161542063_436930217605952_9030970342032630864_n.jpg

Maja Staśko, „Influencer szuka żony”, reż. Robert Traczyk, Teatr Trzy Krzesła, 2021. Fot. Bernard Łętowski

Internetowy wstyd

Maja Mosiewicz
W numerach
Czerwiec
2021
6 (775)

W wieku dwudziestu jeden lat powoli odchodzę na emeryturę w mainstrea­mowym internecie – najbardziej znani twórcy kierują swoje treści raczej do młodszych ode mnie odbiorców. Sława największych tiktokerów to zasługa kliknięć osób z podstawówek i dawnego gimnazjum, a dziś wczesnych klas liceów. Mimo to, istnieje pewne zjawisko w takim samym stopniu żywe zarówno w pokoleniu internetowych starszaków, jak i dzieciaków. Co ciekawe, wydaje mi się, że jego udziałowcami wcale nie są kreatorzy trendów z milionami wyświetleń, tylko ta z pozoru cicha grupa ich obserwatorów. Jest to bowiem internetowy wstyd.

WSTYD CZY SNOBIZM?

Słowo „wstyd” w odniesieniu do internetu raczej kojarzy się z rzeczami spoza głównego nurtu. W powszechnym (krzywdzącym, ale popularnym) rozumieniu wstydzić należy się oglądania pornografii, korzystania z dark webu i innych praktyk, które problematyczne są również poza wirtualnym światem. Jednak problem jest dużo głębszy. Internetowy wstyd istnieje nawet w najbardziej znanych i dostępnych obszarach sieci. W konwencji mediów społecznościowych każdy użytkownik raczej zgadza się na prostą rozrywkę i nie spodziewa się (poza wyjątkami oczywiście) przy każdym obejrzanym filmiku na YouTubie przeżyć z Antonioniego. A i tak istnieją tam obszary wstydu – różne dla różnych grup odbiorców, ale jednak.

W internecie każdy ma coś, czego oglądania powinien się wstydzić, ponieważ takie zasady panują w jego akurat bańce. Dlaczego ma się wstydzić? Bo w ogóle nie powinien tego oglądać. Bo to głupie, bo to proste, bo to dla dzieci, bo to niemodne, bo to brzydkie i krindżowe. A mimo to ten jakiś ktoś chce to oglądać, ponieważ akurat jego samego to śmieszy i zadowala. Wtedy właśnie pojawia się wstyd. Można zastanawiać się, czy lepszym pojęciem na określenie zjawiska internetowego wstydu nie byłby po prostu snobizm – w końcu chodzi w tym wszystkim o poprawienie własnej pozycji w oczach znajomych, podtrzymywanie statusu osoby inteligentnej, świadomej i obeznanej. Czyli dokładnie o to, co robi snob. Wydaje mi się jednak, że snobizm dotyczy trochę czego innego i jego przejawem jest wynoszenie się ponad media społecznościowe oraz cały umieszczany na nich kontent. A tutaj mowa jest o osobach, które w naturalny sposób akceptują istnienie i korzystanie z mediów społecznościowych, mimo świadomości ich zróżnicowanej jakościowo zawartości. Nawet jednak ci zanurzeni w tym rozrywkowym świecie poruszają się po nim na określonych zasadach, które sankcjonuje wstyd. Snobizm, jakkolwiek szkodliwy, może działać budująco na samoocenę i ego – czujemy się lepsi, jesteśmy ponad. Wstyd natomiast jest zawsze uczuciem dołującym, odbiera przyjemność z przyswajania treści, które nas interesują. Sprawia, że po obejrzeniu ulubionego filmiku mamy poczucie winy i obsesyjnie myślimy o tym, jak ukryć dowody zbrodni.

Oczywiste jest, że takie zachowania istnieją od zawsze, że tworzą się subkultury, że powstają partie polityczne, które bazują na wspólnym akceptowaniu lub odrzucaniu określonych rzeczy. Gdyby w towarzystwie hardkorowych punków ktoś przyznał się do słuchania popu, z wielkim prawdopodobieństwem zostałby wyśmiany. Jednak tu ważny jest kontekst. Wstyd oparty na lubieniu czegoś innego niż grupa, do której się należy, do tej pory formował się zwykle na etapie zdobywania świadomości – dojrzewania. Młodsze dzieci pod tym względem raczej pozostawały w bezpiecznej neutralnej strefie, bo nie dotyczyły ich tego typu wybory. Tym razem nie chodzi jednak o tak złożone zagadnienia jak opcje polityczne, lecz o najprostszą rozrywkę. Dzieciaki opuściły bezpieczną strefę, ponieważ nawet oglądając filmiki na YouTubie dla przyjemności, muszą dokonywać „odpowiednich” wyborów. Wstyd przestał być domeną dorosłych spraw i decyzji, a pojawił się w miejscu, które wydawać by się mogło jest najbardziej otwarte, nieoceniające i swobodne.

TIKTOK

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl jako wywołujące wstyd w wielu grupach, to aplikacja TikTok. Umieszczane na niej materiały to filmiki, które muszą być odpowiednio krótkie, żeby nie znudzić i żeby można było pochłaniać je w dużej ilości za jednym razem. Dodatkowo muszą być w trafny sposób estetyczne lub zabawne, by przyciągnąć uwagę widza w gąszczu innych krótkich wideo. Z tych powodów TikTok zdobył złą sławę jako miejsce przepełnione najmniej wymagającym kontentem – w świadomości internetowych boomerów funkcjonuje jako zbiór tańczących i otwierających usta w rytm muzyki nastolatek. Mimo wiedzy, że wcale tak nie jest, że tak jak w każdym medium są tam po prostu konta mniej lub bardziej interesujące, wśród wielu (zwłaszcza) dwudziestokilkulatków ta aplikacja łączy się ze wstydem, jako mało wyrafinowana, dziecięca rozrywka, na którą poważni młodzi dorośli nie marnują czasu. Tymczasem każdy czasem potrzebuje luzu, a zobaczone gdzieś przypadkiem filmy z TikToka wydają się bardzo zabawne i poważny młody dorosły w końcu je ogląda, lecz ogląda w ukryciu, jak pornosy w trybie incognito.

Ponieważ świadomość tego wstydu jest szeroka, pojawiają się sposoby, by sprytnie go obejść. Dowodem na to mogą być kompilacje tiktoków wrzucane jako jeden filmik na YouTuba i same pojedyncze tiktoki na Instagramie. Wszystko po to, by nie instalując aplikacji, obejrzeć jej zawartość. W młodszej grupie odbiorców TikTok jest na tyle popularny i naturalnie akceptowany, że raczej nie wywołuje takich rozterek.

EKIPY

W przeciwieństwie do TikToka, fenomenem łączącym we wstydzie internetowe pokolenia są zyskujące coraz większą popularność youtubowe „ekipy”, do których w swojej sztuce Influencer szuka żony nawiązuje Maja Staśko. W polskim internecie największe są dwie, obie całościowo oparte na amerykańskim pierwowzorze Team 10 – Ekipa Friza oraz Team X. Działają one dokładnie tak, jak w hiperboliczny sposób ukazała to Maja Staśko – w centrum każdej ekipy jest znany influencer, który przygarnia pod swój patronat mniej znane, ale aspirujące internetowe gwiazdy i wspólnie nagrywają filmy na YouTubie, tiktoki, postują zdjęcia, a od niedawna także nagrywają piosenki. Co najważniejsze i chyba najdziwniejsze zarazem – członkowie ekip mieszkają razem i starają się w swoich filmach tworzyć atmosferę szalonej, ale kochającej się rodziny. Aby utrzymać jak największe zasięgi, postują z dużą częstotliwością, naturalnie więc ich treści nie należą do najbardziej przemyślanych i twórczych. Bazują raczej na aktualnie popularnych trendach, są czysto rozrywkowe, zupełnie tak, jak produkowana przez nich muzyka, która opiera się na trapo-popowej imprezowej mieszance gatunków.

Utwory Ekipy Friza to 3KIPAZAEBYŚCIE. Tekst tego pierwszego podkreśla, że ekipa trzyma się razem, że jest bogatym i nieobliczalnym gangiem, a równocześnie bardzo zgraną paczką przyjaciół. Klip jest właściwie ilustracją tekstu – mamy imprezę na jachcie, w klubie, wszyscy zawsze razem i wszyscy zawsze fajni. Druga piosenka skupia się jeszcze bardziej na podkreśleniu bogactwa, mamy mercedesy, drogie buty i złoto. Równocześnie też każdy rapujący ma tutaj więcej czasu antenowego, możemy poznać konkretnych członków grupy, ale nadal w swojej wyjątkowości podkreślają, że są, no właśnie, grupą.

W przypadku Teamu X i ich najbardziej znanych produkcji muzycznych sytuacja jest prawie analogiczna. Siedem przedstawia członków ekipy i pokazuje, że każdy jest jakiś i każdy staje za resztą murem. W ADIOS dzieje się dokładnie to samo, tylko śpiewają i rapują same dziewczyny – podkreślamy girlpower i siostrzeństwo, czyli trzymamy się razem. POLO GANG korzysta z mody na wyśmiewanie „typowo słowiańskich” cech, przez co jest bardziej humorystyczny i luźny, ale znów chodzi o to, że Team X to zgrana paczka.

Mimo tak widocznych podobieństw utwór 3KIPA Ekipy Friza jest bardzo lubiany, tak na serio lubiany (do tego stopnia, że pobił polski youtubowy rekord w szybkości przyrastania wyświetleń), a piosenki Teamu X „są takie bardziej do śmiania się”, jak określili to czwartoklasiści, z którymi rozmawiałam. Okazuje się, że z innymi postowanymi przez Team X treściami jest tak samo – dzieciaki nie potrafiły powiedzieć mi dokładnie, skąd wynika takie ich przeświadczenie, ale twierdziły, że tego nie ogląda się na serio. Moi rówieśnicy również twardo obstają przy tym, że Teamu X nie oglądają, o tym nawet nie trzeba mówić, to się wie. Podają bardziej złożone powody – bo są tam treści seksistowskie, nobilitujące przemoc i „jest to po prostu głupie”, ale konkluzja jest podobna co u dziesięciolatków – jak już oglądać, to dla śmiechu, broń Boże na serio.

Oczywiście jest to jedynie opinia pewnej grupy i jestem przekonana, że członkowie Teamu X mają również wielu prawdziwych fanów. Jednak nawet istnienie tych kilkorga szyderczych widzów świadczy o tym, że internetowy wstyd istnieje i ma się dobrze. Wstydzimy się oglądać na serio, więc oglądamy ironicznie, z wyższością, ale – wciąż oglądamy. Może bez znajomych patrzących nam przez ramię, obejrzelibyśmy treści Teamu X bez przyklejonego uśmiechu, ale przy świadkach się wstydzimy. Wstydzimy się, że ktoś zobaczy naszego lajka pod ich zdjęciem czy follow na Instagramie. Obserwowanie czyjegoś konta jest dużo łatwiejsze, kiedy klikniemy przycisk „follow”, niż gdy każdorazowo będziemy wyszukiwać nazwę użytkownika. Tyle że taką obserwację widać, a historię wyszukiwania można wykasować. Z tego powodu niektórzy w desperacji zakładają sobie osobne anonimowe konto na Instagramie, które umożliwi bez wstydliwego śladu oglądanie pożądanych zdjęć czy instastories.

PRESJA I BEKA

Dochodzi zatem do sytuacji, gdy hatewatching jest bardziej akceptowany przez grupę osób w naszej bańce niż normalne przyswajanie treści. Z większą aprobatą ze strony grupy spotka się ironiczne oglądanie i dosadne wyrażanie niechęci na forum. Między nami a znajomymi panuje niepisana zgoda na przyswajanie krindżowych lub głupich treści jedynie wtedy, gdy jasno zaznaczymy, że „to dla beki”. Ciekawe, że biorąc udział w tej grze, musimy nieustannie orientować się, co należy oglądać na poważnie, a co jest już tylko lubiane ironicznie. Nie wystarczy już wiedzieć, co lubimy, czego oglądanie sprawia nam przyjemność, musimy jeszcze znać zdanie na ten temat osób wokoło. Trzeba wiedzieć czym należy gardzić z zasady, co można oglądać, ale z jasno wyrażonym negatywnym komentarzem, a co można przyswajać zupełnie neutralnie i cieszyć się tym. Zaobserwowałam, że hatewatching najczęściej uprawiany jest w stosunku do muzyki, w tym właśnie do piosenek Teamu X. Utwór leci na imprezie czy na spotkaniu, ktoś może nawet zatańczy w jego rytm. W trakcie trzeba jednak co jakiś czas zrobić odpowiednią minę dezaprobaty lub powiedzieć „Jezu, czemu znowu to?”. Tak właśnie wstyd kieruje nami, by albo oglądać w ukryciu, albo oglądać, mamrocząc ironiczne uwagi pod nosem, albo – w najgorszym razie – oglądać i pisać szyderstwa w komentarzu pod filmem. Jedyne bezpieczne schronienie to maski ironii i beki, do których przybierania zmuszane są coraz młodsze osoby.

Myślę, że to zjawisko wcale nie jest bardzo nowe, przynajmniej w moim internetowym pokoleniu. Przypomina mi się sytuacja z czasów gimnazjum, która miała miejsce siedem czy osiem lat temu. Wyżyny popularności na YouTubie przeżywał wówczas komediowy kanał AbstrachujeTV. Kilka osób z mojej szkoły kupiło wtedy ubrania z ich sklepu – dresy i bluzy jasno dające znać wielkim napisem „ABSTRA”, że nosząca je osoba ogląda ich filmy. Jednak format odcinków, które tworzyli, szybko zaczęły kopiować inne, mniejsze kanały, bo przynosił widzów i zyski. Abstrachuje przestali być jedyni w swoim rodzaju, trafili do mainstrea­mu i to do tego najgorszego, bo nieoryginalnego. Przez swoją popularność trafili również do starszego pokolenia – ich filmiki zaczęły sobie przesyłać mamy gimnazjalistów. Moi rówieśnicy bardzo szybko wyczuli tę zmianę. Lubienie Abstrachujów stało się niemodne i krindżowe, nikt „na serio” już ich nie oglądał. Byli jak kabaret na Jedynce. Moi koledzy z nowiutkimi bluzami z logiem ABSTRA odwiesili je do szafy. Znajome mówiły, jak bardzo się cieszą, że ich nie kupiły, bo „teraz już z pewnością by tego nie założyły”. Przez wstyd.

Wydawać by się mogło, że to właśnie influencerzy i najbardziej znani twórcy mówią, co robić i co kupić. A jednak nie. To zasługa cichej grupy osób wokół nas, które w swoich osądach są ponad reklamami i decyzjami internetowych gwiazd. To oni mówią, czego warto się wstydzić nawet w beztroskim świecie internetowej rozrywki.

#BEZPRESJI

Od jakiegoś czasu słowem powszechnie używanym jest „hejt”. Używa się go w telewizji śniadaniowej, na lekcjach, buduje na nim kampanie polityczne, nie wspominając o wielu kampaniach społecznych. Przez hejt powstały teksty o tym, jaki to internet jest zły i kradnie rodzicom dzieci. Powstały też kampanie społeczne. Twarzą jednej z takich kampanii (realizowanej przez Państwowy Instytut Badawczy NASK) jest, o ironio, Leksiu – członek Teamu X. Trafiłam na nią, biorąc udział w webinarze prowadzonym przez pedagogów szkolnych, którego tematem były niebezpieczeństwa, jakie mogą spotkać nastolatki w social mediach. Pani pedagog zachwalała kampanię jako odkrycie roku, bo reklamują ją sami influencerzy. Już wtedy wyczułam pierwszy zgrzyt – jak to, influencerzy zarabiający na mediach społecznościowych mają zniechęcać do ich używania? Postanowiłam dowiedzieć się więcej. Jak nazywa się kampania? #BezPresji. Według autorów kampanii ta presja to między innymi „nierealistyczne modele życia prezentowane i promowane na portalach społecznościowych”. Jasne. Jednak według tekstu na stronie NASKu brzmi to tak, jakby tę presję generowały jakieś internetowe potwory, a nawet jeśli rówieśnicy, to wypaczeni i źli. „Często nierealistyczne modele życia prezentowane i promowane na portalach społecznościowych, a także presja ciągłego bycia online mogą mieć negatywny wpływ na kondycję psychiczną nastolatków, ich samopoczucie i samoocenę – ostrzega Anna Rywczyńska, Kierownik Działu Edukacji Cyfrowej NASK.” Lekarstwem na tę wielką presję psychiczną ma być zrezygnowanie z social mediów. Serio. „Chcemy pokazać, że refleksja nad tym, w jaki sposób tworzone są sieciowe profile, ile wysiłku trzeba włożyć w przygotowywane materiały, może pomóc młodym ludziom osiągnąć odpowiedni dystans do liczenia like’ów. Że warto czasem się wylogować, zadbać o swoje zainteresowania i relacje również poza siecią.” Czy naprawdę te wszystkie z pewnością mądre osoby, które brały udział w przygotowaniu kampanii, która „skierowana jest do nastolatków aktywnie korzystających z mediów społecznościowych”, zdołały wymyślić jedynie, że radą dla użytkowników social mediów jest niekorzystanie z social mediów?

Ani razu na stronie kampanii nie pojawia się słowo „wstyd” (sprawdziłam z control + F). A właśnie to słowo wydaje mi się kluczowe do zrozumienia problemu presji. Zasady dotyczące tego, co w naszej bańce lubić należy, a co nie, zostały ustalone wśród jej członków. Jeszcze przed kliknięciem w miniaturkę filmu, zdjęcia czy profilu czujemy, że nie powinniśmy, ale z drugiej strony mamy ochotę – wstyd. Oglądamy i podoba nam się – wstyd. Ktoś ze znajomych dostrzega po obserwacji czy lajkach, że oglądaliśmy – wstyd. To wcale nie działa tak, jak wyobrażają sobie twórcy kampanii #BezPresji, że realny świat jest dobry i bezpieczny, a internet to piekło. Wystarczy nieodpowiednio zareagować wśród znajomych na usłyszaną (w realu!) piosenkę i już mamy problem, już jesteśmy krindżowi. Media społecznościowe są problematyczne w takim sensie, że z zasady oferują przystępną rozrywkę, a wykorzystywana jest ona jako pole do kreowania wstydu i czasem zupełnie absurdalnych zasad w mikrospołeczności. Ale te zasady obmyśla, no właśnie – nasza mikrospołeczność.

Nie wiem, czy biorąc udział w tej kampanii, Leksiu zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno mija się ona z celem, ale jedno jest pewne – nie afiszował się tym uczestnictwem. O #BezPresji można było dowiedzieć się jedynie z opisu pod jednym zdjęciem influencera, a przypomnę, że wstawia on jedno podobne zdjęcie dziennie. Co najlepsze – to konkretne zdjęcie nie jest już widoczne na jego profilu. Może wyrzuty sumienia? A może koniec umowy? Tego się nie dowiemy. Myślałam jednak, że zatrudniając jako żywą reklamę akcji członka Teamu X, czyli grupy najbardziej chyba polaryzującej młodą internetową społeczność, ktoś pomyślał, przeanalizował problem, zobaczył, że ta największa presja ma miejsce jeszcze przed wejściem na YouTuba. Że to wcale nie jest zaplanowana akcja botów, że to nie są jedynie komentarze i lajki. Że presję tworzą najbliższe osoby, czasem najbardziej zaufane.

Niestety NASK tak zachęca nas do dystansu:

W kampanię zaangażowali się instagramowi influencerzy, którzy na swoich profilach zachęcają obserwujące ich osoby do dyskusji i refleksji nad tym, jak mądrze, z zyskiem dla siebie budować własną obecność online, w jaki sposób dystansować się od tego, co dzieje się w sieci. Szczególnie dobry na tę chwilę rozważań wydaje się czas świąt, kiedy aktywność online można zamienić na czas z bliskimi bez pośrednictwa ekranu.

Zatem zamiast martwić się lajkami, zjedz jajeczko i napij się żurku z babcią, po prostu nie używaj dziś tego telefonu. Proste! Niestety nie tym razem.

Naprawdę #BezPresji będziemy dopiero bez wstydu.

Udostępnij

Autorka jest studentką Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.