stały się odarte z zakrywających je dotychczas kostiumów. Dzięki czemu można było dostrzec ich kruchość. Proces ten ma zdecydowanie modernizujący wydźwięk. Społeczeństwo zaczęło się pod wpływem ciała zmieniać. Jednak czy ten proces ma aspekt emancypujący? Nie zawsze. Ja się nie zgadzam z Sajewską w sprawie dyskusji o seksualności kobiet. Ona nie zaczęła się po pierwszej wojnie. Ona wbrew pozorom już trwała. Nawet na ziemiach polskich. Wojna jej nie przyspieszyła.
DUDZIŃSKA: Czy zatem przywracający postaci, ciała, szczątki i wszelkie materialne resztki nekroperformans, który u Sajewskiej jest emancypujący, może być konserwujący? I czy wtedy jest on dalej nekroperformansem? Co wtedy odsłania?
SIERAKOWSKA: Sama się nad tym zastanawiam. Autorka wyraźnie deklaruje, że chodzi jej o nekroperformans rozumiany przez pryzmat pacyfizmu, antykapitalizmu, lewicowości. Jest on niewątpliwie ciekawy, bo przywraca to, co nie było dotychczas widzialne, wydobywa z ciemności to, co funkcjonowało na obrzeżach głównego nurtu. Jednak główny nurt też staje się polem dla nekroperformansu. Tylko w tym przypadku zwraca on uwagę na innego rodzaju szczątki. Takie, których być może nie trzeba było wykopywać; które wystają z ziemi; po które łatwo sięgnąć. Przecież łatwiej jest sięgnąć po przykrytą cienką warstwą piasku szablę, która też jest szczątkiem, niż dokopywać się do strzępku munduru, który utkwił pod głębszymi pokładami ziemi. Nie jest on też taki wygodny, ponieważ, aby go przywrócić, poskładać, wpasować w pewne puzzle, stwierdzić, skąd pochodzi, trzeba się bardziej napracować. W tym sensie nekroperformans nie musi być modernizacyjny. Nawet spojrzenie na wojnę przez pryzmat doświadczenia okopowego żołnierzy przynależy do stworzonego zaraz po wojnie wzoru pamięci. W Anglii przeprowadzono badania porównujące pojawiającą się pod koniec lat dwudziestych i na początku trzydziestych kanoniczną literaturę wspomnieniową opisującą doświadczenia pierwszowojenne z pozostawionymi przez jej autorów dziennikami czy pierwszymi wersjami wspomnień pochodzącymi z czasów wojny czy początku pokoju. Zestawienie to pokazuje bardzo wyraźną zmianę, jaka zaszła w tych tekstach, a tym samym odkrywa, że to sami autorzy –  osoby, które wojny doświadczyły, które są przez ten fakt upoważnione do opowiadania o niej, które są wreszcie najbardziej wiarygodnym ciałem-archiwum – tworzą pewien kanon pamięci. Wcale nie publicyści ani czynniki państwowe. Ci autorzy tworzą opowieść kanoniczną sprowadzoną do doświadczenia okopowego, które dotyczyło przecież tylko pewnej grupy żołnierzy. Grupy, owszem, niemałej, ale nie jedynej. Oprócz nich było wiele innych osób biorących aktywny udział w działaniach wojennych na froncie, chociażby lotnicy. Sajewska wykorzystuje zatem już pewien kanon do budowania swojej opowieści o nekroperformansie. Jednak jeśli sięgnęlibyśmy jeszcze głębiej, to ten nekroperformans mógłby przyczynić się do powstania innej konstrukcji. W tym sensie dużą siłą tej książki jest stworzenie pola do dyskusji, otwarcie różnych furtek, którymi można dalej pleść opowieść po swojemu, czasami spotykając się z autorką, a czasami nie. Mnie na przykład bardzo interesuje wątek pacyfistyczny. W swojej pracy zajmuję się między innymi i tym, dlaczego Polki włączyły się do ruchu pacyfistycznego dopiero po pierwszej wojnie. Nie były na spotkaniach założycielskich Ligi dla Pokoju i Wolności, na zjazdach w Hadze. Natomiast po wojnie stały się bardzo aktywnymi działaczkami na tym froncie. W trakcie wojny nie włączały się do ruchu pacyfistek, twierdząc, że pokój nie służy kwestii narodowej, bez wojny Polska nie odzyska niepodległości. I co tu jest kostiumem – bycie pacyfistką czy nią niebycie?
DUDZIŃSKA: To bardzo ciekawe znowu w kontekście Róży Luksemburg, która w przeciwieństwie do Marxa i Engelsa, którzy interpretowali polskie powstania narodowe jako ruchy rewolucyjne wymierzone przeciwko Rosji, pisała, że po powstaniu styczniowym dyskurs narodowo-wyzwoleńczy sprzyja budowie kapitalizmu. Dlatego odrzucała polskie dążności niepodległościowe, szansy na obalenie niesprawiedliwości społecznej upatrując raczej w międzynarodowej rewolucji proletariackiej. W ten ruch – jak uważała – powinni włączyć się polscy robotnicy. Znów będąc ze swoją opinią w zdecydowanej mniejszości.
SIERAKOWSKA: Myślę, że też dlatego nie przyłączyła się na trwałe do polskiego ruchu feministycznego. I częściowo na tym polegało fiasko połączenia kwestii kobiecej z socjalizmem. Bo przecież były podejmowane próby połączenia tych dwóch porządków. Znów, nie tylko na ziemiach polskich. Okazało się jednak, że choć sojusz ten da się pomyśleć na płaszczyźnie społecznej, to okazywało się, że kwestia kobieca bez kwestii narodowej nie zyskuje poparcia społecznego wśród samych kobiet. Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich, który zakładała Paulina Kuczalska-Reinschmit i który próbował podnosić kwestię kobiecą w oderwaniu od kwestii narodowej, bardzo szybko przeszedł na pozycje narodowe. Okazało się, że tracił on poparcie wśród kobiet, które uważały, że priorytetem powinno być zdobycie niepodległości, a dopiero później działania dążące do równouprawnienia. W tym aspekcie podobny zwrot dokonał się w dużym odłamie angielskiego ruchu sufrażystek. Na przykład Emmeline
Pankhurst kazała zawiesić walkę na rzecz praw wyborczych dla kobiet na czas wojny. Priorytetem okazała się walka narodowa. Ten wątek również można by zanalizować, używając kategorii nekroperformansu.
DUDZIŃSKA: I skleić swój zielnik.

Udostępnij

Katarzyna Sierakowska

Pracuje w Instytucie Historii PAN. Zajmuje się historią społeczną dziewiętnastego i dwudziestego wieku, przede wszystkim okresu pierwszej wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego ze szczególnym uwzględnieniem aspektów gender, ciała, emocji. Wydałą między innymi monografię Rodzice, dzieci, dziadkowie. Wielkomiejska rodzina inteligencka w Polsce 1918-1939 (Warszawa 2003).

Katarzyna Dudzińska

Doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się związkami filozofii i teatru oraz cielesnością jako przestrzenią mediacji strategii dyscyplinujących i projektów emancypacyjnych.