skiz.jpg

Gabriela Zapolska „Skiz”, Teatr Telewizji, reż. Olga Lipińska, 1977. Kadr z przedstawienia

Aktorka

Ewa Hevelke
W numerach
Kwiecień
2021
4 (773)

Joanna Szczepkowska urodzona w święto pracy 1953 roku. Córka Andrzeja Szczepkowskiego, aktora, prezesa, senatora. Wnuczka Jana Parandowskiego, pisarza, prezesa, dwukrotnie zgłoszonego do literackiej Nagrody Nobla. Córka aktorki Romy Szczepkowskiej. To mamy ustalone.

Nie mówimy o człowieku, mówimy o personie: stworzonej na kartach autobiografii i w wywiadach prasowych, postaci poskładanej z ról telewizyjnych i filmowych – tych powszechnie dostępnych, znanych raczej z ogólnopolskiej telewizji niż z teatralnych, warszawskich i elitarnych kreacji. Chociaż to na nich buduje swoją artystyczną pozycję, która staje się podstawą kreacji wizerunku popularnego.

Joanna Szczepkowska żyła też w świecie niezwykłym, o czym często wspominała, opowiadając o atmosferze domu rodzinnego, pełnego „wielkich, znanych znajomych rodziców”. Wystartowała niczym petarda: angaż w warszawskim Teatrze Współczesnym i stała obecność na ekranach telewizorów. W ciągu czterech lat od skończenia szkoły zagrała w dwudziestu przedstawieniach Teatru Telewizji oraz kilkunastu filmach fabularnych. Stan wojenny wyhamował rozwój kariery, ale wciąż aktorka pracowała na scenie warszawskiego Teatru Polskiego. Z czasem też wróciła na ekrany telewizorów.

irydion.jpg

Zygmunt Krasiński „Irydion”, Teatr Telewizji, reż. Jan Englert, 1982. Kadr z przedstawienia

Obsadzana w rolach klasycznych, miała emploi naiwnej. Szczera, świeża, młoda twarz dawała się wykorzystać w dramacie nostalgicznym, dramacie mieszczańskim i współczesnym. Efektownie wyglądała w kostiumie Fredry, Czechowa, Zapolskiej. 

W pewnym momencie ten czysty, harmonijny wizerunek zaczyna pękać. Nie są to już efektowne, drugoplanowe kreacje, jak w Moście Jerzego Szaniawskiego (reż. Jan Bratkowski, 1976), Rewizorze Mikołaja Gogola (reż. Jerzy Gruza, 1977), Niespodziance Karola Huberta Rostworowskiego (reż. Jan Świderski, 1978). Nie są to Fredrowskie kreacje w mistrzowskiej konwencji: Rewolwer (1977) i Mąż i żona (1978) – oba spektakle w reżyserii Jana Świderskiego. Znika rys naiwności, pojawia się ton antyromantyczny. Ślad bolesnych doświadczeń, doświadczenie kobiety przekraczającej granice. Oczywiście ciągle jeszcze w roli, oczywiście pod bacznym okiem realizatora i reżysera, ale to już postacie, które walczą o swój indywidualny głos. Wizerunek traci czystość: gładolica Joanna Szczepkowska zaczyna marszczyć czoło.

Mam wielką ochotę powiedzieć, że w tej publicznej personie jest coś z czarownicy – figury niezależnie myślącej kobiety, która ma nieszczęście żyć w czasach, kiedy każde wykroczenie poza ustalony porządek kończy się spaleniem na stosie. W kreacjach Joanny Szczepkowskiej jest tego rodzaju rys: ustawiczne wyskakiwanie poza ustaloną ramę. Robi to rolami, kiedy w rzędzie klasycznych ujęć proponuje taką, która staje w poprzek. Wciąż jednak działa według reguł sztuki, która uwzniośla rzeczywistość, ale i od niej ucieka. 

Okres debiutu i budowania pozycji artystycznej aktorki był momentem politycznych, społecznych i historycznych wzmożeń: jedności społecznej i histerycznej samoobrony reżymu, który upada, choć miał trwać wiecznie. 

Ta historia została przez nią opowiedziana w autobiografii, a przede wszystkim w książce 4 czerwca. 1 To napisana z okazji dwudziestolecia wolnych wyborów 1989 roku, subiektywna historia PRL. To impresje, wspomnienia, migawki z kolejnych dziesięcioleci. To zapis codzienności zachowanej w pamięci dziecka urodzonego w 1953, nastolatki w 1968 roku, obiecującej młodej kobiety w 1976, matki w 1980 i w 1981, dojrzałej i samodzielnie myślącej kobiety w 1989 roku. Stoją w tych wspomnieniach obok siebie i na równi sprawy najistotniejsze, postaci pomnikowe i sprawy szare, tak codzienne, że niezauważalne. Opisane są doświadczenia, które mogły być udziałem jedynie wybranych, i tak powszechne, że uważane za niebyłe.

Joanna Szczepkowska napisała 4 czerwca, by dowieść, że miała prawo wystąpić 28 października 1989 roku w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego i wypowiedzieć sławne słowa: „Proszę państwa, 4 czerwca 89 roku skończył się w Polsce komunizm”. Miała do tego prawo, bo przeżyła w tym systemie całe swoje życie, dokładnie tak samo, jak czołowi politycy dawnej opozycji demokratycznej negocjujący wówczas kształt polityki, która miała umożliwić transformację ustrojową. 

A ja zadałam sobie pytanie: kto tak naprawdę wypowiedział te słowa? Suma jakich postaci i jakich poetyckich lub dramatycznych fraz, wyimaginowanych życiorysów, które ludzie śledzili, szukając wytchnienia i w których przeglądali się, biorąc niejako za swoje lub odrzucając. Mój wybór jest całkowicie subiektywny. Pomija kreacje nagradzane i najbardziej pamiętane. Nie jest to też ich rekonstrukcja czy analiza. To raczej kolaż ról, przede wszystkim z Teatrów Telewizji, i  cytatów z książki 4 czerwca, wspomnień, które z tego okresu pracy aktorki pozostały w pamięci autorki. 

Anton Czechow Trzy siostry (reżyseria Aleksander Bardini, premiera 25 listopada 1974 roku)

Taka płowa blondyneczka. Leży na otomanie jak pusta lalka. Odezwie się jako pierwsza, Irina tęskni za Moskwą. Trzy siostry – dramat niespełnienia. Publiczność ma okazję poznać dwie studentki wydziału aktorskiego warszawskiej PWST: Krystynę Jandę (Masza) i Joannę Szczepkowską (Irina). Pierwsza jest kruczoczarna i posępnie zawiedziona. Druga jaśniuteńka i naiwnie nieskalana. O ile los Maszy jest przypieczętowany nieszczęśliwym małżeństwem i tchórzostwem kochanka, o tyle historia Iriny nie jest jeszcze zamknięta. Joanna Szczepkowska dała tej postaci swoją okrągłą twarz dziecka i niewielki głosik, którym wypowiada socjalistyczno-utopijne hasła o pracy jako drodze do wolności. Nie została baronową Tuzenbach, bo w finale Solony (Jerzy Kamas) jednak zamordował w pojedynku jej narzeczonego (Piotr Fronczewski). Strzelali się o mieszczańsko-romansowe, szkodliwo-kołtuńskie imponderabilia. Miłość Iriny, tak czy inaczej, pozostaje niezagospodarowana. Dziewczyna odda się pracy nauczycielskiej, mało spektakularnej, ale prowadzonej u podstaw, zgodnie z ówczesnym trendem. Będzie Stanisławą Bozowską z gubernialnego Obrzydłówka. Jest w Joannie Szczepkowskiej na ekranie hamowane rozedrganie bardzo odcinające się od rezygnacji Maszy i smutku Olgi (Ewa Ziętek). Żegnamy Irinę jako zdecydowaną dwudziestojednoletnią pozytywistyczną działaczkę, która pokazuje, jak żegnać się z dziecięcymi marzeniami. 

Mówi Joanna Szczepkowska:

Emisja była 25 października. A 24 października pan profesor się z nami spotkał i powiedział: Słuchajcie, pojutrze będziecie bardzo znanymi osobami w tym kraju. I miał do nas wielką przemowę, jak to trzeba znosić – sławę. Jak to będzie… I powiedział: będę was pilnował. 

Film Con amore (reżyseria Jan Batory, premiera 24 maja 1976 roku)

Taka płowa blondyneczka. We wszystkich egzaminach znajdowała się pod kreską, czasami odrobinę nad nią. Jest córką mistrza, mistrz żałuje, że nie ma syna. Chłopaków łatwiej uczyć, trenować na mistrzów. „Z dziewuchami: jak nie romanse, to histeria albo nieszczęśliwa miłość”. Ojciec ma swoich uczniów, z szansą na nagrody w konkursie szopenowskim. A Zosia, cóż: „te tryle nieźle i niezłe zejście basów”, a początek to jeszcze przećwiczą w domu. Andrzej (Mirosław Konarowski) i Grzegorz (Piotr Wysocki) to są jego inwestycje. Zosia im sekunduje, jednego z nich kocha. Andrzej kocha Ewę i jej tytułowo się poświęca. Ale jest jeszcze Zosia i jej poświęcenie. Zosia tylko przez chwilę ma złudzenie szansy na wzajemność. Kiedy siedzą w kawiarni, dziewczyna ma na twarzy jeszcze ten uśmiech oczekiwania, uśmiech, który daje obietnica spełnienia pierwszej miłości. Aż Andrzej się do niej zwraca z prośbą i uniesione kąciki ust powoli opadają. Nieznacznie jednak, na tyle, by schować ból, ale nie pokazać rozczarowania. Zosia z romantycznego wchodzi w tryb samarytański.

Gabriela Zapolska Skiz (reżyseria Olga Lipińska, premiera 10 października 1977)

Taka płowa blondyneczka. Definicyjna Muszka, żona Witusia. Prostolinijne, pyzate dziewczątko, wydane za mąż zgodnie z tradycją i obyczajem. Nie zna życia, ale otoczenie szybko uczy ją reguł. Dziewczyna, zgodnie z konwenansem, odpiera zaloty żonatego kuzyna Tola (Jerzy Kamas) i, zgodnie z modą, w końcu im ulega. Jednak nie trzyma się zasad, wyciąga skiza z rękawa i postanawia nie kryć afektu i realizować pożądanie, które wzbudził w niej kochanek. Wituś (Jerzy Stuhr), dostrzegając poniewczasie wiarołomstwo, staje na wysokości zadania. Oddaje pięknym za nadobne. Odkłada na bok zainteresowania gospodarskie i rzuca się w ramiona żony Tola – Lulu (Anna Polony). Zapolski melanż kończy szczęśliwe utrzymanie pozoru.

Mówi Joanna Szczepkowska:

Od dawna, właściwie od dzieciństwa, mam poczucie, że są we mnie dwie osoby. Jedna wychowana przez rodziców, patrząca ich oczami, świadoma prawdy ich historii, a druga wychowana przez szkołę, otrzymująca piątki z dziejów PRLu, patrząca na świat tak, jak pozwala władza. I właśnie ta druga osoba każe mi odrzucić myśl o posłaniu czegokolwiek do Wolnej Europy. […] Pierwsza osoba szanuje i podziwia osoby, które pracują w tym radiu, a prawdziwe wiadomości czerpie się tylko stamtąd. Druga osoba ma poczucie, że Wolna Europa to wróg zagrażający jej spokojowi i przyszłości. 2

Jan August Kisielewski W sieci (reżyseria Teresa Żukowska, premiera 9 października 1978 roku)

Taka płowa blondyneczka. I taki diabeł w spódnicy. Szalona Julka Chomińska, malarka, uczennica, artystka – to w pierwszych scenach dramatu Jana Augusta Kisielewskiego. Gdyby mogła, w szale uniesień wskoczyłaby na grzbiet rumaka z obrazu Władysława Podkowińskiego. Jednak to mrzonki. Wszak jesteśmy w salonie mieszczańskim przełomu wieków. Julia nie może skrzywdzić pozostałych czterech sióstr, których przyszłość zostałaby naznaczona piętnem skandalu. A do tego zmierzają plany Julii: niezależność, młodopolskie życie dla sztuki, niosą ryzyko, którego Julia nie podejmie. Zrezygnuje ze swojej potrzeby ze strachu przed osamotnieniem. Na Jerzym Borońskim (Grzegorz Wons), poecie żyjącym ponad rzeczywistością, nie można budować. Kiedyś trzeba wziąć odpowiedzialność za życie, a nie karmić się marzeniami. Julia zostanie sędziną i będzie żyła jak w sennym koszmarze, przez całe życie. Ale bezpieczna, w każdym razie zabezpieczona na życie.

Mówi Joanna Szczepkowska:

Kim jestem? Sygnatariuszką protestacyjnych petycji, czy pieszczoszką reżimu? Czy moja nagroda jest dowodem łaskawości władz, czy manipulacją? […] może jestem dla nich nieistotnym stworzonkiem, którego bunt nie ma znaczenia, a może…. może boją się mojej młodości i próbują obłaskawić nagrodami? 3

Stanisław Wyspiański Klątwa (reżyseria Jan Świderski, premiera 10 grudnia 1979 roku)

Kto sprowadził na Gręboszów pod Tarnowem suszę i kto ją później puścił z dymem? Młoda, łamiąca przykazania, naruszająca tabu kobieta, matka dwójki dzieci, kochanka księdza. Ale i kołtunka. Kto sprowadził gniew wsi na głowę Młodej? Ona sama: żyjąc wbrew obyczajom, pognębiła bliźniego, wygnała Dziewkę w panieńskiej ciąży. Osobowość filistersko-dulska czy osobowość mitologiczno-straceńcza, naznaczona niedającym się uniknąć losem?

Młoda sięga po niemożliwe, realizuje prywatne marzenie. Od ponad pięciu lat tworzy dom z kapłanem, pasterzem duszyczek. 

Mówi Joanna Szczepkowska:

Tego dnia wszyscy wierzymy w Boga. Tego dnia nasza dziękczynna modlitwa jest prawdziwym zbiorowym uniesieniem. Z małymi dziećmi na ramionach, z głowami podniesionymi, wpatrzeni w Jana Pawła, jesteśmy tak bardzo razem szczęśliwi, kochający, tacy piękni. Czy to możliwe, że to ten sam tłum, który jeszcze niedawno deptał sobie po piętach, wciskał w ladę, wyrywał staruszkom kule za kilka plasterków wędliny? 4

Stefan Żeromski Przedwiośnie (reżyseria Wojciech Solarz, premiera 9 listopada 1981 roku)

Karolina miała pudla i majątek na Kresach. Kiedy wszystko przepadało, ona była w Warszawie na pensji. Teraz siedzi nad brzegiem jeziora i wspomina miejsca i dawne czasy. Wychowywana do zbytku, pielęgnuje w sobie nienawiść do rewolucji. W majątku Nawłoć zajmuje się gospodarstwem. Na co dzień dogląda kur i gęsi, od święta bierze udział w balach sąsiedzkich. Tańczy na nich kozaka, spauperyzowana arystokratka. 

Mówi Joanna Szczepkowska:

Tak właśnie rozumiem wolność – wybieram to, co jest zgodne z moim temperamentem, z moim indywidualnym instynktem. Teraz jestem matką, łowcą towarów. Teraz muszę stać w kolejkach i zdobywać do jedzenia to, co można dostać na kartki. Obrzydliwe, upokarzające racje żywnościowe. Poza nimi nie ma nic. Na pustych półkach tylko ocet. Cena za Solidarność. 5

Zygmunt Krasiński Irydion (reżyseria Jan Englert, premiera 31 maja 1982 roku)

Kornelia była w obłędzie. Była kapłanką, gorliwą wyznawczynią wiary, chrześcijanką w rozpadającym się cesarstwie Heliogabala. Imperium trzeszczało w posadach, miało jeszcze na tyle siły, by stanąć wobec buntu wznieconego przez syna greckiego monarchy Irydiona. Dla Kornelii to Hieronim. Uczyła go modlitwy, uczyła go wiary, była jego strażniczką i powiernicą. W jej oczach stał się inkarnacją Chrystusa i w jego imię oszalała, wzywała do buntu. Do broni! – krzyczała Joanna Szczepkowska, a jej okrzyk i twarz w zbliżeniu zwielokrotnione i pokazane z kilku perspektyw. Ostatni okrzyk wzniosła patrząc prosto w kamerę.

Mówi Joanna Szczepkowska:

Idę mrocznym korytarzem otoczona zbrojnymi żołnierzami. Idę w długiej powiewnej sukni z jasną szatą na głowie. To nie jest sen. Żołnierze stukają miarowo obcasami jak na paradzie, ich karabiny są w gotowości. Tak zostaję doprowadzona do telewizyjnego studia. 
Irydiona Krasińskiego zaczynaliśmy nagrywać tuż przed stanem wojennym. Po naradach z autorytetami środowiska postanowiliśmy dokończyć to nagranie, mimo stanu wojennego. 6

Film Dolina Issy (reżyseria Tadeusz Konwicki, premiera 20 września 1982 roku)

Gdzie mieszka dusza artysty? W pamięci miejsc wyobrażonych, stale przekształcanej i wzbogacanej. Pamięć wyolbrzymia, przekrzywia i syci się obrazami schematycznymi. Zatem w impresji Konwickiego sielankowe obrazy i postacie snują swoje schematyczne literacko opowieści. Ktoś kogoś pokochał, zdradził, oszukał, wybaczył. Ktoś zabił, ktoś nie przebaczył, ktoś nie zapomniał, ktoś nie zaznał spokoju. Ktoś po śmierć nie odszedł w zaświaty, ktoś nie może żyć, męczony wyrzutami sumienia. Polacy, Litwini, szlachta, chłopi, panowie i służące. Żydzi żyją osobno, we własnym mikroświecie, oddzieleni tradycją, ale istnieją. Są ostatnią nadzieją, kiedy zawiodą wszelkie święte i świeckie metody zwalczenia wyrzutów sumienia. Kiedy morderca Baltazar nie ma już dokąd uciekać, udaje się do nich. Rabin (Joanna Szczepkowska) mówi po hebrajsku, tłumaczony przez pomocników na polski język tekst:

On mówi: żaden człowiek nie jest dobry.
On mówi: co zrobiłeś złego człowieku, to tylko jest twój własny los.
On mówi: nie przeklinaj człowieku własnego losu, bo kto myśli, że ma cudzy, a nie własny los, ten zginie i będzie potępiony. I nie myśl człowieku, jakie mogłoby być twoje życie, bo inne będzie już nie twoje.

Drobniutka postać, skurczona na swoim krześle, otoczona niczym wieżami, zastępem pomocników, gotowych natychmiast ją wyręczyć. Rabin jest odmieńcem, dotkniętym iskrą Bożą. Jest inną jakością, wartością samą w sobie – wartą ochrony, mądrością, dobrocią wszystkich czasów. Tadeusz Konwicki wirusuje Joanną Szczepkowską, jako rabinem, świat Czesława Miłosza. Tymi trzydziestoma sekundami unieważnia tradycyjną reprezentację pamięci o Kresach i sielance dwudziestolecia, która twardo odgradza się od pamięci końca Drugiej Rzeczypospolitej. Jeśli rabin jest w tym filmie kobietą, to cały świat przedstawiony jest na opak. Jedynie słowa i świetlista, delikatna twarz rabina pozwalają wierzyć, że światem rządzą prawa, działające ponad ludzką pamięcią.

Mówi Joanna Szczepkowska:

Tłum, który tutaj próbuje się pomieścić, jest zbiorowiskiem tak różnych środowisk: hutnicy, artyści, lekarze, rolnicy, studenci, a wśród nich człowiek w sutannie, którą zapina, pospiesznie idąc w stronę kościoła. Dopiero tam, wychodząc przed ołtarz, uzyskuje to swoje skupienie, stan ducha, który pozwala mu panować nad tłumem wiernych i cichym, spokojnym głosem modlić się za ojczyznę. 7

Aleksander Fredro Śluby panieńskie, czyli magnetyzm serca (reżyseria Andrzej Łapicki, rejestracja przedstawienia Teatru Polskiego w Warszawie, premiera 30 czerwca 1986)

Ta Aniela jest anielska nie do wytrzymania, na koturnie aktorskiej maniery. Oczy jeszcze szerzej otwarte, wzrok jeszcze bardziej pusty, a symbolizujący niewinność. Ruchy wykonywane pod linijkę: płynnie, tanecznie, ale nie nazbyt chyżo. Głos wyżej postawiony, do granic wytrzymałości piskliwy. Stoi przed nami porcelanowa lalka z wyolbrzymionym, scenicznym makijażem. To tresowana, mechaniczna postać odnajdująca się w konwencji dziewiętnastowiecznego dramatu autora, który nie chciał tymi kajdanami brzękać, jak o Aleksandrze Fredrze mówił Andrzej Łapicki. 

Nie wiośniana Aniela i nie pierwszej młodości Gustaw (Jan Englert) zaproponowali szkatułkową grę. Umowa jest taka: udajemy, że wierzymy w to, co widzimy, akceptujemy to, w czym uczestniczymy. To blaga, żart, naciągnięcie konwencji. Kiedy Gustaw coś plecie, krążąc wokół, Aniela pieczołowicie studiuje wzrokiem długość nawlekanej na igłę nitki, którą następnie pracowicie będzie wbijać w robótkę. Skecz gotowy, miniatura aktorska – pyszna. Ale w tej galopadzie wesołości jest moment serio. Scena pisania listu miłosnego mieści się w kanonie romantycznych scen literatury polskiej. Humor zbudowany jest na nieporozumieniach: Gustaw ukrył przed Anielą, kto jest właściwą adresatką dyktowanych wyznań, Aniela za wszelką cenę próbuje ukryć uczucie dla Gustawa. Tyle że Joanna Szczepkowska w tej scenie ujawnia emancypacyjną porażkę Anieli. Kobieta nosiła gorset konwenansu, realizując fantazję o wzorowej dziewczynie. Niespodziewane jest więc przełamanie, które przychodzi w poniższym dialogu:

GUSTAW Czucia mało; (ucząc ją z uczuciem)
Ja ciebie kocham.
ANIELA (czulej) Kocham.
GUSTAW Zbyt nieśmiało.
ANIELA Ach kocham, kocham.
GUSTAW Coraz lepiej, brawo!
Powtarzaj częściej douczysz się wprawą. 8

Kiedy Aniela wykrzykuje własnym, niepoddanym konwencji głosem, wyznanie staje poza porządkiem Fredrowskiego dramatu. Jest to głos wystraszonej nierozpoznanym uczuciem kobiety, która traci kontrolę nad swoim życiem. Nie chodzi wyłącznie o romantyczną miłość. To także świadomość ostatecznego poddania się konwenansowi: wychodząc za mąż, Aniela zostanie prawnie, społecznie, obyczajowo i tradycyjnie uzależniona od męża. Ale to tylko chwila. Aniela powraca na swoje miejsce i pięć kwestii dalej, z rozmachem i z zachwytem kręci głową, kończąc scenę okrzykiem: „Jak on pięknie pisze!”. I tak jest już do końca.

Publiczność salwami śmiechu witała dowcip Fredrowski, Andrzej Łapicki wspominał, że w czasie tournée kończono spektakle owacjami na stojąco, wiwatami, w atmosferze koncertu rockowego. 9

Mówi Joanna Szczepkowska:

Kwiaty spadają na nas jak kolorowy deszcz. Wydaje się, że na widowni dokonuje się cudowne rozmnożenie, bo kwiatów przybywa, ludzie rzucają w nas bukietami, podchodzą do sceny.
– Dziękujemy! Dziękujemy!
– Kurtyna! – woła inspicjent.

Za czerwoną kotarą słyszymy jęk rozczarowania. Widocznie nie wszystkie kwiaty zostały rozdane. Za co dziękowali? Za piękne role? Za sztukę, która pozwala zapomnieć? Nie. Dziękowali za to, że nie gramy, że nie ma nas w telewizji i w radiu. Za nieobecność. 10

Jean Anouilh Antygona (reżyseria Andrzej Łapicki, premiera 4 maja 1987 roku)

„Antygona to ta mała chuderlawa, która siedzi tam i nic nie mówi. Patrzy prosto przed siebie. Myśli. Rozmyśla o tym, że już za chwilę stanie się Antygoną, że nagle przeobrazi się w chudą i skrytą dziewczynkę, której nikt w rodzinie nie brał na serio, że stanie tam sama w obliczu świata, sama wobec Kreona, swojego wuja, który jest królem” 11 – pisze Anouilh.

Antyczna przypowieść o odwadze przeciwstawienia się władzy, w interpretacji Jeana Anouilha była traktatem o relatywności siły. Kreon (Andrzej Łapicki) nie jest w niej przekonanym o swojej mocy władcą. Jest urzędnikiem w roli króla, który został postawiony w niemałym kłopocie. Ktoś w rozgrywce władza kontra społeczeństwo powiedział sprawdzam! Teraz trzeba pokazać, na co jego majestat stać. Antygona tkwi w uporze, ale już nie w imię boskiego prawa, ale ludzkiej przyzwoitości. Ten upór jest jej siłą, jest inspiracją dla innych i powodem, dla którego Kreon powinien się bać. To jedyna broń przed autorytarnymi zapędami. Władca deprecjonuje akt odwagi dziewczyny, porównując go do instynktu stadnego, który każe odradzać się masie powolnej rozkazom. Antygona podważa tę pewność przykładem jednostki, która zawsze wprowadzi zamęt, zburzy poczucie bezpieczeństwa władcy i nigdy nie wiadomo, z której strony się pojawi.

Mówi Joanna Szczepkowska:

wchodzą razem na salę obrad Okrągłego Stołu, a my siedzimy przed telewizorem, jakbyśmy śnili. Tyle że nasze sny są różne. Mój sen na przykład jest piękny, choć surrealistyczny. Ta mieszanka opozycji z rządem, aresztowanych z ich katami, bitych z tymi, którzy decydowali o biciu. Członkowie jedynej słusznej, rządzącej partii z opozycją polityczną, której w tym kraju oficjalnie nie ma. Komuna była tragicznym kabaretem, jedynym takim w dziejach. To się nie miało prawa wydarzyć, ale się wydarzyło! 12

Joanna Szczepkowska Proszę państwa, 4 czerwca 89 roku skończył się w Polsce komunizm. (Dziennik Telewizyjny, wydanie główne, 28 października 1989 roku)

Proszę pani, od pani debiutu minęło 13 lat. Czy jest to dla pani szczęśliwa 13-tka? Jak pani ocenia ten okres z punktu widzenia zawodowej kariery?
JOANNA SZCZEPKOWSKA: Prawdę mówiąc nic mnie to w tej chwili nie obchodzi. Przepraszam, że tak mówię, ale rzeczywiście własna osoba mnie jakoś nic nie obchodzi. Dzieje się tyle wspaniałych rzeczy i ta nasza rzeczywistość jest taka frapująca i prawdę mówiąc, po trzynastu latach zazdroszczę pani. Ja bym wolała siedzieć tutaj i odczytywać te pierwsze karty Polski pokomunistycznej.

W kilku następnych zdaniach odbył się ping-pong zgrabnych pytań naprowadzających na temat pracy zawodowej i uników wracających do tematu sytuacji politycznej. A potem nastąpił finał.

Mówi Joanna Szczepkowska:

Dyrektor zaprasza panią na kawę. 
Dyrektor siedział przy biurku. Miły człowiek. Kawę podano od razu, a ja skupiłam się na udawaniu osoby w dobrym nastroju. Nie mam pojęcia, co mówił do mnie ten mężczyzna. […]
Chyba lepiej dla pani, że nagrywamy przed Dziennikiem. Zawsze można powtórzyć w razie pomyłki. […]
– A na koniec… – powiedział, wstając zza biurka, chciałem pani podziękować. Tacy ludzie jak pani są nam teraz bardzo potrzebni. 13

Jacy ludzie zatem byli im potrzebni: popularni, z nagrodami? Od 1985 roku Joanna Szczepkowska otrzymywała rocznie co najmniej jedną nagrodę w uznaniu kreacji teatralnych lub filmowych. Popularność zapewniała aktorce obecność w Teatrze Telewizji, gdzie, z przerwami, ale pojawiała się średnio trzy razy do roku w premierowych wystawieniach, nie biorąc pod uwagę powtórek. Resztę zapewniały filmy fabularne i kinowe. Była zatem kimś rozpoznawalnym, ale nie emblematycznym. Jej twarz była powszednia i swojska. Mogła zatem ocieplać wizerunek skompromitowanego medium telewizji publicznej. Obłaskawiona, a zatem sterowalna gwiazda miała uchylić odrobinę ze swojej prywatności, podsumować swoje zawodowe życie. Joanna Szczepkowska z tego zadania się wywiązała, tyle że na swój sposób. Wywinęła się schematowi. Znów zawirusowała, tym razem jednak inaczej. Nie była narzędziem w rękach reżysera, który nabudowywał nią dodatkowe sensy w swoim dziele. Zrobiła to pierwszy raz autonomicznie, samodzielnie i na własny rachunek. Wyszła z ustalonej ramy, przekroczyła zasadę porządkującą. Ona: aktorka. 

Pisał Jacek Sieradzki:

Politykowanie na scenie było rodzajem pokera: kalkulowaniem, jak dalece można się posunąć i do jakiego kamuflażu się uciec, by błysnąć odwagą, zdobyć aplauz widowni i nie narazić się na ingerencje. Wytworzyła się cała szkoła tego typu hazardu, szkoła, której nawyków niełatwo będzie się pozbyć… I oto takie oto wyścigi stały się nieco absurdalne. Jeśli Joanna Szczepkowska najspokojniej do kamery dziennika sunie najstraszliwsze bluźnierstwo, jakie można zafundować eks-establishmentowi – to żaden politykujący teatr już jej nie przelicytuje. 14

Joanna Szczepkowska unieważniła język artystycznego wyrazu, zanim uznani za autorytety producenci narodowych alegorii zdążyli stworzyć nowy. I stali się oni niemi. Odebrano im narzędzie komunikacji. Skoro od 28 października już wszystko w Polsce można było powiedzieć bez owijania w bawełnę, to o czym mają mówić romantyczni wieszczowie w kolejnych inscenizacjach? Kabaretowi mistrzowie jak Stanisław Tym, tuzy polityki jak Lech Wałęsa stanęli bezradni wobec tej naiwnie, niczym Irina w Trzech siostrach, uśmiechniętej kobiety, która zmiotła im sprzed nosa cały kapitał symboliczny okresu przesilenia. 
Nie można było dalej rozgrywać kartą niepewności jutra i ciągłego „stanu przejściowego”, politycznych zmian. Szczepkowska symbolicznie unieważniła podział na „mych i onych”, który wymuszał wzięcie odpowiedzialności za kształtowanie życia społecznego, politycznego i przez to – artystycznego. 

Mówi jedna z osób, które to wystąpienie widziały:

Wystąpienie p. Joanny Szczepkowskiej […] było dla mnie i dla wielu moich przyjaciół niezwykle sympatyczne. Zapewniło nam humor i poczucie optymizmu na kilka co najmniej dni (co w dzisiejszych czasach nie jest bez znaczenia). Dlatego zaskoczeniem była dla mnie wypowiedź Stanisława Tyma („Gazeta Wyborcza” nr 127). Jeżeli niekonwencjonalna, pełna wdzięku, zaangażowania i humoru wypowiedź w nudnawym DTV budzi zgorszenie, nie świadczy to, że jesteśmy narodem intelektualistów, ale sztywnych ponuraków. 15

Co powiedział Stanisław Tym? W trzech akapitach wysnuł wnioski ze stwierdzenia Joanny Szczepkowskiej, wskazując precyzyjnie, co do godziny daty „skończenia ustrojów”: wspólnoty pierwotnej, niewolnictwa, feudalizmu i kapitalizmu. Tekst zaś kończy zdaniem:

Ciekawostkę stanowi fakt, że wszystkie ustroje kończyły się u nas w dni parzyste między 16.00 a 19.00. Prawidłowość historyczna czy przypadek? Mam nadzieję, że poważnie myślący odłam aktorek polskich zdoła wkrótce rozwikłać i tę zagadkę. 16

Dywany kwiatów, transparent z wiwatującym hasłem przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego, anonimowe rozmowy z przechodniami, ale i anonimowo przysyłane obelgi, stały się po raz kolejny nieodłącznym elementem życia aktorki 17. Po raz drugi spełniły się cytowane na początku słowa Aleksandra Bardiniego. Joanna Szczepkowska 29 października 1989 była znów „bardzo znaną osobą w tym kraju”.

Wojciech Młynarski List do Ordonki (wykonanie m.in. w koncercie Wspomnij mnie, czyli graj mi piękny Cyganie, dwudziesty siódmy Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, 1990)

W 1990 roku, w czterdziestą rocznicę śmierci, z honorami, przeniesiono szczątki Hanki Ordonówny z Teheranu na Powązki. Tym samym pieśniarka Warszawy, legenda dwudziestolecia międzywojennego „powróciła do domu”. Wojciech Młynarski przygotował dla telewizji okolicznościowy program artystyczny, gdzie popularni artyści estradowi oraz aktorzy i aktorki śpiewali piosenki z repertuaru Ordonki oraz z programów przedwojennych kabaretów i rewii.

Joanna Szczepkowska mówiła monolog Wojciecha Młynarskiego. Oda do Ordonki była wyznaniem aktorki, która z rozmarzeniem i zazdrością opisuje tamten świat artystyczny. Rozpoczyna od apostrofy: „Pani Hanko! Jak ja chciałabym być pani koleżanką”, dalej niejako wcielając się w pieśniarkę opowiada o życiu, w którym traktowana jest jak królowa, dyktuje warunki autorom, dyrektorom, obraca się w wirze pracy artystycznej kabaretu i filmu, wyznacza styl gry i rzuca na kolana publiczność melodramatycznymi wyznaniami na ekranach kin.

Joanna Szczepkowska, owinięta w różowe, ale w gruncie rzeczy skromne boa, w płytkim kapeluszu z szerokim rondem na głowie, odsłoniętymi ramionami i czarnej sukni jest imitacją blichtru Ordonki. „Pazłotkową” rzeczywistością stroju, która udaje legendarny przepych kostiumu. I byłby wiersz wdzięcznym żartem o przepaści, która dzieli diseusę, diwę szalonych lat Drugiej Rzeczypospolitej, i aktorkę magistra lat dziewięćdziesiątych, gdyby Joanna Szczepkowska nie powiedziała:

Jednak muszę coś dodać
I niech taka myśl list skończy
Że jednak, droga koleżanko
coś nas łączy.
Nie głos, niestety, nie majątek w Wileńszczyźnie
Lecz to, że obie chcemy przydać się ojczyźnie.
Pani zbierała w czas inflacji, i ja zbieram
Pani dla swego, a dla swego ja premiera.
Niechaj to jedno nas połączy węzłem babskim
I oby Balcerowicz się okazał Grabskim. 

Po wystąpieniu w Dzienniku Telewizyjnym Joanna Szczepkowska znów wróciła do roli pozornie naiwnej „tylko aktorki”. To odpowiedź na ataki ze strony mniej lub bardziej anonimowych autorów listów i tekstów publicystycznych: 

Z faktu tego płyną wszelako określone konsekwencje, których być może nie uświadamia sobie do końca bohaterka jednego z wydań DTV. Na przykład konsekwencją upadku komuny w Polsce będzie upadek – jak dobrze pójdzie – połowy teatrów, ponieważ tylko w realnym socjalizmie możliwe było utrzymanie za państwowe pieniądze około stu ansambli na etatach. 18

William Shakespeare Poskromienie złośnicy (reżyseria Michał Kwieciński, premiera 7 maja 1990)

Szekspirowska Kasia jest, nie mówi. Szekspirowska Kasia wrzeszczy i miota się nieopanowanie. Wpadła w sidła misternie splecionej intrygi mężczyzn, jest narzędziem w ich małych interesach i wielkich rozgrywkach politycznych. Jest towarem, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć. Zatem kiedy nadarzył się kupiec Petruccio (Janusz Gajos), ojciec się nie zawahał. Kasia albo będzie grać według reguł, choć postawionych na głowie, albo umrze zamorzona głodem i pozbawiona elementarnych środków do życia.

Zatem Joanna Szczepkowska gra w tę grę. Już w Teatrze Powszechnym zagra, wbrew sobie i sensom, za to według wyobraźni reżysera, Szekspirowską Julię (Romeo i Julia, reżyseria Andrzej Wajda, premiera 7 kwietnia 1990).

Serial Panny i wdowy (reżyseria Janusz Zaorski, premiera 11 listopada 1992)

Joanna Szczepkowska w tym serialu była potomkinią dzielnych kobiet polskich, których losy śledzimy od upadku powstania styczniowego po zwycięstwo 1989 roku. Na ekranie pojawiają się najpopularniejsze ówcześnie aktorki różnych pokoleń od Mai Komorowskiej – nestorki rodu Lechickich, przez Ewę Dałkowską, Katarzynę Figurę, Marię Gładkowską. Kolejne Zuzanny, Eweliny i Karoliny, bo te imiona kobiety otrzymywały w spadku, spełniały obowiązek zachowania pamięci niepodległościowej ofiary i tradycji szlacheckiego domu. Czy na emigracji w Paryżu, czy na zesłaniu na Syberii, w łagrze, czy w internowaniu – rys niezłomności i wierności Bogu i ojczyźnie dominował w narracji. 

Joanna Szczepkowska była Zuzanną II, działaczką Komitetu Obrony Robotników, internowaną w stanie wojennym, której mąż siedział w więzieniu, a córeczka została umieszczona w domu dziecka. Po przełomie 1989 roku wraca z córką Karoliną (Joanna Trzepiecińska) do majątku i odzyskuje go dla rodziny Lechickich.

Joanna Szczepkowska Goła baba (reżyseria Agnieszka Glińska, premiera 5 kwietnia 1997)

Jest eteryczną kobietą w błękicie i toporną babą z bazaru. Joanna Szczepkowska mówi po raz drugi swoim własnym głosem. Rozwiesza poetycko parasolki, niczym krucha porcelanowa lalka z porządku teatralnej iluzji. Albo rubasznie bezpośrednia, groźna, obca, inna – w takiej okrutnie sztucznej i wysłużonej peruce złączonej ze sfatygowanym kapelutem. Tak się podglądamy nawzajem. Nowi „my i oni” podzieleni linią statusu majątkowego i wykształcenia. 

Mówi Joanna Szczepkowska:

Kiedy pociąg ruszył, a ja wróciłam na miejsce, jej już nie było. Była na szczęście moja torebka, był płaszcz, ale … nie było już różowego boa. Spojrzałam przez okno i zdążyłam jeszcze zobaczyć tamtą kobietę, która oddala się bardzo szybko z małego dworca. Potem przez całą podróż myślałam tylko o niej. Nie wyglądała na złodziejkę, była zupełnie przeciętną, zmęczoną kobietą. I nagle taka nieodparta potrzeba posiadania czegoś takiego jak różowe boa. Zresztą może potrzebne jej to było na jakiś bal dla córki, nie wiem, ale wyobraziłam ją sobie jak zostaje w domu sama, przymierza przed lustrem swoją zdobycz, jak staje się kimś ze swoich marzeń. 19

Wolna Polska? (akcja performatywna kolektywu Czarne Szmaty, Biennale Warszawa, premiera 4 czerwca 2019)

KAROLINA MACIEJASZEK: Naszym gościem jest dziś ikona, bohaterka, posłanniczka politycznych wiadomości, pani Joanna Szczepkowska, Witam panią.
JOANNA SZCZEPKOWSKA: Dobry wieczór.
KAROLINA MACIEJASZEK: Proszę pani, od zakończenia komunizmu minęło trzydzieści lat. Czy była to szczęśliwa trzydziestka? Jak pani ocenia ten okres?
JOANNA SZCZEPKOWSKA: Prawdę mówiąc…. Po trzydziestu latach… nie zazdroszczę pani.

wolna_polska.jpg

„Wolna polska?” Czarne szmaty, Biennale Warszawa, 4 czerwca 2019. Fot. Facebook.com

 

  • 1.  Joanna Szczepkowska 4 czerwca, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.
  • 2. Szczepkowska 4 czerwca, op.cit., s. 148.
  • 3. Tamże, s. 159.
  • 4. Tamże, s. 171.
  • 5. Tamże, s. 180.
  • 6. Tamże, s. 194.
  • 7. Tamże, s. 195.
  • 8. Aleksander Fredro Śluby panieńskie, czyli magnetyzm serca, Teatr Telewizji, 1986.  
  • 9. Andrzej Łapicki Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984-2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 54.
  • 10. Szczepkowska 4 czerwca, op.cit., s. 209-210.
  • 11. Jean Anouilh Antygona, przekład Jadwiga Dackiewicz, egzemplarz ZAiKS.
  • 12. Szczepkowska 4 czerwca, op.cit., s. 218.
  • 13. Tamże, s. 252.
  • 14. Jacek Sieradzki Pułap, „Polityka”, przedruk w: „Odgłosy” nr 51/1989.
  • 15. Krystyna Bohr, Toruń Ci ponurzy intelektualiści, wycinek, teczka osobowa Joanny Szczepkowskiej, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.
  • 16. Stanisław Tym Prawidłowość czy przypadek?, „Gazeta Wyborcza”, 3-5 listopada 1989.
  • 17. Joanna Szczepkowska Wygrasz jak przegrasz, Wydawnictwo Demart, Warszawa 2014.
  • 18. Sceptyk Niedyskretny urok demokracji, „Zdanie” z dnia 11 grudnia 1989, wycinek, teczka osobowa Joanny Szczepkowskiej, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.
  • 19. Szczepkowska Wygrasz jak przegrasz, op.cit., s. 56.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 2019 roku. Absolwentka Szkoły Głównej Handlowej oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Redaktorka Encyklopedii Teatru Polskiego. Stale współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, Teatrem 21, Muzeum Teatralnym. Współautorka filmów found footage w projekcie „Teatr Publiczny. Przedstawienia”.