sztarbowski_fik.jpg

Marta Fik. Fot. „Pamiętnik Teatralny” zeszyt 1-2, 1996

Sygnalistka Marta Fik

Paweł Sztarbowski
W numerach
Lipiec
Sierpień
2021
7-8 (776-777)

WSŁUCHAĆ SIĘ W SWÓJ CZAS

„Trzeba nauczyć się być naprawdę w teraźniejszości” 1 – pisze Donna Haraway, zastanawiając się nad skutecznością jakichkolwiek wysiłków przewidywania przyszłości i rozwiązywania jej nieokreślonych problemów. Amerykańska biolożka i pisarka feministyczna dobitnie zaznacza, że jedyną możliwą formą myślenia o przyszłości powinno być wnikliwe badanie teraźniejszości, a szczególnie wsłuchiwanie się w jej dysonanse i sprzeczności. Już sam tytuł jej głośnej książki – Staying with the Trouble (Zostać z kłopotem) – wyraża dokładnie tę potrzebę – dogłębnej analizy problemów i konfliktów współczesności. Nie należy ignorować kłopotów, które dostrzegamy, ale wręcz je wzniecać, wyszukiwać te miejsca w siatce społecznej, w których dochodzi do wrzenia, by następnie poddawać je pilnej obserwacji.

Powrót po kilkunastu latach do lektury esejów i artykułów Marty Fik zebranych w tomie Autorytecie wróć? nie był z mojej strony świadomym gestem. Wróciłem do nich zupełnie przez przypadek, gdy książka (dosłownie!) wypadła mi z półki podczas przygotowań do remontu. Przekartkowałem i zobaczyłem w niej dziesiątki moich dawnych zakreśleń, pogrubień, notatek robionych ołówkiem, wykrzykników i komentarzy na marginesach. Pamiętam, że czytałem tę książkę dość intensywnie podczas pisania doktoratu o dziedzictwie Solidarności. Poleciła mi ją moja promotorka, Krystyna Duniec. Zapadła mi w pamięć nasza dyskusja na seminarium, że jest to zupełnie inna Marta Fik niż ta, którą znałem jako autorkę recenzji teatralnych. Recenzji, do których – muszę to przyznać wprost – mam dystans, mimo że są to teksty niezwykle wnikliwe i świadczące o dużym wyczuleniu ich autorki na rzeczywistość polityczną i społeczną. Niestety, czytając je, odnoszę zwykle wrażenie, że tak jak recenzentka miała wyjątkowe ucho na rzeczywistość, nie do końca miała ucho na teatr. Że wręcz, choć może to zabrzmi bluźnierczo, nie traktowała go jako autonomicznej dziedziny sztuki. Czytane po latach, recenzje wydają się wręcz szkolarskie, odcięte od podskórnego nurtu teatralnego szaleństwa, emocji, gry aktorskiej, skupione głównie na analizie warstwy literackiej. Uważna lektura tomów Reżyser ma pomysły, Sezony teatralne, Przeciw, czyli za albo Zamiast teatru dużo więcej mówi o czasach, których te teksty dotyczą, niż o ówczesnym teatrze. Tak jakby temperament socjolożki przysłaniał tu zainteresowanie estetyką.

Być może fakt, że teatr jest zaledwie marginalnym elementem w książce Autorytecie wróć? i nawet jeśli pojawiają się w niej wątki teatralne, to bardziej w formie analizy postaw artystów, sprawia, że jest to książka wybitna. Tak jakby wreszcie Marta Fik mogła być w tych tekstach w pełni sobą. Odwołując się do dyskusji wokół Hańby domowej Jacka Trznadla, pisze o podstawowych dla intelektualistów wartościach: „obowiązku wątpienia, krytycyzmu, tolerancji, których zdradzać im nie wolno nawet w imię najszlachetniejszych w ich odczuciu ideologii” 2, a także o tym, że intelektualiści powinni „wyzbyć się przede wszystkim najgorszych manier polityków i, co więcej, zrealizować marzenia z czasów komuny, by od polityki uzyskać niezależność (co nie znaczy, by nie wypowiadać się niekiedy i w jej sprawach)” 3. Uważam, że Marcie Fik, jako intelektualistce wiernej tym właśnie zasadom, zdarzyła się ta wyjątkowa przygoda, o której pisze wspomniana Donna Haraway – wnikliwie obserwując i opisując rzeczywistość przemian w polskiej kulturze na początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, udało się jej antycypować i opisać przyszłość, czyli naszą populistyczną teraźniejszość. Marginalizowane i nieprzepracowane przez lata tematy, które dostrzegła „będąc naprawdę w teraźniejszości”, wiernie podążając za obowiązkiem wątpienia i krytycyzmu, powróciły ze zdwojoną siłą ponad dwie dekady później.

Można bez większej przesady napisać, że zżera nas dziś – politycznie, społecznie, środowiskowo – choroba, której symptomy Marta Fik opisała już dawno. Zwraca uwagę na to, jak pluralizm staje się pustym hasłem, pod którym kryje się wrogość dla jakiejkolwiek różnorodności poglądów i wyważonego dialogu. Opisuje narastającą polaryzację, ale też słabnącą rolę elit intelektualnych i stopniową ich degradację. Nie szuka jednak winnych na zewnątrz, ale raczej w wewnątrzśrodowiskowych sporach i zaniedbaniach. Jeśli prawdą jest, jak chciałby Jan-Werner Müller, że „populizm to nieusuwalny cień nowoczesnej demokracji reprezentacyjnej i zarazem ciągłe dla niej zagrożenie” 4, to Marta Fik dostrzegła i opisała ten „nieusuwalny cień” w raczkującej polskiej demokracji, próbując zrozumieć jej cechy charakterystyczne. Właśnie w lukach i przeoczeniach nowego systemu odsłoniła niedostatki, które intuicyjnie uważała za groźne.

„MŁODA POLSKA DEMOKRACJA”

Autorytecie wróć? to zbiór tekstów publikowanych między 1991 i 1995 rokiem, głównie w londyńsko-warszawskim „Pulsie”, „Tygodniku Powszechnym” i „Dialogu”. To, co uderza w tym zbiorze przede wszystkim, to przenikliwość, z jaką Marta Fik opisuje anachronizm dawnych sporów i frakcji, zanurzonych w kompletnie innym systemie i opartych na zupełnie przebrzmiałych punktach odniesienia. Dużo miejsca poświęca też nowym mechanizmom zniewolenia języka. Odnosząc się do tytułu głośnej formuły ukutej przez Michała Głowińskiego, pisze:

Język, jaki owładnął bowiem życiem publicznym, nie jest już wprawdzie nowomową, niemniej w tak ogromnym stopniu składa się ze stereotypów pojęciowych i klisz językowych, a także ze słów zmieniających całkowicie – na użytek doraźny – swe pierwotne sensy, że przestaje być „normalnym” językiem i domaga się swojej oddzielnej nazwy 5.

Zauważając te nowe strategie kształtowania języka, tę „nowomowę”, autorka sugeruje, by nazywać to zjawisko „nowomową na wolności”. Jej elementem jest „język walki”, czyli „głównie kategoryczność, czarno-białe oceny i związana z nimi niechęć do wszelkiego dialogowania”, wywiedzione nie skądinąd, ale z pewnego etosu opozycyjnego lat osiemdziesiątych, nastawionego na konfrontację i polaryzację postaw. Marta Fik stawia tezę, która, jak sama przyznaje, brzmi bluźnierczo – środowiska opozycyjne nie podejmowały dialogu nie tylko z władzą, ale też z innymi opcjami światopoglądowymi w ramach samej opozycji. Co jednak najważniejsze i w jakiś sposób najbardziej brzemienne w skutki do dziś – nie podejmowały tego dialogu również ze społeczeństwem, z którym się nie rozmawiało, nie słuchało go, zakładając dufnie, że myśli ono dokładnie tak samo jak opozycyjne elity. Dlatego też wiele pojęć – jak choćby demokracja, pluralizm, samorządność, przedsiębiorczość – nie było w ogóle przedmiotem rozmowy. Miały być one rozumiane i przyjmowane same przez się.

To właśnie językowi debaty publicznej Marta Fik poświęca najwięcej miejsca. Opisuje jej narastającą brutalność, dostrzegając wyniszczający charakter i manipulacyjne strategie. Potrafi przyszpilić semantyczną dowolność, która zamienia dialog w wyścig frazesów i inwektyw. Język wpływa oczywiście na działania, zmieniając demokrację w pole walki. Ważną cezurą jest dla autorki tak zwana „wojna na górze” – wewnętrzny konflikt w obszarze postsolidarnościowej opozycji. Niesławne słowa Lecha Wałęsy: „Potrzebna jest wojna na górze, by na dole był spo­kój” 6, poskutkowały rozbiciem jedności dawnego obozu opozycyjnego. Ale też wydarzenia polityczne z 1990 roku stały się zarzewiem wyjątkowego prawicowego wzmożenia, które na różnych polach odsłoniło, jak niedojrzała jest raczkująca polska demokracja. Marta Fik na przykładzie krakowskiego środowiska skupionego wokół miesięcznika „Arka” opisuje prawicowy zwrot, któremu towarzyszy narastające zacietrzewienie, apodyktyczność sądów, jak również kategoryczny ton w porządkowaniu rzeczywistości społecznej i politycznej, a także ludzkich biografii:

Nie potrzeba już pezetpeerowskich aparatczyków, aby niszczyć „legendę” Miłosza – robi to Herbert. Kołakowskiego kompromituje nie Komisja Kontroli Partyjnej KC, lecz jego niedawni redakcyjni koledzy z krakowskiego pisma. Po drugiej stronie – Herbert przypominany jest już nie tyle jako autor Pana CogitoPotęgi smaku, co zacietrzewionych felietonów z „Tygodnika Solidarność”, a Piotr Wierzbicki nie jako dawny świetny felietonista „Tygodnika Powszechnego”, lecz fanatyk z „Gazety Polskiej”, która realizuje to wszystko, od czego redaktor naczelny odżegnywał się jeszcze i w swych – też przecież tendencyjnych – Myślach staroświeckiego Polaka, i późniejszych felietonach, wymierzonych w „jajogłowych” z „Tygodnika Solidarność”, tuż po przejęciu tam władzy przez Jarosława Kaczyńskiego 7.

Kontekstem dla zebranych w tomie tekstów są między innymi upadek rządu Jana Olszewskiego, narastające wpływy Kościoła, agresywny i napastliwy język prasy katolickiej, rosnący w siłę nacjonalizm, używanie słów „antykomunizm” i „antybolszewizm” jako usprawiedliwiających wszystko kategorii moralnych, rehabilitacja i rosnąca apoteoza żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, a nawet artykuły „młodego felietonisty” Rafała Ziemkiewicza, dla którego „nie ma już żadnych świętości”. Brzmi to wszystko dziwnie znajomo, prawda? Jednocześnie Marta Fik jako wybitna specjalistka przez lata zajmująca się kulturą PRLu z wielką wprawą wychwytuje szereg analogii historycznych, które w zmutowanej formie powracają w obserwowanej przez nią rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych. Powraca do postaw polskich inteligentów, zarówno tych niechlubnych, i tu tropi dziedzictwo socrealizmu czy wstyd za zbyt wątły sprzeciw wobec „kampanii marcowej”, ale też tych chlubnych – jak działalność opozycyjna czy zryw solidarnościowy po 1980 roku. I z jednych, i z drugich wysnuwa elementy skłaniające do przemilczeń lub mitotwórstwa. Precyzyjnie nazywa świat rozpięty pomiędzy heroizmem a konformizmem, by pokazać, że zarówno w odniesieniu do komunizmu, jak i obecnych jej czasów nie da się utrzymać świata czarno-białych podziałów ani opozycji władza kontra zbuntowana inteligencja. Tego rodzaju uproszczenia i półprawdy prowadzą bowiem do ślizgania się po powierzchni rzeczywistych problemów.

Można więc artykuły Marty Fik traktować jako wyraz stanowczego buntu przeciwko ahistorycznemu patrzeniu i jednoznacznym osądom. Wyraźnie irytują ją stosowane przez surowych inkwizytorów jednostronne opisy peerelowskiej rzeczywistości, a jeszcze bardziej – przenoszenie ich w prymitywnej formie na doraźne spory. Apeluje, żeby nie poddawać się zarówno sentymentom, jak i resentymentom, nie popadać w skrajności, ważyć słowa, sięgać do biograficznych doświadczeń, by dogłębnie i kompleksowo dostrzegać możliwe uwikłania i okoliczności. Widać to szczególnie, gdy podśmiewa się z Kazimierza Brauna i jego wspomnień, które stają się okazją do autoidealizacji. „Niezwykle trudno pisać o tej książce. Jakże bowiem polemizować z artystą, który – jak sam o sobie mówi – nie sprzeniewierzył się nigdy, ani w sensie dosłownym, ani metaforycznym, żadnemu z przykazań dekalogu.”

Kryształowo czysty bohater, niezłomny i niemalże święty oraz jego heroiczne wysiłki walki z systemem komunistycznym stają się dla Marty Fik polem do szerszych rozważań na temat sposobów pisania o PRLu: „Próba narzucenia dzisiejszej, niekoniecznie przystającej do dawnych warunków, perspektywy w ocenie etyczności działań i decyzji nie służy więc niczemu, a nawet, odwrotnie, zaciemnia i mąci obraz”. To właśnie owo wzmożenie demagogicznego języka i kreowanie wizji świata pełnej dogmatycznych sformułowań niepokoi autorkę najbardziej. Opisuje rzeczywistość, w której nikt już nie pyta: kto ma rację? Zamiast tego pojawia się coraz ostrzej stawiane pytanie: kto wygra? Odnosząc się do języka propagandy komunistycznej, autorka zauważa, że „syndrom socrealistyczny” wciąż żyje i ma się świetnie, a jego powracające w nowych czasach mutacje wyrażają się w łatwości uogólniania, wzajemnych insynuacjach, wspieraniu własnych tez myślami i cytatami wyrwanymi z kontekstu, a także w poniżaniu przeciwnika i skłonności do wsłuchiwania się jedynie w głos własny. Tego rodzaju strategie zmierzają do wyciszenia i zneutralizowania jakichkolwiek społecznych reakcji.

Marta Fik nie pisze może wprost o „wojnie wstydów” czy „treningu w zawstydzaniu” społeczeństwa, którego przejawy wiele lat później analizował będzie w polskiej humanistyce Przemysław Czapliński:

Wstyd, który miał pomóc w wytworzeniu społeczeństwa pluralistycznego i solidarnego, uprawomocnił politykę wolności dla tych, którzy potrafią z niej korzystać; wstyd, który miał zachęcać do nowoczesnej mobilności, sprawił, że znaczna część społeczeństwa wybrała ochronne znieruchomienie; wstyd wymierzony w tradycyjną obyczajowość, który miał popchnąć do europeizacji, wywołał poczucie gorszości, którą większość przerobiła na frustrację, a część – na agresję 8.

Jednak opisane powyżej symptomy „modernizacyjnej ściany”, związanej z narastającymi podziałami klasowymi, Marta Fik dostrzega już w tekście z 1992 roku, gdzie pisze, że „Bóg ideologii przemienił się w boga rynku” 9, a trzy lata później dodaje:

Zaczęto pisać trzeźwo, że „solidarnościowy” „sojusz inteligencko-robotniczy” był tworem sztucznym, pewną lokalną specjalnością, ale uraz pozostał. Bezkrytyczny zachwyt „mądrością” „ludu” czy „narodu”, który „zawsze ma rację”, zastępować zaczęły lekceważenie i pogarda, równie źle wróżące jak to pierwsze.

INTELIGENTKA

Słowo „autorytet” użyte w tytułowym eseju omawianego zbioru artykułów może być zwodnicze. Nie autorytetami w ogólności zajmuje się bowiem Marta Fik. Wątkiem, który stale powraca w jej tekstach, jest rola inteligencji w czasach gwałtownych przemian społecznych. Niepokojem napawa ją upadek nadwątlonego już wcześniej dobrego imienia tej warstwy społecznej, ale przede wszystkim – narastające wyobcowanie ze społeczeństwa i odcinanie się od jego realnych problemów. Pełne frazesów przemawianie do i w imieniu „ludu” bez poparcia ze strony tegoż to jedynie naiwne podtrzymywanie dawnych złudzeń i odwlekanie katastrofy. Autorka zdaje sobie sprawę, że wyczerpał się niegdysiejszy słownik odwołujący się do inteligenckiej powinności „budzenia sumień” czy „rozdrapywania ran”. Wyraża jednak nadzieję: „Ale przecież miast dewaluacji, warto nazwać je po prostu prościej i określić bardziej konkretnie. Kto wie, czy nie okazałoby się wówczas, że czas intelektualistów wcale nie przeminął”. Inteligencja, z jej opozycyjnym rodowodem, staje się bowiem dla autorki nośnikiem obywatelskiego nieposłuszeństwa i to na tym polu widzi jej niekończące się zadanie. By jednak możliwa była skuteczna realizacja tej powinności, konieczny jest słuch na rzeczywistość i umiejętność przejścia z powierzchni rzeczy do poziomu dogłębnej analizy zjawisk w całej ich złożoności.

Idąc za terminologią Zygmunta Baumana, możemy stwierdzić, że Marta Fik opisuje „czas interregnum” 10, w którym dawne kategorie, typy sprawowania władzy czy narzędzia opisu rzeczywistości ulegają wyczerpaniu, a nowe jeszcze się nie wyłoniły. Gwałtowna zmiana rzeczywistości i towarzysząca jej glątwowatość okazują się wyzwaniem. Uchwycenie zmiany wymaga oczywiście nie lada uważności i wyostrzonego zmysłu obserwacji. Przede wszystkim jednak wymaga przyznania się do własnej bezradności i niewiedzy, świadomości, że oto naprawdę stajemy przed jakimś dziwnym nieznanym i musimy otworzyć się na to, że błądzimy po terra incognita. I nie wiadomo dokąd w ogóle nas to błądzenie zaprowadzi.

Jest coś poruszającego w tekście Portret inteligenta – sylwetce kompletnie dziś zapomnianego Andrzeja Dobosza, w której Marta Fik określa go mianem „subtelnego ironisty” i „doskonałego podpatrywacza codzienności”, przeciwstawiając te określenia „moralizatorowi”, który wie najlepiej i chętnie poucza innych. Otóż „inteligent modelowy” odznaczać się powinien: „Ciekawością świata i ludzi zaspokajaną nie tylko poprzez codzienną obserwację życia, lecz także (a nawet przede wszystkim) dzięki godzinom spędzonym w bibliotekach, owocującą awersją do łatwych uogólnień, postrzegania zjawisk wyłącznie w dwu przeciwstawnych barwach” 11. Odznaczać się powinien również, choć autorka zaznacza, że nie jest to w modzie – „wiernością zasadom moralnym”, odnoszącym się nie tylko do polityki, ale i do spraw drugorzędnych. Inteligent może więc błądzić, ale nie może rezygnować z wnikliwego wczytywania się rzeczywistość.

Heiner Müller w odczycie o Shakespearze z 1988 roku mówił: „Mit to agregat, maszyna, do której można doczepiać wciąż nowe i inne maszyny. Przekazuje energię do chwili, kiedy narastające przyspieszenie wysadzi ten krąg kulturowy” 12. Dodawał, że zadaniem artystów i myślicieli powinna być praca nad różnicą, by nie dopuścić do ciągłego powrotu tego samego – schematów opartych na nieustannej zbrodni i wyzysku, które nie mogą się wyrwać z zaklętego koła powtórzeń. Marta Fik jako intelektualistka doświadczyła takiego właśnie przyspieszenia, które doprowadziło do zatarcia wcześniejszej maszyny znaczeń i wszelkich punktów odniesienia. Jako specjalistka zajmująca się teatrem zrezygnowała niemal zupełnie z wąskiego eksplorowania swojej dziedziny. Co mogło być powodem? Być może uznała po prostu, że teatr nie nadąża za rzeczywistością, że wciąż jest agregatem, który próbuje zasilać wyczerpany i zdefraudowany mit. W swoich tekstach podjęła więc wysiłek rozpoznania tej nowej rzeczywistości. Z tonu niepokoju, którym przesycone są jej artykuły, prześwituje co chwila lęk o przyszłość. Wieloletnie doświadczenie życia w kraju totalitarnym podpowiada jej bowiem, że budowanie nowej rzeczywistości na nieustannej manipulacji, polaryzacji i walce nie doprowadzi do niczego dobrego.

Ryszard Koziołek ukuł jakiś czas temu wspaniałą formułę „humanisty sygnalisty”, odnosząc się do pojęcia sygnalisty, czyli kogoś, „kto publicznie zwraca uwagę na zło dziejące się w miejscu pracy, ale także szerzej – w społeczności, do której należy” 13. Pisze on o tym, że literatura daje nam możliwość przeżywania „na niby” i przynosi wiedzę o czymś bez konieczności przeżywania tego we własnym realnym doświadczeniu. „Czytanie, rozumienie i używanie literatury to rodzaj kulturowego zestawu ratunkowego, z którego jednak trzeba korzystać przed wypadkiem, ponieważ jego ratunkowa funkcja polega na symulowaniu katastrofy lub problemu i umożliwianiu ich antycypacji.” Marta Fik pewnie żachnęłaby się na określenie jej tekstów literaturą. Wszak w większości są omówieniem cudzych tekstów lub dyskusji redakcyjnych. Upieram się jednak, że książka Autorytecie wróć? jest właśnie takim „kulturowym zestawem ratunkowym”, który umożliwiał antycypację naszej dzisiejszej, populistycznej katastrofy, a jej autorka to niemal zapomniana, zbyt słabo czytana, zepchnięta na margines „humanistka sygnalistka”. To ktoś, kto, by znów użyć formuły Ryszarda Koziołka: „Dostarcza języka i donosi na język. […] donosi na język publiczny, ostrzegając przed jego degradacją, brutalizacją i cyniczną sofistyką”. Pisanie Marty Fik było tak naprawdę formą działalności obywatelskiej, co we współczesnym rozgardiaszu pojęć i ogólnym kryzysie poznawczym może być źródłem inspiracji i niezwykłej siły.

  • 1. Donna Haraway Staying with the Trouble, Duke University Press, Durham 2016, s. 1.
  • 2. Marta Fik Autorytecie wróć?, Oficyna Wydawnicza Errata, Warszawa 1997, s. 13.
  • 3. Tamże, s. 19.
  • 4. Jan Werner Müller Co to jest populizm?, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017, s. 29.
  • 5. Fik, op.cit., s. 110, kolejny cytat: s. 109.
  • 6. Cyt. za: Jarosław Kurski Gdy ryba zmienia się w skorpiona, „Gazeta Wyborcza” z 13 maja 2002.
  • 7. Fik, op.cit., s. 170-171; kolejne cytaty: s. 113, 119, 32.
  • 8. Przemysław Czapliński Wojna wstydów, „Teksty Drugie”, nr 4/2016.
  • 9. Fik, op.cit., s. 50; kolejne cytaty: s. 167, 172.
  • 10. Zygmunt Bauman Times of interregnum, „Ethics & Global Politics” nr 1/2012.
  • 11. Fik, op.cit., s. 125.
  • 12. Heiner Müller Szekspir różnica, „Didaskalia” nr 72, 2006.
  • 13. Ryszard Koziołek Wiele tytułów, Czarne, Wołowiec 2019, s. 16; kolejne cytaty: s. 18, 20.

Udostępnij

Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, studiował Wiedzę o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie, w Instytucie Sztuki PAN obronił doktorat. Był między innymi twórcą programu Nowa Siła Krytyczna w Instytucie Teatralnym w Warszawie. Pracuje w Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza i w Teatrze Powszechnym w Warszawie na stanowisku zastępcy dyrektora ds. programowych.