katarzyna_knychalska_fot._karol_budrewicz.jpg

Katarzyna Knychalska, fot. Karol Budrewicz

Twórczyni

Dominik Gac
Nagroda Kamyk
27 sie, 2024
2024
4 (806)

Robię burzę. Stukam w blaszany okap nad paleniskiem. Dzieje się przedstawienie. Nie pamiętam ani tytułu, ani fabuły. Może zresztą nie miało tytułu. Ale historię owszem. Wymyślaliśmy ją na trawie. Świeciło lipcowe słońce, dookoła osypywały się Sudety. Trwała trzecia Letnia Szkoła Krytyki Teatralnej. Obok mnie siedziały osoby, które dzisiaj, dziesięć lat później, wykładają, reżyserują, performują, badają. No i piszą oczywiście. Również krytycznie. Przedstawienie wymyślał z nami Piotr Cieplak, ale Szkołę wymyśliła Katarzyna Knychalska.

Animatorka wywołuje działanie, ale na tym jej rola się nie kończy. Z działaniem, jak z ogniem: bywa, że więdnie w dymie i nie zajmuje. Trzeba dmuchać, osłaniać, doglądać – obrządzać. Bez Knychalskiej w polskim teatrze działoby się znacznie mniej a różnica byłaby bolesna. Nawet jeśli niedostrzegalna dla widzów umoszczonych w fotelach najsłynniejszych i najbardziej modnych scen. To nie tam owocuje jej praca. Co nie znaczy, że ów świat jej nie interesuje. Prosty podział na off i mainstream nie znajduje tu zastosowania. Niemniej trudno sobie wyobrazić ostatnią falę polskiego offu bez jej aktywności. Fala nie jest propozycją etykietki, bo off etykietek nie znosi. Nie o to też chodzi, aby dzianie zamykać w formułach. Niech wzbiera, pieni się i unosi. Niech kipi albo skwierczy, niech trawi i świeci. Ale i do tych alchemicznych procesów przydają się brzegi, struktury, naczynia. Tym się zajmuje Knychalska – tworzeniem naczyń, w których rzeczywistość fermentuje i jak na drożdżach rośnie; których zawartość jest – bo i ta metafora ma tu zastosowanie – teatronośna i zasila polską sztukę w kolejne spektakle, teksty, projekty, dotacje.

Fundacja Teatr Nie-Taki, kwartalnik „nietak!t”, portal teatralny.pl, Ogólnopolska Offensywa Teatralna, Letnia Szkoła Krytyki Teatralnej, Konkurs na Najlepszy Spektakl Teatru Niezależnego The Best Off, program dotacyjny Off Polska, festiwalowy konkurs SzekspirOff, wreszcie adaptacje i autorskie sztuki, których jest autorką, i spektakle, które tworzyła jako dramaturżka, współreżyserka, autorka konceptów i idei. Jak to wszystko podsumować? Jej udział w wymienionych przedsięwzięciach jest różny, ale we wszystkich kluczowy. Niektóre z nich powiodły się lepiej, inne gorzej. Części z nich pilnuje, są też takie, które żyją własnym życiem. Prostych hierarchii tu nie będzie. Dla artystów istotniejsze mogą być granty z Off Polska lub laury w The Best Off. Dla samej Knychalskiej jej teksty i ich wystawienia. Mnie najbliższe są przestrzenie tekstu, w których mogłem pracować i które nadzwyczaj często prowadziły do spotkania z drugim człowiekiem.

Jedno z pierwszych zleceń, jakie dostałem od redaktorki Knychalskiej, dotyczyło opracowania części Mapy Teatru Offowego, którą publikował „nietak!t”. Ogłosił tym samym, że po siedmiu latach istnienia staje się pismem skoncentrowanym właśnie na tym obszarze polskiego życia teatralnego. Śmieszne to słowo – misja. Co zrobić, skoro adekwatne. Bez nadęcia jednak i patosu. Robota i urobek – świadectwo bogactwa i uczciwy probierz jakości. Tak podsumować można Mapę, ale i cały offowy „nietak!t”, który oświetla tę przestrzeń już od ośmiu lat. Kolejne numery układają się w archiwum teatralnego niezalu. Jeśli ktoś w przyszłości będzie pisał syntezy i podsumowania – na pewno z tej roboty skorzysta. Knychalska jako redaktorka naczelna zakreśla teren badań, ale każdy z autorów posługuje się własną latarką. To szczególnie ważne w przypadku periodyku, na którego łamach publikuje wiele młodych osób (nierzadko uczestników Letniej Szkoły Krytyki Teatralnej). Nie jest jednak „nietak!t” ćwiczeniówką czy festiwalową gazetką w formie kwartalnika. Piszą dlań również krytycy i badacze współpracujący na co dzień z najważniejszymi branżowymi tytułami i uczelniami. Niektórych można spotkać także w gronie stałych autorów Teatralnego.pl – bodaj najważniejszego polskiego portalu branżowego. Założony w 2013 roku i dowodzony przez Knychalską serwis, pozbawiony offowej kalibracji, przygląda się polskiemu teatrowi w całości.

Podróże po wspomnianej Mapie Offu były w moim przypadku głównie klikane, ale zdarzały się też osobliwe rozmowy telefoniczne z artystami, którzy akurat stali w korku i chcieli pogadać o teatrze, a potem już nigdy nie odpisali na maila, były też ogniska w towarzystwie siwych głów i ciemnych oczu błyszczących od pomysłów i wina. A jednak, umówmy się, to nie była najciekawsza robota świata. Risercz i porządkowanie danych – lekcja zawodu. Jest też bowiem Knychalska nauczycielką, ale specyficzną. Nie wykłada i nie instruuje, tworzy warunki, konstruuje system i wpina weń delikwenta. Reszta to już jego sprawa. Jego ręka, jego latarka.

INICJATYWA, INSTYTUCJA

Flagowym okrętem jej działalności jest wspomniana Fundacja. Powstała w 2009 roku w środowisku studentów specjalności teatrologicznej na filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Skutecznie wywalczyła autonomię i zneutralizowała pierwsze zagrożenie. Nie dała się wchłonąć ani przykryć Instytutowi im. Jerzego Grotowskiego, który w regionie stanowi najsilniejszą markę związaną z teatrem niezależnym. To ważna cecha inicjatyw Knychalskiej – tworzą alternatywę wobec zastanych już porządków, ale z nimi nie walczą. Przeciwnie, bardzo często i owocnie współpracują.

Teatr Nie-Taki – jest w tej nazwie fundamentalna dla alternatywy konstatacja, sprzeciw i niezgoda. Istotniejszy wydaje się jednak brak konkretnego projektu „w zamian”. Nikt tu nie chce być następnym Eugenio Barbą i nie projektuje Teatru Czwartego, czy jeszcze innego, który gasiłby strukturalną czkawkę męczącą badaczy i teoretyków. Nie-Taki, ale jaki? Tego dopowiadać nie trzeba, bo i po prawdzie nie wiadomo. Może być przecież i taki, i taki. Który lepszy? No nie wiem, może sprawdźmy?

Fundacja ustanowiona przez bohaterkę tekstu oraz Anetę Brodowską i Martę Pulter, zaczęła od wydawania „nietak!tu” (pierwszy numer ukazał się w 2009 roku) i organizacji Festiwalu Teatru Nie-Złego (dwie edycje w latach 2011-2012) – imprezy ponad gatunkowymi podziałami, choć z offo­ wym skrętem, bez rywalizacji i jury. Gospodarzem był Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy. Chwilę wcześniej, bo w 2010 roku, Knychalska podjęła w nim pracę jako konsultantka programowa. Ta przygoda trwała czternaście lat i skończyła się kilka miesięcy temu. Legnica to obok Wrocławia najważniejsze miejsce tej opowieści. Rodzinne miasto bohaterki, pole działań, poligon inicjatyw.

Organizacja festiwalu, wydawanie pisma, praca w teatrze – całkiem sporo. Tymczasem Fundacja uruchamia kolejne projekty, animując lokalne środowisko. „Raban” – legnicki miesięcznik kulturalny tworzony przez licealistów, który opublikował osiem numerów w latach 2012-2013. Teatr w Podwórkach – działania okołoteatralne w peryferyjnych dzielnicach Legnicy i Wrocławia, a także w Bystrzycy Kłodzkiej. Z tej inicjatywy pozostał „Kurier Karłowicki”, który przez niemal dekadę (2014-2023) zajmował się wrocławskim sąsiedztwem. Po drodze przydarzyła się też Wrocławska Mapa Miejsc Zapomnianych, usiłująca w stolicy Dolnego Śląska uruchomić procesy, które świetnie działały w Legnicy i owocowały sztuką w ruinach i pustostanach. Kluczowe zdaje się też Laboratorium Teatralne, z którego później wyrosła Wrocławska Offensywa Teatralna, by wreszcie w 2016 roku złożyć się wraz z innymi ruchami na Ogólnopolską Offensywę Teatralną. Jak czytam na stronie Fundacji:

OOT nie jest sformalizowana i działa na zasadzie cyklicznego forum, na którym teatry niezależne analizują problemy ruchu i wspólnie szukają rozwiązań. Fundacja jest jednym z inicjatorów i koordynatorów tego przedsięwzięcia, które – mamy nadzieję – rozwinie się z czasem w sprawne narzędzie do wprowadzania potrzebnych ruchowi zmian.

Chyba nie rozwinęło się tak jak mogło. Nic dziwnego. Było w tym pragmatyzmie coś utopijnego. Artyści z reguły miewają kłopoty ze zrzeszaniem się, artyści offowi zaś szczególnie – panowie i panie na własnych zamkach, niepodlegli ogrodnicy. To nie jest łatwe środowisko pracy. Nie sposób nim zarządzać. To, że udało się skonsolidować Zachodniopomorskiej Offensywie Teatralnej, to jeszcze nie znaczy, że powiedzie się w skali całego kraju. A i ten chwalebny wyjątek nie jest już tak roziskrzonym ogniskiem jak kilka lat temu – choć wciąż się tli. Skoro nie da się koordynować i działać pod jedną flagą, co można dla ocalenia substancji zrobić? Stworzyć niezależne systemy wsparcia, z których każdy będzie korzystał wedle uznania. Tak działa koordynowany przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego ministerialny projekt Off Polska, który przydziela przyzwoite dotacje na realizacje spektakli i którego czwarta odsłona właśnie trwa. Podobną funkcję pełni także istniejący przy gdańskim Festiwalu Szekspirowskim konkurs SzekspirOFF, wspomagający produkcję przedstawień i następnie wyłaniający najlepsze z nich.

Pierwszy z wymienionych mechanizmów Knychalska uruchomiła po wielu latach starań i negocjacji, a następnie zostawiła – dziś działa już swoim życiem. W drugiej z inicjatyw wciąż pełni funkcję kuratorki. Podobną rolę odgrywa w offowym nurcie rzeszowskiego Festiwalu Teatru Nowego. Kapitalnym pomysłem, a przy okazji dowodem strategicznej mądrości, jest najważniejszy z prowadzonych przez nią przeglądów, czyli Konkurs na Najlepszy Spektakl Teatru Niezależnego The Best OFF. Od 2018 roku odbyło się pięć regularnych odsłon i jedna dodatkowa – poświęcona pandemicznym projektom online. Właśnie powinna trwać szósta, niestety Konkurs zawiesił działanie z powodu braku dofinansowania. Mam nadzieję, że to sytuacja przejściowa, ponieważ TBO pozwala jak żaden inny projekt na bieżąco przeglądać stan offu w Polsce i odkrywać, gdzie dzieją się rzeczy najciekawsze. A przy okazji łączy światy. W jury konkursu zasiadają artyści, krytycy i badacze, w tym osoby z teatralnego mainstreamu. Bywa, że po tym, jak już się offu naoglądają, zaczynają z nim współpracować. Korzyści są oczywiste dla obydwu stron.

Właściwie tych stron jest więcej. W tym moja. Znajomości zawiązane na wspomnianej odsłonie Letniej Szkoły Krytyki były ważne. Podobnie jak spotkania w jury The Best Off. To szczególna, reżyserska umiejętność Knychalskiej – konstruowania obsad, które byłyby dla siebie pożyteczne. Projektowanie takich zderzeń energii, które mogą coś uruchomić. Nie zawsze się udaje, na to nie ma prostych wzorów. Jest też wiele przeszkód do pokonania. Choćby podejrzli-wość, która pojawia się w spotkaniach krytyków z artystami. Tymczasem Knychalska wynosi barykady do magazynu. Oczyszcza pole i uświadamia, że działamy na jednej scenie. Zmienia się tylko scenografia. Małgorzata Sikorska-Miszczuk prowadzi sportowe auto, jedziemy do Lipska oglądać białostocki Teatr Coincidentia, za oknem saksońska wiosna, w głośnikach rosyjski rap. Albo taka scena: mokre buty, mgła i wschodzące słońce nad Wartą. Brodzimy w trawie we czworo z Łukaszem Kosem i przewodnikiem – Marcinem Kęszyckim, który obiecał nam orły (w tej roli wystąpiły kormorany). Istnieje takie troszkę śmieszne, bo patetyczne określenie – człowiek teatru. Nie wiem dokładnie, co ono znaczy, ale dzięki tym spotkaniom mogłem się do tej identyfikacji zbliżyć. Wiem za to ponad wszelką wątpliwość, że człowiekiem teatru jest Katarzyna Knychalska. W jej przypadku określenie to jest jednocześnie przymiotem i funkcją.

PISANIE, PRZEDSTAWIANIE

Knychalska organizatorka i kuratorka coraz śmielej radzi sobie w światowym obiegu. Polski off opowiada i pokazuje między innymi we Włoszech i Korei Południowej. Podróżowanie to zresztą istotny element jej biografii. Szeroki świat widać od samego początku w jej dramatach. Zawsze spleciony z lokalnością. Powiązany. W swojej organizacyjnej pracy zajmuje się tkaniem i rozpościeraniem sieci. W sztuce zdaje się podobne struktury analizować. Podobne, ale znacznie większe. Ogarniające kraje, narody i czasy. Raczej dekady niż stulecia. Knychalska dramatopisarka szuka w przeszłości, ale nieprzesadnie głęboko, bo intryguje ją tu i teraz. Wczoraj przydaje się o tyle, o ile pozwala nam zrozumieć Dziś. A dalekie kraje zawsze pozostają w relacji z najbliższą okolicą.

Taka na przykład Moja Bośnia – jej debiut wyreżyserowany w 2014 roku przez Jacka Głomba w Bolesławcu (jako koprodukcja Fundacji oraz Teatru Modrzejewskiej). Grany był w okolicznych miejscowościach, a później również w Bośni i Hercegowinie. Sztuka opowiada o lokalnym wątku bałkańskich reemigrantów, którzy przybyli do Polski po drugiej wojnie światowej, ale także o tym, co działo się w Bośni w latach dziewięćdziesiątych i jak to wpływało na lokalną społeczność. Gdy spektakl miał premierę, zaczynała się wojna w Ukrainie. Donieck był wtedy daleko jak Sarajewo. Dziś jest już bliżej. O tym, jakie są tego konsekwencje (wpisane zresztą w dużo bardziej skomplikowany i znacznie szerszy kontekst emigracyjny), świadczy spektakl Przejścia nie ma (2023) współreżyserowany przez Knychalską i występujących w nim aktorów. Artystów dla polskiego teatru alternatywnego emblematycznych – Marcina Kęszyckiego z Teatru Ósmego Dnia i Tomasza Rodowicza z Chorei. Bliska i wykraczająca poza Przejście… współpraca Knychalskiej z jednym i drugim jest symbolicznym przykładem scalania środowisk, które choć w pewnym stopniu pokrewne, wcale nie muszą być sobie bliskie. Reżyserem, z którym Knychalska pracuje najczęściej, pozostaje jednak Jacek Głomb.

Wróćmy więc na Dolny Śląsk. Tym razem do Polkowic, które kiedyś nazywały się Heerwegen. To tam w formie plenerowego widowiska z udziałem zawodowców i amatorów odegrano napisaną specjalnie na tę okazję sztukę Kronika zapomnianego miasta. Kolejny to dowód na porozumienie między szefem Teatru Modrzejewskiej a dramatopisarką. Porozumienie oparte na czymś głębszym niż sprawna realizacja zadanych tematów. Zdaje się, że Knychalską rzeczywiście zajmują lokalne problemy – tak ważne w profilu legnickiej sceny pod wodzą Głomba. Mamy na to więcej dowodów. Na przykład poświęcony historii lokalnej drużyny piłkarskiej spektakl w Teatrze Nowym w Zabrzu – Chopcy z Roose­velta (reż. Jacek Głomb, 2022). Pamiętam co najmniej kilka realizacji teatralnych, które próbowały przerzucić mosty łączące widzów i kibiców, teatr i boisko. Wszystkie koncentrowały się na fenomenie kibicowania (i kibolowania oczywiście też). Tymczasem kibiców interesują kluby i piłkarze. Dlatego w Zabrzu przyszli do teatru, a gdy przedstawienie dobiegło końca, z tyłu sali dobiegł mnie tubalny dziękczynny śpiew, a atmosfera zgęstniała na tyle, że na wszelki wypadek wstałem do oklasków. Innym przykładem jest Stilon – najlepszy ze światów – opowiadający o Zakładach Włókien Chemicznych w Gorzowie Wielkopolskim i w tamtejszym Teatrze im. Osterwy, wystawiony przez Głomba w 2016 roku. Sześć lat później na tej samej scenie duet opowie o najsłynniejszej lokalnej poetce przedstawieniem Papusza znaczy lalka. Choć lokalna to nie jest najlepsze słowo. Romska artystka została, podobnie jak jej ziomkowie, przymuszona do stałego miejsca zamieszkania. PRL odebrała jej możliwość kultywowania tradycji, która to tradycja utrudniała pisanie. Takie sploty, w których ani Wczoraj, ani Dziś nie są jednoznacznie dobre lub złe, a co za tym idzie, w których kategoria postępu nie ma sensu – to kolejny temat, który jest Knychalskiej szczególnie bliski.

Wróćmy na polkowicki rynek. Tekst Kroniki… jest krótki acz gęsty. Intensywny i dynamiczny. Dzięki temu łatwo zabrać się w tę podróż w głąb niemieckiej historii miasta. Można by ją grać obok Stacji Świadek Teatru Brama z Goleniowa, którego tekst napisano na ten sam temat. Pomorze czy Dolny Śląsk, sytuacja jest identyczna. Niemców już (prawie) nie ma, w ich miejsce wchodzą Polacy. I muszą się w tej nie swojej przestrzeni odnaleźć. Muszą ją oswoić, a może skolonizować? Knychalskiej bliżej do tej pierwszej kategorii. Do życzliwego przyglądania się mniej lub bardziej sympatycznym, ale przecież swojskim i życzliwie prowincjonalnym charakterom, mielonym przez żarna historii. „Młyn stoi. Browar, mleczarnia, drukarnia. Tylko robić nie ma komu. Zostańcie. Szkołę razem zbudujemy. Dzieci swojego nauczymy i taka to będzie ziemia, jakie te nasze dzieci. Czego wam tu brakuje?” – woła jeden z bohaterów. Łatwy skrót? Ominięcie trudnych tematów? Stracona okazja na wstrząsy, które powinien teatr zapewniać? No jednak nie każdy. Wielką wartość ma i ten skoncentrowany na opowieści, na wspólnocie powoływanej humorem, a nie oburzeniem lub oskarżeniem. „A po każdym nieszczęściu, przyjdzie czas zabawy” – tak się Kronika… kończy. I doprawdy nie ma potrzeby przypominać, że po tej zabawie przyjdzie czas nieszczęścia.

O ile te czasy coś różni, bo przecież szczęścia i nieszczęścia dzieją się wszystkie wszędzie naraz. Stąd nieodzowność humoru również w tych sztukach, które mierzą się nie z H/historią, a na przykład ze współczesnym duchowym pogubieniem. Ósmy dzień – mój ulubiony dramat Knychalskiej (nagrodzony w konkursie Komediopisanie, na jego podstawie powstaje także realizacja w Teatrotece w reżyserii Karoliny Bielawskiej). Lekki, komediowy w tonie, ale daleki od banału. W szczelinach sąsiedzkich relacji dostrzegający prześwit na tajemnicę. Słychać w nim echo Stacyjki – tekstu na motywach prozy Bohumila Hrabala (reż. Jacek Głomb, Teatr Dramatyczny im. Miltinisa w Poniewieżu, 2017). I to nie tylko dlatego, że w Ósmym dniu kluczowym bohaterem jest Kolejarz.

A właśnie, kolej. Jest takie miejsce, od Dolnego Śląska odległe, ale dla Knychalskiej istotne. Rampa kolejowa w podszczecińskim Goleniowie. Siedziba wspomnianego Teatru Brama. Formacja Daniela Jacewicza to chyba druga – po legnickim teatrze – tak bliska Knychalskiej firma. Niewiele brakowało a siedziba Fundacji przeniosłaby się właśnie do Goleniowa. Tak się jednak nie stało, co przyjaźni nie osłabiło. Dowodem choćby spektakl Carmina (reż. Daniel Jacewicz, 2022), w którym Knychalska odpowiada za dramaturgię. Wracając jednak do Hrabala. Więcej w nim absurdu, więcej też grozy schowanej w uśmiechu, ale coś z jego światów do tekstów Knychalskiej przenika. Coś ciepłego i miękkiego, czym można się – jak kocem – otulić. O, właśnie – otucha.

Nie jest jednak Knychalska autorką od ulg, pocieszeń i poprawiania humoru. Dowodem na przykład Haifa Hotel na motywach izraelskich powieści i opowiadań Marka Hłaski (reż. Jacek Głomb, Państwowy Teatr Dramatyczny im. Czawczawadzego w Batumi, 2018). Wojenna i okupacyjna przeszłość dogoniła zmęczonych bohaterów, kryjących się w cieniu portowego półświatka. Ich bliskowschodnie losy ujawniają się jako owoce środkowoeuropejskich traum. Jakby ten osłabiający upał wziął się nie z pustyni, a z ognia pieców północy. Podobnie w Rosie i Momo, sztuce inspirowanej powieścią Romain Gary’ego Życie przed sobą. Półświatek – tym razem paryski. Arabski chłopiec i opiekunka, stara polska Żydówka. Przeszłość wyciąga macki i determinuje życie bohaterów. Niekoniecznie w wyniku prostych psychologicznych i epigenetycznych równań przyczynowo-skutkowych. Brzemienne może być również niedookreślenie przeszłości (jak w przypadku Momo). Autorkę tym razem interesuje mechanizm jej rozpadu. „W pewnym momencie nawet Żydzi przestają już być Żydami. Tak bardzo są już niczym. Nie wiem, czy się poprawnie wyrażam, ale przecież wiecie o co mi chodzi” – mówi Momo wprost do widowni. Pod wszystkimi tożsamościami i konstruktami, które nas budują, jest ta przestrzeń wspólna – uniwersalna kondycja, na którą składają się bieda, kłopoty, choroby i wreszcie śmierć.

O znaczeniu Knychalskiej dla polskiego teatru świadczą wspomniane i niewspomniane (bo przecież nie wymieniliśmy wszystkich siedemnastu tytułów dramatów i adaptacji) dzieła i aktywności, świadczy także krytyka. Słyszałem głosy, że bohaterka tego tekstu off zawłaszczyła, zdominowała i ograniczyła. Zmonopolizowała ten cudowny, nieskrępowany kodeksami ni koteriami ruch czystej kreatywności, tę oazę sztuki i swobody. Dobre sobie. Rozumiem jednak, że skuteczność i śmiałość mogą drażnić. Zwłaszcza jeśli nie wkładają kontrkulturowych masek, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Knychalska jest konkretna, twardo stąpa po ziemi. Ktoś mógłby ją oskarżyć o cynizm, ale to pomyłka. Cechuje ją pragmatyzm. Wbrew pozorom niezwykle cenny w twórczości – zwłaszcza tej uprawianej na tak szerokim obszarze: od sztuki poprzez animację kultury, aż po działania instytucjonalne. Pozwala nie tylko realizować projekty, ale także konstruować wieloskładnikowe mechanizmy, które jednocześnie tworzą, stymulują, dokumentują, oceniają i wzmacniają polski teatr. Wszystko to z ironicznym uśmiechem i trzeź-wą nutą dystansu w głosie. Konkret – to słowo wydaje mi się do Knychalskiej szczególnie pasować. Trudno o lepszy symbol konkretu niż Kamyk.

Udostępnij

Dominik Gac

Recenzent teatralny, sekratarz redakcji pisma „Witkacy!”. Stale współpracuje z „Teatrem” i z portalem teatralny.pl.