Demokracja w teatrze

Tadeusz Bradecki
2017
7-8 (728-729)

Teatr od swego zarania był zawsze laboratorium umowy społecznej. Bo jak inaczej pogodzić sprzeczne interesy trojga, ośmiorga, trzydziestu lub nawet stu czy dwustu członków wspólnoty? Trzeba się jakoś umówić, umówić się na jakieś reguły, na jakieś obowiązujące prawa, na jakieś przywileje, na jakąś wspólną korzyść.

Z natury rzeczy skazany na dialog (bez riposty partnera po prostu nie zagrasz) każdy rzeczywisty zespół teatralny demokrację na przestrzeni stuleci ma przerobioną do spodu. Zespół rzeczywisty, czyli taki, w którym aktorzy oraz inni pracownicy pozostają przez długie lata, a nie angażowani są jedynie dorywczo na rok lub dwa. Taki zespół wartość demokracji ceni, bowiem próbowano w takim długotrwającym zespole już doprawdy wszystkiego, pełnej tyranii, tajnych grup nacisku, dominacji związków zawodowych albo terroru aktualnej diwy. Lecz mimo że taki teatralny zespół na meandrach demokracji zna się jak mało kto, bywa często zaskoczony przez swoje lenistwo (to najczęstsze) lub przez aktualnego, agresywnego sponsora. Tym sponsorem w przeszłości bywał lokalny możnowładca, czasem król. Obecnie w Polsce, i to już od dawna, jest nim, na różnych poziomach decyzyjnych, aktualny dystrybutor naszych podatków, czyli reprezentanci społeczeństwa.

Autokracja, przykład: w swoim kilkunastoosobowym zespole Cricot 2 Tadeusz Kantor był autokratą totalnym. Kto nie był z nim, ten był przeciw niemu i dlatego musiał być skreślony. Pomimo to jego Umarła klasa stała się hitem światowym (jak najsłuszniej). Pełna anarchia, przykład: słynny Odin Theatret Eugenia Barby rozszczepił się w latach osiemdziesiątych na kilkanaście grup i grupek, z których każda miała swoją osobną nazwę, i z których żadna jednocześnie nie chciała zrezygnować z marki Odin. Rezultaty artystyczne okazały się mocno rozmaite. W dużych teatrach anglosaskich, takich jak RSC, National, kanadyjski Stratford czy Shaw, od dziesięcioleci dominuje rada nadzorcza, czyli sponsor, lub, ściślej, reprezentanci (w teorii przynajmniej) kupujących drogie bilety widzów. To, że wybieralni reprezentanci widzów wybierają dyrektora teatru, funkcjonuje w tych zespołach bez zarzutu. Jednak za pewną, niemałą, przez widzów płaconą, finansową cenę.

„W teatrze, jak wiadomo, demokracji nie ma” – zwykł mawiać w połowie lat siedemdziesiątych rektor krakowskiej PWST Jerzy Krasowski, zdeklarowany komunista – powtarzając powiedzenie (tu zgaduję) jakiegoś rosyjskiego antreprenera z carskich jeszcze czasów. Spadł z krzesła, gdy mu wysoki, kruczowłosy student Krystian Lupa odpowiedział, że w teatrze to on jest zwolennikiem nawet faszyzmu. Kwiczeliśmy z tej wieści na naszym aktorskim wydziale chyba przez tydzień. Dowcipny student Krystian nie ideologię nazistowską, oczywiście, miał na myśli, tylko swoje przekonanie o zasadniczej wszechwładzy reżysera w teatrze, które zresztą wiele razy później, w wielu teatrach, potwierdził. No, proszę: można być kompletnie na lewo w wyborach powszechnych, a jednocześnie kompletnie na prawo w kategoriach współpracy zespołu.

Demokracja w teatrze, czyli cierpliwie, często mozolnie wynegocjowany wspólny głos większości dużego zespołu pozostaje, sądzę, najlepszą podstawą jego skutecznego, artystycznego działania. Odbierając głos zespołom, pisowskie oszołomstwo niszczy polski teatr. Tak samo, jak generalnie niszczy polską demokrację, której nie rozumie, której boi się i której nie chce. Ideologią tej partii pozostaje nacjonalistyczny zamordyzm; Ameryki tu nie odkrywam.

„A co tam w szkole?” – zapytał mnie, aktora i studenta reżyserii w czerwcu 1980 dyrektor Jan Paweł Gawlik, członek partii. „Marnie – odpowiedziałem – rektor Krasowski właśnie skazał mnie na powtarzanie roku, bo ośmieliłem się wybrać do analizy sztukę Adolfa Nowaczyńskiego, przedwojennego antysemity.” Gawlik uśmiechnął się protekcjonalnie: „Niech pan posłucha – powiedział – jest takie powiedzenie, dłużej klasztora niźli przeora”. Miał rację, bo we wrześniu zespół wywiózł go na taczkach. Krasowskiego zresztą spotkało to samo, nieco później.

W rewolucyjnych momentach historii zespół swego lidera odwołuje i powołuje przez aklamację. Tyle że rewolucja nie może trwać wiecznie. Z narzuconym, początkowo niechcianym dyrektorem mądry zespół potrafi się z czasem ułożyć, o ile tylko nie jest to człowiek głupi. Natomiast kogoś, kto znalazł się ewidentnie nie na swoim miejscu, zespół bezwzględnie odrzuci. W obu przypadkach działając w swoim własnym, dobrze pojętym interesie, którym jest robienie fantastycznych spektakli. Dłużej klasztora niźli przeora, zespół zaciska zęby, najważniejsze są spektakle, zaś by te mogły powstawać, zespół musi trwać. 

Udostępnij