wwwgo1_-_576.jpg

„Czarnobyl”, reż. Johan Renck, 2019. Kadr z serialu

Inny koniec świata jest możliwy

Małgorzata Szpakowska
W numerach
Październik
2019
10 (755)

Miał się skończyć nie hukiem, ale skomleniem. Albo przy przewiązywaniu pomidorów. Sto lat temu Spengler wydał Zmierzch Zachodu, a niedługo po nim Witkacy wieszczył koniec kultury i nadejście rządów szarej, lepkiej i śmierdzącej masy. Z kolei wiek wcześniej wielebny Malthus ostrzegał, że katastrofą grozi przyrost ludności szybszy od przyrostu środków spożycia – a było to w epoce, kiedy ludzkość liczyła zaledwie miliard osób. Długo zaś przed Malthusem millenaryści między dwunastym i czternastym wiekiem co i raz ogłaszali koniec świata w tysiąclecie przyjścia Chrystusa na świat (obliczenia się różniły). O innych eschatologiach religijnych nie wspomnę.

I nic się nie działo. 

Do czasu. Dziś lasy tropikalne płoną, topnieją lodowce, ziemia wysycha, smog dusi, a nas jest blisko osiem miliardów. Zmutowane bakterie nie reagują na antybiotyki, samoloty rozwlekły po świecie lokalne epidemie. Ryby zdychają dławiąc się plastikiem, giną tygrysy i pszczoły. W marcu 2018 roku w rezerwacie w Kenii zmarł ostatni biały nosorożec.

A na dodatek wszyscy siedzimy na bombie.

Przypomniał o tym angielski serial paradokumentalny 1, wyprodukowany przez HBO i Sky w 2019. Wybuch reaktora w Czarnobylu 26 kwietnia 1986 roku uchodzi za najgroźniejszy wypadek w dziejach energetyki jądrowej. Towarzyszącą mu ponurą aurę spotęgowała jeszcze radziecka polityka informacyjna, próby zatajenia rozmiarów katastrofy, co oczywiście zaowocowało paniką. Do dziś informacje o rozmiarach i skutkach tego wydarzenia są sporne. W wyniku samego wybuchu zginęło około trzydziestu osób, kilkadziesiąt następnych w toku akcji ratowniczych; nie do oszacowania jest liczba tych, którzy wcześniej czy później zmarli na skutek napromieniowania. Ze skażonych terenów wysiedlono mieszkańców, w tym pięćdziesięciotysięczne miasto Prypeć; ewakuowani musieli pozostawić cały dobytek. Próbowano wybić wszystkie zwierzęta. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów utworzono strefę buforową, przez wiele lat (przynajmniej teoretycznie) niedostępną. Teraz jeżdżą tam wycieczki.

Filmów o katastrofach – wieżowców, lotnisk, transatlantyków, a niechby i elektrowni atomowych – było mnóstwo; niektóre także odwoływały się do rzeczywistych zdarzeń. Trudno tu jednak o porównania: Czarnobyl nie jest filmem fabularnym. Ale nie jest też dokumentem, w którym gadające głowy komentują zachowane świadectwa. Jest to dramat dokumentalny w pełnym znaczeniu, sporządzony z wielkim rozmachem i zarazem z wielką starannością. Czy proponowana w nim interpretacja wydarzeń jest zgodna z faktami – tego oczywiście nie wiem i nie mnie to osądzać. Ale na pewno jest to wersja wiarygodna.

Jest również – co w tym przypadku niesłychanie ważne – zrozumiała. Twórcy serialu zadbali o to, by nawet nieprzygotowany odbiorca przynajmniej z grubsza wiedział, o co chodzi i co się w elektrowni stało. Zastosowany sposób jest zresztą znany. Po zaalarmowaniu najwyższych władz profesor Walerij Legasow, główny bohater filmu i rzeczywisty ekspert w ekipie likwidującej konsekwencje wybuchu reaktora, razem z wicepremierem Borisem Szczerbiną lecą do Czarnobyla. Szczerbina, ponury aparatczyk, pyta, jak działa reaktor jądrowy. Uczony tłumaczy: rozszczepienie jądra uranu 235 wyzwala energię, para wodna porusza turbinę, osłona grafitowa pozwala kontrolować proces... Już wiem, jak to działa, już nie jesteście mi potrzebni – kwituje wicepremier. Informacja, której żądał, jest mu zresztą zbędna; rzeczywisty Szczerbina był z wykształcenia inżynierem, a serialowy na finałowym procesie wygłosi kompetentny wykład właśnie na temat budowy reaktora. Sens tej sceny jest inny: stanowi zawiązanie interakcji między protagonistami. Pozwala urzędnikowi zademonstrować, kto tu rządzi. A przy okazji także widzów wprowadza w temat. Ten zabieg powtarza się zresztą kilkakrotnie, na przykład gdy fizyczka z Mińska usiłuje poinformować zwierzchnictwo o groźbie kolejnego wybuchu – tym razem sprężonej pary w zbiornikach pod topiącym się rdzeniem. Tępota naczalstwa, skądinąd prawdopodobna, bardzo ułatwia scenarzystom realizację funkcji dydaktycznych.

Jeszcze kilka słów o wymienionych już protagonistach. Różni ich oczywiście pozycja – Legasow, wybitny uczony, chemik jądrowy, jest praktycznie nikim wobec dostojnika państwowego. Ale jeszcze bardziej różni ich to, że Legasow wie, podczas gdy Szczerbina dopiero się dowiaduje. Nie tego, jak działa reaktor, ale jak działa państwo radzieckie. Można powiedzieć, że jego edukacja stanowi jedną z osi konstrukcyjnych dramatu. Inaczej niż Legasow, Szczerbina jedzie po to, by spacyfikować wzburzone miasto, wygasić panikę, jak najszybciej zlikwidować skutki awarii  i przede wszystkim zadbać, żeby się nie wydało. Na to wszystko wydaje się przygotowany. Ale nie jest gotów na odkrycie, że większość informacji, jakimi będzie dysponował, jest fałszywa.

Wybuch reaktora – jeśli dobrze zrozumiałam – bezpośrednio spowodowany był decyzją inżyniera Diatłowa, który pośpiesznie próbował dokończyć pewien test, nie bacząc na warunki. Zawiniła jego arogancja i przede wszystkim lekceważenie procedur („przepisów nie ma!” – odwarkuje protestującemu współpracownikowi); ale także splot okoliczności, które nie powinny były się wydarzyć (na żądanie lokalnych władz właśnie wtedy zwiększono podaż prądu, która do eksperymentu miała być obniżona; ratunkowy wyłącznik AZ-5 nie zadziałał, bo wyprodukowano go w wersji oszczędnościowej). O tym jednak krok po kroku dowiemy się z rozprawy sądowej w ostatnim odcinku. Wcześniej natomiast odsłaniają się kolejne warstwy chaosu.

Pierwsze, co uderza: fakty się nie liczą. To przede wszystkim. Najprostszy przykład: odczyty z urządzeń pomiarowych, dozymetrów, jak je nazywają w serialu. Na początku  nieoczekiwanej reakcji łańcuchowej podręczny dozymetr szaleje. Pewno zepsuty – orzeka Diatłow. Do mocniejszego najpierw nie ma dostępu (kto ma klucz do sejfu!), ale i na nim skali nie wystarcza; widać też źle działa – mówi inżynier. Strażacy znaleźli kawałki grafitu, dowód rozsadzenia reaktora? Niemożliwe, to beton. Kolejnego dnia po wybuchu dyrektor elektrowni będzie zapewniał Szczerbinę, że Legasow się pomylił i nie ma żadnego zagrożenia: sytuacja jest opanowana i nawet już  mamy listę winnych. I dopiero na wyraźne żądanie wicepremiera organizuje się pomiar właściwym, najmocniejszym dozymetrem. W którym oczywiście również kończy się skala.

Inny przykład.  Przed zbudowaniem „sarkofagu”, którym przykryto reaktor, z dachu elektrowni trzeba było usunąć grafitowy gruz, pozostałość po wybuchu. Do pracy skierowano roboty, coś w rodzaju łunochodów – ale urządzenia sterujące nie wytrzymały promieniowania. Sprowadzono niemiecki robot, „joker”. Też po chwili przestaje działać. Szczerbina dzwoni na Kreml, wściekły: „powiedzcie temu jebanemu Gorbaczowowi...” Dowiedział się właśnie, że importerzy zamawiający maszynę wielokrotnie zaniżyli wartość promieniowania, w jakim robot ma pracować. Bo przecież – wicepremier cytuje rozmówcę – „oficjalne stanowisko państwa brzmi, że ZSRR nie może spowodować globalnej katastrofy”.  Poziom radiacji musi być zachowany w tajemnicy.

To już wrzesień, wicepremier wyraźnie nabrał cech ludzkich.

Zamiast faktów są kłamstwa, a zamiast diagnozy sytuacji są narady. Na pierwszą kierownictwo elektrowni wraz z lokalnymi oficjelami schodzi głęboko do podziemi, chyba do schronu atomowego. Scena jak z radzieckiej sztuki sprzed pół wieku; wszyscy zapewniają się nawzajem, że nic się nie stało i że jest znakomicie. Tylko żeby nie dowiedziała się zagranica. „Jaki dumny byłby z was Lenin. Z waszej troski o lud” – mówi stary towarzysz. Ale nie, nie trzeba ewakuować ludności. Przeciwnie, trzeba zamknąć miasto i odciąć telefony. Jak tajemnica to tajemnica.

Tak się to odbywa na względnie niskim szczeblu. Narady u Gorbaczowa wyglądają jednak podobnie. Imponujące korytarze kremlowskie i ta sama uspokajająca mowa-trawa. I byle tylko Amerykanie się nie dowiedzieli. Podczas pierwszej z tych narad Legasow ze swoją kasandryczną informacją (grafit wykryty przez strażaków dowodzi, że w reaktorze nastąpił wybuch) stanowi wyraźny dysonans. Co więcej, zrugany za obrazę majestatu, upiera się przy swoim. Wygrywa: zostaje wysłany do Czarnobyla. Legasow od początku nie ma złudzeń, katastrofa go nie dziwi, tylko przygnębia; inaczej Szczerbina, który przechodzi ewolucję. Ale od połowy serialu działają już ręka w rękę, razem z mińską fizyczką bez osłonek dyskutują o sytuacji, dzielą się kolejnymi odkryciami, kryją przed podsłuchem. W porównaniu z innymi przedstawicielami kadr kierowniczych są racjonalni. I naprawdę chcą uratować świat przed kataklizmem. 

Ale to wymaga ofiar. 

Podziemny zbiornik wody – ostrzega fizyczka – grozi kolejną eksplozją. Jeśli do niej dojdzie, wybuchną pozostałe reaktory. Rozmiar katastrofy byłby niewyobrażalny. Ściek opróżnić można tylko otwierając zawory ręcznie. A to znaczy, że trzeba posłać ludzi na śmierć. Kto ma o tym zdecydować? Jeszcze jedna narada na Kremlu, decyzja zapada przy milczącej zgodzie Gorbaczowa. Potem zgłaszają się ochotnicy. Trzech ludzi w skafandrach nurków idzie szukać zaworów w podziemiu, brodząc w radioaktywnym ścieku. Długa sekwencja przedzierania się przez wodę kończy jeden odcinek serialu, wraca w kolejnym. Przed wejściem oczekujący; czy tamci przeżyją, czy już zginęli? 

Przeżyli, wykonali zadanie. Historia jest autentyczna, znane są ich nazwiska: Biezpałow, Ananenko, Baranow. Tylko informacje o ich dalszych losach są sprzeczne. Jedne źródła twierdzą, że wszystkich bardzo szybko zabiła choroba popromienna. Inne, że dwóch dożyło emerytury, a trzeci udzielał wywiadów w 2015 roku. A jeszcze inne, że dwóch z nich żyje do dzisiaj. Jakkolwiek było, przysługuje im status bohaterów. Ale bohaterów w historii Czarnobyla było oczywiście więcej, choć na ogół pozostają bezimienni. W zabezpieczaniu reaktora, w budowie betonowego sarkofagu, pod którym pochowano uran z plutonem, i w likwidacji dalszych skutków katastrofy brało udział kilkaset tysięcy ludzi. W tym oczywiście żołnierze, ale także mnóstwo cywilnych ochotników. Wszyscy ryzykowali życiem, nawet jeśli pewne sytuacje wówczas mogły się wydawać bardziej niebezpieczne niż były w rzeczywistości. Twórcy serialu bardzo mocno podkreślają spontaniczną ofiarność ludzi radzieckich. Może czasem, jak dla mnie, za mocno. 

Kiedy już ściek spod reaktora udało się opróżnić, ujawniło się nowe niebezpieczeństwo. Szczątki pogorzeliska mogły się osunąć i przedostać do wód gruntowych. A to groziłoby skażeniem Prypeci i Dniepru i w konsekwencji klęską ekologiczną przynajmniej dla całej Ukrainy. Zdecydowano, że trzeba pod reaktorem wykonać podkop i wzmocnić jego osłonę od spodu, jak w kopalni. I tu z rzeczywistości radzieckiej przenosimy się do westernu. Do załogi kopalni w Tule przybywa minister górnictwa.  Aparatczyk, sztywniak w jasnym garniturze, za nim żołnierze z bronią. Nie mówi, o co chodzi: jechać i już. Hardy przywódca górników odpowiada: nigdzie nie jedziemy. I jeszcze ostrzej, do żołnierzy z asysty: wszystkich nie wystrzelacie. Trwa sprzeczka, w końcu dygnitarz spuszcza z tonu, tłumaczy: przyszedłem po ratunek. I wtedy reakcja jest natychmiastowa: górnicy jak stoją, tak ruszają do Czarnobyla. Tylko każdy mijając ministra czarną łapą klepie go po ramieniu; ubrudzonemu mówi ostatni: teraz dopiero wyglądasz jak minister górnictwa. Scena chwyta za serce: jest oszczędna, męska, naprawdę fajna. Zaraz, a czy w tej kopalni przypadkiem nie pracowali więźniowie? Nie wiem, tylko się pytam.

W każdym razie górnicy z serialu ruszają świadomi niebezpieczeństwa. Kiedy już wyjaśnia się, że chodzi o Czarnobyl, ich przywódca pyta: po co? My wydobywamy węgiel, nie trupy. Potem jednak ich ofiarność nie ma granic. Kiedy temperatura w wykopie przekracza pięćdziesiąt stopni, pracują nago, całym ciałem narażeni na promieniowanie. I podobno to także jest prawda.

Chciałabym być dobrze zrozumiana. Nie śmiem kwestionować ani poświęcenia, ani bohaterstwa tamtych ludzi, którzy wtedy dosłownie ocalali świat, a już na pewno naszą część Europy (Legasow mówi w jakimś momencie, że skażenie mogłoby ustąpić dopiero po upływie dwustu czterdziestu tysięcy lat, bo tyle trwałby połowiczny rozpad plutonu 239). Nie zmienia to faktu, że przy usuwaniu skutków katastrofy bez żadnego umiaru szafowano życiem ludzkim. Mogę jakoś zrozumieć, że na śmierć posłano strażaków, bo w pierwszych godzinach wypadek uznano za zwykły pożar. Że nie ostrzeżono mieszkańców, którzy z mostu czy wiaduktu gapili się na płomienie, a na nich opadał pył radioaktywny. Chaos i dezorientacja zaraz po wybuchu były prawdopodobnie nieuniknione i miały charakter pozasystemowy. Ale akcja trwała wiele miesięcy i do walki z reaktorem posyłano coraz nowe i nowe oddziały. Kiedy pierwszy raz z ust Legasowa padł termin „bioroboty”, pomyślałam, że to wisielczy żart. A tymczasem tam, gdzie zawiodły wszystkie zdalnie sterowane urządzenia, łącznie z „jokerem”, o czym już była mowa, na dach zasypany bryłami grafitu posłano po prostu żołnierzy. Wbiegali na dziewięćdziesiąt sekund, w skafandrach, maskach i ołowianych fartuchach, zrzucali grafit, wracali. Przy promieniowaniu, którego nie wytrzymywały maszyny. 

Tym razem to już nie byli ochotnicy. 

Z drugiej strony jednak – i nie jest to myśl przyjemna – może po prostu inaczej się nie dało. Może w innym państwie, w innym ustroju, gdzie bardziej szanuje się prawa człowieka i życie ludzkie – tak wielkiej katastrofy w ogóle nie zdołano by opanować? Twórcy serialu, choć wskazują nonsensy i niekompetencje w rzeczywistości radzieckiej, do ludzi walczących z kataklizmem odnoszą się z niezmiennym szacunkiem. Podobnie zresztą, jak do tych tysięcy wysiedlonych, którzy ze stoicyzmem i bez protestu opuszczają domy i dorobek całego życia. To przejmujący obraz: fotografowane z góry ciągnące się po horyzont blokowisko, z którego potoki ludzi spływają do podstawionych autobusów. Żadnych awantur, żadnego oporu. Jedyną buntowniczką, jaką oglądamy na filmie, okazuje się starowinka dojąca krowę: nigdzie nie pójdę, ja tu już przetrzymałam cara, bolszewików, Stalina, Hołodomor, wojnę, Niemców, Rosjan. Co mi promieniowanie.  

Tu kłopot. O Wielkim Głodzie na Ukrainie wiedzieli oczywiście ci, którzy go doświadczyli, pośrednio i bezpośrednio; tkwił mocno w narodowej podświadomości. Nie jestem jednak pewna, czy w 1986 roku tak spontanicznie ktokolwiek się do niego odwoływał. I nawet nie chodzi tu o strach – wierzę, że staruszka mogła nie bać się już niczego. Raczej o to, że pewnych słów i pojęć nie było w potocznym obiegu. Wojna? O tak, o wojnie każdy by mówił, i nawet zupełnie inaczej niż nakazywała propaganda. Wielki Głód natomiast wszedł na Ukrainie do powszechnego imaginarium dopiero po uzyskaniu niepodległości. Ale – jeśli mam rację – byłby to jeden z naprawdę nielicznych anachronizmów w tym serialu.

Staruszka z krową była zresztą potrzebna twórcom nie po to, by przypominać o Hołodomorze. Ta scena i jeszcze kilka innych pobocznych wątków wnosi indywidualne losy – widać w ten sposób próbowano uczłowieczyć opowieść. Przez serial przewija się na przykład historia, zresztą autentyczna, strażaka Ignatienki i jego żony; on nie przeżył choroby popromiennej, ona, ciężarna, wbrew zakazom towarzyszyła mu do końca. Dziecko zmarło kilka dni po urodzeniu. W moskiewskim szpitalu umierający strażak, który już stracił wzrok, pyta żonę, co widać za oknem. „Plac Czerwony, Kreml” – odpowiada kobieta, a my widzimy zapyziałe podwórko. 

Ale odwoływania się do sentymentów jest niewiele. Pierwszy odcinek serialu kończy śmierć ptaka, który spadł na chodnik; w środku drugiego oglądamy martwego jelenia. Jeden z wątków jest szczególnie przykry: zabijanie zwierząt w skażonej strefie. Dzikich, oczywiście, ale przede wszystkim domowych: psów, kotów, inwentarza. W oddziale, który się tym trudni, jest debiutant, czuwa nad nim weteran po Afganistanie. Wiedzą, że to, co robią, musi być zrobione; ale jest to chwilami ponad ich siły. Zwłaszcza chłopak źle znosi nowe obowiązki. Nie pomaga mu znieczulanie wódką ani obszarpany napis na opuszczonym budynku: „Szczęście ludzkości naszym celem”. Widza też przy tych scenach trochę skręca – ze wzruszenia, ale bardziej ze wstydu. Okazuje się, że śmierć wielu ludzi trudniej wyciska łzy z oczu niż rozstrzeliwanie kociaka albo przyjacielskiego kundla. 

Niemniej sentymentalnych wtrętów, powtarzam, jest niewiele. Natomiast sporo jest epizodów budujących wiarygodne tło. Pożar gromadzi gapiów, którzy zachowują się jak na pikniku. W laboratorium zaspany chłopak na dzwonek telefonu zrywa się z okrzykiem: „Amerykanie!”. Żona Ignatienki do szpitala wchodzi za łapówkę wręczoną i odebraną z uderzającą naturalnością. Albo taka scena: fizyczka z Mińska przez telefon rozmawia z koleżanką z Instytutu Kurczatowa. „Przylecieli bratankowie” – mówi tamta, „którzy?”, „Simka lat czternaście i Boris pięć”. Fizyczka odkłada słuchawkę, odwraca się do kolegi: „w Czarnobylu gaszą reaktor zrzucając z helikopterów piasek i bor”. Przez telefon mówi się szyfrem i widać, że panie są do tego przyzwyczajone. Tu informacja dla nieuważnych: główny składnik piasku, krzem (silicium) ma liczbę atomową czternaście, bor (borum) – pięć. A Instytut Kurczatowa to moskiewskie centrum badań nad energią jądrową; Legasow był jego wicedyrektorem.

Fizyczka, w przeciwieństwie do protagonistów, jest postacią fikcyjną; sama dokonuje różnych odkryć związanych z katastrofą, a zwłaszcza z jej utajnianiem, podczas gdy w rzeczywistości badaczy współdziałających z Legasowem było wielu. To ona pierwsza alarmuje, że woda w podziemiu może spowodować wybuch; również ona wykrywa możliwość zatrucia wód gruntowych. Jako postacią fikcyjną twórcy serialu mogli nią gospodarować dość dowolnie. Istotnie czyni cuda. A to, choć działa bez niczyich upoważnień, udaje jej się dostać do sztabu w Czarnobylu; a to od umierających na chorobę popromienną wydobywa szczegóły katastrofy; a to dociera do najbardziej utajnionych dokumentów. W końcu nawet (na krótko) aresztuje ją KGB. Jest przy tym dość emocjonalna, prostolinijna, może ponad normy przyjęte w Związku Radzieckim. Występuje jako kontrast dla Legasowa, który – choć nie mniej świadomy zagrożeń – mówi mało, przeważnie milczy, a gdzieś nawet wprost oświadcza, że nie jest bohaterem.

Od początku zresztą pada na niego cień sceny otwierającej serial. Zanim jeszcze pojawi się czołówka, oglądamy mężczyznę w okularach, który kończy nagrywać tekst na dyktafonie. Tekst o powszechnym kłamstwie. Wyjmuje kasetę, ma ich kilka, starannie owija je gazetą. Wychodzi z kubłem do śmietnika, paczkę z nagraniami wrzuca przez okienko do piwnicy. W prześwicie bramy widzi samochód z tajniakiem. Wraca, przygotowuje jedzenie dla kota, patrzy na zegar, czeka. Pierwsza dwadzieścia trzy. Słychać stuk, na podłogę spadają okulary i przez moment widać buty powieszonego.

Legasow rzeczywiście popełnił samobójstwo. Dokładnie dwa lata po eksplozji reaktora. Dlaczego? Dla twórców serialu uzasadnieniem jest nie tylko sama tragedia Czarnobyla, ale i przebieg procesu, który oglądamy w ostatnim odcinku. Propagandowy wyrok dla odpowiedzialnych za nieudany test (dyrektor Briuchanow, naczelny inżynier Fomin i jego zastępca Diatłow dostali po dziesięć lat, pozostałe wyroki były mniejsze) i bezkarność tych, którzy zawinili najbardziej. Czyli czyja? A tu już nie ma prostej odpowiedzi. Po latach przyznano, że wady miał sam projekt reaktora. Zapewne jakość materiałów i robocizna pozostawiały sporo do życzenia (budowę ukończono przed terminem, były za to premie i ordery). Na pewno zaś decydujący dla katastrofy wyłącznik AZ-5 zrobiono z niewłaściwego materiału i na pewno nie tylko przy fatalnym eksperymencie nie przestrzegano procedur. Na pewno też zawiniły cechy systemowe. Utajnienie  niewielkiej awarii z 1975, która obnażyła słabe punkty reaktora (w zbiorze zastrzeżonym biblioteki znalazła się nawet praca na ten temat – lecz bez kluczowych stron, które czyjaś czujna ręka usunęła). Kłamstwa najwyższych władz, które za wszelką cenę usiłowały ukryć katastrofę przed zagranicą – akcja ratunkowa zaczęła się na dobre dopiero wtedy, gdy promieniowanie dostrzeżono w Szwecji. Feudalna struktura, która sprawia, że ludzie boją się podejmować decyzje; najpierw dupokrytka, a dopiero potem namysł, co właściwie można by zrobić. Brak wrażliwości na los mieszkańców skażonej strefy – Legasow kilkakrotnie awanturuje się o poszerzenie obszaru, z którego należy ich usunąć. I tak dalej. W ostatnim odcinku protagoniści mówią o tym wszystkim już całkiem otwarcie. Lecz właśnie ten ostatni odcinek serialu wydaje się trochę wątpliwy.

Nie znam radzieckiej procedury sądowej, ale to, co oglądamy, wygląda mi raczej na Amerykę. Przed wysokim sądem staje Szczerbina. Jako świadek albo ekspert – ale czy radziecki wicepremier w ogóle mógł znaleźć się w sądzie? Szczerbina robi wykład na temat budowy reaktora, na modelu pokazuje kolejne etapy procesu. Po nim fizyczka odtwarza przebieg fatalnego eksperymentu. I na koniec występuje Legasow. Wskazuje konteksty,  tłumaczy, jak mogło dojść do katastrofy. Nie przerywa zeznań mimo protestów sędziego, który próbuje zamknąć rozprawę. Oskarża władze, oskarża system, oskarża wszechobecne kłamstwo. Sąd: inaczej mówiliście w Wiedniu (tam Legasow pojechał ze sprawozdaniem do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej). Legasow: kłamałem. Wszyscy tu kłamiemy.

Z sali wyprowadzają go agenci KGB.  

A dalej jest  cokolwiek jak u Orwella albo Koestlera. Przychodzi towarzysz w cywilu. Mówi: byłeś aktywistą w Komsomole, sekretarzem zakładowej organizacji partyjnej w Instytucie, nie dopuszczałeś do awansu żydowskich naukowców, jesteś jednym z nas. Nic ci nie zrobimy. Nie zabijemy cię, bo to by źle wyglądało po Wiedniu. Zachowasz tytuł i gabinet. Ale będziesz nikim. Nie będziesz miał obowiązków, władzy ani przyjaciół. Inni odbiorą ordery za twoje osiągnięcia. A kiedy umrzesz, nikt tego nawet nie zauważy. Legasowa odprowadzają tajniacy, wsiadają do samochodu. W oddali widać Szczerbinę i fizyczkę. Kamera ucieka wysoko, w szerokim planie jak okiem sięgnąć widać lasy, głos zza kadru mówi o potrzebie prawdy. „A jaka jest cena kłamstw?” Koniec. 

Rozumiem twórców serialu: tą sceną chcieli raz jeszcze po kolei opowiedzieć, co stało się w Czarnobylu. Opowiedzieć widowni, która wie niewiele albo nic. Dla nas to wygląda trochę inaczej: niektórzy z nas pamiętają jeszcze i ten ustrój, i sam wybuch. Nie dziwią nas ubogie mieszkania, prymitywny szpital, gadżety z epoki; u nas może i były trochę lepsze, ale w sumie bardzo podobne. Polska zresztą zachowała się wtedy wzorowo: zanim jeszcze towarzysze radzieccy oficjalnie zawiadomili o katastrofie, u nas już zorganizowano podawanie dzieciom jodu w słynnym płynie Lugola. Do dziś nie wiadomo zresztą, czy to działanie zapobiegawcze było konieczne. Temu, że informacja jest niepełna i bałamutna, nikt się specjalnie nie dziwił. Widocznej paniki nie było, choć różnych opowieści krążyło i krąży mnóstwo. Niewątpliwie jednak wybuch w Czarnobylu mocno wpłynął na postawy Polaków wobec energii jądrowej. Wzmogły się protesty przeciw budowie elektrowni w Żarnowcu, od której ostatecznie odstąpiono po 1989 roku. Pamięć o tym, co się stało w Czarnobylu, do dziś ciąży nad naszą energetyką.

A co z bombą? O sarkofagu, który kryje ciągle aktywny uran i pluton, mówiono, że ma wytrzymać sto lat. Minęło trzydzieści trzy.

  • 1. Pięcioodcinkowy brytyjsko-amerykański serial Czarnobyl, reżyseria: Johan Renck, scenariusz: Craig Mazin, zdjęcia: Jakob Ihre; trójka głównych bohaterów: Legasow – Jared Harris, Szczerbina – Stellan Skarsgärd, fizyczka – Emily Watson.

Udostępnij

Historyczka literatury i kultury polskiej, krytyczka literacki. W 1966 roku rozpoczęła studia doktoranckie na Wydziale Filozofii UW, które przerwało aresztowanie w marcu 1969 roku. W lutym 1970 roku skazana w procesie taterników na trzy lata, wyrok mocą amnestii zredukowano do półtora roku. Doktorat obroniła w 1975 roku w Instytucie Badań Literackich PAN, habilitowała się na Uniwersytecie Warszawskim w 1996 roku, od 2004 roku jest profesorem tytularnym. Od 1972 roku przez trzydzieści lat pracowała w redakcji „Dialogu”. Autorka książek: Światopogląd Stanisława Ignacego Witkiewicza (1976) - nagroda Kościelskich, O kulturze i znachorach (1983), Dyskusje ze Stanisławem Lemem (1996, 1997), Zakorzenieni, wykorzenieni (1997), Chcieć i mieć. Samowiedza obyczajowa w Polsce czasu przemian (2003), Teatr i bruk (2006), „Wiadomości Literackie” prawie dla wszystkich (2012).