wwwmaciej_aleksy_dawidowski_fontanna_politechnika_warszawska.jpg

Maciej Aleksy Dawidowski pseudonim „Alek”

Honor i konkret

Kornelia Sobczak
W numerach
Wrzesień
2019
9 (754)

1.

„Spór o Conrada” to właściwie spór pozorny. Racja jest dawno przyznana, a raczej – dawno odmówiona. W roli czarnego charakteru obsadzony został Jan Kott, który umoczywszy się w czerwonej farbie stracił na zawsze, a przynajmniej na bardzo długo (bo jeszcze chyba nie odzyskał), możliwość bycia wysłuchanym, przeczytanym, wziętym na serio i przemyślanym. Konsensualne stanowisko, zrutynizowana wiedza o tym sporze wygląda dziś mniej więcej tak: Jan Kott, członek PPR, komunista 1, redaktor „Kuźnicy”, kulturalnego organu nowej władzy, publikuje w pierwszym numerze „Twórczości” bezpardonowy atak na wizję etyczną i moralną zawartą w książkach Josepha Conrada, z Lordem Jimem na czele, a tak naprawdę, atakując Conrada, atakuje formację poakowską, pokolenie Polski Walczącej, owe „diamenty wystrzeliwane do wroga w walce o niepodległość” 2. Atakuje z pozycji marksistowskich, materialistycznych, a więc pozbawionych racji metafizycznych, ułomnych, płytkich, próbując zdezawuować całą przedwojenną kulturę polską. Trochę hiperbolizuję, ale nie aż tak bardzo.

2.

Andrzej Mencwel nazwał spór o Conrada „kryptodyskusją” – „dyskusją zaszyfrowaną, pod której wierzchnią warstwą skryta została warstwa druga, co najmniej równie ważna” 3. Wydaje się jednak, że w latach 1945-1947, kiedy publikowane były najważniejsze polemiki z esejem Kotta, ta podskórna istota dyskusji nie była wcale taka „krypto”: kwestia związków twórczości Conrada z moralną lub etyczną oceną pokolenia akowskiego, z tragedią powstania warszawskiego leżała właściwie na wierzchu. Sam Kott w zakończeniu swojego eseju mówi przecież wprost, o co mu chodzi – przecież nie tylko o krytykę literacką i nie o historię recepcji Conrada w Polsce. Czy może inaczej – Kott wie, że krytyka literacka jest tylko punktem wyjścia do pytań o wzory kultury, o współkształtowany przez literaturę typ myślenia i sposób postępowania. W Polsce zaś, pisze Kott, „w imię honoru i wierności nazywano zdrajcami tych, którzy podjęli walkę o wolność, jak w imię honoru i wolności doprowadzono do całopalenia Warszawy” 4

Wprost pisze też, o co chodzi, Maria Dąbrowska, najważniejsza adwersarka Kotta, autorka szkicu Conradowskie pojęcie wierności, opublikowanego na łamach dwutygodnika „Warszawa”. O to, że „Kott, rozprawiając się z «wiernością» Conrada, rozprawia się z «wiernością» bohaterską Polski podziemnej, walczącej przez pięć i pół lat [!] z Niemcami” 5, po czym staje w obronie inkryminowanego pokolenia. Muszę parę słów o tych łamach. W Bibliotece Uniwersyteckiej można je jeszcze zobaczyć, można jeszcze ich dotknąć: są pożółkłe, kruche, wyblakłe. Nie mówcie nikomu, powinny zostać wycofane i zmikrofilmowane, zabrane daleko od niedelikatnych rąk czytelników, ale jakimś prawem przeoczenia w procesie cyfryzacji i modernizacji jeszcze się trzymają, choć ledwo. Strona tytułowa pierwszego numeru jest zupełnie oberwana, tuż pod nagłówkiem Cios w serce, i odsłania Pieśń o obronie Warszawy Jana Szczawieja – redaktora naczelnego pisma. 

O świetne, białe miasto, o dumna stolico, 
Tu wolności duch żyje, tędy kroczą dzieje, 
Tu flagi narodowe świecą nad ulicą, 
Tu ludzie są szczęśliwi, tu każdy się śmieje. 
Tu Wisła modrą wstęgą pośród miasta płynie, 
Łącząc zachód ze wschodem, wiążąc los nasz z morzem.
[...]
O mogiły żołnierskie na środku chodnika, 
O krzyże z dwóch gałązek, o hełmy na grobie, 
Któż wie, ile światłości taki grób zamyka, 
Ile żołnierskie serce ma wieczności w sobie? 
O ruiny, od szczytów rozdarte do dołu, 
I jak widma straszące pożogą różową, 
O strzaskane pomniki, o burzo popiołu, 
Z muzeów, z bibliotek, ciągnąca nad głową, 
O trupy niesprzątnięte, o zacięte twarze [...]
Nie podbiją Warszawy krzyżaccy zbrodniarze.

Pieśń dumna, piękna i niekrótka okolona jest właśnie drobnym maczkiem refleksji Dąbrowskiej – pół strony drugiej, cała trzecia owijająca się wokół Pieśni i jeszcze kawałek czwartej. Kiedy Dąbrowska kończy, zaczyna Anna Kowalska, ale co zaczyna? Nie wiem, nie pamiętam, nie zwróciłam uwagi, tylko nazwisko zostało w kadrze telefonicznego zdjęcia jako świadectwo wspólnoty myśli, uczuć i łamów właśnie. Ze zmartwiałej, zmurszałej, trudno czytelnej i sypiącej się płachty, wydanej i kolportowanej w majowej Warszawie 1946 roku, wśród gruzów, pyłu i ruderalnej roślinności, można wyczytywać żywość i autentyzm tamtego sporu toczonego zaraz po wojnie: na ruinach, wśród ekshumowanych zwłok, w odradzającym się mieście i ledwo zaczynającym odbudowę kraju, gdzie walka zbrojna wcale się przecież nie zakończyła. Tu kolejna dygresja, zestawienie obrazków bez komentarza – kiedy Zdzisław Najder kreśli łuk od Conrada do Herberta („Bądź wierny, idź”) i przypomina późny wiersz tego ostatniego, Wilki, „wiersz o tragicznym końcu antykomunistycznej partyzantki, [który] jest Conradowskim z ducha spojrzeniem na niedawną historię Polski: 

nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność 
w głębokim śniegu wiecznie konać 6

przypomina mi się, co pisał Kott w jednym ze swoich publikowanych w „Przekroju” felietonów: 

Linia podziału? Nie szukajcie jej daleko! Jest w Zakopanem willa, gdzie mieszkają ocalone od śmierci sieroty żydowskie. Nad bezpieczeństwem życia bawiących się żydowskich dzieci pięcio-, siedmio- i dziesięcioletnich, musi czuwać milicjant z automatem w ręku. Co czterdzieści minut piętnaście miesięcy po wojnie ginie z ręki bandytów człowiek w wolnej Polsce. Nie mówcie mi o idealizmie i materializmie, o wolności prasy, o cywilizacji zachodniej. Walczcie o zapewnienie bezpieczeństwa życia wszystkim ludziom w Polsce. 7 

Antygona, Elektra, piękna twarda wierność na nieopłakanym śniegu, uniwersalne wartości i dostojny rytm wiersza kontra publicystyczna zjadliwość, żarliwa „demagogia”, żydowskie sieroty – wypadek przy pracy żołnierzy wyklętych. To zestawienie nie może przecież wypaść na korzyść Kotta. I nie mogło się dobrze dla niego zakończyć – przynajmniej jeśli chodzi o przynależność do narodowego panteonu myślicieli – opowiedzenie się po stronie komunizmu (jakkolwiek byłby rozumiany), tak jak nie skończyło się dobrze dla Tadeusza Borowskiego – podobnie jak Kott zajadłego, bardziej jeszcze gniewnego, również przesadzającego, napastliwego i bezkompromisowego, podobnie nieprzyjemnego w czytaniu. A może nawet – podobnie niemożliwego w czytaniu, bo przecież nie będziemy na serio traktować tych z półki z napisem „ukąszeni Heglem, ugryzieni Marxem, skompromitowani pepeerem, uwaga, niebezpieczeństwo, nie zbliżać się bez stutysięcznych «ale»”. Bo co, jeśliby się okazało, że obaj mieli trochę racji, albo nawet więcej niż trochę, i ten świat, nasz świat, jest naprawdę źle urządzony, postawiony na głowie, a nasza kultura i nasze wartości raczej umożliwiają wartki strumień przemocy poprzez dzieje, niż kładą mu tamę? 

Ale wróćmy do głównego wątku, czyli do sporu. Co banalne, lecz ważne – spór toczony był w warunkach względnej jeszcze wolności wypowiedzi, na pewno przed narzuceniem doktrynalnego gorsetu i zaostrzeniem cenzury. Kotta przedstawia się jako agenta i aktywistę nowej władzy wyposażonego we wszelkie przywileje do walki z zahukanymi obrońcami tradycji, ale w listopadzie 1945 roku to raczej jego wypowiedź wymagała cywilnej odwagi. Miał trzydzieści jeden lat, był raczej nieznany, przed wojną nie zdążył wyrobić sobie nazwiska. Kiedy Dąbrowska mu replikowała, czyniła to z pozycji może nie mentorskiej – to nie byłoby w jej stylu – ale na pewno z pozycji autorytetu. Dużo liczniejsze były głosy niezgody na Kottowskie czytanie Conrada (Antoni Gołubiew, Stefan Kisielewski, Józef Chałasiński – i to tylko w kraju, nie wspominając o wypowiedziach na emigracji) niż próby pójścia za jego –  a niechby i – prowokacją wymierzoną w polski wzorzec postępowania. 

3.

Zanurzenie sporu w historycznoliterackiej formalinie i odłożenie na półkę z napisem „najważniejsze polskie polemiki krytycznoliterackie” tylko wzmocniło jego pozorność. Redaktor świeżutkiej (Poznań 2018) antologii Spór o Conrada 1945-1948 8 od początku gra znaczonymi kartami i nawet nie udaje, że przedstawia dyskusję, co do której przedmiotu czytelniczka będzie sobie mogła sama wyrobić opinię po zapoznaniu się z tekstami źródłowymi. W tym ustawieniu nie mamy do czynienia z, powiedzmy, krytyczną interpretacją twórczości Josepha Conrada, ale z „atakiem”. Kott nie polemizuje, nie pyta, nie dyskutuje, lecz właśnie atakuje, jako „jeden z najaktywniejszych krytyków literackich, zaangażowanych po stronie formacji komunistycznej”. Dlaczego właśnie Conrad staje się przedmiotem ataku? Redaktor tomu i autor szkicu wstępnego wyjaśnia: bo atak na Conrada to atak na tradycję i dorobek Drugiej Rzeczypospolitej, bo Conrad był lubiany przez Żeromskiego, bo upominał się o polską niepodległość, bo Lord Jim był ostatnią lekturą marszałka Piłsudskiego. Nie ma w tej wizji miejsca na swobodę myślenia, uprawianie refleksji historyczno-literackiej, filozoficznej czy kulturowej zostaje sprowadzone do wąsko rozumianych uwarunkowań politycznych, do zależności instytucjonalnych. Dostaje się „Kuźnicy” jako pismu marksistowskiemu, ba, dostaje się nawet „Czytelnikowi” jako „koncernowi realizującemu politykę kulturalną nowych władz”, a cała treść artykułu O laickim tragizmie zostaje sprowadzona do „zwalczania wszelkich imponderabiliów” 9, co w intencji autora tych słów, Wiesława Ratajczaka, wydaje się ostateczną dyskredytacją – imponderabilia nie są od tego, by je kwestionować, a co dopiero zwalczać. 

Podobnie zresztą pisał dziesięć lat wcześniej Stefan Zabierowski: 

Bezpośrednio po wojnie reprezentanci nowej, totalitarnej władzy i wspierający ową władzę intelektualiści usilnie zwalczali tzw. postawę conradowską. Stanowiła ona bowiem – w ich przekonaniu – moralne zaplecze antykomunistycznej opozycji i wewnętrznej emigracji, szczególnie w kręgach inteligenckich. 10

Takie postawienie sprawy właściwie uniemożliwia pójście tropem myśli Kotta. A może jednak warto zadać ostrożne pytanie: co by było, gdyby udać się śladem Kottowej prowokacji? Czy jego zakwestionowanie Conradowskiego rozumienia wierności i heroizmu może być dzisiaj aktualne? 

4.

Najczęściej przytacza się cytaty z końcowej części Przeciw heroizmowi. Mocne słowa o heroizmie głupoty, uporze osła, o tych nieszczęsnych armatorach, do których jeszcze wrócę, i o wierności niewolników: 

Pesymistyczny heroizm? Nie! Heroizm głupoty. Heroizm osła ciągnącego wóz po podminowanym moście. Heroizm bez słów, bez pozy, nawet bez wewnętrznej świadomości, heroizm, który jest tylko wiernością. Dobrze, ale komu i czemu? Właścicielom? Moralności zawodowej, która graniczy tutaj ze ślepym automatyzmem rutyny? Conrad odpowiedziałby – wierność samemu sobie […] Mamy tutaj niewątpliwie świadomą degradację heroizmu, odsłonięcie go z wszelkich obsłonek, odjęcie mu wszelkich uzasadnień oprócz jednego: potwierdzenia wewnętrznego hartu człowieka. 11

Owszem, takie słowa irytują, wywołują emocje. Prowokują. Ale chyba właśnie po to zostały napisane, z nadzieją, że prowokacja zakrawająca na świętokradztwo skłoni do przemyśleń. Nie można jednak specjalnie się dziwić, że w krajobrazie świeżych ran, tych w ciałach, w budynkach i w tkance społecznej, budziły sprzeciw i oburzenie. Tylko że to słowa najmocniejsze, konkluzja długiego wywodu, która jednak, w późniejszych przytoczeniach, będzie służyć za dyskredytację dyskredytującego. 

5. 

Kott pisze szkic porównawczy, zestawia ze sobą literaturę Josepha Conrada i, raczej w tej dyskusji pomijanego, André Malraux. Pisze o samotności bohaterów obu pisarzy, o niemożności międzyludzkiego porozumienia, które zdaje się wyznaczać ludzką kondycję: „samotność ludzka jest najbardziej pierwiastkową cechą tego tragicznego świata, ontologiczną, chciałoby się powiedzieć, przesłanką istnienia człowieka” 12, ludzie są w nim „jak zamknięte i nieprzenikalne monady, którym odjęta jest wszelka możność wzajemnego zrozumienia”. Jest to wizja mroczna i nużąca. Kruchej moralności, delikatnemu światu wartości, które bohaterowie noszą w sobie, nieustannie zagraża uparte fatum. „Stałe zagrożenie porządku moralnego przez mściwy i nieubłagany los, przez napór żywiołów i instynktów, przez nieznane prawa widowiska jest może najbardziej istotną cechą laickiego tragizmu Conrada.” 13

Przed przystąpieniem do pisania tego tekstu postanowiłam odrobić lekcję i przeczytać raz jeszcze Lorda Jima, choć zabierałam się do tego, jak pies do jeża, mając w pamięci gehennę nieudanej lektury licealnej i męczące lekcje o Jimie i Conradzie. Zupełnie nie rozumiałam wtedy, wcale nie po gombrowiczowsku, ale po ludzku, dlaczego mamy się zachwycać Jimem, który opuszcza tonący statek i skacze do szalupy, a potem ma wyrzuty sumienia. Niestety, po piętnastu latach od tamtej pierwszej lektury boleść i tragedia Jima wciąż budzi we mnie sprzeciw, niezrozumienie, bunt i znużenie. No ile można się tak ze sobą certolić? Ba, tym razem nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że i sam narrator – a nawet dwóch narratorów, ten pierwszy oraz ten drugi, czyli Marlow – traktuje Jima z ciepłą i życzliwą, ale jednak drwiną, kiedy pisze o jego młodzieńczych marzeniach i kreśli wizje życia wewnętrznego: 

Stanowisko jego było na samym szczycie masztu i często spoglądał stamtąd z pogardą człowieka przeznaczonego do błyszczenia wśród niebezpieczeństw na spokojne dachy domów […]
Na dolnym pokładzie, wśród gwaru dwóchset głosów zapadał w marzenia i z góry przeżywał historie zaczerpnięte z opisów podróży morskich. Zdawało mu się, że ratuje ludzi z tonących okrętów, odcinając maszty przy huku nawałnicy, że trzymając się liny walczy z bałwanami […]. Spotykał się z dzikusami na podzwrotnikowych wybrzeżach, uspokajał bunty i w małej łódeczce rzuconej na łaskę oceanu podtrzymywał na duchu zrozpaczonych towarzyszy. Zawsze był wzorem człowieka oddanego swym obowiązkom, zawsze niewzruszony – jak bohater w książce. 14  

„Jak bohater w książce”. Jim, kolejny bohater literacki, który czyta i któremu lektury projektują marzenia, a może i jedyną możliwą wizję siebie samego. Już na „Patnie”, chwilę przed wypadkiem, który tak gorzki kres położy jego wyobrażeniom o sobie i jego oczekiwaniom na sposobność do wykazania się bohaterstwem, Jim zostaje przez narratora niemalże wystawiony: 

„Jak on równo idzie” – pomyślał Jim ze zdziwieniem, z jakimś uczuciem wdzięczności za ten spokój morza i nieba. W takich chwilach myślał o spełnieniu wielkich czynów: kochał te marzenia i wierzył w powodzenie swych wielkich zamiarów. Były one najlepszą cząstką jego życia, jego tajemną prawdą, ukrytą rzeczywistością. Cechowała je dumna męskość, urok nieokreśloności, poprzedzały go krokiem bohaterskim; unosiły z sobą jego duszę i poiły ją boską ambrozją bezgranicznej ufności w siebie samego. Nie było rzeczy, której by nie mógł stawić czoła. (s. 8)

„Urok nieokreśloności” – to celne opisanie młodzieńczej, męskiej potrzeby bohaterstwa. Jim jest na katastrofę gotowy wewnętrznie, niech będzie nawet – moralnie, ale zupełnie nie – praktycznie. I jeśli jesteśmy już przy tej analogii do powstańców warszawskich, do młodzieży okupacyjnej, to im też nie brakowało hartu ducha i dumnej męskości, brakowało natomiast zmysłu praktycznego, uważności na konkret, wyszkolenia, broni, umiejętności. Nikt nigdy nie odmawiał im osobistego męstwa. Ale rzadko pytano o jego sens, o jego wymiar społeczny, kolektywny, o tych, co umierali razem z nimi niekoniecznie męsko i niekoniecznie bohatersko, i niekoniecznie pytani w tej sprawie o zdanie. 

Ale o tym jeszcze za chwilę. Jeszcze zostańmy przy Jimie. O czym jest Lord Jim? Co Jim robi i czego nie robi? Kiedy zdaje sobie sprawę, że „Patna” zatonie, że stanie się to bardzo niedługo, po prostu stoi. I stoicko czeka na śmierć. Nie boi się jej wcale i to ma zaświadczać o harcie jego ducha. Nie stara się ratować siebie, ale – no, zwróćmy wreszcie na to uwagę! – nie stara się ratować nikogo. Wie, że szalup jest za mało na ośmiuset pielgrzymów, nie podejmuje więc próby choćby częściowej akcji ratunkowej, etyczny utylitaryzm (uratować kogo się da) nie wchodzi w grę. Przecina wprawdzie liny trzymające szalupy na pokładzie, ale nie budzi śpiących pielgrzymów, nie wznieca alarmu. Wyniośle przygląda się szamotaninie reszty załogi z łodzią ratunkową. „Nic innego nie pozostało tylko utonąć z parowcem. Nie było potrzeby przeciwdziałania temu, bo po co? Czekał w milczeniu, zesztywniały w pojęciu jakiejś bohaterskiej dyskrecji.” (s. 37) No a potem, w jakimś zamroczeniu, oszołomieniu, wbrew sobie – skacze, skazując się na wieczne (samo)potępienie. No trudno, stało się. Ale co czuje Jim, gdy dowiaduje się, że „Patna” ocalała? Nie czuje ulgi: jednak żyją, jednak się uratowali, jednak osiemset osób nie poszło na dno! To jest dla młodego, szlachetnego Jima zupełnie nieistotne, istotne jest tylko to, że sam zachował się tchórzliwie, że zmarnował sposobność do wykazania się.

– Ach, jakaż sposobność zmarnowana! Boże mój, jak zmarnowana! – krzyknął, ale to ostatnie słowo brzmiało jak jęk wydarty bólem. 
Znów siedział w milczeniu, strasznie tęsknym wzrokiem patrząc w dal, jakby szukając tej zmarnowanej okazji odznaczenia się; rozwarte nozdrza zdawały się chwytać upajającą woń tej zmarnowanej sposobności. […] Widziałem w tym spojrzeniu, wlepionym w ciemną noc, jak cała jego wewnętrzna istota przeniosła się do pełnego złudzeń państwa bohaterskich aspiracji. Nie miał czasu żałować tego, co stracił, całkowicie i naturalnie odczuwając to, czego mu się nie udało otrzymać. (s. 31) 

Marlow, opowiadacz tych słów, ma pełen rozczulenia dystans do Jima, ale przecież na serio przejmuje się jego tragedią, tragedią jego nadwerężonego honoru, a w boleści i samoudręczeniu Jima jest tyle urażonej miłości własnej, tyle egocentryzmu, tyle ślepoty na ludzi wokół, tyle, jak pisze Kott, „samotniczej pychy”, że rzeczywiście wymaga to cierpliwości. W Lordzie Jimie Conrad zdaje się traktować męskie sumienie w rozterce z całą czułością i powagą, której odmawia wszystkiemu innemu i wszystkim innym. To wręcz nie może być na serio. No bo w Lordzie Jimie mamy do czynienia z sytuacją odwrotną niż w końcówce eseju Kotta. Jim uchybia wierności, nie zachowuje się jak trzeba i cierpi, ale w gruncie rzeczy przecież nic się nie stało, pasażerowie statku przeżyli, nie było tragedii! W „całopaleniu Warszawy” – odwrotnie. Tragedia była właśnie dlatego, że wyobrażeniom o męstwie i wierności nie uchybiono. Że przestrogę Jima zrozumiano, że posłuchano wezwania „czyń lub giń!” 15.

Nie wiem, czy Conrad czytał wcześniejszy o sto lat Rękopis znaleziony w Saragossie, w którym Jan Potocki parodiował hipertrofię honoru w stosunkach międzyludzkich, czy raczej – międzymęskich 

W wojsku hiszpańskiem – czytamy w Rękopisie – podówczas panował punkt honoru posunięty do najwyższego stopnia, który mój ojciec jeszcze za niedostateczny uważał i w istocie nie można mu tego brać za złe, gdyż prawdę mówiąc, honor powinien być duszą życia wojskowego.

Kiedy przypadkowy podróżny wyprzedza na drodze powóz van Wordena, ten czuje się urażony, spirala honorowości i grzeczności nakręca się, dochodzi do pojedynku pełnego wzajemnych uprzejmości, w rezultacie którego van Worden zostaje ciężko ranny, ale pojedynek jest początkiem pięknej przyjaźni. Sam Conrad napisał opowiadanie Pojedynek – historię głupio i przypadkowo zaczętego zatargu pomiędzy dwoma oficerami armii napoleońskiej, który ciągnie się przez piętnaście lat. Mądrzejszy z nich, D’Hubert znajduje wreszcie sposób na przerwanie absurdalnego kręgu honoru i pojedynkowej epopei, której głupoty jest całkowicie świadom, i z której nie czerpie żadnej specjalnej satysfakcji. To opowiadanie piękne i zabawne, naprowadzające na trop, że może jednak polska recepcja Conrada okazała się zbyt powierzchowna. 

6. 

„Mówiliśmy o «sytuacjach conradowskich». Nawet ci, którzy nie przeczytali nigdy ani linijki z jego książek” – pisał we wzruszającej i bardzo osobistej apologii Conrada i pokolenia wojennego Jan Józef Szczepański. To lapidarne i przenikliwe podsumowanie potęgi literatury, która oddziałuje nawet nie będąc czytaną, a może właśnie tym bardziej, im bardziej czytana nie jest. „I okazało się, że Jim był jednym z nas – w naszym własnym świecie. I dzięki temu Joseph Conrad też stał się jednym z nas”. Być może w tym cały problem – że za bardzo wzięto sobie do serca Jima, a za mało do głowy Conrada. Że polska recepcja dzieła pisarza poszła w stronę uproszczonej afirmacji honoru i narcystycznej fiksacji na własnej godności? I może to właśnie szczególnie zajadle atakował Kott? Mówi dalej Szczepański:

Potrzebowaliśmy natychmiastowych uzasadnień dla imperatywnego, niepodlegającego dyskusji TAK TRZEBA – jedynego objawienia, oświetlającego nasze ryzykowne drogi. Skuteczniej niż ktokolwiek inny uzasadnień takich dostarczał wielu spośród nas Joseph Conrad, sceptyk i romantyk (jak my), świadom, podobnie jak my, grozy istnienia, przeświadczony głęboko o bezprzedmiotowości wszelkich dociekań prawd ostatecznych i wobec tego widzący sens życia w ocaleniu poczucia ludzkiej godności – owego jedynego śladu najwyższej prawdy czy boskości, jaki jesteśmy w stanie rozpoznać w sobie i określić… 16

Bardzo to ładne i wzruszające. I autentyczne, bo głęboko przeżyte, bo wywiedzione z emocjonalnej autobiografii. Więc Kott nie ma racji, gdy pisze o „wierności niewolników, niewolnikiem jest bowiem ten, kto słucha pana, którym pogardza, i troszczy się jedynie o swą wewnętrzną prawość”, rację ma tu Dąbrowska, gdy replikuje, że „Ani żołnierze AK, ani wszyscy Polacy, którzy z bezprzykładnym męstwem narażali się i ginęli, a w końcu rzucili na szalę nawet los najukochańszej stolicy, nie byli głupcami, którzy ślepo słuchali takich czy innych nakazów” 17. Tylko że jakby nie w tym rzecz. Nie w tym rzecz, czy się armatora kocha, czy nim pogardza, nie w tym, czy się nakazów słucha ślepo, czy też ma się je głęboko uwewnętrznione – rzecz w tym, jakie te nakazy są.

Więc rację ma Kott, kiedy pisze, że „Świat wartości ludzkich, świat humanistyczny jest światem społecznym, który człowiek naprzód dziedziczy, a potem dopiero tworzy” 18. Jim jest tworem pewnej określonej formacji kulturowej, podobnie jak z określonej formacji kulturowej, z pewnego historycznie ukształtowanego świata wartości społecznych pochodzili młodzi bohaterowie Polski Walczącej. Ale Kott nie chce poprzestawać na uznaniu ich heroizmu, bo zadaje pytanie o tego heroizmu sens. Nie wiem, czy podzielam historiozoficzny rozmach Kotta, bo nie wierzę w prawa historii, które cokolwiek usprawiedliwiają lub osądzają, więc tam gdzie Kott pisze: „Społeczna ocena bohaterstwa mierzy zawsze wartość ofiary pożytkiem czynu” 19, ja napisałabym – powinna mierzyć. Lecz zgadzam się, że ów „świat wartości stworzony został przez ludzi i od woli ludzkiej zawisł”. I że należy wartości owe nieustannie roztrząsać i oglądać w świetle społecznego, międzyludzkiego kontekstu. 

7. 

Pierwszy raz zetknęłam się z nazwiskiem Kotta w późnej podstawówce, kiedy czytałam wstęp do lektury szkolnej – Kamieni na szaniec. Czytałam go już po gorączkowym, z całą mocą młodzieńczej egzaltacji wchłonięciu książki. Jan Kott pojawił się w kreślonej piórem Krystyny Heski-Kwaśniewicz historii recepcji dzieła Aleksandra Kamińskiego jako typ wielce niesympatyczny. 

„To jest groźna książka” – pisał w 1947 r. Jan Kott, atakując ideę służby, braterstwa, zarzucając bohaterom książki: apolityczność, kształcenie bohaterów, męstwo, heroizm, wierność, kwestionując wszystkie wartości moralne, jakie młodzieży wpajało dwudziestolecie. Pisał okrutnie, że ich śmierć nie budzi szacunku, bo zginęli w imię „ordynarnej gry politycznej”. Nowa władza w tak ukształtowanych ludziach widziała zagrożenie dla ustroju socjalistycznego w Polsce. 20

Reszty możecie się domyślić, jest niemal identycznie jak u cytowanego na początku profesora Ratajczaka:

Dla bohaterów Conrada – tak jak dla bohaterów Kamińskiego – honor i godność są wartościami absolutnymi […] Nie jest więc chyba kwestią przypadku, że w latach powojennych ci sami krytycy, którzy atakowali pisarstwo Conrada, atakowali Kamienie na szaniec. […] A wszystkie ataki na nią [książkę] – i te z lat wojennych, i te z lat powojennych – w gruncie rzeczy były atakami na ideologię Armii Krajowej, wszystkie zarzuty natury ideologicznej czy formalnej były tylko pretekstem, okazją do krytycznego pisania o Polskim Państwie Podziemnym. 21

To właściwie prawda, ale ta trzeciego rodzaju wedle typologii księdza Tischnera. Bo nastąpiło tu odwrócenie przyczyn i skutków czy raczej niemożność widzenia poprzez zasłonę uprzedzeń. Autorka wstępu do lektury pisze z takiego miejsca, w którym „atak na ideologię Armii Krajowej” jest złem absolutnym, krytyczne pisanie o Państwie Podziemnym grzechem, bo przecież Państwo to krytyce podlegać nie może, opiera się na aksjomatach, których się nie kwestionuje. Jeśli nie otworzymy się na tę możliwość kwestionowania, nigdy do niczego nie dojdziemy, każdy spór będzie pozorny.

8.

Faktycznie, jedną z Kropek nad i Kott poświęcił Kamieniom..., które pojawiają się w felietonie jakby mimochodem, trochę na zasadzie luźnych skojarzeń. Było to wiosną 1946 roku – na okładce pisma Niemcy opuszczali Polskę, Kott wspominał młodego kolegę z czasów okupacji, tyleż odważnego, co lekkomyślnego Wojtka, który używał fałszywej legitymacji, by wykąpać się w zarezerwowanym dla Niemców basenie, a poza tym mieszał antyniemieckość z kształceniem charakteru, imperium słowiańskie z upaństwowieniem fabryk, ogółem – galimatias idei. Wojtek i jego pływalnia przywiódł Kottowi na myśl poetów z konspiracyjnej grupy „Sztuka i Naród” i ich akcję składania wieńca pod pomnikiem Kopernika, w wyniku której zmarł Wacław Bojarski. „Zginął najniepotrzebniej w świecie. Wieniec i pływalnia. Dwa gesty: patetyczny i humorystyczny. Dwa gesty, ale jedna lekkomyślność” 22. I w tym kontekście pojawiają się Kamienie na szaniec. Kott dość brutalnie rozprawia się z harcerskimi ideami, traktuje je zbyt płytko, zbyt zjadliwie, i chyba jednak niesprawiedliwie robi z bohaterów Kamińskiego kogoś w rodzaju tego głupawego Wojtka, podczas gdy oni byli głęboko świadomi o co walczą, jaki etos ucieleśniają. Ale nie podważa to trafności przytaczanego przez Kotta stwierdzenia Stefana Żółkiewskiego: 

Stwierdzał, że zawsze kiedy dochodzi do władzy obóz wstecznictwa i zacofania, zmienia się w szkołach ideał wychowawczy. Zamiast rozwijać myśl – kształci się charakter, zamiast budzić zdrowy krytycyzm, zaufanie do rozumu, dzielność intelektualną, żąda się posłuszeństwa, męstwa, wiary, mówi się o wierności i honorze. Zamiast wychowywać trzeźwe umysły, budzi się zdrowe instynkty...

Kott wyciąga i punktuje to, co do dziś budzić musi zastrzeżenia każdego uważnego czytelnika Kamieni... Że ideał „apolityczności” był złudny i bałamutny, jeśli oznaczał na przykład kolportowanie prasy tylko dlatego, że była polska i konspiracyjna, nieważne czy przy tym narodowa, socjalistyczna, oenerowska czy demokratyczna. Że pojęcie „służby” jako dyrektywy określającej postępowanie może prowadzić na manowce. Że sformułowanie „instynkt wodzowski” (który budzi się i rozwija w bohaterach książki) brzmi groźnie i odpychająco. Nawiasem mówiąc, w powojennych wydaniach Kamiński zamienił go na „zacięcie przywódcze”, ale po latach mnie także robi się nieswojo, gdy pomyślę, że pisał o tym okropnym instynkcie w odniesieniu do tak ukochanych bohaterów. Dlatego rozumiem Kotta, gdy pisze: „Ale kiedy biorę do ręki Kamienie na szaniec – odrzuca mnie od tej książki. To jest groźna książka”. Bo to jest groźna książka. Ale znów nie ma Kott racji, gdy pisze, że 

Tak wychowano pokolenie kondotierów, a nie żołnierzy i działaczy, świadomych celów walki. Ci chłopcy gotowi byli zginąć za wszystko. Nie pytali o sens. Pytali o rozkaz. Byli a-polityczni. I właśnie dlatego często ginęli w imię ordynarnej gry politycznej. 

To znowu zbyt proste, zbyt wąsko polityczne. Bohaterowie Kamieni... nie pytali o sens, bo go rozumieli. Rozumieli go właśnie jako służbę. Nie byli naiwni i nie byli nieświadomi – problem polega na tym, że wychowano ich w takich kategoriach i w takiej kulturze, która faworyzuje właśnie sam imperatyw walki, czynu, poświęcenia, męczeństwa. Przecież nie wzięli się z Księżyca, ani nie tylko z sanacji – raczej z o wiele dłuższej tradycji romantyzmu polskiego, który każe bohatersko ginąć, ale też z o wiele starszej kultury europejskiej, która generalnie faworyzuje męstwo, walkę, rywalizację, honor. Więc nie chodzi nawet o to, czy wojna w takim świecie może być sprawiedliwa, czy niesprawiedliwa, raczej o to, że w świecie męskich wartości zawsze będzie wojna. Ale znowu akapit dalej Kott ma rację, mimo dosadności, mimo gruboskórności:

To bardzo ładnie brzmi: odsunąć młodzież od polityki. Ale pamiętam, byłem jeszcze w szkole, jak powtarzał to nam za czasów jędrzejowiczowskich gruby kapitan odkomenderowany do spraw organizacji młodzieży. On bardzo szczerze nie chciał polityki, chciał mieć tylko młodzież wierną sanacji. Nazywał to – kształceniem charakteru. 23

Przecież dobrze wiemy, że często apolityczność jest najbardziej polityczna. 

9.

Braterstwo i służba – to „dwa wspaniałe ideały” 24, które przyświecały harcerzom z Szarych Szeregów. „Braterstwo jest przeciwieństwem pogardy” – pisał Kott. Więc może mogliby się porozumieć? Tylko musieliby długo i cierpliwie rozmawiać w sprzyjających warunkach. Służba w wydaniu harcerskim jest nieustannym szukaniem sposobności do bycia pożytecznym w świecie – w sprawach małych i wielkich. To idea pomocy wzajemnej i pomocy słabszym – zdawałoby się optymalna, kantowska maksyma, która mogłaby być też bardzo bliska lewicowej wrażliwości. No dobrze, ale jak to wygląda w praktyce? Kott nie bał się postawić tego pytania w odniesieniu do książki Kamińskiego, a przecież mógł z niej wyciągnąć jeszcze „niepotrzebniejsze” rzeczy: zapytać o sens Małego Sabotażu i ryzykowania życia dla rysowania żółwi na murach, gazowania kin czy zrywania hitlerowskich afiszy. Mnie zawsze najbardziej poruszał opis akcji, podczas której dwaj chłopcy, zrywając flagę Czerwonego Krzyża z niemieckiego szpitala na Solcu, zgubili numerek od roweru koleżanki z organizacji, Irki. Po numerku tym Niemcy odnaleźli mieszkanie Irki i jej matki, w którym przebywali pechowi sabotażyści. Dzięki refleksowi, zwinności i przytomności umysłu udało im się brawurowo uciec z kotła. Alek, ich dowódca, udzielił jednemu z nich listownej starszobraterskiej reprymendy:

Wykazałeś brak przemyślenia sprawy bardzo istotnej, a mianowicie: czy jest dopuszczalne urywanie flagi Czerwonego Krzyża, nawet niemieckiego. […] Po drugie, ponosisz odpowiedzialność za bezmyślne pójście do domu Irki i niepotrzebne tam sterczenie […] Ale jest także druga strona medalu […] Wykazałeś opanowanie, trzeźwość umysłu, odwagę i śmiałość. Czy trzeba coś więcej? Bezwzględnie dowiodłeś istnienia odpowiednich wartości charakteru. Jak mówią – spełniłeś pokładane nadzieje. Ponadto wykazałeś, jak wiele dać może wprawa i otrzaskanie z Przygodą. 25 

I komentarz narratora: „Alek miał prawo zakończyć całą przygodę pogodnym listem: nikt poważniej nie ucierpiał na tej niefortunnej «wsypie»”. Zaraz, zapytacie, a co z Irką? Tyle komplementów pod adresem bohaterstwa chłopca, a co z dziewczyną? Zbywa się ją tu jednym zdaniem i to zdanie mrozi mnie przy każdej ponownej lekturze książki: „Irka po paru miesiącach więzienia wydostała się z Pawiaka”. Z Pawiaka! Po paru miesiącach! Pod koniec książki Kamiński rozpisuje się o tygodniu spędzonym na Pawiaku przez „Zośkę” 26, kilka miesięcy Irki zostają skwitowane jako „nic poważnego”. To właśnie ta  „pożyteczność czynu”, o którą dopomina się Kott i którą chce uczynić miarą wartości ofiary. Młoda kobieta spędziła kilka miesięcy w ciężkim niemieckim więzieniu, bo młody mężczyzna wykazywał się odwagą, zrywając flagę Czerwonego Krzyża ze szpitala. 

Ale Kott nie był wcale pierwszym, który wysuwał zastrzeżenia do książki Kamińskiego, choć czynił to rzeczywiście bezpardonowo. Jednak już w czasie okupacji Juliusz Garztecki, rówieśnik i kolega bohaterów Kamieni…, pisał na łamach konspiracyjnej „Drogi”:

Najbardziej rzucającą się w oczy cechą zespołu było poszukiwanie nowych dróg, czynów niełatwych, rzeczy niecodziennych, niebanalnych rozwiązań, tęsknota do akcji przekraczających wyobraźnię i możliwości przeciętnego człowieka. A więc trzeba być samemu nieprzeciętnym. Żądać od siebie wiele, jak najwięcej, w każdej okoliczności życia. Wykonywać wszystkie zadania ponad normę. Na tym będzie polegać rzecz najistotniejsza. 
Tę pracę Wojtek i Czarny [Alek i Rudy] prowadzą konsekwentnie aż do końca. Wszystko jedno, mała czy duża sprawa. Zawsze można znaleźć okazję. I tę okazję oni znaleźć zawsze potrafili. 27

Jesteśmy całkiem blisko rojeń Jima, choć trzeba przyznać, że działalność podziemnych harcerzy miała głębszą podbudowę ideową, była bardziej przemyślana. Kamienie na szaniec są opowieścią o poszukiwaniu dróg walki, o szukaniu sposobności – przez szklenie okien, kolportowanie grypsów z Pawiaka, dystrybucję podziemnej prasy, Mały Sabotaż aż do Wielkiej Dywersji – walki z bronią w ręku, „korony walk”. Tylko warto ciągle ponawiać pytanie o to, jaka była owa sposobność, którą znaleźli, jaki był społeczny język wartości, który nadawał jej sens.  

10.

„Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus” – mówi do żony idący na pewną śmierć Romuald Traugutt w Kompleksie polskim Tadeusza Konwickiego. Kilkanaście lat przed Kompleksem... ten sam Konwicki napisał Rojsty – cienką powieść, której potem sam bardzo nie lubił i której chyba się wstydził. To opowieść o bezsensie leśnej partyzantki. O oddziale tych, których dziś nazywa się „żołnierzami wyklętymi”. O bezsensie w każdym znaczeniu – taktycznym, strategicznym, historycznym, moralnym. Partyzanci „chodzą” po zimowym lesie, brną w śniegu, gubią drogę, dostają odmrożeń i pęcherzy. Są głodni i zawszeni. Wykorzystują białoruskich chłopów, rekwirują żywność miejscowej ludności, gwałcą kobiety. Właściwie unikają zbrojnej konfrontacji, z głupoty i lekkomyślności strzelają sami do siebie, dekują się po folwarkach i mówią o konieczności „chodzenia do końca”. To książka o konkrecie wojny. Maria Janion pisała o niej jako o opowieści o „partyzantce sterowanej przez erudycję literacką”. Ja czytam ją jako wypowiedź nie tylko przeciwko „zbójeckim książkom”, ale także przeciwko zbrodniczej propagandzie, krótkowzrocznej i lekceważącej „mniejszości” polityce narodowościowej i klasowej, przeciwko politycznemu infantylizmowi, bezrefleksyjnemu patriotyzmowi, wojennym zbrodniom partyzantów, cynizmowi wojskowych dowódców i głupocie przedwojennych polityków. Nic dziwnego, że była powieścią, od której należało się po latach odżegnać. A skoro już pojawiła się Maria Janion, to przytoczę swój ulubiony cytat, który najlepiej chyba chwyta zasadniczą antynomię kultury polskiej – mit i konkret: 

W polskiej świadomości społecznej i w polskiej prozie połączonych ze sobą więzami wzajemnych projekcji, mit pożarł konkret, mit broni się przed konkretem, który stanowi dlań największe niebezpieczeństwo, gdyż zawiera w sobie nieodpartą prawdę szczegółu, doświadczenia, pamięci – jeszcze nie zmistyfikowanych, jeszcze nie zastygłych w bezpieczny i łatwy kształt zbiorowego komunału. 28

Trzeba pytać o sens, bo pytanie o sens jest pytaniem o konkret. Może można dziś przeczytać marksizm i materializm Kotta jako wołanie o troskę o żywych, konkretnych ludzi, o sens ich życia i uśmiercania, jako pytanie o stosunki społeczne i wartości, wokół których budujemy nasze społeczeństwo.

„Atak” Kotta na Conrada jest w istocie wołaniem o obronę konkretu. Trzeba pytać o sens, bo pytanie o sens jest pytaniem o konkret. Może można dziś przeczytać marksizm i materializm Kotta jako wołanie o troskę o żywych, konkretnych ludzi, o sens ich życia i uśmiercania, jako pytanie o stosunki społeczne i wartości, wokół których budujemy nasze społeczeństwo. W przeciwnym razie zostanie nam rzeczywiście tylko heroizm śmierci. Użyteczność to w świecie etyki podejrzane słowo – brzmi merkantylnie, brzmi mało bezinteresownie. Ale przecież ta „użyteczność społeczna bohaterstwa” jest właśnie empatią, wrażliwością na innych ludzi, uważnością na konsekwencje działań. Zamiast tak pieczołowicie troszczyć się o „piękno własnego życia”, czyli o moralną integralność, godność i honor, troszczmy się raczej o innych ludzi i o to, co możemy zrobić, żeby lepiej im się żyło. Nie umierało.

11.

Piszę ten tekst w sierpniu, miesiącu rocznic i parad. Miesiącu patriotycznej ekstazy, kiedy obchodzi się kolejną rocznicę moralnego zwycięstwa powstania warszawskiego z brutalną obojętnością dla jego cywilnych ofiar i materialnych zniszczeń, miesiącu rozbuchanego militaryzmu w najbardziej infantylnym wydaniu – Święto Wojska Polskiego z imperialnym rozmachem bezsensownych defilad. A piszę do numeru wrześniowego – tuż przez osiemdziesiątą rocznicą wybuchu drugiej wojny światowej. Za chwilę znów przypomną nam się bohaterskie słowa ministra Becka o tym, że w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę, i że jest tylko jedna rzecz bezcenna „w życiu ludzi, narodów i państw. Tą rzeczą jest honor”.

I jeśli nawet nie wierzę w ducha dziejów, który komukolwiek przyznaje rację, to empiryczna obserwacja historii i teraźniejszości najdobitniej pokazuje nierealność postulatów Kotta.  

  • 1. No i też Żyd oczywiście, o czym może kulturalni ludzie nie mówią, ale o czym informują już pierwsze słowa jego biogramu na Wikipedii, biogramu o charakterze wybitnie denuncjacyjnym. Być może ciekawym tropem byłoby spojrzenie na Jana Kotta jako na „sublokatora” kultury polskiej, zbuntowanego obcego, który jednak „kąsa” narodowego ducha, bo go głęboko i istotowo nie rozumie. Dla kontekstu proponuję numer „Studia Litteraria et Historica” o temacie przewodnim „Sublokatorstwo jako kategoria kultury polskiej”, nr 2/2013, a zwłaszcza artykuł Anny Zawadzkiej Zdzieranie masek. Sposoby pisania o żydowskich komunistach (s. 236-262) 
  • 2. „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wrogów z diamentów”, miał powiedzieć Stanisław Pigoń, a Janusz Tazbir, wpisując w 1988 roku Kamienie na szaniec Aleksandra Kamińskiego na listę książek-kamieni milowych polskiej świadomości, sparafrazował Pigonia pisząc, że Kamienie… „są właśnie książką o losach narodowych diamentów, wystrzelonych w walce o niepodległość…”
  • 3. Andrzej Mencwel Dziwność istnienia. Conrad, w: tegoż Przedwiośnie czy Potop. Studium postaw polskich w XX wieku, Czytelnik, Warszawa 1997, s. 126.
  • 4. Jan Kott O laickim tragizmie, „Twórczość” nr 2/1945, s. 160. W 1946 ukazało się pierwsze wydanie zbioru Mitologia i realizm, który zawierał rozbudowaną i nieco zmienioną wersję eseju o Conradzie.
  • 5. Maria Dąbrowska Conradowskie pojęcie wierności, „Warszawa” nr 1/1946, s. 2-4.  
  • 6. Zdzisław Najder Przesłanie Josepha Conrada, „Znak” nr 2/2001.
  • 7. Jan Kott Kropka nad i, „Przekrój” nr 62/1946, s. 17.
  • 8.  Wiesław Ratajczak Spór o Conrada 1945-1948, Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Poznań 2018. 
  • 9.  Wiesław Ratajczak Spór o wszystko. Conradowska wierność jako centrum kultury, w: tegoż Spór o Conrada, op.cit., s. 11-40.  
  • 10. Stefan Zabierowski W kręgu Conrada, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2008, s. 127.  
  • 11. Kott O laickim tragizmie, op.cit., s. 152.  
  • 12.  Fragmenty o samotności w wydaniu książkowym, Jan Kott Mitologia i realizm, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1966, s. 172.
  • 13.  Kott O laickim tragizmie, op.cit., s. 154.  
  • 14. Joseph Conrad Lord Jim, przełożyła Emilia Węsławska, Warszawa 1904, s. 3, cytuję za wersją online dostępną w serwisie Wolne Lektury. Kolejne cytaty według tego samego wydania.  
  • 15. „Na dziobie statku, którego katastrofę opisuje Conrad w Młodości, widniał napis «Czyń lub giń» – pisze Kott. – Oto jeszcze jedno z uwodzących zawołań heroizmu, który zawsze dąży do narzucenia nam przekonania, że dane są tylko dwie drogi wyboru, a spomiędzy nich jedną jest śmierć”. O laickim tragizmie, op.cit., s. 155.
  • 16. Jan Józef Szczepański W służbie wielkiego armatora, w: tegoż Przed nieznanym trybunałem, „Czytelnik”, Warszawa 1975, s. 13.
  • 17. Dąbrowska O conradowskim…, op.cit., s. 3.
  • 18.  Kott O laickim tragizmie, op.cit.
  • 19.  Tamże. 
  • 20. Krystyna Heska-Kwaśniewicz Wstęp, w: Aleksander Kamiński Kamienie na szaniec, Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 1995, s. 38. Obszerny wstęp do lektury autorstwa literaturoznawczyni z Uniwersytetu Śląskiego powielany był w wydaniach Kamieni… w latach dziewięćdziesiątych i na początku dwudziestego pierwszego wieku.  
  • 21.  Tamże, s. 45.
  • 22. Kott Kropka nad i, „Przekrój” nr 46/1946, kolejne cytaty tamże.
  • 23. Tamże.  
  • 24. Tak zaczynają się Kamienie na szaniec: „Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach, o niezapomnianych czasach 1939--1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy. Posłuchajcie opowiadania o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia, których czyny i rozmach wycisnęły piętno na stolicy oraz rozeszły się echem po kraju, którzy w życie wcielić potrafili dwa wspaniałe ideały: BRATERSTWO I SŁUŻBĘ”.  
  • 25. Kamiński Kamienie na szaniec, op.cit., s. 107-108.
  • 26. Tadeusza Zawadzkiego.
  • 27. J. Wilczyński [Juliusz Garztecki] Nowi Ludzie, „Droga” nr 2 [1944].  
  • 28. Maria Janion Wojna i forma, w: tejże Płacz generała. Eseje o wojnie, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007, s. 68.  

Udostępnij

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W Zakładzie Historii Kultury Instytutu Kultury Polskiej przygotowuje pracę doktorską na temat recepcji Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego.