sen

"Sen nocy letniej", reż. Jakub Skrzywanek, Justyna Sobczyk, Teatr Współczesny w Szczecinie, 2023. Fot. Piotr Nykowski

Orgazm prawem człowieka

Dominika Ryczywolska
Przedstawienia
04 kwi, 2023

Pragnę obecności/ Pragnę prawa do miłości” – śpiewają, a właściwie wykrzykują performerki i performerzy w protest songu podczas spektaklu Sen nocy letniej, którego głównym tematem jest miłość i seks osób z niepełnosprawnością. I chociaż uznanie ich uczuć i potrzeb w tej sferze za równe pełnosprawnym może się wydawać oczywistością – jak mi się wydaje – nie jest nią między innymi w polskim prawie. Karane w nim jest zarówno świadczenie usług seksualnych, jak i pomoc w takim spotkaniu – co zwykle robią ich opiekunki/opiekunowie lub najbliższa rodzina.

Twórcy i twórczynie korzystają ze Snu nocy letniej Shakespeare’a jako klasycznej historii o pożądaniu, ale też o patriarchacie: bo przecież Egeusz (Marian Dworakowski) chce wybrać męża swojej córce Hermii (Joanna Matuszak). Pierwsza scena dramatu zostaje w zasadzie wiernie odtworzona. Zdruzgotany ojciec przychodzi do Tezeusza (Paweł Adamski), by zaradził jego problemom i przekonał Hermię, by wzięła ślub z Demetriuszem (Paweł Niczewski) albo ukarał za nieposłuszeństwo śmiercią. Młoda kobieta wybiera Lizandra (Wojciech Sandach), a niedługo po tym zakochani spotykają się, by opracować plan ucieczki. Jest jednak jedna zasadnicza różnica – las ateński, centrum akcji, dotyka klęska. Aktorzy i aktorki mają jasne makijaże, ubrani są na czarno i biało, dookoła nich unosi się dym. Atmosfera przypomina raczej przygotowania do pogrzebu niż ślubów. Ten gest czytam jako upadek jednej słusznej wizji miłości – heteroseksualnej i uprzedmiotawiającej kobiety. A w tym przypadku także wyłącznie pełnosprawnej.

Jest jednak alternatywa, korzenie wciąż się zachowały – nawet więcej, to w nich rozwija się życie – są kolorowe i pluszowe. Stają się – choć zabrzmi to patetycznie – świątynią miłości, tam spotykają się Helena (Iwona Kowalska) i Lizander (Wojciech Sandach), by oddać się pożądaniu. Później Sandacha zastępuje Bogusław Krasnodębski – jeden z performerów z niepełnosprawnością (określenia używam za twórcami i twórczyniami spektaklu). Są tam także pozostałe performerki, nie wchodzą w interakcję z pozostałymi osobami na scenie, ale mówią o swoich potrzebach. Podziemie lasu ateńskiego zostaje wykreowane jako utopijne miejsce, gdzie każda miłość jest możliwa i – co chyba ważniejsze – nie jest przez nikogo oceniana.

 Sceniczny Sen nocy letniej inspirowany jest także facebookowym postem Anny Alboth, która opisuje jak razem ze swoim bratem Kubą Sulewskim pojechali do Brukseli, żeby legalnie móc skorzystać z usług asystentki seksualnej. Wpis był szeroko udostępniany, w konsekwencji pojawiło się pod nim fala hejterskich komentarzy. Osoby je piszące uznały wyjazd za coś niemoralnego czy wręcz perwersyjnego. Sytuacja staje się drugą osią spektaklu, do pewnego stopnia zostaje zrekonstruowana na scenie – Kuba staje się Romanem (Roman Słonina) a Anna Olą (Barbara Lewandowska). Obserwujemy moment pełnego ekscytacji pakowania się do Brukseli, przyjazdu do hotelu i samego spotkania z asystentką. Choć to ostatnie odwleka się w czasie, ale o tym za chwilę.

Jeszcze w foyer publiczność wita trzyosobowa reprezentacja Klubu Adorato Miłości Prawdziwej (Grażyna Madej, Wiesław Orłowski, Konrad Pawicki). Ubrani na beżowo i elegancko przypominają Świadków Jehowy, choć to może być wyłącznie moje skojarzenie. Tak jak głosiciele prawdy (jakiejkolwiek) tak i obrońcy moralności – bo tak są w dalszej części spektaklu nazywani członkowie i członkini KAMP – zrobią wiele, żeby ją przekazać. Na początku Roman Słonina wychodzi na scenę w towarzystwie pozostałych performerek i performera (Amelia Blus, Jolanta Niemira, Justyna Utracka, Bogusław Krasnodębski) i zaczyna czytać fragment przywoływanego wcześniej postu. I wtedy pojawiają się oni i przerywają mu, by zaoszczędzić wszystkim zgorszenia. Miłość w ich wyobrażeniu jest bowiem pełnosprawna i heteroseksualna, a seks jest tylko małżeński i służy prokreacji, a nie przyjemności, czego będą dowodzić jeszcze nie raz.

Postaci obrońców i obrończyni moralności wydają mi się zabawne, bo przerysowane: przez część spektaklu mają wielkie zwierzęce uszy – w końcu mają słyszeć wszystko.  To, co mówią, skierowane do konkretnych osób, już nie bawi. Zwłaszcza jeśli okaże się, że ludzi myślących podobnie i gotowych swoje poglądy narzucić innym jest więcej. Roman z siostrą docierają do Brukseli, jednak jego pierwsze spotkanie z seksworkerką (Helena Urbańska) zostaje przerwane początkowo przez KAMP, później dołączają do nich także aktorzy i aktorki wcielające się w postaci ze Snu nocy letniej – poza Hipolitą (Magdalena Myszkiewicz). Wobec asystentki, siostry oraz matki (Ewa Sobiech) Romana padają zarzuty o dewiację, patologię, etc. – niewybredne epitety się mnożą. Co jest dla mnie dodatkowo dojmujące po przeczytaniu informacji o tym, że scena bazuje na prawdziwych komentarzach, jakie napisali ludzie w mediach społecznościowych.

Do spotkania Romana z seksworkerką ostatecznie dochodzi i nie ma ona nic wspólnego ze stereotypowymi obrazami z tego rodzaju spotkań powielanymi w popkulturze. Widzimy, jak dwójka ludzi poznaje się i bada swoje potrzeby. Przed każdym kolejnym krokiem pada pytanie o zgodę. Jest przytulanie, dotyk, taniec, wspólne zdjęcia – nie ma w tej scenie nic perwersyjnego, jak chcieliby to widzieć obrońcy moralności. Fragment powstaje na podstawie rozmów z osobami zajmującymi się asystenturą seksualną, zakładam więc, że jej brzmienie jest zbliżone do rzeczywistości. Tym bardziej absurdalny jest dla mnie fakt, że to w Polsce nielegalne.  

„Niski wzrost wydaje się przesuwać osoby z zespołem Turnera do innej kategorii. Osób nie do końca dorosłych ani dzieci, ani kobiet. Dlatego nie powinny nosić wydekoltowanych sukienek, dlatego trochę nie wiadomo, jak się wobec nich zachować.”1 – pisze Maria Reimann, w Nie przywitam się z państwem na ulicy, opisując negatywne reakcje i spojrzenia, jakie spotyka jedna z jej rozmówczyń. Dorosła kobieta mierząca nieco ponad sto trzydzieści centymetrów, która po prostu „lubi się ładnie ubrać”. Zaryzykuję stwierdzenie, że tego rodzaju infantylizacja może dotykać szerszą grupę osób – tych z widoczną niepełnosprawnością. Społeczne umniejszanie niektórym elementom ich życia jest szczególnie widoczne w tabuizowanych przestrzeniach. O seksie w Polsce się prawie nie mówi, o seksie osób z niepełnosprawnością nie mówi się wcale. Zupełnie jakby byli „nie do końca dorośli” albo wyzbyli się potrzeb.

Temat seksualności osób z niepełnosprawnością pojawił się ostatnio w polskim teatrze. Podejmują go także twórcy i twórczynie spektaklu Libido Romantico2. Tam, poza aktorkami i aktorami Teatru 21, ważną funkcję pełni także ekspert, seksuolog – Remigiusz Kijak, który opowiada o swoich badaniach i spotkaniach między innymi z rodzicami próbującymi zrozumieć potrzeby dzieci. Odpowiada on także na pytania osób dzielących z nim scenę między innymi o to, czy to „normalne”, że chcą być kochani i potrzebują fizycznej bliskości. Ze spektaklu wyczytuję komunikat – kochajcie nas! Sen nocy letniej jest wobec przedstawienia Teatru 21 krokiem wstecz. Zaproszone przez duet reżyserski (Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek) performerki i performerzy mówią raczej: zauważcie nas i nasze potrzeby, uznajcie za ważne i nie umniejszajcie ich. Czego – dla jasności – nie formułuje jako zarzutu w odniesieniu do żadnego z przedstawień.

Obrońcy moralności mają w Śnie nocy letniej jeszcze jedną ważną funkcję: odtwarzają teatr Puka. Członkowie KAMP nie tylko nadzorują powstawanie przedstawienia, lecz także sami siebie obsadzają w największych rolach – Prolog (Grażyna Madej), Piram (Wiesław Orłowski) i Lew (Konrad Pawicki). Podczas gdy pozostałym performerom i performerkom zostają narzucone te marginalne – Ściana (Amelia Blus), czy Światło Księżyca (Bogusław Kranodębski, Justyna Utracka). Jedynie Jolanta Niemira wciela się w Tyzbe, choć jej kompetencje są ciągle podważane. Strażniczka moralności przerywa jej i pokazuje, jak powinna oddać postać, czy jakim tonem mówić. Kierowane przez obrońców moralności przygotowania nie idą po ich myśli – dwie osoby buntują się i schodzą ze sceny, nie chcąc wcielać się w role Psa i Ściany. Co jest jasną diagnozą sytuacji osób z niepełnosprawnością w teatrze. I choć zgadzam się z nią, za równie problematyczny uważam fakt, że grają oni/one prawie wyłącznie samych/same siebie. Wynika to rzecz jasna ze struktury instytucjonalnej polskiego teatru opartej na profesjonalnych zespołach aktorskich. Tyle że żeby do nich dołączyć, należy ukończyć studia aktorskie, do których dostęp mają – nadal – wyłącznie osoby pełnosprawne.

Ciekawą postacią wydaje mi się matka Romana (Ewa Sobiech), która niestety nie ma imienia, pozostaje nazwana jedynie rolą społeczną, i tak silnie definiującą. Obraźliwie komentarze stają się dla niej katalizatorem buntu, odpowiada ich autorom i autorkom nie tylko w imieniu osób z niepełnosprawnością, ale przede wszystkim w swoim. Szczególnie porusza mnie fragment, w którym mówi o tym, jak trudno jest żyć z myślą, że po jej śmierci syn zostanie sam – także dlatego, że mimo że jest zakochany, nie może formalnie założyć własnej rodziny. Bohaterka emancypuje się, przestaje przyjmować to, co słyszy i zgadzać na wszystko – czego wyrazem jest także nagranie (Piotr Nykowski), na którym, z pomocą efektów specjalnych – laserowych oczu, niszczy między innymi ZUS.

Matka jest najbardziej wyrazistą – i to jej poświęca się najwięcej uwagi – choć nie jedyną kobietą, która odzyskuje głos i sprawczość. W jednej z ostatnich scen rozmawia ona z asystentką seksualną (Helena Urbańska) o tym, że ich role są niejednoznaczne. Seksworkerka, pierwszy raz mówi o sobie – że dla jednych jest „dziwką”, a innym jest potrzebna. Decydować o sobie zaczyna także Hipolita (Magdalena Myszkiewicz), po pierwszym pojawieniu się na scenie asystentki zaczyna tańczyć przed Tezeuszem (Paweł Adamski), po czym mówi, dużo starszemu przyszłemu mężowi, że nie jest jego własnością. Później – o czym wspominałam – nie dołącza do festiwalu obelg, obserwuje sytuację z boku. Pierwsze dwie z nich w swoich rolach społecznych są prawie wyłącznie dla innych – syna, klientów – przez to zatraca się ich podmiotowość. Ostatnia nie ma jej w klasycznym dramacie, zyskuje ją na scenie.

Kiedy piszę ten tekst, jest połowa marca i właśnie w sejmie trwa protest osób z niepełnosprawnością i ich opiekunów/opiekunek. Walczą oni/one – po raz kolejny – o możliwość pracy zarobkowej przy jednoczesnym wykonywaniu pracy opiekuńczej i podniesienia renty socjalnej do wysokości minimalnej stawki krajowej (!). Co pojawia się także w wypowiedzi scenicznej matki – jak można – bo zdaniem ustawodawcy najwidoczniej można – żyć i utrzymać siebie i w jej przypadku dorosłe dziecko (choć to słowo to nadużycie, mowa o niespełna czterdziestoletnim mężczyźnie) za niewiele ponad dwa tysiące złotych. Jestem osobą pełnosprawną i nie czuję się komfortowo z zajmowaniem tej przestrzeni. Mam jednak nadzieję, że to ostatni raz, kiedy muszą walczyć o coś tak oczywistego.

 
  • 1. Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 62, mobi.
  • 2. Libido Romantico, reż. Justyna Wielgus, Teatr 21, prem. 21.05.2022.

Udostępnij

Dominika Ryczywolska

kulturoznawczyni, absolwentka IKP UW, krytyczka teatralna. Teksty krytyczne i rozmowy publikowała w „Dialogu”, „Notatniku Teatralnym”, Dwutygodniku” i „Czasie Kultury”. Badawczo interesuje się przestrzeniami przenikania się muzyki i teatru.