21_1714_x_255_web.jpg

"Klątwa" na motywach Stanisława Wyspiańskiego, Teatr Powszechny, Warszawa 2017, reż. Oliver Frljić

Hel

Tadeusz Nyczek
2017
6 (727)

Byłem niedawno z J. na dosyć awangardowej premierze. Tekst historyczny, ale wspominają Meryl Streep i chodzą w dżinsach, scenografia to masa jeżdżącego żelastwa, a aktorzy wypluwają dusze z ciała, ciałem często poniewierając. Niewiele koloryzuję. J., posiwiały towarzysz zbójeckich szlaków studenckiej młodości, przewraca udręczonymi oczami. – Wiesz, czasem tęsknię do normalnego teatru.

Kiedy indziej jestem w tym, jak on to nazwał, normalnym teatrze. Aktorzy chodzą w butach, porządnie ubrani, mówią tekst po sensach, a nie emocjach, jeśli siedzą, to na krzesłach, nikt się nie czołga i nie rozbiera. Przy szatni znajoma przewraca oczami: – Wiesz, nienawidzę tego mieszczaństwa. Kto to widział? Lamus jakiś.

W socjalizmie mawiano – każdemu to, na czym mu mniej zależy.

Czy da się być aktorem jednocześnie tego i tamtego teatru? Myślę, że się da. Coraz jednak częściej oba te światy rozchodzą się w poczuciu wzajemnego niezrozumienia, czasem jawnej pogardy. Dzieli je niewątpliwie doktryna ideowa. Oczywiście estetyka, widoczna gołym okiem. Ale dzieli coś jeszcze, co ukryte głębiej, w samej esencji aktorskiej profesji. Co mianowicie znaczy, że jestem takim właśnie aktorem? Z czego sam siebie ulepiam i kto przeze mnie mną mówi?

Najlepiej udać się do przykładów.

Jest taki artysta, dosyć typowy dla gatunku zwanego aktorem współczesnym czy nowoczesnym. Nazywa się Michał Czachor. Jeszcze stosunkowo młody, przewinął się przez kilka teatrów, z przystankiem na parę lat w bydgoskim Polskim. Grał tam sporo, i to dużych ról, bo prawdziwie utalentowany. Ma w sobie ponadto coś takiego, że dowolną postać poniekąd rozsadza od środka nadwyżkową ekspresją. Rzec by można, gra całym sobą, na granicy ekshibicjonizmu.

Od niedawna jest w Warszawie. Nadal gra dużo, a z tego swoistego ekshibicjonizmu wręcz uczynił firmowy znak sztuki aktorskiej. Kiedy wychodzi na scenę, zdaje się nie mieć żadnych hamulców, psychicznych ani fizycznych. Każdą postać tak dalece nasyca sobą, swoimi emocjami i fizjologią, jakby demonstrował przed studentami medycyny maksymalne możliwości pojedynczego ludzkiego organizmu. W głośnej Klątwie Olivera Frljicia posunął się jeszcze dalej: zbudował rolę na elementach autocharakterystyki. Nazywam się Michał Czachor i znacie mnie jako tego, który na scenie się nie opieprza. Znacie mój charakterystyczny głos jakby przetrawiony gorączką. Wiecie, że mogę publicznie zrobić wszystko, czego reżyser zażąda, bo nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nawet moje przyrodzenie znacie na pamięć, bo reżyserzy z upodobaniem rozbierają mnie w co drugim spektaklu. Ściągam majtki bez wahania, bo taki to zawód, bezwstyd nie zna tu wstydu.

Wbrew podejrzeniom wcale niełatwo być takim aktorem, ale jest ich coraz więcej. Drzwi do tak rozumianej sztuki scenicznej otworzył swego czasu Grotowski, choć miał na myśli trochę co innego. Aktor otwarty, aktor przekraczający… Tak zwani zwykli aktorzy patrzą na takich podejrzliwie, bo rzucają wyzwanie, do którego trzeba się jakoś ustosunkować.

Czasem przejście na tamtą stronę mocy nęci i kusi, czasem odstręcza. Dawny „zwykły aktor”, doświadczony w licznych bojach Igor Kujawski, kiedy zetknął się we wrocławskim Polskim z teatrem Strzępki, Demirskiego i ich kompanów, zwierzył się później: „Prawdą jest, że na początku go [takiego teatru] nie rozumiałem i nie umiałem się w nim znaleźć, bo to jest inny sposób komunikowania się z  widzem. Trzeba też w nim trochę przekroczyć siebie, na to nie byłem tak od razu gotów. (…) Widzę u nich [młodych kolegów] zupełnie inny sposób porozumiewania się z widzem i inny styl wyrażania siebie. Oni potrafią przyjmować wiele bodźców naraz, mają zdolność do wielotorowej percepcji, co ja muszę u siebie dopiero wypracowywać”.1

Różnica główna w tym, że dzisiejszy „nowoczesny” aktor stara się za wszelką cenę unikać masek.

Różnica główna w tym, że dzisiejszy „nowoczesny” aktor stara się za wszelką cenę unikać masek. Jego aktorstwo to nie jest wcielanie się w cudzą postać, ale wcielanie jej w siebie. Każda postać jest przede wszystkim mną, każdy portret jest autoportretem. Szukając kogoś, muszę zacząć od szukania siebie.

Proces samopoznania może być bolesny, ale kiedy stoi za nim rywalizacja o najskuteczniej użyty ekshibicjonizm, hamulce idą w kąt. Aktor, dotąd uczony pokazywania, na ile sposobów potrafi coś pięknie wykonać (szkoły aktorskie w tym go głównie ćwiczą), musi porzucić urok osobisty i sceniczne talenta uwodzicielskie, by zamienić się w sugestywny worek ludzkiego mięsa, pełen potu, spermy i krwi. To często wymaga prawdziwej odwagi i ryzyka wystawienia na pokaz najgłębszych intymności, nie tylko fizycznych.

Wydawałoby się w tym kontekście, że dawny aktor, ten od masek i udawania, miał lżej i łatwiej. Musiał się w końcu tylko nauczyć kilkunastu czy kilkudziesięciu min i sztuczek, jakość zależała od talentu. Jedyne, co jeszcze powinien był umieć, to podglądanie ludzi w ich codziennych i niecodziennych zachowaniach, żeby gromadzić wiarygodny materiał do późniejszego użytku na scenie. Ktoś rzekłby – co za problem, wystarczy dobre oko i niezła pamięć.

No to coś opowiem.

Był rok 1963, może 1964, wakacje po trzeciej albo czwartej klasie liceum. Z kumplem z ławki szkolnej wybraliśmy się autostopem nad morze. Z Krakowa na Hel spory kawałek, podróż zabrała nam parę dni. Zakotwiczyliśmy w Chałupach, wtedy niewielkiej i biedniutkiej rybackiej wiosce. Rozbiliśmy w lasku obok plaży namiot, nakupowaliśmy w sklepiku chleba, żółtego sera, dżemu truskawkowego i zup w proszku, było dobrze. Kilka chałupek dalej przycumowała wesoła paczka stołecznych aktorów, którzy na zmianę kąpali się, pili albo grali w siatkówkę plażową. Rozpoznaliśmy Łapickiego, Kobielę i chyba Holoubka, za tego ostatniego nie daję głowy.

Któregoś upalnego dnia pożyczyliśmy od rybaka łódkę i popłynęliśmy w morze. Jakieś sto metrów od brzegu kolega skoczył do wody ochłodzić się trochę. Nie lubię skakać, mam okulary, zostałem w łódce. Odłożyłem wiosła, położyłem się na dnie i zapatrzyłem w niebo, może nawet od kołysania przysnąłem. W końcu siadam, rozglądam się, po koledze ani śladu. Wypatruję, wołam, nic. Trochę się zdenerwowałem. Popłynął na brzeg, myślę. Płynę i ja. Na brzegu nikogo. W namiocie też. Biegam wzdłuż plaży już ciężko przerażony. Proszę rybaka od łódki o pomoc. Rybak zwołuje kolegów, biorą swoje łodzie, wypływają w morze. Nurkują, zanurzają bosaki, ciągną jakieś sieci. Ja siedzę na brzegu siny ze strachu i przed oczami przelatuje mi niedługie, a już zmarnowane życie. 

Nagle ktoś kuca przy mnie. Patrzę – Kobiela. Twarz ma zatroskaną, choć trudno się uwolnić od kojarzenia jej z paroma dosyć śmiesznymi filmami.

– Chłopcze, powiedz mi, jak się czuje ktoś, komu się przyjaciel utopił? Jakie myśli przychodzą do głowy? I co byś powiedział, gdybyś zobaczył teraz jego rodziców?

Patrzę na niego jak na wariata. On widzi, że coś się ze mną dzieje, czego nie rozumie, i chyba właśnie chciałby się dowiedzieć, bo może mu się to kiedyś jako aktorowi przydać. Ale też widzi w moich oczach coś jeszcze, bo wstaje, przeprasza i odchodzi.

Kumpla, całego i żywego, znalazłem godzinę później po drugiej stronie półwyspu, od strony zatoki, Hel ma w tym miejscu nie więcej niż dwieście metrów szerokości. Kolega spał na piasku. Okazało się, że fale go zniosły od łódki, ja nie słyszałem jego wołania, więc popłynął do brzegu, a że w wodzie zmarzł, poszedł na stronę zatoki, gdzie jest cieplej i nie wieje wiatr. Zmęczony położył się i zasnął.

Bogumił Kobiela był świetnym aktorem. Kilka lat później zginął w wypadku samochodowym. Miał zaledwie trzydzieści osiem lat. Wiem, że to podłe uczucie, ale nigdy mu nie zapomniałem tamtych pytań na brzegu. Choć chciał przecież dobrze – dorzucić trochę wiarygodnego materiału do aktorskiego warsztatu.

  • 1. Trzeba wrócić do pryncypiów, z Igorem Kujawskim rozmawiała Jolanta Kowalska, „Dialog” nr 4/2017.

Udostępnij

Tadeusz Nyczek

Krytyk, publicysta, felietonista „Dialogu”.