Płonąca pochodnia

Dorota Kotas
W numerach
10 lut, 2026
Styczeń
2026
1 (827)

Jedna z moich pierwszych prac była podobna do tej, jaką wykonuje bohaterka Goryczy Anny Zawadzkiej: pomoc ogrodnika, płaca osiem złotych za godzinę na rękę, żadnej umowy, lato po maturach, ręce pocięte kolcami berberysów. Nie wyemigrowałam do Berlina, nigdy nie wyjechałam na dłużej nigdzie, wydawało mi się, że jestem na to zbyt głupia. Pracowałam w Polsce, w małym mieście, z którego pochodzę. Moimi przełożonymi byli znacznie starsi mężczyźni, a ja miałam kilkanaście lat, nic nie wiedziałam na temat pracy w ogóle i wydawało mi się, że muszę ostro zapierdalać, bo tylko od tego zależy, czy poradzę sobie w życiu, czy nic ze mnie nie będzie. Wtedy myślałam, że praca nadaje mi wartość, a bez niej nie znaczę nic jako człowiek. Linie demarkacyjne przywilejów i wykluczenia przebiegały gdzie indziej. Szczytem moich marzeń był mały, współdzielony pokój w Warszawie – być w miejscu, z którego wynosi się bohaterka Zawadzkiej.

W opowiadaniu takich historii istnieje niebezpieczeństwo polegające na tym, że ich subiektywny ton przyciągnie poszukiwaczy obiektywnych prawd, którzy będą pytać: „czy na pewno było jej tam tak źle, czy sama sobie na to zasłużyła, bo nie nauczyła się języka szybciej albo nie wyjechała gdzie indziej; a może po prostu miała złe nastawienie?”. Każda osobista historia zostanie surowo osądzona, ponieważ jest to najłatwiejszy sposób, w jaki można zmierzyć się z czyjąś historią, w której pobrzmiewa rozgoryczenie. Zaprzeczyć, znaleźć winnych, odnaleźć schronienie w pozycji bezpiecznego dystansu i z tego miejsca skomentować: „ja miałam gorzej, moja rodzina ma mniejszy kapitał, jednak nie żalę się na swój los”. Porównywać bez końca, kto dźwiga większy ciężar i oceniać słuszność czyjejś skargi na trud pracy/ życia, jakby to był konkurs z nagrodami, zawody pod hasłem „ile zdołasz znieść i czy po tym wszystkim pozostaniesz miłą, pogodną osobą?”.

Anna Zawadzka nikomu nie próbuje się przypodobać, wręcz przeciwnie, rzuca kamieniami. „Piszę więc tę książkę trochę tak, jakbym w żółtej kamizelce rzucała kamieniami w witryny drogich sklepów” i dalej: „jedyne, co mnie ratuje, to gniew tak wielki, że jestem jak płonąca pochodnia. Ten ogień suszy łzy”. Niektóre cele są starannie skalibrowane. Czasami zdaje się, że rykoszetem obrywają też obiekty, które przypadkowo staną jej na drodze – i nic w tym dziwnego, takie jest prawo gniewu, aby mógł płonąć i robić swoje, a ogień jest po to, żeby walczyć, czasami z całym światem, który „bierze w posiadanie i miażdży”. „Jebać przyszłość” – jest ona zbyt niepewna, nie rysuje się wcale wesoło. Praca ponad siły nie zapewnia odmiany losu, stabilizacji, godnego życia. Jest fałszywą obietnicą, przynosi kolejne upokorzenia i wyczerpanie. Odbiera życie, nie dając w zamian nic, jedynie najniższą możliwą pensję, która nie wystarcza nawet na wynajęcie mieszkania. To doświadczenie nie jest jednostkowe i nie dotyczy jedynie migrantek ani nie tylko kobiet. Ale zazwyczaj, w praktyce, zdaje się przesiąknięte samotnością nie do zniesienia: byciem osobną, udręczoną jednostką, stojącą naprzeciw kultury sukcesu i zapierdolu oraz kapitalistycznych mrzonek o świadomym budowaniu kariery.

Co robi mi Gorycz? W niektórych miejscach bardzo mnie złości. Jest to gniew na świat, owszem. Czy konstruktywny? To obojętne! Przeglądam się w tej historii, ponieważ tak, mam doświadczenie pracy fizycznej i nie było ono jednorazowe, były to całe lata przepracowane na wielu wyczerpujących, absurdalnie niskopłatnych stanowiskach. Mój stosunek do idei pracy bardzo się zmienił, odkąd zaczęłam mieć do czynienia z pracą. Gorycz jest dla mnie brakującym głosem, który równoważy zachwianą równowagę reprezentacji tematu pracy w polu literackim. Opowiada o pracy, która została zaprojektowana jako niewidzialna. To antyhistoria sukcesu, do której jest mi znacznie bliżej, niż do pozornie kojących (a jakże nierealistycznych!) losów bohaterek, którym wszystko układa się po ich myśli, jeśli tylko bardzo się do czegoś przyłożą. Defetystyczny ton Zawadzkiej daje mimo wszystko pewną nadzieję w udręce, drogowskaz, który dla mnie brzmi: jest, jak jest. Albo, w dłuższej wersji, równie pesymistycznej: prawdopodobnie nigdy nie będzie stać cię na własne mieszkanie, nie tylko ciebie, no i co z tego? Proszę już sobie odpuścić, ponieważ pewne rzeczy nigdy nie będą zależały od ciebie. Jeśli chcesz poczuć się silna, musisz płonąć. Ale to boli, czy wytrzymasz ból?

Udostępnij

Dorota Kotas

Autorka jest pisarką, wydała Pustostany (2020, Nagroda Literacka Gdynia i Nagroda Conrada), Cukry (2021) i Czerwony młoteczek (2023).