mezopotamia.jpg

Być, zostać, czekać. Dopóki starczy papierosów i sił
OPOWIADANIA UKRAIŃSKIE NA SCENIE
Mezopotamia Serhija Żadana jest zbiorem opowiadań z 2014 roku, jeszcze sprzed inwazji Rosji na Ukrainę, których akcja dzieje się w Charkowie. Składają się one nie tylko na portret miasta, lecz także pokolenia ówczesnych trzydziestokilkulatków, przede wszystkich mężczyzn, próbujących pogodzić swoje ambicje z sytuacją ekonomiczną; uczucia z patriarchalnym wzorcem męskości, a potrzebę ucieczki do lepszego świata z trudną miłością do ojczyzny – małej i dużej. Dlatego też już sam dokonany przez Wiktora Bagińskiego wybór Mezopotamii jako tematu i inspiracji dla spektaklu wydaje się nieoczywisty i – w obliczu rosnącej w ostatnich miesiącach w Polsce liczby wydań współczesnej literatury ukraińskiej, zarówno prozy, jak i dramatu oraz w kontekście nie do końca czytelnej intencji jego wystawienia – nieco przypadkowy. Nie uważam, że wzięcie na warsztat choćby Internatu Żadana, ze względu na wojenną tematykę pewnie prostszego, a przynajmniej bardziej intuicyjnego i łatwiejszego do obronienia, zagwarantowałoby Bagińskiemu udany spektakl. Jednak z Mezopotamią sobie nie poradził.
Decyzja, by epizodyczną prozę zmienić w obyczajową fabułę, wydaje się zaskakująca na tle dotychczasowej twórczości reżysera, dotąd mającego w zwyczaju raczej rozbijać i dekonstruować lektury, po które sięgał, by wyraźnie poszerzać je o społeczny kontekst. Jakkolwiek zaangażowanie w kwestie polityczne raz wychodziło Bagińskiemu trochę lepiej (jak w przypadku spektaklu Czarna skóra, białe maski z teatru w Opolu), raz znacznie gorzej (na przykład w prezentowanych na tegorocznym Malta Festival Narodzinach wrogości), to temat i cel jego przedstawień z reguły były czytelne. Trudno to powiedzieć po premierze Mezopotamii. Bagiński wybiera postaci z kilku opowiadań, odtwarzając za Żadanem sieć nieoczywistych powiązań między nimi. Jednak to, co w książce wydaje się jasne lub niekonieczne do rozszyfrowania – bo ta nie ma układać się w fabularną opowieść, lecz w serię męskich portretów i obrazów miasta – w spektaklu okazuje się mętne i nieczytelne. Gdzie jesteśmy? Kim są postaci? O czym właściwie tak natrętnie próbują opowiedzieć? Wykonana przez Bagińskiego adaptacja prozy Żadana polega głównie na fabularyzacji za wszelką cenę – ostatecznie za cenę spłycenia narracji i zagubienia widocznego tematu spektaklu.
mezopotamia2.jpg

Nie do końca czytelne jest, o czym poznańskie przedstawienie ma opowiadać: jeśli o przeżyciach i dylematach osób po trzydziestce żyjących w Ukrainie, to wojna prawdopodobnie zmieniła je bezpowrotnie i stworzenie scenicznego portretu pokolenia wymagałoby uzupełnienia; jeśli o wspominanym w opisie spektaklu „pięknie codzienności” sprzed wojny, to trudno je w nim odnaleźć; jeśli o problemach kraju, które wykraczają poza wojnę, to spektakl nie wykorzystuje potencjału zawartego w tej prozie; jeśli o wcale nie ukraińskim, ale ponadnarodowym doświadczeniu pokoleniowym, to przeżycia i biografie bohaterów Żadana są zbyt osobiste, indywidualne i specyficzne, by móc uznać je za uniwersalne lub „typowo ukraińskie”. Starania, by mimo wszystko niezależnym od siebie historiom dać linearną strukturę u Bagińskiego nie idą w parze ze spójnością poruszanych w spektaklu wątków. Niby to Charków z czasów, gdy nie kojarzył się z bombardowaniami, ale Bagiński zaczyna swoje przedstawienie od zagajenia na temat pojawienia się tajemniczych „onych”, którzy pochodzą nie wiadomo skąd i mówią językiem „dobrym do śpiewów i modlitw”. Niby to Charków i niby ktoś mówi po ukraińsku, ale tylko przez chwilę, a dość umowna sceniczna przestrzeń wskazuje raczej na próbę uniwersalizacji. I wcale nie chodzi o to, by Ukrainę czy ukraińską sztukę koniecznie sprowadzać teraz tylko i wyłącznie do wojny, lecz o to, by decyzja o włączeniu lub wyłączeniu tego kontekstu była przemyślana i konsekwentna, a ostatecznie wiązała się z propozycją interesującej perspektywy. Zamiast niej widownia przejmuje uczucie zmęczenia i znużenia, które przepełnia postaci na scenie.
„GDYBY TYLKO MOŻNA DOTRZEĆ NA TAMTEN BRZEG” 1
Bohaterowie i bohaterki Bagińskiego to osoby umęczone i znudzone zarówno życiem, jak i sobą nawzajem. Wszyscy palą papierosy i chodzą na terapię (w roli terapeutki Barbara Krasińska), a większość wymaga hospitalizacji. Każde z nich próbuje wymknąć się otaczającej rzeczywistości: Jura (Konrad Cichoń) ucieka w odległe krainy opisywane w „National Geographic”, Walera (Andrzej Szubski) w świat wspomnień z młodości spędzonej w cyrku, Bob (Piotr Kaźmierczak) w okruchy krótkiego amerykańskiego snu (w większości zafałszowanego rasistowskimi fantazmatami), a Nastia (Kornelia Trawkowska) w powierzchowne relacje z mężczyznami. Starożytna Mezopotamia „z kamienia i piasku” nie różni się tu znacząco od Stanów Zjednoczonych, gdzie według relacji Boba miłość kupuje się u Surinamki z koszem na głowie: wszystkie krainy wydają się równie odległe, abstrakcyjne i nierealne, poskładane z fałszywych wyobrażeń. Wszędzie zdaje się być lepiej niż „tu”, które jest przecież więzieniem – o czym umiarkowanie subtelnie przypominają metalowe kraty, będące ruchomym elementem scenografii. Intensywne kolory na scenie silnie kontrastują z szarością egzystencji snujących się po niej postaci.
Nikt z bohaterów nie decyduje się na zmianę. Ałła (Aleksandra Samelczak) mówi wprost to, co myślą wszyscy: lepiej czekać. Wydaje się, że postać młodego Saszy (Alan Al-Murtatha) ma rozsadzać panujące wśród pozostałych otępienie – mówi poezją i jest w nim rodzaj natchnienia, mającego szansę, a może i ambicję przełamać przytłaczającą przeciętność, jednak to się nie wydarza, bo nikt nie traktuje go poważnie. Brak wzajemnego zainteresowania i realnych dialogów między postaciami widać głównie w scenie wielkiego spotkania przy stole na urodzinach Łuki (Jakub Papuga). Ostatecznie wszyscy, pogrążeni w marazmie, wygłaszają długie tyrady o swoich problemach i marzeniach, uznając jednocześnie za oczywiste, że każdy z nich zostanie tam, gdzie się znajduje. Nie jest to jednak rodzaj niemocy i unieruchomienia, z którym jesteśmy w stanie empatyzować.
mezopotamia3.jpg

Gęsty tekst i kulejąca dramaturgia utrudniają śledzenie wątków i sprawiają, że postaci nie budzą ani sympatii, ani współczucia, ale zaczynają drażnić mimo z reguły przyzwoitej gry aktorskiej. Chyba niespecjalnie lubi je sam reżyser, który dość protekcjonalnie i schematycznie kreśli sylwetki zarówno zblazowanych, pozbawionych sprawczości mężczyzn, jak i pozornie na tle prozy Żadana upodmiotowionych, a tak naprawdę rozhisteryzowanych i rozerotyzowanych kobiet. Scena wspólnego tańca do piosenki Gloria Patti Smith, mająca być – jak się zdaje – wyzwolicielskim rytuałem, znakiem radosnego pogodzenia z losem i nieskrępowanego szczęścia wynikającego z decyzji o pozostaniu „tu”, czyni bohaterów i bohaterki naiwnymi. Bagiński próbuje nawiązać do fragmentu z Żadana „jesteśmy zjednoczeni w naszym śpiewie | zjednoczeni w naszej miłości, | w naszej samotności, | w naszej goryczy” 2; ale postaci nie są w stanie zaciekawić nas lub przywiązać do siebie wystarczająco, by katartyczna pieśń robiła wrażenie. Szpitalno-więzienna krata zaczyna przypominać klatkę, a uwięzione w niej osoby zwierzęta, którym przyglądamy się z rosnącą irytacją – choć przecież publiczność wie, jak tragiczne w perspektywie przyszłych wydarzeń jest to uwięzienie.
O NAS BEZ NAS?
Sytuacji zagubienia w świecie przedstawionym nie ułatwiają także dokonywane przez reżysera przesunięcia akcentów i rozwinięcia motywów, które u Żadana znajdują się na marginesie narracji. I tak też wspominana nie więcej niż kilka razy przez bohaterów książki Patti Smith – muzyczny symbol wolności, kontrkultury i pacyfizmu ze świata będącego kontrapunktem dla żadanowego Charkowa – dla Bagińskiego staje się pretekstem do rzewnych i nieco pretensjonalnych śpiewanych przerywników. Podobnie jak mało przekonująca konstrukcja postaci nie wynika ze słabej gry aktorskiej, tak i uwaga dotycząca piosenek nie jest wymierzona w grającą Patti Daryę Novik – artystka śpiewa znakomicie, ale na poziomie dramaturgicznym muzyczne wstawki wydają się niewiele wnoszącym ozdobnikiem, przypominającym anachroniczne z dzisiejszej perspektywy muzyczne występy Renate Jett w dawnych spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego.
Obecność Novik zwraca jednak uwagę na jeszcze jeden problem spektaklu Bagińskiego. Pomijając na chwilę nie do końca zrozumiałą dla mnie decyzję o wzięciu na warsztat Mezopotamii, która stawia opór na poziomie konstrukcyjno-fabularnym, pomysł wystawienia interesującej współczesnej literatury ukraińskiej wydaje się dobry. Zwłaszcza, że przedstawienie pokazywane jest z napisami w języku ukraińskim, co sprawia, że staje się dostępne dla przebywających w Poznaniu osób z Ukrainy. Być może nawet świadomy brak odniesień w spektaklu do wojny lub poruszenie tematu w sposób niebezpośredni zostałoby docenione przez część widowni niechcącej wracać w teatrze do traumatyzujących wspomnień. Obecne w Mezopotamii, ale niewykorzystane przez Bagińskiego wątki, takie jak przywiązanie do tradycji i ziemi, marzenia o staniu się częścią zachodniego świata czy kulturowo kształtowane opresyjne oczekiwania wobec męskości i kobiecości, mogłyby stać się ciekawym punktem wyjścia do podjęcia polsko-ukraińskiego dialogu.
untitled-65.jpg

Jednak wydaje mi się, że najbardziej oczywistym gestem faktycznego zaproszenia osób z Ukrainy do teatru byłoby zaangażowanie do pracy nad przedstawieniem aktorek i/lub aktorów ukraińskich mieszkających w Poznaniu. Najwyraźniej było to możliwe, skoro reżyser zdecydował się poszerzyć grono etatowych aktorów biorących udział w spektaklu o współpracującą z Teatrem Polskim, pochodzącą z Białorusi, Daryę Novik i grający na żywo zespół muzyczny. Takie zaproszenie udało się zresztą w sąsiednim Teatrze Ósmego Dnia, który niemal w przededniu premiery Bagińskiego zorganizował nieporównywalnie mniejsze wydarzenie W gazetach tego nie napiszą, czyli reżyserowane przez Weronikę Fibich czytanie literatury ukraińskiej – między innymi właśnie Serhija Żadana – z udziałem Olesji Nezhywej i Oleha Nesterova.
Brak podjęcia podobnej inicjatywy w Teatrze Polskim, w połączeniu z materiałem sprawiającym wrażenie dość przypadkowego, tworzą efekt fasadowego działania pozbawionego wyraźnego celu. I tak jak efektowna, strojna kurtyna będąca częścią scenografii w Mezopotamii przez prosty zabieg piętrowej teatralności ma budować napięcie przed odsłonięciem skomplikowanej w swej prostocie rzeczywistości, ale ostatecznie odsłania brak pomysłu opakowany w efektowną scenografię i zgrane teatralne chwyty, tak też szumnie zapowiadana ukraińska premiera okazuje się koniunkturalną i koncepcyjną prowizorką.
Dość płytki i niewyrazisty portret pokoleniowy stworzony przez Bagińskiego kontrastuje dodatkowo z tym pokazanym w prezentowanym w poznańskim Teatrze Polskim zaledwie kilka dni po premierze Mezopotamii filmie Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego Syndrom Hamleta. Zarówno sam dokument, jak i spektakl H-Effekt w reżyserii Rozy Sarkisian, o którym film opowiada, podejmują realną próbę nakreślenia panoramy problemów pokolenia Ukraińców i Ukrainek ukształtowanych oczywiście przez trwającą od 2014 roku wojnę, ale także przez skoncentrowany wokół wartości narodowych system państwowy opresyjny wobec kobiet czy osób LGBT+ i umacniający określony model męskości.
Film boleśnie uświadamia niszczycielską moc wojny, ale i inne problemy Ukrainy – do czego, jak się zdaje, dążył także Bagiński. Bohaterki i bohaterowie w filmie Niewiery i Rosołowskiego hamletyzują: być czy nie być, zostać czy wyjechać, żyć czy nie żyć. W przeciwieństwie do Mezopotamii Bagińskiego Syndrom Hamleta i H-Effekt precyzyjnie wskazują źródła tego stanu otępiającego zawieszenia i – mimo, wydawałoby się, bardzo konkretnego kontekstu, w jakim powstały – prezentują szerokie spektrum problemów, o których można by mówić także poprzez prozę Żadana. Jednak zamiast o nich mówić, można też być, zostać, czekać. „Dopóki starczy papierosów i sił”.

