robert_urbanski_i_katarzyna_knychalska_fot._karol_budrewicz.jpg

Napisz o Kasi
Kasię poznałem kilkanaście lat temu. To było w legnickim teatrze. Otworzyły się drzwi i pojawiła się w nich uśmiechnięta dziewczyna z pytaniem, czy może skorzystać z teatralnej biblioteki. To było pierwsze zdumienie, bo na ogół z teatralnej biblioteki nie chce korzystać zupełnie nikt. Później mijały miesiące i lata, a zdumień było coraz więcej; można by powiedzieć, że Kasia jest osobą regularnie zdumiewającą. Czyni ją to zarazem istotą trudną do opisania – gdy oko obserwatora próbuje na niej spocząć, nie trafia, ponieważ w tym momencie Kasia jest już nie tylko gdzie indziej – jest zgoła kimś innym. Patrzysz na krytyczkę teatralną, a tu na drugim biegunie wyłania się aktywistka kulturalna. Patrzysz na jurorkę i kuratorkę festiwalu – z innej strony pojawia się dramatopisarka. Wydaje ci się, że w oddali widzisz teatrolożkę, a oto przed tobą rzutka organizatorka albo podróżniczka, redaktor naczelna czy nawet – nie bójmy się tego słowa – wizjonerka. Wcieleń Kasi jest tyle, że nie sposób za nimi nadążyć.
Kasia zawsze imponowała mi energią, inicjatywą i absolutnym brakiem kompleksów. Tam, gdzie inni stoją pod drzwiami, zastanawiając się, czy zapukać (i jak to zrobić), Kasia po prostu wchodzi. I tak, krok za krokiem, zdobywa kolejne wyspy i przylądki teatralnego archipelagu naszej ojczyzny. Dziś okazuje się – i nie ma w tym zaskoczenia – że polski teatr nie jest w stanie sobie bez Kasi poradzić. Wcale się nie zdziwię, gdy za jakiś czas okaże się, że nie tylko polski. Nawet mi oko nie mrugnie, jeśli się dowiem, że przez te wszystkie lata Kasia nie tylko kierowała fundacją, organizowała festiwale, konkursy i szkołę krytyki, wydawała czasopismo, jednoczyła polski teatr niezależny i pisała dramaty, ale również – pod licznymi pseudonimami – komponowała muzykę do spektakli, projektowała scenografię i ustawiała ruch.
Zawsze się z Kasią dobrze dogadywaliśmy. Nawet nieco zbyt dobrze, skoro przed próbami generalnymi w legnickim teatrze, które mieliśmy obowiązek oglądać i analizować, dyrektor Głomb zerkał na nas groźnie i komenderował: „Tylko nie siadajcie razem”. Dobrze wiedział, że w innym wypadku będziemy konwersować bez końca. Bo zostaliśmy z Kasią przyjaciółmi, i to takimi, którzy nawet przy różnicy zdań właściwie się nie spierają, tylko wspierają: parafrazując słynne zdanie Montaigne’a, ona to ona, a ja to ja, a więc nie próbujemy się nawzajem zmieniać, raczej – zaciekawiać.
Zgadzaliśmy się też zawsze – no, prawie zawsze – w rozmowie o spływających do teatru tekstach, które mieliśmy za zadanie opiniować. Kasia ma nie tylko wściekle precyzyjny i nieubłagany intelekt wytrawnej szachistki, nie tylko jasno określone teatralne preferencje (co nie znaczy bynajmniej, że jest zamknięta na to, co poza nie wykracza), ale też rzadką umiejętność dostrzeżenia potencjalnego spektaklu jako czegoś więcej niż zdarzenia artystycznego: czyli jako fenomenu społecznego, łączącego teatr ze wspólnotą, w której działa.
W dawnych kolorowych magazynach dla młodzieży istniała – jeśli mnie pamięć nie myli – rubryka „Napisz do Kasi”. Jeśli miało się problem nie do rozgryzienia, jeśli trzeba było porady w sprawie beznadziejnej, przerastającej człowieka – trzeba było zwrócić się do Kasi, ostatniej deski ratunku. Nie inaczej było w Teatrze Modrzejewskiej. Niezależnie od tego, czy ustalaliśmy strategię działania na miesiące i lata, czy też sposób gaszenia doraźnego pożaru, rozeznanie Kasi w subtelnościach sytuacji lokalnej i ogólnoświatowych ruchach teatralnej tektoniki było niezastąpione.
Tym bardziej przykro mi i żal, że po latach Kasia zakończyła przygodę z legnickim teatrem. Cóż, w końcu czeka na nią reszta świata – jej też coś się od Kasi należy.

