ds.jpg

Fantazje o wypowiedzeniu
Ma pani teraz próby w warszawskim Teatrze Powszechnym. Co się szykuje?
Pracujemy nad spektaklem Tęsknica o wsi Wigancice, wysiedlonej w latach dziewięćdziesiątych na skutek działalności kopalni Turów. Kopalnia zdecydowała, że zamknie wieś, by było tam miejsce na hałdę. Ludzi zmuszono do wysiedlenia, hałdy w końcu i tak nie przesunięto, a wieś zmarnowano. Byłyśmy tam razem z reżyserką Pamelą Leończyk i najciekawsze, że od dwudziestu lat ta społeczność dalej się spotyka – organizują sobie coroczne zjazdy, wybory Miss i Mistera Wigancic, wybierają co roku sołtysa i marzą, by swoją wieś odbudować. Tytuł podsunęła nam Mira Marcinów: tęsknica to dawna nazwa melancholii, o czym autorka pisze w Historii polskiego szaleństwa.
Ale tekst jest pani?
Tak. Powstał z inspiracji rozmowami z byłymi mieszkańcami wsi, jednak ostatecznie jest to uniwersalna fantazja na temat tęsknoty za utraconym miejscem. To będzie przedstawienie na Nowe Epifanie.
Z automatu zapytałabym „I kto to robi?”, czyli zadałabym pytanie o reżyserię. Rzadziej się pyta „I kto to napisał?”, a przecież to pani opowiada tę historię.
Pamela też mi to powtarza. (śmiech) W przypadku Tęsknicy jest to pytanie uzasadnione, Pamela była włączona w nieomal każdy etap pisania. Jestem jej bardzo wdzięczna za tę współpracę.
Zanim jednak trafiła pani do teatru jako autorka z wolnej stopy, pracowała pani na etacie w kilku instytucjach teatralnych i o tym w skrócie są „Zmęczone”. Podamy nazwiska pierwowzorów postaci?
Nie, jednak nie. Ten dramat przeszedł już przez wiele rąk (był pisany w ramach Sceny Nowej Dramaturgii) i po kilku rozmowach spostrzegłam, że to nie jest tekst o walce z dyrektorami instytucji, ale o (nieudanej) walce z systemem. Zaciekawił mnie Piotr Morawski, który powiedział, że dla niego to jest tekst o mikroprzemocy – takiej przemocy mniej oczywistej, rozproszonej.
Która wydarza się tam, gdzie jest władza?
I to niekoniecznie władza mężczyzn. Chciałam pokazać, że kobiety na stanowiskach dyrektorskich też potrafią zachowywać się w sposób patriarchalny i mobbingujący. Przy czym nie chodzi o jakieś skandaliczne nadużycia, z których można zrobić aferę prawną, tylko o przekroczenia dość drobne, a jednak notoryczne.
Z drugiej strony to jest tekst o mikrofrustracji. Po kilku kierunkach studiów wylądowała pani w teatrze na stanowisku trochę kreatywnym, a trochę biurowym – może to nie było wystarczająco ciekawe wyzwanie?
Myślę, że problemem nie była absolutnie praca biurowa, która mogłaby nużyć. Wiedziałam, z czym ona się wiąże – że czasami trzeba się skupić na pisaniu wniosku, a kiedy indziej można się pojawić na próbie i porozmawiać o kształcie spektaklu. I wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że ta fuzja jest bardzo ciekawa: pozostaję blisko ziemi, nie odlatuję, zajmuję się administracją, a zarazem jestem dopuszczana do procesów twórczych czy programowych, na przykład szukam spektakli na festiwale, co jest świetne.
Ale pisanie projektów to katorga…
Niekoniecznie, jeśli stoi za nimi wymyślanie koncepcji. Owszem, trzeba ją później ubrać w odpowiednie słowa, nadać całą tę nomenklaturę, ale to po prostu cenna umiejętność.
Co w takim razie było problemem?
Niekompetentne zarządzanie pracownikami. Wciąż mnie dziwi i oburza, że teatry zatrudniają dyrektorów, od których nie wymaga się wykształcenia i doświadczenia w dziedzinie zarządzania. To są miejsca, w których pracuje często sto, sto pięćdziesiąt osób – w sektorze prywatnym nikt by nie dopuścił, by dyrektorem tak dużego przedsiębiorstwa został artysta.
Zaraz, o ile wiem, w teatrze jest z reguły dwuwładza: dyrekcja artystyczna i „dyrekcja dyrekcja”.
Tak, ale bywa to dwóch czy dwoje artystów. I kiedy brakuje choćby zastępcy administracyjnego, zaczynają się problemy – takie jest przynajmniej doświadczenie moje i osób, z którymi rozmawiałam. Robi się bałagan, chaos, nadprodukcja projektowa, ludzie siedzą po godzinach…
wt.png

Jak w korporacjach, kiedy można niby wyjść, ale nie wypada?
Podobnie, przy czym to ostatnie wynika z szerszego problemu, widziałabym jego źródło w polskiej dumie z tego, jak bardzo jesteśmy przepracowani. Pochodzę ze śląskiej rodziny, gdzie praca fizyczna była zawsze istotna i jako córka pracowników fizycznych nie mogłam im jakoś wytłumaczyć, że też się zaharowuję. Dla nich etat w biurze to była zabawa. Teraz już wiem, że mam prawo mówić o swoim zmęczeniu, mam prawo je w ogóle czuć, ale przez długi czas to działało jak błędne koło: czułam się uprzywilejowana i jednocześnie walczyłam z poczuciem winy, że mnie ten przywilej nie cieszy, że go wystarczająco nie doceniam. Udało mi się to już rozpracować, ale kiedy pisałam Zmęczone, byłam jeszcze na etapie zaprzeczania samej sobie.
Pamiętam tekst Ewy Mikuły i Piotra Fronia „Praca, praca” 1 z podobnym wątkiem: studentka dramaturgii ze śląskiej robotniczej rodziny nagrywa opowieści rodziców o ich życiu zawodowym, a to nagrywanie też jest przecież pracą, co trudno im pojąć.
Czytałam, to jest świetne! Bo faktycznie żyjemy w kulturze, w której pracą, i to najlepiej ciężką, mierzymy swoją wartość, bez niej stajemy się nikim. I nasz awans ma spłacić trud rodziców. Mnie akurat bardziej interesował ten motyw walki z samą sobą, kiedy czujesz, że coś w związku z twoim życiem zawodowym jest nie tak, ale cały czas to wypierasz, bo przecież szanujesz swój etat, tego cię nauczono. W teatrze dochodzą do tego jeszcze te wszystkie małe święta, na przykład premiery, kiedy wyrzut dopaminy cię uskrzydla i znowu wierzysz, że jesteś we właściwym miejscu – po czym następuje spadek. I ten spadek dotyczy nie tylko twórców spektaklu, pracowników etatowych też.
A na premierach, kiedy dawano kosze kwiatów, wychodziła pani na scenę?
Jeśli pracowałam nad dramaturgią, to tak. Ale jako pracownica administracji nie, bo niby czemu? Czasem dyrektor czytał na bankiecie nasze nazwiska i nawet jeśli się mylił, to się poprawiał… To są akurat drobiazgi, ale w końcu ileś małych krzywdzących elementów zbierało się w kulę śniegową. I wtedy słyszałyśmy (lub mówiłyśmy to sobie same), że jesteśmy przeczulone, że trzeba mieć dystans i jakoś przetrwać. Że to jak w dysfunkcyjnej rodzinie, która się przecież kocha. Tylko że tych mechanizmów nie da się łatwo zmienić – nie zmieni ich jedna osoba, nie pomoże nawet zmiana dyrekcji, która z punktu widzenia biura znaczy często tyle, co zmiana dekoracji. To są po prostu źle ustawione zadania.
Rozmawialiśmy w redakcji o zmęczeniu: ile razy dziennie na nie narzekamy. Często narzekają ludzie młodsi, starsi zasuwają z poczuciem etosu, więc może to pokoleniowe?
Nie wydaje mi się. Przede wszystkim jednak uwielbiamy być zarobieni, bez względu na wiek i pozycję społeczną, i to słychać zewsząd: ile się napisało wniosków, ile się zarwało nocy…
Gdzieś czytałam, że najbardziej prestiżowe wakacje to dziś takie, na które się nie miało czasu pojechać.
Sama nie miałam urlopu zeszłego lata, bo akurat zmieniłam pracę (z teatru na inną, w wydawnictwie) i byłam z siebie nawet zadowolona – że daję radę, że dalej jestem produktywna. Ale to ma swój krótki termin ważności, bo ciało się upomina o przerwę i daje sygnały, że ma dość. Nie chcę tu mówić truizmów, jednak to bardzo ważne, żeby się sobie przyglądać i wychwytywać te sygnały.
Co wprowadza jeszcze jeden wątek: medykalizacji zmęczenia. Pani bohaterka nosi czarodziejską kosmetyczkę pełną lekarstw, bez niej nie dałaby rady.
Farmakologia działa jak proteza, bez której różne organy przestają prawidłowo funkcjonować – bo tu już nie chodzi tylko o głowę. Ale są i inne sposoby. Większość osób z mojego pokolenia, które znam, jest w trakcie terapii albo po niej, reszta się wybiera. Sama jestem po. I zdaję sobie sprawę, że w trakcie edukacji i wychowania nie wyposażono nas w narzędzia do tego, by radzić sobie z zagrożeniami, jakie spotykają nas dzisiaj. Zagrożenia były zawsze, ale od dość niedawna mamy tak powszechną świadomość, że możemy poprosić o pomoc, gdy coś nas boli. To dobra zmiana, choć z dystansu może wyglądać jak dziwny trend, który się zaczął dość niedawno, jest bardzo intensywny i głośny. Razem z Mariuszem Gołoszem napisaliśmy o tym tekst Musimy już kończyć, na podstawie doświadczeń własnych i naszych przyjaciół, trzydziestolatków.
Tytuł to tekst z sesji, prawda?
Zgadza się, tak mi mówił mój terapeuta, patrząc na zegarek w najmniej odpowiednim momencie – okropnie mnie to irytowało. Podobnie jak to, że (moim zdaniem) raz zasnął. Wypierał się, że wcale nie spał i wałkowaniu tej kwestii poświęciliśmy kilka następnych sesji, bo w terapii psychodynamicznej trzeba reagować od razu na zakłócenia komunikacji. (śmiech) Ogólnie jednak polecam terapię. Na pewno ta zabawa nie jest dla każdego, ale moim zdaniem warto. Choćby po to, by móc z lekkim sercem zwolnić się z teatru.
„Pieśni piekarzy polskich”2 Mariusza Gołosza też się kończą odejściem z roboty.
I też towarzyszy temu fantazjowanie. Ja naprawdę miałam dopracowane ze szczegółami fantazje o tym, jak wchodzę do gabinetu, co mówię, czym rzucam o stół… Tyle razy śniłam o zwolnieniu, wydawało mi się spełnieniem marzeń, a gdy przychodziło co do czego – nie umiałam się zdobyć na odwagę. I gdy już wreszcie to zrobiłam, to bez sensu i nieporadnie, zrzucając na siebie winę. Naprawdę przepraszałam, że to ja robię problem! Miałam przecież umowę na czas nieokreślony, więc jakim prawem? Wiadomo, że drugiego takiego miejsca w teatrze się łatwo nie znajdzie, bo to nie są stanowiska przyznawane w otwartych konkursach, zazwyczaj ktoś kogoś poleca. A rzucić taką robotę to spalić za sobą mosty, taka jest przynajmniej opinia.
I jeszcze podobno im później, tym trudniej.
Właśnie. To generuje mnóstwo lęków. Tymczasem porzucenie etatu skutkuje większą mobilizacją. Kiedy pracowałam w biurze teatralnym, pisałam swoje rzeczy po godzinach i musiałam się dyscyplinować, ale teraz mam jeszcze więcej motywacji do pisania, bo pracuję w systemie projektowym. O „projektariacie” powstało już kilka tekstów, o aktorach mnóstwo, Michał Buszewicz pokazał pracowników technicznych, natomiast nikt chyba się nie przyjrzał problemom administracji.
Paprotka, herbatka… A dyrektor każe wyjrzeć za okno i pyta, po której stronie jest lepiej.
To jest akurat scena, którą zaczerpnęłam z Personelu Kieślowskiego. On się tam co prawda przyglądał rzemieślnikom teatralnym (garderobianym, krawcom i tak dalej) i to prawie pięćdziesiąt lat temu, ale jego film był dla mnie inspiracją. Oczywiście nie miałam ambicji opisania teatru od środka, Zmęczone to raczej taki mem o pracy biurowej, który bardziej nawiązuje do absurdalnych scen z The Office niż do pięknych kadrów z Wielkiego Teatru Sławomira Batyry.
Te mało widzialne kobiety, które jakby przyrosły do krzeseł…
Prawda? Dawniej taka praca to był szczyt marzeń, czytam teraz Trylogię kopenhaską Tove Ditlevsen i dla autorki biuro było ukoronowaniem kobiecej kariery. Tylko że czym innym jest ośmiogodzinna rutyna, którą o szesnastej zostawia się za sobą, a czym innym praca po kilkanaście godzin, bo nawet jeśli z biura wyjdziesz, to wciąż jesteś w pracy. To już naprawdę nie jest okej. W dodatku jeśli myślimy o teatrze jak o świątyni sztuki, a nie o zakładzie pracy z jej kodeksem i higieną, to sprawy zawodowe zaczynają nam zajmować weekendy i angażują nas emocjonalnie właściwie na okrągło, w branżach okołoartystycznych ta granica między pracą a życiem jest bardzo płynna. Teraz, kiedy sama przychodzę do teatru jako twórczyni spektaklu, wystrzegam się zachowań, które mnie irytowały, gdy byłam po drugiej stronie – na przykład nie męczę działu promocji o to, czy „mój spektakl widać”. Muszę zaufać, że ktoś za tym biurkiem zna się na rzeczy i nie bombarduję pracownic swoim ego.
Pamięta pani jakieś próby biurowego buntu?
Nie, ta rewolta w Zmęczonych to tylko fantazja. Raz próbowałyśmy (próbowaliśmy, bo był wśród nas jeden kolega) spisać postulaty zmian w teatrze, ale dyrektor nie przyszedł, a następnego dnia już tej energii nie było. Nawet kiedy pisałam Zmęczone na Scenę Nowej Dramaturgii, myślałam o nich jako o niemożliwym projekcie. Bo kto to wystawi, jaki dyrektor będzie chciał atakować sam siebie? Zaskoczyło mnie, że dwa teatry wyraziły wstępne zainteresowanie – zobaczymy.
Oby się udało, bo jest w tym (i w innych pani tekstach) taki społeczny realizm.
To chyba wynika z tego, że ja bardzo lubię podsłuchiwać: na ulicy, w metrze. Jakim kto mówi rytmem, kiedy ścisza głos... I rzeczywiście poruszam problemy moich równolatków: terapia, kredyty mieszkaniowe, mobbing. Aż strach, jak stereotypowo to brzmi.
Przynajmniej mówi pani, jak jest!
Ja totalnie nie wiem, jak jest. Ale kiedy pisałam konspekt Zmęczonych, to dodałam, że bardzo bym chciała, żeby jakaś sekretarka czy pracownica działu się w tym tekście odnalazła.

