antygona_w_molenbeek.jpg

Stefan Hertmans „Antygona w Molenbeek”, reż. Guy Cassiers, Toneelhuis, Antwerpia, 2020. Fot. Kurt Van der Elst

Wszyscy jesteśmy z Molenbeek

Paweł Sztarbowski
W numerach
Marzec
2021
3 (772)

WSPÓLNOTA ROZDZIELENIA

Różowe huśtawki, które kalifornijscy architekci Ronald Rael i Virginia San Fratello zainstalowali 27 lipca 2019 roku na stalowym płocie oddzielającym granicę Stanów Zjednoczonych z Meksykiem, rychło stały się wiralem, a nawet otrzymały nagrodę Design of the Year. Udostępniali je w mediach społecznościowych również moi znajomi. Nie ukrywam, że w pierwszym odruchu chciałem udostępnić i ja, bo przecież zarówno afektywny ładunek tej pracy, jak i estetyka, są tak silne, że w pierwszym odruchu inicjatywa porywa. Pokazuje, że wciąż jesteśmy ludźmi – pomimo nieludzkiej polityki, wbrew wyrachowanym działaniom różnych populistów, wbrew tym setkom kilometrów żelastwa, na które wydano miliardy dolarów. Powraca wiara, że nadal możliwe jest budowanie relacji. I to nie byle jakich relacji! Wszak wspólnie bawić się i współpracować mają dzieci. A skoro dzieci, to przecież wiadomo – chodzi o naszą przyszłość. Więc jakaś iskierka nadziei na lepszy świat gdzieś tam jednak jest.

Muszę przyznać, że nie dają mi spokoju te bajkowe, różowiutkie huśtawki. Rael mówił w jednym z wywiadów, że chce, by jego efemeryczny projekt pomógł „leczyć blizny, które wytworzył mur”. Chciałoby się ten projekt obśmiać, ale przecież rzeczywiście znakomicie pokazuje absurdalność samej granicy – dziwnego, sztucznego konstruktu, który nagle, przez pryzmat dziecięcej zabawy zostaje niejako rozszczelniony. Projekt Raela i San Fratello objawił, że płot wznoszony od 2006 roku, kiedy George W. Bush podpisał Secure Fence Act w celu „ochrony narodu amerykańskiego” i „uczynienia naszych granic bezpieczniejszymi”, mimo swej stalowej i stabilnej konstrukcji, nie jest niczym innym jak aktem performatywnym. Że bardziej niż realną konstrukcją jest blokadą w społecznych mózgach, a sam mur łatwiej przekroczyć. Ale przecież nie zmienia to jednak faktu, że płot jest! Czy tego chcemy, czy nie, stał się jednym z najsilniejszych znaków naszej epoki. Dla Donalda Trumpa okazał się motorem kampanii prezydenckiej i podstawą do budowania szowinistycznej polityki antyimigracyjnej, znajdującej ogromne poparcie w amerykańskim społeczeństwie. Zaostrzenia dotyczące prawa azylu i prawa pobytu w Stanach Zjednoczonych, stan wyjątkowy ogłoszony w pasie wzdłuż granicy z Meksykiem mieszały się w tej retoryce podsycania strachu z obelżywymi sformułowaniami o „kryminalistach” czy „gwałcicielach” przekraczających granicę.

Możemy się pocieszać, że Joe Biden wstrzymał niektóre ustawy swojego poprzednika, a wśród nich choćby tę najbardziej kontrowersyjną dotyczącą rozdzielania rodziców i dzieci. Ale przecież polityka Trumpa nadal ma wielu zwolenników. Ma też naśladowców. Viktor Orbán od 2015 roku zaczął budować płot na granicy węgiersko-serbskiej, by utrudnić jej przekraczanie. Jak czytamy w Wikipedii, ogrodzenie wykonano przy użyciu czterech różnych technik:

1. czterometrowe, stalowe słupki z rozpiętą na nich siatką drucianą, posadowione w betonowych fundamentach, na wysokości 2 m znajdują się poprzeczki usztywniające konstrukcję, na górze i u podstawy płotu rozciągnięty jest drut ostrzowy,
2. wbite na metr w ziemię stalowe słupki ogrodzeniowe z rozpiętą na nich siatką drucianą, na górze i u podstawy drut ostrzowy,
3. słupy z drzewa akacjowego o średnicy 25-35 cm z zamontowaną na nich drucianą siatką, na górze i u dołu drut ostrzowy,
4. zwoje drutu ostrzowego ułożone na trzech poziomach w kształcie piramidy.

Sam nie wiem, dlaczego, ale podczas czytania w Wikipedii tego technicznego, niezwykle precyzyjnego zapisu kolejnych warstw zabezpieczeń, przypomniała mi się przepiękna fraza Audena:

Poprzez nasz sen
Też biegnie drut kolczasty, nogi nam podcina…

Budowie ogrodzenia towarzyszyła kampania antyimigrancka – plakatami obklejono całe Węgry, nawet w najmniejszych miejscowościach. Podsycano strach przed uchodźcami, których nie było. Sam Orban mówił o groźbie „zalania przez nielegalną imigrację” i próbował wystawić rachunek za budowę ogrodzenia całej Unii Europejskiej. Powracające sformułowania o „fali uchodźców”, obrazy kolumn złożonych z ludzkich ciał – to wszystko strategie, które mają sformatować nasze widzenie, odciąć od konkretu, pozbawić osoby cech indywidualnych i zamienić w abstrakcję. Podobnie działa słynna już fraza Jarosława Kaczyńskiego: „Cholera na wyspach greckich, dezynteria w Wiedniu, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne” 1. Wynika z tego pewien paradoks, dobrze nazwany przez Marka Krajewskiego w jego pracy na temat nienawiści:

Celem nienawiści nie jest więc wyrażenie uprzedzeń czy rozładowanie frustracji, ale raczej odgrywanie dominacji poprzez degradowanie tych, którzy są jej podporządkowani. Wymaga to oczywiście uprzedniego zdefiniowania ofiar przemocy jako groźnych i niebezpiecznych, a następnie poprzez ich uprzedmiotowienie wskazywania, iż stosujący przemoc jest od nich nie tylko potężniejszy, ale też dobry, szlachetny, godny podziwu, bo walczy z tym, co sam zdefiniował jako zło 2.

Stalowy płot na granicy, ogrodzenie okalające obóz uchodźczy, siatka, zwoje drutu kolczastego – oto naturalne symbole naszych czasów. Symbole polityki opartej na wykluczeniu i separacji. Kameruński filozof Achille Mbembe, bezwzględny obserwator współczesnej demokracji, zauważa:

Możliwe zatem, że nasza epoka nie jest spod znaku różnicy, lecz fantazji o oddzieleniu czy wręcz eksterminacji. To epoka spod znaku tego, co nie łączy; tego, co nie jednoczy; tego, że wcale nie jesteśmy gotowi czymkolwiek się dzielić. Miejsce idei powszechnej równości, która jeszcze niedawno pozwalała występować przeciwko elementarnej niesprawiedliwości, zajęła stopniowo projekcja, często brutalna, „świata bez” – „świata generalnych porządków” i wyrzucania muzułmanów, którzy panoszą się w mieście, Murzynów i innych cudzoziemców, których należałoby deportować, terrorystów lub podejrzanych o terroryzm, których torturuje się własnoręcznie lub cudzymi rękami, Żydów, spośród których zbyt wielu, niestety, uniknęło komór gazowych, imigrantów, którzy napływają do nas z zewsząd, uchodźców i wszystkich tych rozbitków, topielców, których ciała do złudzenia przypominają stosy śmieci, masę ludzkiej padliny, gnijącą i śmierdzącą 3.

Brutalne? Przesadne? Niezwykłość Mbembe właśnie na tym polega, że rozrywa i ujawnia wszystko to, co zostało przez nas znormalizowane. Buldożery rozjeżdżające obóz uchodźczy w Calais, pożar w obozie Moria na Lesbos – docierają do nas obrazy tych nieszczęść, ale już ich nawet nie rejestrujemy. Przepływają w strumieniu innych, równie dramatycznych. Mbembe przywołuje obrazy, które każą nam odwracać wzrok. Pokazuje, że wszystko to, czego bronimy w imię wolności, ma tak naprawdę swoją mroczną stronę, a pod maską demokracji narasta tendencja do zawieszania praw i ograniczania swobód obywatelskich. Hasło rzekomej walki z terroryzmem stało się gruntem i wygodnym pretekstem do budowania „polityki wrogości”, stosującej narzędzia podziału wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe. Stygmatyzacja migrantów nie jest więc formą przemocy, która ma miejsce gdzieś tam, na obrzeżach. To już nie jest stan wyjątkowy, ale obraz naszej nowej rzeczywistości, opartej na polityce podziału i wspólnocie budowanej przez rozdzielenie. Dlatego nawet go nie zauważamy – stał się naturalnym elementem naszego tła.

Właśnie taką przestrzeń separacji i narastającego niezrozumienia opisuje Stefan Hertmans w Antygonie w Molenbeek. O tej dzielnicy Brukseli, zwanej też czasem „Małym Maroko”, zrobiło się głośno, gdy po zamachach terrorystycznych w Paryżu w 2015 roku okazało się, że to stamtąd pochodzą niektórzy sprawcy. Dzielnicę zaczęto określać jako „ustronną bazę dżihadystów”. To również stamtąd pochodzą bohaterowie sztuki Dżihad, napisanej przez Ismaëla Saidiego, urodzonego w Belgii syna marokańskich migrantów. Na otoczone złą sławą Molenbeek można patrzeć jak na soczewkę europejskich problemów z traktowaniem mniejszości etnicznych. Narastająca przez lata przepaść pomiędzy ludnością o arabskich korzeniach a ludnością rdzennie belgijską doprowadziła do tego, że nie ma właściwie możliwości spotkania, znalezienia pracy, a jawne lub ukryte akty dyskryminacji to codzienność. Dlatego zarówno studiująca prawo Nou­ria – dumna z belgijskiego obywatelstwa współczesna Antygona walcząca o pochowanie szczątek brata uznanego za terrorystę, jak i Ismael, Reda i Ben z Dżihadu, którzy tęsknią na froncie syryjskim za swoim belgijskim domem, nie mają szans na integrację. „Też nie pamiętam, by ktokolwiek pozwalał mi myśleć, że tamten kraj jest moim domem. Wręcz przeciwnie – bez przerwy mi się tylko powtarza, że nie jestem u siebie” – powie Ismaël. Wtóruje tym słowom Nouria, która też nigdzie nie czuje się u siebie:

W mojej północnej ojczyźnie jestem 
orientalna i obca, a tam, gdzie powinnam była 
wrócić jak do domu, czułam się blada i 
przezroczysta, prawie bezcielesna…

Zestawienie tych sztuk obok siebie sprawia, że na bohaterów Dżihadu można patrzeć jak na potencjalnych braci Nourii z Antygony w Molenbeek. Wszak jej brat, którego ciało próbuje odzyskać, wyjechał na Bliski Wschód i dołączył do ISIS. „Zdrajca państwa prawa”, „wróg tolerancyjnego społeczeństwa” – tyle usłyszy o nim z ust urzędników i dzielnicowego. Brzmi złowrogo, jednak gdy przypomnimy sobie absurdalne okoliczności śmierci bohaterów Dżihadu, może to zmienić naszą perspektywę.

KOMEDIE TOŻSAMOŚCI

Pojawia się oczywiście najprostsze pytanie: Co robić? Jak przeciwdziałać podziałom i dyskryminacji? Może rzeczywiście instalacja efemerycznych różowych huśtawek, które choć przez chwilę rozszczelniły granicę Meksyku i Stanów Zjednoczonych to jedyne, co da się zrobić? Może właśnie tworzenie takich drobnych, żartobliwych aktów sprzeciwu ma największy sens, bo rozsadza powagę i fasadowość dekretów o płotach i tym podobnych bzdur? Ronald Rael i Virginia San Fratello, mimo długich starań, nie uzyskali pozwolenia na realizację swojego projektu. Uznali więc, że zrealizują go nielegalnie, żeby „pokazać światu, że zabawa może być aktem oporu”. Czyżby zatem rzeczywiście w sytuacji braku sprawczości i możności realnego oddziaływania politycznego, to właśnie zabawa pozostawała jedyną bronią przeciwko populistycznej retoryce opartej na podsycaniu strachu? W końcu przecież rzeczywistość podziału oparta na rasie, klasie, płci, pochodzeniu to nic innego jak fantazja, która do swego ugruntowania potrzebuje aktów prawnych, określonych kulturowo stylów zachowań, przekazów medialnych… I oczywiście silnych obrazów.

Weronika Szczawińska opowiadając o spektaklu Lawrence z Arabii 4, podejmującym temat międzykulturowej wymiany i wyobrażeń na temat migrantów, użyła sformułowania „farsa o tożsamości”. Ta farsa wytworzyła się niejako sama w momencie, gdy oczekiwania twórców spektaklu zderzyły się z obcokrajowcami, którzy przyszli na casting do Teatru Powszechnego w Warszawie. Okazało się, że wyobrażenia nijak mają się do rzeczywistości. Reżyserka mówiła o tym: „W trakcie prób zrozumiałam, że w momencie, kiedy utożsamimy człowieka z jego nacją, już popadamy w pułapkę stereotypu. […] Zderzenie naszego wyobrażenia z kimś realnym zawsze będzie zaskakujące, bo rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż to, co przewidujemy” 5. Dlatego też, by opowiedzieć o tym doświadczeniu mijania się różnych wyobrażeń, twórcy zdecydowali się na konwencję „głuchego telefonu”. Dokładnie w ten sposób wytwarzane jest nasze wyobrażenie na temat uchodźców i migrantów. A nie inaczej działa przecież przywołana już wypowiedź Kaczyńskiego o pasożytach i pierwotniakach, zakończona wszak wielkodusznie: „To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować… Ale sprawdzić trzeba”. I oczywiście można sprawdzać, szukać źródeł, ale głuchy telefon już ruszył i nikt nie powstrzyma kolejnych nakręcających uprzedzenia warstw tej narracji.

Teatralny Lawrence z Arabii to właśnie taka seria nieporozumień, która znajduje swoje ujście w slapstickowych żartach, ujawnia kolejne piętra uproszczeń i dyskredytowania indywidualności. To z kolei daje podwalinę pod różnorodne formy myślenia spiskowego. Dlatego mimo żartobliwej formy, rozpoznanie, które płynie ze spektaklu, w ogóle nie śmieszy. „Głuchy telefon” ujawnia bowiem to, co Krajewski określa jako zbiorowy wysiłek „na rzecz wytwarzania pewnego schematu znienawidzonej kategorii osób i formatowania wybranych jednostek tak, by do niego pasowały” 6. Farsa o tożsamości staje się więc dramatem o uprzedzeniach.

Komedia omyłek to żywioł Ismaëla Saidi. Dowcip i zgrywa to dla niego narzędzia, by opisać świat, „w którym różnica zajęła miejsce wspólnego mianownika” 7. Właśnie poszukiwanie wspólnego mianownika to pojęcie, które często powraca w jego twórczości i wywiadach, a sztuka jest dla niego jedną z przestrzeni, gdzie takie tworzenie wspólnoty staje się możliwe. W swojej autobiografii opisuje koncert Jean-Jacquesa Goldmana: „Rozejrzałem się wokół, wszyscy byliśmy różni, było nas tysiące i prawdopodobnie już nigdy się nie zobaczymy, ale przez ten jeden wieczór, w czasie tych kilku piosenek, byliśmy podobni do siebie” 8. Jakkolwiek wydaje się to truizmem, wybitny badacz migracji, Marco Martinello, zwraca uwagę, że wzajemne muzykowanie, na przykład rap, może mieć bardzo duży wpływ na integrację młodzieży ze środowisk imigranckich i uchodźczych. Jego zdaniem rola kultury i sztuki to wciąż zbyt zaniedbany aspekt w tworzeniu polityki integracyjnej. A przecież to w dużej mierze od wymiany kulturowej zależy, jak będzie wyglądało nasze społeczeństwo w przyszłości. Dlatego tak ważne jest, by zamiast przestrzeni dominacji otwierać możliwość przestrzeni relacyjnej. Integracja wcale nie musi polegać na przyjęciu kultury zastanej – dużo cenniejsza jest wymiana pomiędzy obecnymi formami kultury a tym, jak migranci i ich potomkowie będą te formy rozwijać i definiować na nowo 9. Bez tej przestrzeni wymiany doświadczeń nie ma szans na prawdziwą integrację. Mówi o tym dobitnie jeden z bohaterów Dżihadu:

Nie chcą nas u siebie. Wszędzie nam się to powtarza. Jak tylko coś złego zaczyna się tam dziać, to od razu jest to nasza wina. Mam wrażenie, że pierwsze słowa, jakie w życiu usłyszałem, to było: „Integruj się!”. Dlaczego to my się mamy integrować? Czy jakikolwiek Philippe, Frédéric czy inny Jean-Jacques choć raz w życiu usłyszeli, że mają się integrować? A przecież urodzili się tam gdzie my, chodzili do tych samych szkół i mieszkają w tym samym mieście. Choćbyś nie wiem, jak się starał, twarzy nie wymażesz. Zawsze będą się na ciebie krzywo patrzeć 10

Pełna humoru autobiografia Saidiego prowadzi nas przez życie małego chłopca urodzonego w Belgii, muzułmanina z marokańskimi korzeniami. Stopniowo, rok po roku, mały Ismaël coraz silniej zaczyna rozumieć, co znaczy być innym. Tak zwana „pozytywna dyskryminacja” w szkole, która niby ma wyrównywać szansę dzieci z arabskich rodzin, prowadzi w gruncie rzeczy do tworzenia gett szkolnych. Deklarowane promowanie różnorodności wzmacnia tak naprawdę podział i dyskryminację, a co za tym idzie – islamofobię. Saidi nie traci przy tym dobrego humoru. Nawet jawne wykluczenie opisuje tak, że czytelnik ma wrażenie, iż śledzi jakieś przedziwne qui pro quo, które zakończy się wyjaśnieniem sprawy i przywróceniem porządku. Tak jest choćby wtedy, gdy relacjonuje epizod pracy w telemarketingu. Tu wreszcie nie czuł się żadnym odmieńcem. Przecież urodził się i wychował w Brukseli, więc mówi po francusku bez akcentu. Cała jego zmiana składała się głównie z takich jak on Belgów arabskiego pochodzenia. Okazuje się jednak, że musiał zmienić nazwisko na „Michel Henrion”, żeby Belgowie nie odkładali od razu słuchawki już na sam dźwięk jego arabskiego imienia. 

Któregoś dnia kierownik oznajmił im dwie wiadomości – dobrą i złą, jak to zwykle bywa w komediach omyłek. Dobra była taka, że pobili rekord sprzedaży dla jakiejś zewnętrznej firmy i w związku z tym jej szef postanowił przyjechać do ich biura i osobiście im pogratulować. Kiedy już wszyscy ochłonęli po ogólnym wybuchu radości, zaczęli dopytywać o tę złą wiadomość. Kierownik krygując się, załamując głos i przepraszając, wydukał w końcu, że niestety klient jest rasistą i nienawidzi czarnych i Arabów, więc niestety z wielką przykrością i bólem serca, ale musi na dzień jego wizyty zamienić całą ich zmianę na młodych Belgów, bo inaczej firma straciłaby ten znakomity kontrakt. „W dniu kiedy przyjechał klient, szef schował nas w magazynie, który następnie zamknął na klucz. Nasza grupa zamknięta niczym niewolnicy w magazynie, nasłuchiwała pochwał, które klient prawił figurantom, którzy zajęli nasze miejsce.” 11 Saidi pisze o wstydzie i wściekłości, a także o tym, że długo nie mógł zrozumieć tej sytuacji, nie potrafił nazwać, co tak naprawdę się stało. „Poczułem się brudny, znieważony i wstrętny.” 12 Po takim doświadczeniu biograficznym lepiej rozumiemy monolog Ismaela z Dżihadu:

Mówię, że nigdy nie będą nas mieli za swoich. Nigdy. Nawet za pięćdziesiąt pokoleń. Zawsze stanowiłem dla innych problem: widziałem, jak na mnie patrzą, jak o mnie piszą, jak mnie traktują w szkole… Najpierw byliśmy problemem statystycznym. Lepiej by było, gdybyśmy się tam nie urodzili. Gdyby nasi rodzice, po tym, jak stracili zdrowie w ich kopalniach, wrócili do siebie, na pustynię. Następnie byliśmy „emigranckimi dziećmi z problemami”. Potem byliśmy „problemem emigranckiej mniejszości”. Potem, jak już tę kwestię wyeksploatowano, to pojawił się „muzułmański problem drugiego pokolenia”. Zawsze znajdą dla nas odpowiednie określenie, najlepiej naukowo brzmiące. Zawsze będzie dla nas odpowiednia rubryka w urzędzie statystycznym. Nigdy nie będziemy jak wszyscy – zawsze będziemy „problemem”.

Właśnie codzienne, niby drobne akty poniżenia eskalujące międzykulturowe napięcia budują podatny grunt dla rozwoju radykalnych ideologii. Dlatego Saidi wciąż żartuje z integracji, bo wie, że w gruncie rzeczy kończy się ona jednym wielkim wykluczeniem. Nouria, bohaterka sztuki Stefana Hertmansa, nie ma już żadnych złudzeń. Jako siostra człowieka uznanego za terrorystę, cały czas zderza się z przemocą i mową nienawiści:

Na Facebooku zobaczyłam znów kilka 
hejtów od jednego ze studentów z roku 
który mnie już od miesięcy prześladuje 
swoimi selfie z grymasami: 
Że jestem ciapatą suką i 
powinnam wypierdalać 
na hałdę piasku na pustyni 
i żebym najlepiej sama się wysadziła w powietrze tak
jak ten potwór mój brat.

Atmosfera wykluczenia i braku perspektyw sprzyja radykalizacji. Pragnienie Nourii, by pochować szczątki brata, zostaje zakwestionowane i ośmieszone jako wyraz jakiegoś pradawnego przesądu. Odsyła się ją na pustynię, gdzie może nadal takie zwyczaje obowiązują. Oczywiście odwołania do racjonalności są podstawą funkcjonowania Zachodu. Ale trudno znaleźć choć jeden zasadny argument, który wzbraniałby wydać siostrze worek ze szczątkami jej brata. Dlatego jej zachowanie i determinacja tak bardzo uwiera i obnaża podwójną moralność i niejasne standardy. Trudno tu nie zgodzić się z Mbembe:

Nasza epoka z pewnością nie jest epoką rozumu i nic nie wskazuje na to, by mogła się nią stać w niedalekiej przyszłości. Zapotrzebowanie na tajemnice i powracający duch wypraw krzyżowych sprawiają, że jest to raczej epoka o skłonnościach do paranoi, histerii i przemocy, do unicestwienia wszystkich, z których demokracja uczyniła wrogów państwa 13.

Kameruński filozof pisząc o „pijanym szale”, w którym pogrążają się współczesne demokracje zachodnie, daje do zrozumienia, że dzisiejszy los uchodźców i migrantów jest jedynie prefiguracją losu każdego z nas. W świecie udającym racjonalność, ale bazującym w gruncie rzeczy na skrajnej afektywności, każdy może stać się potencjalnym wrogiem. Dlatego Nouria mówi:

Jedyną pustynią jaką znam 
jest dzielnica, w której się wychowywałam 
Tu w tym waszym kraju!

W STRONĘ WYOBRAŹNI UCZESTNICZĄCEJ

Marta Nussbaum, zajmując się nowymi formami nietolerancji religijnej, przywołuje pojęcie kaskady reputacyjnej i informacyjnej. Zauważa, że ludzie zwykle przyłączają się tłumnie do innych z uwagi na ich reputację lub sądząc, że dostarczą im nowych informacji. „Dużą rolę odgrywają w tym kontekście szanowani przywódcy społeczności, których reputacja przyciąga tłum zwolenników. Pewne znaczenie ma również wprowadzenie w obieg nowej «informacji» o zagrożeniu wywoływanym przez muzułmanów, często całkowicie niewiarygodnej.” 14 Dlatego tak istotne są narracje, tworzenie opowieści o tym, co łączy ludzi, co tworzy ich relacje, co daje im nadzieję. „Ta opowieść jest zawsze dynamiczna i może zostać opowiedziana inaczej, w sposób zwiększający inkluzję albo – jeśli strach zyska przewagę – wykluczenie” 15.

Migranci i uchodźcy każą nam przemyśleć nasze demokratyczne kategorie i objawiają ich fasadowość. Zmuszają, by na nowo zająć się takimi pojęciami jak „dialog międzykulturowy” czy „asymilacja” i skończyć z myśleniem, że wektor wzajemnego oddziaływania działa w nich tylko jednostronnie. Sztuka Ismaëla Saidiego pokazuje pewien kierunek. Mimo że tuż przed premierą namawiano go na zmianę tytułu, sugerując, że inaczej może zapomnieć o plakatach reklamujących spektakl w przestrzeni miejskiej, okazało się, że słowo „dżihad” w tytule wcale nie odstrasza. Spektakl odniósł ogromny sukces w Belgii i we Francji – grany zarówno w teatrach, centrach kultury, jak i po prostu w szkołach. Obejrzało go ponad sto tysięcy osób. Zainteresowała się nim ówczesna Minister Kultury Belgii, Fadila Laanan, dzięki której stał się on częścią dużego programu edukacyjnego. Książkowemu wydaniu towarzyszą propozycje tematów lekcyjnych, dotyczące tolerancji, dialogu międzykulturowego, empatii. Powstały na podstawie pytań i zagadnień, które najczęściej pojawiały się podczas spotkań z młodzieżą. Spektakl transmitowany był też w telewizji. Ten sukces zachęcił autora, by napisać kolejną „komedię edukacyjną” – Gehennę, której akcja rozgrywa się w celi terrorysty. Tym razem rozwijany był temat nietolerancji religijnej, antysemityzmu, narastającej nienawiści i podziałów społecznych. Te tematy powracają też w ostatniej sztuce Saidiego, zatytułowanej Muhammad, której wersja online miała premierę kilka tygodni temu. To monodram grany przez autora, którego bohaterem jest Salman. Budzi się z trwającego tysiąc czterysta lat snu, bo niepokoją go gniewne krzyki współczesnych radykałów islamskich przywołujące imię Mahometa. Okazuje się, że Salman jest jego przyjacielem i zabiera widzów w podróż w czasie i przestrzeni, by opowiedzieć o prawdziwym obliczu proroka.

dzihad.jpg

Ismaël Saidi „Dżihad”, reż. Ismaël Saidi, Compagnie AviScène, 2014. Fot. Miguel Medina

Tekstom Saidiego można oczywiście zarzucić dydaktyzm, naiwność czy uproszczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że teatrem prowadzi on skuteczną pracę przeciwko uprzedzeniom i stereotypom. Mówi, że sztuka to jego osobisty dżihad w walce o lepszy świat. Proponowana przez niego zabawna forma potrafi odsłaniać mroczne zakamarki naszej rzeczywistości i tworzyć przestrzeń do rozmowy. Weronika Szczawińska mówiła: „Problem polega na tym, że dziś w Polsce jest niewiele wspólnych miejsc, w których moglibyśmy spotykać się z imigrantami, uczyć się od nich, więc nasze wyobrażenia stają się źródłem przemocy i lęku”. Dlatego też instytucje kultury, festiwale, a także inne instytucje publiczne powinny stawać się „wspólnymi miejscami”. Dragan Klaić stawiał tę sprawę dość ostro: „Teatr musi współpracować z organizacjami zrzeszającymi imigrantów czy ludność imigranckiego pochodzenia i dawać im odczuć, że nie są tylko pośrednikami, ale też partnerami” 16. Tylko bowiem partnerska relacja sprawi, że możliwa stanie się walka nie tylko z przejawami dyskryminacji, ale eliminowanie jej źródeł: uprzedzeń, głębokich nierówności społecznych, marginalizacji i narastającej pogardy.

Konieczna jest postulowana przez Nussbaum „uczestnicząca wyobraźnia” 17, pozwalająca oglądać świat nie tylko z punktu widzenia własnych celów, ale uświadamiająca, że istnieją też „inne światy, myśli i uczucia”. Dlatego bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy teatru wielu kultur, języków, akcentów, poszukującego swoich opowieści poza kręgiem kultury Zachodu, łączącego aktorów profesjonalnych i nieprofesjonalnych, otwartego na nowe formy wspólnotowości. Potrzebujemy nie tylko mówienia o potrzebie różnorodności, ale po prostu performowania różnorodności. Przecież też już was na pewno nudzi oglądanie wciąż tych samych aktorów odgrywających te same fabuły z nieskazitelnie polskim akcentem, prawda?

  • 1.  Jarosław Kaczyński boi się, że uchodźcy sprowadzą zarazę? Tak mówił na wyborczym wiecu, „Gazeta Wyborcza” z 13 października 2015.  
  • 2. Marek Krajewski (Nie)nawidzenia. Świat przez nienawiść, Universitas, Kraków 2020, s. 19.
  • 3. Achille Mbembe Polityka wrogości, przełożyły Urszula Kropiwiec i Katarzyna Bojarska, Karakter, Kraków 2018, s. 63-64.
  • 4.  Premiera 22 czerwca 2018, Teatr Powszechny w Warszawie.
  • 5.  Izabela Szymańska Weronika Szczawińska o spektaklu „Lawrence z Arabii”: komedia jest potężną bronią, „Gazeta Wyborcza – Co jest grane?” z 22 czerwca 2018.
  • 6.  Krajewski, op.cit., s. 18.
  • 7. Ismaël Saidi Prologue, w: tenże Djihad, Paris 2015, s. 9.
  • 8. Tenże Moi Ismaël, un musulman d’ici, Paris 2017, s. 78. 
  • 9. Por. Marco Martinello Immigrants, Ethnicized Minorities and the Art: A Relatively Neglected Research Area, „Ethnic and Racial Studies”, 2015 nr 38(8).
  • 10. Druk. w „Dialogu”, nr 3/2021.
  • 11.  Moi, Ismaël…, op.cit., s. 81.
  • 12.  Tamże.
  • 13. Mbembe, op.cit., s. 67. 
  • 14. Marta C. Nussbaum Nowa nietolerancja religijna, przełożył Sebastian Szymański, Kultura Liberalna, Warszawa 2018, s. 63.
  • 15. Tamże, s. 134.
  • 16.  Dragan Klaić Gra w nowych dekoracjach, przełożyła Edyta Kubikowska, Instytut Teatralny, Konfrontacje Teatralne/Centrum Kultury w Lublinie, Warszawa-Lublin 2014, s. 45.
  • 17.  Nussbaum, op.cit., s. 190.

Udostępnij

Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, studiował Wiedzę o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie, w Instytucie Sztuki PAN obronił doktorat. Był między innymi twórcą programu Nowa Siła Krytyczna w Instytucie Teatralnym w Warszawie. Pracuje w Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza i w Teatrze Powszechnym w Warszawie na stanowisku zastępcy dyrektora ds. programowych.