Mały nowy świat
Pozamykani w domach, przez rok przyzwyczailiśmy się oglądać świat przez dziurkę od klucza w kształcie monitora. Podziwialiśmy w ten sposób profesjonalnie rejestrowane wybitne spektakle nawet z najodleglejszej zagranicy, a także nieporadne – z początku – a potem coraz sprawniejsze i twórcze przenosiny wydarzeń z realu do wirtualu. Zoom, nieodzowny teraz element życia zawodowego, wkroczył też do życia towarzyskiego i rodzinnego. Pandemii i Zoomowi zawdzięczam udział w swego rodzaju happeningu – w uroczystości ujawnienia płci mającego się narodzić dziecka. Centrum akcji znajdowało się w przydomowym ogródku siostry mamy in spe w Miami, gdzie na garden-party zebrała się rodzina – matka, ciocie i wujkowie z Karaibów, starsi i młodsi kuzyni; razem ze dwadzieścia osób. Trochę jak na weselu. W zoomowych okienkach znalazło się co najmniej drugie tyle gości z trzech kontynentów. Elementem stroju – niebieskim albo różowym – każdy zaznaczył, czy stawia na chłopca, czy na dziewczynkę. Mistrzyni ceremonii, czyli starsza siostra, dokonała krótkiej prezentacji, bo wiele osób nie miało szansy się kiedykolwiek spotkać i zaczęło się wróżenie: a to z kształtu brzucha, z upodobań kulinarnych, z tego, czy obrączka na nitce porusza się ruchem wahadłowym, czy kolistym, z tego, czy przyszła mama, mając zawiązane oczy, wybierze łyżkę czy widelec, przekłuje balonik różowy czy niebieski, czy z dwójki małych dzieci jej brzuchem bardziej zainteresuje się chłopiec, czy dziewczynka. Zadania i testy, znane z rodzimych tradycji, podrzucali zebrani, a delikwentka się im posłusznie poddawała. Wyniki notowano na tablicy, drużyny dopingowały i entuzjastycznie reagowały na każde potwierdzenie ich przewidywań. Wreszcie mistrzyni ceremonii otworzyła zapieczętowaną kopertę i odczytała wynik USG. Wygrali niebiescy. Okazało się, że każdy miał pod ręką kieliszek wina albo szklaneczkę whisky i rozmowy w różnych językach trwały do europejskiego świtu.
Dziwnie mały stał się ten wielki świat.

