www29_111_x_83.jpg

Rysiowanie
Mam na półce szczególne ważną dla mnie pękatą teczkę. Wypełniona jest maszynopisami, marginesy których zapisane są równym, ołówkowym pismem, strony zdobią kolorowe naklejki i kartki-przylepki z adnotacjami. Są to moje tłumaczenia „przerysiowane”, jak w redakcji mówiliśmy o sztukach, które przeszły przez ręce Rysi Gantzowej. Właściwie powinnam była je wyrzucać, bo słuszne uwagi już uwzględniłam, nad zastrzeżeniami się zastanowiłam i do nich się odniosłam, wątpliwości przedyskutowałam i rozstrzygnęłam, a teksty ukazały się drukiem. Nie potrafiłam jednak się z tymi szpargałami rozstać, naiwnie licząc na to, że jeszcze sięgnę do komentarzy Rysi, będących właściwie listami albo wykładami, że jeszcze raz przyjrzę się jej sugestiom rozwijanym kaskadowo. Było z czego wybierać, nad czym się zastanawiać i czego się uczyć.
Prawda jest taka, że jeżeli czegokolwiek się nauczyłam o tłumaczeniu – to wyłącznie dzięki Marii Gantzowej. Rysia niczego nie skreślała, niczego nie przerabiała (ingerowała stanowczo – czerwonym długopisem – tylko w interpunkcję). Taktownie zgłaszała wątpliwości, zadawała pytania i podpowiadała rozwiązania. Dzięki niepospolitej intuicji językowej i dramaturgicznej zawsze trafiała w punkt. W zdumiewający sposób bezbłędnie wyczuwała każdy fałsz, niedokładność, próbę zahaftowania czegoś przez tłumacza, mimo iż obcych języków nie znała. Za to polszczyzna nie miała dla niej tajemnic. W dodatku, jako osoba niezwykle skrupulatna i dociekliwa, miała zwyczaj odwoływać się do encyklopedii i słowników – najprzeróżniejszych, specjalistycznych, czasem nawet dziwacznych, wytropionych nie wiadomo jak i gdzie najnowszych wydawnictw słownikowych lub para-słownikowych. Kupowała je bez względu na koszty i namiętnie wertowała. Dzięki temu między innymi pozostawała au courant przeobrażeń językowych, współczesnej frazeologii, kolokwializmów i żargonów. Pasjonowała się swoją pracą, bez której nie umiała żyć, wykonywała ją po mistrzowsku i była za nią wysoko ceniona we wszystkich wydawnictwach, w których przyszło jej pracować (między innymi w PWN, w Wiedzy Powszechnej, w Czytelniku).
Z „Dialogiem” współpracowała od samego początku. „Rysiowanie” oznaczało, że tekst będzie wolny od kiksów i niedoróbek; stanowiło siatkę bezpieczeństwa nawet dla najlepszych i doświadczonych autorów. Z jej pomocy korzystali i Adam Tarn, który ją uważał za alfę i omegę, i Jerzy Lisowski; z obydwoma się przyjaźniła. Znała chyba wszystkich czołowych wydawców i literatów warszawskich, z wieloma łączyły ją więzy towarzyskie (a była niezwykle towarzyska) lub przyjaźnie. Pogodna i życzliwa, natychmiast skracała dystans. Wśród jej bliskich przyjaciół był wybitny leksykograf Władysław Kopaliński, którego, gdy kierowała redakcją w Wiedzy Powszechnej, zainspirowała do napisania jego pierwszego słownika: Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych. Kiedy ją poznałam w 1966 roku na jubileuszu dziesięciolecia „Dialogu”, pracowała jako zastępczyni kierownika redakcji Wielkiej Encyklopedii PWN. W 1968 roku podzieliła los innych „encyklopedystów”, straciła pracę i z konieczności zatrudniła się w jakimś marginalnym wydawnictwie o charakterze technicznym, ale i tam nie obniżyła standardów.
Nie cierpiała bylejakości i lubiła wszystko, co dobre: dobre narzędzia do pracy, dobre towarzystwo, dobre alkohole, dobrą czekoladę i dobrą kuchnię. Znała się na niej jak mało kto i w swoim maleńkim aneksie kuchennym wyczarowywała wykwintne dania, wszystko według tradycyjnych przepisów, i – w czasach PRL – z trudnych do zdobycia produktów. Słynne były jej kruche ciasteczka i piernik przez miesiąc dojrzewający w garnku, którym obdarowywała sąsiadów, ich dzieci i znajomych.
W życiu i w pracy była wyjątkowa, jedyna, niezastąpiona.
Odeszła 28 sierpnia 2018.
MS

