wwwimg_2111.jpg

Jak było na demo?
Kiedy to pytanie stało się elementem środowiskowego small-talku? Czy już w 2016, może w 2017 albo 2018 – ech, mieszają się lata walk ulicznych, ale cicho! Odrzucić musimy wszelkie pokusy weteraństwa i kombatanctwa, choć faktem jest, że w ostatnich trzech, czterech latach zaliczyliśmy – a mówię, z przekonaniem „my”, choć proszę mnie nie pytać, kto to „my” – więcej demonstracji, marszów, protestów i parad niż w całym poprzednim życiu, a na pewno piętnastoleciu. Stały się one regularnym elementem weekendowych rozkładów jazdy, uczestnictwo w nich składnikiem – sceptycy powiedzą – „środowiskowego bon tonu”, entuzjaści i ideowcy – demokratycznego, czy może, nie bójmy się tego słowa – „lewicowego” etosu.
1.
Choć zaliczam siebie raczej do tych drugich, uważam, że motywacje nie mają tu większego znaczenia – docenić należy fizyczny wymiar trudu demonstrowania – wymarznięcia się w listopadowe wieczory i marcowe przedpołudnia, albo zgrzania w prażącym upale, wystania do zdrętwienia lub wychodzenia iluś tam kilometrów; jako wolny elektron tudzież chorąży patyczaka czy transparentu, współnosicielka banneru, albo na przykład ogromnego i niezbyt poręcznego ale jakże spektakularnego żbika z parasola i agrowłókniny, wypchanego foliami znalezionymi w CSW.
71274845_2465468250156821_1715818926283161600_o.jpg

2.
Ważne jest spotykanie znajomych, bliższych i dalszych – wtedy pobrzmiewają w głowie patetyczne wersy ze staruszka Broniewskiego:
Mało nas
a odnajdujemy się w tłumie
złączeni krokiem żelaznym
złączeni pieśnią żelazną
– my
podpalacze serc
dynamitardzi sumień
recydywiści marzenia
gniewu i entuzjazmu.
Nie trzeba o tym głośno mówić, bo to krępujące, ale potrzeba wspólnotowego patosu jest słuszna i sprawiedliwa i należy do podstawowych potrzeb zaspokajanych przez publiczne i wspólnotowe demonstrowanie.
Ważne jest też niespotykanie – wtedy mówi się wręcz o udanej demonstracji „dobra demonstracja, bo spotyka się mało znajomych”, co oznacza wysoką frekwencję. Możemy się oczywiście frasobliwie zadumać nad rewersem tej konstatacji – jak niewielki jest katalog twarzy i ciał biorących udział w protestach, skoro ciągle właśnie „rozpoznajemy się w tłumie”. Pamiętam takie demo, to była chyba złota jesień 2015, akcja „Refugees Welcome” pod pomnikiem Mikołaja Kopernika, kiedy moja koleżanka powiedziała, że to nowa wersja „standing party” – była w tym ironia wobec środowiskowości, ale jakaś ciepła, z wyraźnym wektorem „-auto”. Więc można się tym frasować, można też rozczulać się nad kształtowaniem się lotnej wspólnoty demonstrujących. Można się wzruszać albo podśmiewać ze stałych bywalców każdej jednej – zawsze jest pan z Pracowniczej Demokracji i jego demokratyczna gazeta, albo jeden tajemniczy młody mężczyzna w okularach pilotkach jak wycięty z powieści Fredericka Forsytha, albo aktywista z jednej partii z kolorem w nazwie, albo Polskie Babcie, najkochańsza brygada w historii brygad, albo najpiękniejsza feministka Warszawy, ale raz jeszcze „ciiii…”, bez nazwisk, pozdro dla kumatych.
wwwimg_0692.jpg

3.
A propos „pozdro dla kumatych” – tak się mówi w środowisku kibicowskim, w którym funkcjonują rozmaite kręgi wtajemniczeń i poziomy wiedz. Kiedyś chodziłam na ligowe mecze, uwielbiałam to, choć trzeba przyznać, że wzrok zawsze uciekał mi na trybuny, na „płótna” i flagi, na twarze i komentarze, chłonęłam i produkowałam enigmatyczne żarciki wskazujące na wysoki poziom „kumania”, a od wydarzeń na boisku bardziej interesowały mnie kibicowskie choreografie. Termin „choreografia” jest bardzo trafny – łączy w sobie obraz, ruch i fabułę – a na tym właśnie polegają „oprawy” meczów. Już na nie chodzę, z powodów ideowych i politycznych, ale nie o tym jest ten tekst, raczej o tym, że w ulicznych demonstracjach znajduję coś z tamtych klimatów i nastrojów, tym lepsze, że w słusznej sprawie (owszem, bywały czasy, że uważałam bezpieczne zero-zero z Wisłą Kraków za sprawę najsłuszniejszą, ale nawet wtedy wiedziałam, że jednak antyfaszyzm, prawa kobiet i równouprawnienie osób LGBTQ są jeszcze ważniejsze). Poza komfortem bycia po słusznej stronie demonstracje mają jeszcze inne przewagi nad meczami: składają się jakby z samych trybun. To, co w widowisku sportowym ma status suplementu – choć dla niektórych ważniejszego od samej „gry” – tu jest istotą sprawy. No i można podczas demonstracji bezkarnie plotkować a towarzyski wymiar tej wymiany uwag, myśli i pogłosek jest niebagatelny. Lubię też wymiar wirtualny – można się zżymać na „demokrację lajkową” i kapitalistyczne zawłaszczenie oporu przez platformy społecznościowe, a jednak to, że przed, po i w trakcie uzupełnia się chodzenie o nawoływanie do niego, o wrzucanie selfików i podsumowania na gorąco to jeszcze jeden aspekt tworzenia wspólnoty, „rozpoznawania się w tłumie”: ja byłem, one były, byliśmy, trzeba być, trzeba chodzić.
4.
Dość banalnie i cokolwiek niezręcznie brzmi już dzisiaj zdanie, że „teatr wychodzi na ulice”, jak i uzasadnianie, że publiczne demonstracje mogą być pełnoprawnym przedmiotem zainteresowań takiej, dajmy na to, antropologii widowisk czy performatyki. W trwającej właśnie w Zachęcie wystawie Zmiana ustawienia scenografie „teatrów publicznych” zajmują, i słusznie, więcej miejsca niż szkice Wyspiańskiego, twórcom wystawy idzie właśnie o „scenografię społeczną”, piszą:
Pojęcie scenografii społecznej kryje w sobie projektowanie przestrzeni dla wydarzeń o dużym zasięgu i oddźwięku wśród „publiczności”, zgodnie ze scenariuszem przygotowanym stosownie do okoliczności — rozgrywanych na placach, ulicach, w obiektach użyteczności publicznej czy w plenerze. Z tego powodu w obszarze zainteresowań twórców wystawy znajdują się np. uroczystości pogrzebowe, pielgrzymki papieskie, wydarzenia o charakterze patriotycznym, propagandowym, sportowym oraz protesty. Społeczny wymiar scenografii i wiążący się z nim polityczny aspekt wydarzeń reżyserowanych zarówno przez władze państwowe, jak i oddolnie — przez obywateli i widzów sceny publicznej — po raz pierwszy został ukazany razem z historią polskiej scenografii teatralnej, której nie sposób oddzielić od politycznych kontekstów, w jakich powstawały poszczególne projekty.
Tylko, że takie „myślenie teatrem” ma swoje ograniczenia. U jego źródeł jest bowiem właśnie sam teatr, którego elementy opuszczają „pudełko”, ale zachowują – w tym ujęciu – wzajemne relacje, podziały i hierarchie. I dlatego chciałabym zaproponować odejście od metafory teatralnej przy przyglądaniu się demonstracjom, bo składowe tej metafory więcej mogą zaciemniać niż oświetlać: musielibyśmy się głowić, kto układa scenariusz, kto jest reżyserem, a co scenografią i wreszcie, kto aktorem, a kto publicznością. Może ciekawiej byłoby spojrzeć na zbiorowe zgromadzenia i przemarsze, które z teatrem łączy dramatyczność i widowiskowość, ale które mają jakąś własną, hmm, istotność i tożsamość, nie są tylko teatrem, który wyszedł na ulice, są ulicznym przedstawieniem albo performansem.
5.
Kluczowym dla frajdy demonstracyjnej jest chyba właśnie to, że jest ona dana do oglądania i do uczestniczenia jednocześnie, że jest się w środku, ale można na chwilę wyjść „na zewnątrz” (na przykład stanąć na krawężniku czekając na przyjaciół), no i, że wbrew klasykowi z Rejsu, właśnie można być jednocześnie twórcą i tworzywem. Są to jednak specyficzne przedstawienia, w których tworzymy – jak pisał John MacAloon – „alternatywne wersje samych siebie” 1. Tworzymy performanse jeśli nie zawsze oporu, to na pewno protestu, jeśli nie kontestacji, to na pewno negocjacji i polemicznego dialogu z systemem. „System” trzeba tu chyba rozumieć wąsko, jako władzę polityczną, rządzącą frakcję – bo nawet, jeśli myślę o demonstracjach o tradycji starszej niż rządy Prawa i Sprawiedliwości (jak Manify czy Parady Równości) lub wymierzonych w szerszy, niż owe rządy system (jak Młodzieżowe Strajki Klimatyczne) to jednak w ostatnich latach i miesiącach odbywały się one zawsze w kontekście działań władzy, zarazem zaś te działania uruchomiły jakąś, może nie lawinę, może lawinkę, pieszej mobilizacji.
img_2127.jpg

6.
Różnie można by sytuować początek tego, nomen omen, a może nawet par excellence (przepraszam!) poruszenia. Dla wielu były to zapewne marsze Komitetu Obrony Demokracji – ja nie byłam na żadnym, co stanowi poważny brak mojego tekstu, ale jednocześnie to, że nie będąc na żadnym wciąż go piszę, świadczy o obfitości materiału do analizy. Więc może takim preludium wychodzenia była marcowa (2016) akcja rzutnikowa partii Razem przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, namiotowe miasteczko i wspólne czytanie Konstytucji? Tak, ale tamto miało jednak inną dynamikę, było wydarzeniem rozciągniętym w czasie i stałym w przestrzeni, tam się raczej „było” i „bywało” niż „chodziło”. Więc chyba jednak wieszaki przed Sejmem – wiosna 2016, wieszakowe drzewo, nagłe policzenie się i pozdrawianie, dodawanie sobie otuchy w sprawie, która jeszcze do niedawna była „trudna” i „kontrowersyjna” i doprawdy nie do przecenienia był ten międzyludzki, choć niewypowiedziany wymiar solidarności. „Więc ona też”, myślało się (no dobrze, ja myślałam) na widok znajomej z wieszakiem, która w niczym nie przypominała stereotypu dzikiej feministki. Nie, żebym miała coś przeciwko dzikim feministkom, ale wtedy, trzy lata temu, potrzebne było bardzo to wzajemne zobaczenie się, zobaczenie w różnorodności. I ta elegancka starsza pani też jest za legalną i bezpieczną aborcją i moja najlepsza koleżanka, wzór dyskrecji w sprawach seksu, a więc to, że tu jesteśmy i protestujemy przeciwko zaostrzeniu już i tak ostrej ustawy antyaborcyjnej wcale nie oznacza – to musiałam sobie wtedy uświadomić – że mamy tu wszystkie wypisane na czole „lubię się ruchać bez zabezpieczenia”, tylko że dopominamy się o podstawowe prawa człowieka. No i zaryzykuje omsknięcie się patos i żenadę, ale ekhm, to są emocje i poczucia, których nie zastąpi najbłyskotliwsza publicystyka, najlepiej napisany tekst, tego trzeba było doświadczyć międzyludzko.
wieszaki.jpg

7.
Te wiosenne przedpołudnia pod Sejmem skumulowały się w Czarnym Proteście 3 października 2016. Było zimno i mokro. Padało i przydały się parasolki. To był przełom – po pierwsze dlatego, że niewiele pamiętam z samego zgromadzenia: tłumy i przeciskanie się, nie wiem nawet czy te obrazy, które mam w głowie są moje, czy już medialne. Pamiętam za to bardzo dobrze przygotowania, robienie patyczaków, obmyślanie stylówy eleganckiej lecz ciepłej, pranie czarnej konfekcji, zbieranie się przed, wspólne wychodzenie i lajkowaniem obrzękłą prawicę po zbiorowej ekscytacji solidarnościowej na fejsbuku. Po drugie zaś dlatego, że Czarny Protest pokazał, że masowe zgromadzenia mają sens i siłę. Cel został osiągnięty. Pozostawiam na boku, czy był to cel minimum, czy może zbyt łatwo spoczęliśmy na laurach tego sukcesu, czy jesteśmy już bezpieczni (no wiem, nie jesteśmy). Wtedy na pewno dało nam to poczucie sprawczości i dumy oraz umocniło kulturę wychodzenia. Skoro się raz wyszło i wyszło (przepraszam) to nie milknijmy.
czarny_protest.jpg

8.
Więc było fajnie, mocno, solidarnie, dobrze. Ale pamiętam też, że wtedy zaczęłam się zastanawiać; czy tak powinna wyglądać demokracja? Że politycy wrzucają coś okrutnego i okropnego, a ludzie wychodzą głośno wyrażać swój sprzeciw. A wychodzą także dlatego, że wiedzą, iż nie mogą ufać politykom, bo ci nie uwalą okropnej i okrutnej ustawy na zwykłej drodze legislacyjnej. Więc nie była to jakby bezpośrednia, uliczna demokracja, ale demokracja sprzeciwu. Dziś na pytanie „czy tak powinna wyglądać demokracja?” – że „oni” coś złego, a „my” protestujemy – cały czas odpowiadam „nie wiem” i nie ma w tym retorycznej kokieterii.
9.
No ale ten tekst nie jest o historii ulicznych protestów w Polsce ostatnich lat – takie teksty już są, a nawet całe książki i nawet za darmo do pobrania. Gdybym miała taki tekst napisać, abstrahując nawet od zagadnień socjologicznych i politycznych, a skupiając się na tych czysto widowiskowych, to musiałabym jeszcze wspomnieć o kilku zmianach jakościowych. Czarny Protest był przełomem, ale potem demonstrowano i protestowano coraz więcej i coraz różnorodniej. Świeczkowe protesty w obronie sądów – pamiętam lipcową noc, kiedy leżałyśmy już z koleżanką w łóżkach (oddalonych o dzielnice) i smsowałyśmy o tym, jak nam się nie chce, ale może trzeba, i jak nieledwie w piżamach przywlokłyśmy się pod ten Senat i jaki był w tym nastrój przełomu i desperacji w rozświetloną świeczkami noc, i jak zastanawiałyśmy się, czy od jutra będziemy już żyć w dyktaturze i jak śmieszne te zastanawiania wydały nam się już miesiąc później, i do dziś mam ogarek tej świeczki i Sądów wprawdzie nie obroniłyśmy, ale co się nawdychałyśmy demokracji w tych Ogrodach Sejmowych, to nasze. To było poważne i uroczyste – zupełnie inną jakość przyniosły Młodzieżowe Strajki Klimatyczne i protesty klimatyczne w ogóle. I tu znowu można by utyskiwać: że mało ich (i strajków, i uczestników), że to młodzież z dobrych liceów, że świadomość ekologiczną nabywa się w pakiecie za kapitałem kulturowym i tak dalej, tylko, że mi się utyskiwać nie chce, wolę kryterium większego dobra. MSK przyniosły powiew demonstracyjnej świeżości, były (są!) barwne, dobrze zorganizowane, wizualnie dzieje się dużo, audialnie też, na transparentach i patyczakach raczej rozbrajający dowcip, bezpretensjonalny apel niż patos i powaga.
71670761_2352010518461361_874139330656862208_o.jpg

Z kolei akcje Extinction Rebellion to raczej konceptualne performanse niż demonstracje (na przykład Egzekucja Klimatyczna w Łodzi) – no, to jest właśnie ten teatr, który wychodzi na ulice, a Strajki dla Ziemi, choć wciąż boleśnie mało liczne to jednak coraz liczniejsze i głośniejsze – kolorowe widowiska w przeddzień katastrofy.
wwwimg_0688.jpg

10.
A gdybym chciała opowiedzieć historię swoich najpamiętniejszych dem, tak jak kiedyś nosiłam w głowie (błogosławieni leniwi, którzy prokrastynują swe pomysły literackie) historię swoich ulubionych meczów ligowych, to w obu przypadkach byłyby to widowiska najmniejsze, najszarsze, na które wpadało się rutynowo, by dostać jakieś nieoczekiwane dary mikrowzruszeń, bolesnych wymowności i poczucia (znów mikro-) wspólnoty. Więc taki mecz z ŁKSem w Pucharze Ligi, ale nie, nie o tym, więc małe umieranko przed Pałacem Staszica, kiedy prognozując wymieranie położyliśmy się na betonie, a nad głowami latały nam samoloty, naprawdę, bo to było jakoś przed trzecim maja i one latały na próbę, więc wyobraźcie sobie, że jest was piętnaścioro, kładziecie się na ziemi, żeby zrobić próbę wymierania spowodowanego klimatyczną katastrofą, a nad wami warczą samoloty, robiące próbę wielkiej patriotycznej parady, wymowne, co?
Albo jak pojechałyśmy do Katowic na szczyt klimatyczny, żeby zobaczyć wielkiego Bolsonaro z papier mâché, złośliwego jak Truman na starych kronikach filmowych, co pouczyło nas o rozmaitości kodów wizualnych protestu i niewyzyskanych wciąż możliwościach lalki w polskim teatrze ulicznym. Poza tym widziałyśmy dużo ludzi ze świata i mało z Polski.
Albo maleńka, ale bajecznie tęczowa mini-dyskoteka pod MENem przy okazji spontanicznie zwołanej akcji „Szkoła pamięta” i jakoś katartycznie gniewne przemówienie jednej dziewczyny z różowymi włosami. Albo jak w ramach Tygodnia Rebelii jeździliśmy rowerami od ministerstwa do ministerstwa z ważnymi postulatami i doskonałą playlistą, a była nas garstka, garsteczka. W kinach dawali właśnie Legiony czy tam Piłsudskiego reklamowane hasłem „garstka dzieciaków naprzeciw trzech imperiów” i byliśmy właśnie taką garstką dzieciaków naprzeciw dziewięciu ministerstw, wielkich, modernistycznych gmaszydeł, w których nikt nie interesował się mówionymi przez nas rzeczami fundamentalnymi.
legiony.jpg

Albo jak ostatnio w ramach akcji „Tu się uczy, nie heiluje” studenci antyfaszystowscy nawiązali dialog, który w gazetkach kibicowskich określany jest kryptonimem „wymiana uprzejmości” ze studentami-narodowcami i było trochę jak na meczu, a trochę jak w straszno-śmiesznej rekonstrukcji historycznej lat trzydziestych, i trochę mi się nie podobały przemówienia, ale pomyślałam sobie, że jestem tu tylko wspierającym zgredem i „młodzież ma swoje prawa”, bo przecież manifestują ci, co rodzili się w czasie gdy ja naklejałam już naklejki ze Spice Girlsami na piórnik, albo jak… ale nie o tym miał być ten tekst!
11.
Właściwie ten tekst miał być eksperymentem i gdybaniem, czy można pomyśleć pisanie recenzji z demonstracji. Tak jak pisze się recenzje filmów, spektakli czy książek. Jeśli demonstracja, demo, demko, marsz, strajk czy pikieta jest widowiskiem kulturowym albo performansem to może chyba podlegać różnorakim ocenom i refleksjom: estetycznym, merytorycznym, organizacyjnym. A jeśli nawet nie ocenom, to raportom czy sprawozdaniom. Ba, musiałyby to być sprawozdania z emocji i nastrojów, a o to zawsze najtrudniej. Mogłyby być opisami obrazów, ale do tego trzeba talentu, mogłyby być próbą interpretacji, ale to grozi nadużyciem, a przede wszystkim cała trudność w tym, że jeśli uznamy demonstrację za medium w swoim rodzaju, doświadczenie którego polega na połączeniu oglądania, uczestniczenia, mówienia, pokazywania, krzyczenia i performowania; na połączeniu obrazu, dźwięku i słowa, przy czym słowo to tylko w wąskim zakresie jest słowem dyskursywnym (przemówienia), a w większym słowem wypisanym na kartonie, słowem wyskandowanym, słowem-hasłem i słowem-sloganem, to „zrecenzowanie” czy nawet „zrelacjonowanie” tego czegoś oznaczałoby znowu translację na medium słowa, na dyskurs, a więc niezaprzeczalną utratę tego, co w doświadczeniu bycia na demo najcenniejsze.
12.
Mimo wszystko spróbujmy – o tym właśnie miał być ten tekst! – zakładając, że taką relkę z demo robimy dla osób, które wiedzą, o co, po co i jak się w demonstracjach chodzi, ale na tej jednej akurat nie byli, albo byli, ale chcieliby wiedzieć jak ją widzieli inni.
Więc weźmy ostatni 11 listopada, marsz zwany potocznie „antyfaszystowskim”, a oficjalnie „Za wolność waszą i naszą”. Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, że patrzycie na Śródmieście Warszawy z lotu ptaka czy drona. Alejami Jerozolimskimi już idzie gruby, zwarty, biało-czerwony, podświetlony racami wąż, a kilka przecznic na południe zmierza ku niemu, choć nigdy się nie spotkają, roztańczona, kolorowa, trochę rozciągnięta jaszczurka. Że grube porównanie? No co zrobić, tak było. Dron zniża lot, wasz reporter (czyli ja) już czeka przy Placu Konstytucji, już z daleka słyszy bicie w bębny i tam-tamy, pobrzękiwania i grzechotki, a nawet gdyby nie słyszał, to by się domyślił, że idą, po ochronnym kordonie policjantów. Na skutek nieistotnych okoliczności miałam okazję przywitać marsz od czoła, od początku (co nie zdarza się często) a potem ekspresem, czy raczej hulajnogą, zrobić przejazd i przegląd przez całość. I gdyby ktoś zapytał „jak było na demo?” odpowiedź byłaby prosta: „super!”. Potwierdzali to spotkani w przelocie znajomi.
wwwimg_2126.jpg

Na początku szła wielka, srebrna bryła symbolizująca Polskę wolną od węgla, potem blok superbohaterów antyfaszyzmu z Markiem Edelmanem i Ireną Sendlerową na czele, dwaj panowie w tęczowych kominiarkach z postulatem „Polska dla buziaków”, tęczowe jednorożce, w ogóle bardzo dużo tęczy i tęcz, czy raczej: duża tęcza i dużo tęcz. Potem wspaniała choreografia złożona z flag – wariacji na temat antyfaszystowskich trzech strzał (później odkryłam, że machające flagami nazywały się „antyfaszystowskie mażoretki”, czy nie najpiękniej?), a potem flagi czerwone i biało-czerwone i do tego hity z satelity, mocne bity i samba (samba jest najlepsza).
Godzina nadziei, oddechu, entuzjazmu. Trochę jakby ta manifestacja-demonstracja stała się reprezentacją i przeglądem wszystkich dotychczasowych demonstracji, streszczeniem naszej „wizji samych siebie” 2 – wizji jeszcze alternatywnej, bo przecież był ten Marsz alternatywą wobec państwowo już usankcjonowanego i uświęconego Marszu Niepodległości, ale wizją, która winna stać się wizją powszechną. Więc prezentowały się po kolei i ekologia, i różnorodność, i otwartość, i antyfaszyzm, i równość płci, i orientacji i prawa pracownicze, i solidarność, i siostrzeństwo, wszystko, co najważniejsze. I tylko z boku przyglądali się milcząco smutni panowie, wywierając za pomocą bardzo prostego środka – bycia dużym, smutnym mężczyzną – bardzo mocny efekt lekkiej grozy.
Prezentowały się po kolei i ekologia, i różnorodność, i otwartość, i antyfaszyzm, i równość płci, i orientacji i prawa pracownicze, i solidarność, i siostrzeństwo, wszystko, co najważniejsze. I tylko z boku przyglądali się milcząco smutni panowie, wywierając za pomocą bardzo prostego środka – bycia dużym, smutnym mężczyzną – bardzo mocny efekt lekkiej grozy
Była to największa antyfaszystowska demonstracja w Trzeciej RP – piętnaście tysięcy osób, według obliczeń Koalicji Antyfaszystowskiej. „Jeszcze Polska nie umarła”, pomyślałam jakoś naiwnie i głupio. Kilkaset metrów dalej dopalał się przy Rotundzie biało-czerwony wąż.
Oczywiście, niektórym się to nie podobało – nie ma się z czego cieszyć, mówili, i tu mieli rację, nie ma co tańczyć, mówili, na co odpowiedzieć im można jedynie bezradnym cytatem z Emmy Goldman: „Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest moja rewolucja”. Tylko, że widzicie: zawsze się komuś coś będzie nie podobać i o to też chodzi w demonstracjach. Są one performowaniem różnorodności nie w deklaracjach, a we wspólnym pochodzie, przestrzenią starć i negocjacji, ale także, tak mi się zdaje, trochę lekcją pokory, że no cóż, nie zawsze wszystko nam się musi podobać. Są okazją do policzenia się, zobaczenia, do, ekhm, spotkania i wzajemnego podtrzymania na duchu, nawet jeżeli nie bardzo są powody do optymizmu. A może tym bardziej dlatego.
Jeszcze nie zginęła,
póki my idziemy.

