litwinowicz_byszewski_parczewska.jpg

Janusz Byszewski, Maja Parczewska. Fot. D. Witczak

Powiązania. Notatki z warsztatów Majki Parczewskiej i Janusza Byszewskiego

Małgorzata Litwinowicz
W numerach
Marzec
2021
3 (772)

Laboratorium Edukacji Twórczej to instytucja, która zasługuje na monografię, a Majka Parczewska i Janusz Byszewski – twórczyni i twórca Laboratorium to osoby, których biografię twórczą trzeba by opowiedzieć na wiele stron. Ten szkic nie jest studium ich działalności; jest zbiorem obrazów, przez które chciałabym odtworzyć pewien widok.

***

Uczestniczyłam w zajęciach LETu jeden raz w życiu. To jest chyba tak, jak w znanej bajce: „Czy to dobrze, czy to źle?”. Znaczenia rzeczy nie układają się tak prosto i nie zawsze są wyraziste, wiele z nich odsłania się z czasem i być może to jest jakiś rys ich pracy, który można nazwać regułą.

Wydaje mi się, że to było na czwartym roku studiów polonistycznych (czyli jakiś 1996), na pewno w ramach specjalizacji „animacja kultury”. Zapisałam się na warsztat z listy, nazywał się „Projektowanie sytuacji twórczych”, prawdę powiedziawszy nie pamiętam, czy tak bardzo pociągało mnie projektowanie lub też twórczość, czy raczej pasowała mi fajna godzina w środku dnia i że zajęcia będą w Centrum Sztuki Współczesnej.

Już to, że w wielkiej i oficjalnej galerii można było przesmyknąć się na jakieś „zaplecze” było atrakcyjne, a sam wstęp do Sali Laboratorium był nieźle ekscytujący. Rozumiecie. Sala. Laboratorium. Brzmienie tych słów ze wszystkimi echami i obietnicami, które jeszcze wtedy dźwięczały jak cymbał brzmiący. Zwłaszcza że była to Sala Edukacyjna, ale mnie się wydawało, że i tak Laboratorium. 

To pierwsze spotkanie zapamiętałam jako sekwencję dwóch działań.

Pierwsze: opowieść Majki o tym, że ważne są relacje i rozmowa. I żebyśmy teraz zrobili taki oto eksperyment: zwrócili się ku osobie, która siedzi po naszej stronie (naprawdę, nie pamiętam czy prawej, czy lewej, to nie miało żadnego znaczenia) i żebyśmy znaleźli w tej właśnie sali kąt, żeby ze sobą rozmawiać. O sobie, co słychać, co teraz robimy. Nie pamiętam imienia dziewczyny, z którą byłam w parze, chyba nigdy się potem nie spotkałyśmy na wydziale, ale pamiętam jej twarz i nasze wspólne przejęcie, wysiłek rozmowy i poczucie, że z minuty na minutę coś się naprawdę wydarza, chce nam się gadać, jesteśmy dla siebie ciekawe (gdy o tym piszę, to sądzę, że może to wyglądać jak opis speed-datingu przekrzyżowanego z pomysłami Mariny Abramović).

litwinowicz_sztuka_w_ruchu02.jpg

Maja Parczewska „Przepisy na życie i sztukę”. Fot. Zbyszek Gozdecki

Napiszę też jeszcze, że zanim nastąpiła ta studencka rozmowa – zanotowałam gdzieś w głowie rejestr głosu Majki. Nie mam na to słowa, powiedziałabym „airy” – „napowietrzny” – jakby wszystko było wypowiadane na palcach i jakby każde, absolutnie każde słowo było sednem i sercem, przesłaniem i misją, zjawieniem i obrazem. Misją. Owszem, brzmi to jak studium egzaltacji; niezwykłość tego zdarzenia polega jednak na tym, że coś tam się wtedy zadziało takiego między ludźmi, że chcieli ze sobą gadać.

Każda osoba prowadząca zajęcia wie, jak trudna do zbudowania jest sytuacja bezpieczeństwa rozmowy.

Od moich czasów szkolnych, od czasów wcześniejszych, od Komisji Edukacji Narodowej nic się nie zmieniło i nie zmienia: na zajęciach i kursach, seminariach i warsztatach mamy odruch „mówienia do pani”, ewentualnie do pana. Adresatem intelektualnych i werbalnych usiłowań jest postać nauczyciela, który wybiera spośród chętnych lub wyznacza spośród niechętnych, przyjmuje odpowiedź i nagradza ją oceną – nawet jeśli jest nią „ocena otwarta”, czyli pełne zrozumienia i zadowolenia kiwanie głową, podjęcie wybranych wątków wypowiedzi i zatwierdzenie ich do dalszej rozmowy określeniem „to interesujące, co pani powiedziała”. Sam pomysł, by uczestnicy zajęciowej grupy rozmawiali tylko ze sobą i by zachować doświadczenie, nie kwitując go „wnioskami” był dla mnie wtedy czymś odmieniającym, czymś, z czym się nigdy wcześniej nie spotkałam. I prawdę mówiąc – prowadząc rozmaite zajęcia, nieprzerwanie od dwudziestu lat myślę o tamtej sytuacji jako czymś uniwersalnie ważnym. Oddanie pola nieocenianej rozmowie, zbudowanie podpór dla żywej komunikacji – to jest naprawdę coś. Nawet jeśli komunikacja ta jest ograniczona w czasie i w ogóle krótkoterminowa, nie prowadzi ku żadnej stałości i jeśli ceną za całość jest wrażenie egzaltacji. Umówmy się, nie jest to wysoka cena.

Druga część tamtych zajęć to była instalacja (nie znałam tego słowa i nie za bardzo się wtedy odnajdywałam w opowieści o sztuce współczesnej). Parkiet Sali Edukacyjnej w CSW jest ułożony we wzór dużych kwadratów. Za pomocą odpadów papierniczych (skrawki papieru z jakichś innych działań) mieliśmy wyrazić siebie na jednym z kwadratów – można było przyklejać, budować konstrukcje, wydzierać liter – chyba nie. Zarejestrowałam to ćwiczenie jako problematyczne: otwarte i dowolne, a jednak – jak się potem okazało – realizowane w konkretnym języku estetycznym. Intymne (wejrzyj w głąb siebie), a jednak wystawione na ogląd i omówienie. Niewykluczające, a jednocześnie unaoczniające, że w grupie są osoby, dla których wizyty w CSW były częścią edukacji domowej, a może nawet i szkolnej, oraz takie, którym kłopot sprawiało odróżnienie przedmiotów w otoczeniu Centrum i zaklasyfikowanie ich do właściwych kategorii: instalacji artystycznych i instalacji elektrycznych. Była to dla mnie niezła lekcja ostrożności i przypomnienie o tym, że nie ma światów bez reguł wstępu. Może też tego, że różnic w kulturowym kapitale nie da się zagłaskać półgodzinną rozmową i układanką z wydzieranek. Nawet jeśli rozmowa jest autentyczna, wydzieranka osobista i naprawdę rezygnujemy ze stopni z plastyki. Wydaje mi się to naraz surowe i uczciwe – doświadczenie tego, że wszyscy możemy się otworzyć, ale nasze komunikaty będą różne formalnie. Jedne – skonceptualizowane i dojrzałe na tyle, że mogłyby od razu znaleźć swoje miejsce w galerii. Inne – nieporadne i brzydkie, w intelektualnej i estetycznej konstelacji grupy przypominają autorowi/autorce o tym, że nie zawsze załapujemy się od razu. Może z czasem tak. Ale nie od razu. 

Nie mam pojęcia, jak Majka Parczewska i Janusz Byszewski odbierają hasło „czułość”, które od czasu noblowskiej mowy Olgi Tokarczuk zawładnęło wyobraźnią i słownikiem sporej społeczności, a zaraz potem zostało przetworzone w wielość pododmian, dość jednak zhomogenizowanych. Szczerze powątpiewam, by była to relacja serdeczna i bezkrytyczna. Na końcu bycia ze sobą i ze światem jest przecież taka chwila, w której pokazujemy to, cośmy wymyślili, sejsmograficzny zapis naszych odczuć. Świadomość tego, że generuje on ludzkie wrażenia i klasyfikacje, które układają się rozmaicie i nie zawsze dla nas korzystnie, jest ważna.

 

Tak czy tak – myślę, że lekcja, do której można wrócić z żywą myślą po wielu latach, ma swoją wartość. Zwłaszcza że nie jest to lekcja traumy i bezradności (co się nam przecież dzisiaj coraz częściej pokazuje jako autentyczna zawartość jednocześnie brutalnie i amatorsko prowadzonych rozmaitych twórczych procesów „przekraczania siebie”). Była to pełna napięcia lekcja niejednoznaczności i tego, że rozmaite pojęcia nie zawsze chodzą ze sobą w parze oraz tego, że otwarcie pola do twórczej wypowiedzi nie oznacza sentymentalnego zachwytu nad każdym wyrazem naszej wrażliwości. I może też to, że różnica może nie być raniąca oraz że niczego nie musimy uzgadniać, a przede wszystkim – nie musimy się podobać ani sobie nawzajem, ani też pani czy panu.

Później zawsze widziałam pracę LETu właśnie w ten sposób – trochę z daleka, fragmentarycznie, czasem przez udział w drobnych działaniach, czasem przez słuchanie opowieści o rozmaitych akcjach.

Przywołam jeszcze dwie, które szczególnie zapadły mi w pamięć.

Pierwsza to akcja, którą Majka realizowała z grupą polsko-szkocką. Nie pamiętam szczegółów, ale była to dłuższa praca, której końcową formą były znaki i słowa pisane przez uczestników tego projektu na „plastrach” z pnia ściętego drzewa. Sam proces zostawiania śladu, własnego znaku może być bardzo silnym doświadczeniem. Tamta praca zamknęła się w sensie dosłownym – wspólna decyzja uczestników zajęć była taka, by złożyć na nowo pień drzewa z fragmentów, na których są ich zapisy, i nie wystawić tego zapisanego wnętrza na publiczny ogląd. Mimo upływu lat i zacierających się szczegółów tamtej akcji wracam do niej myślami często – jako do zdarzenia, które dawało szansę przeprojektowania czegoś w myśleniu, szansę na odejście od zmory pokazu i rezultatu. Nigdy nie myślałam o tym jako o geście odcięcia, odwrócenia się od oglądów innych ludzi; raczej jako o formie, która mówi, że mamy prawo do chronienia tego, co chcemy ochronić. Do realizacji pracy, której treść pozostaje niedostępna; do ciszy zamiast krzykliwości pokazu. Coś jest w tym fajnego, w wyobrażaniu sobie, że efekt pracy teatralnej czy muzycznej mógłby być etiudą z milczenia (co skądinąd – przecież się zdarzało), a wizualność może dawać nam sygnał o tym, że coś pozostaje ukryte i niewyrażone. Dobra, zbliżam się do strasznej chwili, w której wciska się w klawiaturę zdanie „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, ale tak to często bywa z rozmaitymi procesami i poruszeniami, że ujawnione (także przez werbalizację) stają się banałem. 

Inna akcja, którą tutaj przywołam, to 10 ważnych słów – działanie realizowane przez Majkę i Janusza wiele razy i w różnych okolicznościach. Uczestnicy tej sytuacji piszą na paskach papieru dziesięć ważnych dla siebie słów, spinają je w rodzaj książeczki. A potem – wędrują od człowieka do człowieka i przeglądają te książeczki – zaznaczając, zapamiętując czy rozmawiając o tych słowach, które okazały się wspólne. Jest to proste, realizowane minimalnymi środkami działanie, które daje pewne poczucie połączenia, stania na tym samym gruncie, wspólnoty doświadczeń. Brałam udział w tym działaniu jako doktorantka, współorganizująca dla polsko-litewskiej grupy studentek objazd poświęcony animacji kultury i LET znalazło się na końcu naszej intensywnej trasy odbywającej się po całej Polsce. I tak się złożyło, że jedna z uczestniczek tej sytuacji nie znalazła ani jednego wspólnego słowa z nikim z grupy. Trzeba też powiedzieć, że większość słów zapisanych na tekturowych paskach miało pozytywny wydźwięk; wiązały się one z doświadczeniami i wartościami, takimi jak miłość czy przyjaźń, jeśli kolor – to raczej czerwień niż zgniłozielony, jeśli coś o ciele, to raczej oddech niż choroba. Zgromadzenie kolekcji takiej, w której pojawiały się złość, żal, nieporozumienie, bury, zimno, nie chcę etc. (to nie jest rekonstrukcja tamtej sytuacji, tylko zbiór przykładów) było jednak konsternujące. Z tamtego warsztatu to ze mną zostało – poczucie nieprzystawalności uczestniczki, próby ułożenia tej sytuacji w „dzisiaj jest taki dzień”, „czasem tak jest, że człowiek nie przystaje”. I to też wynoszę jako ważną naukę, bo do dziś tamta sytuacja jest dla mnie źródłem pytań: o to, czym w ogóle jest otwartość między ludźmi, zwłaszcza ta, która rozgrywać się ma w ramach określonych instytucjonalnie (czyli na przykład na ćwiczeniach i warsztatach prowadzonych przez instytucję akademicką czy instytucję kultury)? Czy w przypadku projektowania sytuacji twórczych można mówić o autentyczności, faktycznie się jej spodziewać oraz wiedzieć, czym ona jest i jak się z nią obchodzić? Jak naprawdę zwalniać ludzi z „odpowiadania pani”? I czy to ma aż tak wielkie znaczenie, skoro rozmaitych odpowiedzi – na pytanie o dziesięć ważnych słów i na wiele innych pytań – udzielamy zawsze w jakiejś relacji; zawsze istnieje horyzont oczekiwań, widmo normy i w ciągu warsztatu trwającego dziewięćdziesiąt minut niekoniecznie jesteśmy gotowi i ochoczy wobec konfrontacji z samą sobą, bo a nuż się okaże, że ta wersja siebie, którą właśnie chcielibyśmy przyjąć, jest akurat teraz, a może i na zawsze jednocześnie nudna i wściekła. Czym jest prawo do odmowy i wywrotowości? Oczywiste jest, że czytam te wspomnienia przez bardzo współczesną perspektywę teatralnego #MeToo w Polsce. Nie mam poczucia, że na zajęciach LETu nie było stopni, hierarchii, castingów i grania kapitałami kulturowymi. Ale, kurczę, oni przynajmniej dyskursywizowali swoją pracę.

Pewnie pięknie byłoby napisać, że przy okazji tych twórczych działań pokazało się sedno sprawy i odpowiedzi na pytania, o których piszę – stały się jasne. Niestety, a może na szczęście, nic takiego nie zaszło. Pytania zostały, razem z jakimś rodzajem ostrożności wobec namawiania ludzi, by najważniejsze dla siebie rzeczy zapisywali na karteczkach i zrobili z tego instalację.

***

No właśnie, karteczki.

Brałam udział w wielu warsztatach i spotkaniach twórczych (nie mówię już tutaj tylko o LET), w których kluczem do otwierania myśli było zapisywanie czegoś na czymś: idei na kartonie, marzeń na karteczkach post-it, życzeń na zwitkach chowanych potem w jakiejś dziupli czy wieszanych na drzewie i tak dalej, życiowych haseł na talerzach. 

Gdy piszę ten zupełnie niebadawczy i nieoprzyrządowany metodologicznie tekst – żywa jest nadal emocja, która towarzyszyła mi wielokrotnie w czasie intensywnej pracy w dziedzinie animacji kultury, i narastająca niechęć wobec parademokratycznej formy, którą jest hasłowanie myśli – niezmierzające jednak do formy czy syntezy. Myślałam nawet kiedyś o napisaniu tekstu „Smutek animatora kultury stojącego nad stolikiem z karteczkami samoprzylepnymi”. Pewnie to jest bardziej tekst niż obraz – człowieka stojącego z tymi wszystkimi przystępnymi narzędziami na wielkim rynku czy ruchliwej ulicy, miejskim podwórku czy dworcu i oferującego przechodniom instant zbawienie przez sztukę: wyraź siebie jednym słowem; napisz, tu, na tej karteczce, daj ją innym ludziom, wymień się z nimi, każdy artystą, a ludzie wspólnotą, odważ się.

I tak, dokładnie to myślę – że jest to balansowanie na linie, z której spaść można w dwie przepaści: w jednej siedzi Paulo Coelho i dyskurs poradnikowy, zgodnie z którym mamy odnaleźć siebie i być szczęśliwi w obecnym świecie, jakikolwiek by on był (a jest jaki jest); w drugiej siedzi kapitalizm z ludzką twarzą i mówi „Bądź sobą” – ciąg dalszy hasła jest znany, a jednorożce najjaśniejszych intencji nagle okazują się chodzić w kieracie zysku i efektywności. Te dwie przepaści na końcu łączą się zresztą za pomocą przesmyku, wąwozu czy co tam komu wyobraźnia podpowiada.

I tak właśnie chcę napisać: z mojej perspektywy wiele działań LETu to działania nieudane. Nie przyciągnęły tłumów, nie przyniosły zmiany, którą można by jakkolwiek odnotować. Przyszły i poszły, były i minęły. Zadziały się, uniósł je wiatr.

Wypada więc zadać pytanie: czy trzeba tu szukać pociechy? Dowodzić trwałości, forsować opowieść o gruntownej zmianie w społecznościach i grupach, które brały w tej pracy udział. Nie, chyba nie. „Przegraj lepiej” jest uczciwym hasłem na sztandarze tej pracy.

Udostępnij