Poniżej pasa

Pedro Pereira
2017
6 (727)

Chwyt poniżej pasa to chwyt poniżej pasa, wyrażenie zdecydowanie pejoratywne, wzięte pewnie ze sportów walki, na których Pereira się nie zna zupełnie i nie wie, w jakim sporcie można chwytać poniżej pasa. Może chodzi o boks, ale tam byłby przecież cios poniżej pasa. Nieważne, nie o chwyty chodzi, tylko o okolice. Właśnie okolice poniżej pasa: całkowite tabu, odzwierciedlone choćby ubogim słownictwem na określenie tej zony. Albo medycyna, albo rynsztok. A przecież  jest to najważniejsze miejsce w człowieku, które w całości determinuje głowę. Rzadko zdarza się odwrotnie, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli. Zaufajcie Pereirze, w jego wieku kończą się wątpliwości na ten temat, a rozważania o białych i czarnych rumakach między bajki się wkłada, bo tam jest ich właściwe miejsce. Może dlatego w pierwszej scenie wspaniałego spektaklu Jana Fabre’a Góra Olimp, spektaklu, który trwa dobę i pogrąża zarówno widzów, jak aktorów w dionizyjskim delirium (przesłanie boga brzmi: „Każdy potrzebuje odrobiny szaleństwa”), na początku pojawia się wzwód. Nagi mężczyzna stoi na środku sceny, światło wyodrębnia z ciemności to, co romantycznie nazywamy łonem. Cały teatr zamiera w napięciu i staje się świadkiem samoistnego, chciałoby się powiedzieć, dionizyjskiego wzwodu, do którego dochodzi mimo braku jakiejkolwiek stymulacji ze strony aktora. Narodziny tragedii z ciała erekcji!

Ale Pereira nie o Fabrze tym razem, choć ten jest mistrzem spraw poniżej pasa. O innym odczarowaniu tej  strefy, i to w Polsce coraz bardziej pozamykanej na kłódki pasami cnoty, a może precyzyjniej – zakneblowanej. Tego odczarowania dokonuje, wskakując na plecy noblisty polska pisarka, mająca dotąd na koncie jedną wydaną książkę. Otóż J. M. Coetzeemu na plecy wskoczyła Liliana Hermetz, chwyciła się jego rzadkich włosów mocno i nie odpuściła.  Napisała Costello. Przebudzenie.

Dla porządku Pereira, który wie, że nikt nic nie wie, przypomina, że Elisabeth Costello jest bohaterką powieści Coetzeego, przede wszystkim tej, w której jej imię i nazwisko stanowi tytuł.

Dla porządku Pereira, który wie, że nikt nic nie wie, przypomina, że Elisabeth Costello jest bohaterką powieści Coetzeego, przede wszystkim tej, w której jej imię i nazwisko stanowi tytuł. Poznajemy ją tam jako emerytowaną, nieco zdziwaczałą pisarkę, która jeździ po świecie z wykładami. Na ogół wygłasza wykłady skandalizujące. Lubi prowokować, przewracać w głowach (zauważcie, „w głowach”!) słuchaczy. Sama jednak jest nieszczęśliwa, samotna, niezrealizowana emocjonalnie, a tym bardziej erotycznie. Erotycznie? Przecież jest stara. Dlatego Coetzee uczynił ją ekspertką od miłości, a dokładniej seksu na linii ludzie – bogowie, nie wyłączając historii Marii z Nazaretu. Można powiedzieć, że jest wierząca, ale niepraktykująca. I nagle ze świstem Costello urwała się autorowi z uwięzi i poszła w szkodę autorską. Zawierzyła autorce, a więc kobiecie, co w tym wypadku ma decydujące znaczenie! Co więcej autorce teatrolożce, jak głosi biogram na okładce. A więc autorce z teatrem obeznanej, można nawet zaryzykować, że performatywnie wyśmiganej, co doprowadziło do podwójnego nelsona. Nie dość, że Coetzee stracił bohaterkę, co dla autora mężczyzny może być gorsze od utraty żony czy kochanki, to jeszcze autorka jej nowego losu owinęła się Costello jak płaszczem i rozgrywa swój los jej losem i odwrotnie. A więc nie ma powrotu. Costello uprowadzona. 1

Ale co się stało?

Elizabeth Costello – nasza ulubiona, choć może nie najlepsza autorka, będąc osobą dojrzałą, jak powiedzieliby niektórzy – starszą, a jeszcze inni starą, poczuła nagle przypływ libido, czy ładniej – przebudziła się erotycznie, dzięki czemu dostrzegła nagle, że świat cały żyje w jednym wielkim seksualnym zblokowaniu. Nawet nie dlatego, że żądzą nim zblokowane parówczaki. Jest taki na własną prośbę, z nieumiejętności życia, zagrzebania własnej cielesności w popiele rutyny, kariery, zmęczenia, rodziny, zniechęcenia, długiego związku, a przede wszystkim wstydu. Dlatego teraz przebudzona Costello zamiast wykładów teoretycznych zaczyna prowadzić zbiorowe seanse terapeutyczne z pogranicza seksuologii i – no właśnie, nie literatury, bo tej wyrzeka się z mocą większą niż Konrad w Wyzwoleniu – życia, własnego doświadczenia, własnych klęsk.

Nowa właścicielka Costello (porywaczka?) opanowała do perfekcji wszystkie strategie Elizabeth. Zna nawet na wylot jej teatralne losy. Pewnie dlatego Costello nie może sobie wyobrazić śmierci inaczej niż jako urzędnika korporacji z teczką. Wiele tu aluzyjnych wycieczek, ale nie trzeba umieć ich śledzić. Wystarczy wziąć sobie do serca taką na przykład obserwację poczynioną w trakcie wykładu: „Trzeba by ludzi upić, przebrać, pozamieniać im głowy, nałożyć maski, ziela czarownego zadać, jak u Szekspira, żeby im rozwiązać języki”. Costello bliska jest tu myśli dionizyjskiej. Staje się kobietą-Dionizosem mieszającym szyki i języki. Sama staje się tego pomieszania ofiarą, najpierw, ale w finale, wielką beneficjentką (w sumie, co to za plugawe słowo).

Książka ma dwa zakończenia. Pereira oczywiście wybrał szczęśliwe, choć mniej prawdopodobne. Niedawno czytał Oszukaną Thomasa Manna, gdzie starzejąca się bohaterka opowiadania bierze objawy raka macicy za powrót miesiączki, wynikający z nagłego afektu wobec bardzo młodego mężczyzny. To kolejna męska wizja, w której kobiece ciało musiało zostać ukarane, a nawet gorzej – wystrychnięte na dudka.

Pereira, jako byt przeszczepiony z pewnej powieści, nagle poczuł się nieomal bliźniaczo z porwaną Costello. Ale nie powie wam nic teraz o swoich erotycznych fantazjach. Nie liczcie na to albo nie lękajcie się. Na szczęście wyczerpał felietonowy limit znaków. Dobranoc.

  • 1. Próba Przypisu

Udostępnij