in2cvp3w.jpeg

„Sex education”, reż. Laurie Nunn, 2019, Netflix. Fot. Materiał prasowy

Euforia i edukacja

Rozmowa Ewy Hevelke, Justyny Jaworskiej, Katarzyny Szumlewicz i Katarzyny Wężyk
W numerach
Październik
2020
10 (767)

HEVELKE: Pogadajmy o seksie, a konkretnie o sztuce Anny Ziegler 1 w kontekście popularnych ostatnio seriali o życiu erotycznym młodzieży. W kategorii „young adults” kręci się ich sporo, my pomyślałyśmy o brytyjskim Sex education i amerykańskiej Euforii...

SZUMLEWICZ: To jest i nie jest dobry kontekst, bo bohaterowie sztuki są starsi, na pierwszym roku studiów, a oba te seriale traktują o nastolatkach w wieku licealnym, mieszkających jeszcze z rodzicami.

JAWORSKA: Czy to duża różnica? Amber i Tom ledwie dostali się do Princeton, mają po osiemnaście lat, nawet nie mogą kupić sobie w sklepie alkoholu!

SZUMLEWICZ: Tak, ale zostali wrzuceni w nową, inicjacyjną sytuację poza domem. Ich aspiracje, ich samoocena nabierają większej wagi, gdy oboje muszą się na nowo określić. To dlatego są na randce spięci jak na rozmowie kwalifikacyjnej.

JAWORSKA: Zgoda, w serialach młodzieżowych mamy raczej paczki przyjaciół, nadzór rodzicielski i zastane układy. Seks i używki pojawiają się tam w trochę innej funkcji. Jednak ustawiłabym to porównanie inaczej: w Sex education, sarkastycznym serialu brytyjskim, życie erotyczne nastolatków bywa mniej lub bardziej udane, ale samo w sobie nie jest niczym złym. Natomiast amerykańska Euforia pokazuje te sprawy z większym patosem i desperacją: choć nastolatki są bezpruderyjne, gdzieś w tle czai się czyste zło. Seks to mroczna kwestia moralna. W amerykańskiej sztuce Właściwie jest właściwie podobnie.

WĘŻYK: Sex education grzebie stereotyp, że inne nacje uprawiają seks, a Brytyjczycy mają butelkę z gorącą wodą. Owszem, seks bywa tam kłopotliwy, niezręczny, wiąże się często ze wstydem i niepewnością – czy jestem „normalny”, czy zostanę zaakceptowana – ale przesłanie serialu jest bardzo pozytywne: erotyka może stać się źródłem radości, o ile rozpoznamy własne pragnienia i przegadamy z kimś nasze problemy. W pierwszym sezonie mamy wątek popularnej dziewczyny, która udaje orgazm, bo myśli, że tak wypada, że facet tego oczekuje. Dopiero gdy szkolny kolega, domorosły edukator seksualny, poradzi jej, by zrobiła sobie sesję sama ze sobą i poznała, co naprawdę lubi, bohaterka odkrywa przyjemność z seksu. A potem instruuje swojego partnera, jak należy z nią postępować, z bardzo miłym skutkiem dla obojga – i to jest fantastyczne! Tymczasem w Euforii chodzi nie tyle o seks, ile – pożyczając od Oskara Wilde’a – o władzę. Ciało jest tam walutą. Jedyna dziewica w klasie uważana jest za relikt z lat osiemdziesiątych, a sposobem wywarcia zemsty na byłym jest seks z przypadkowym chłopakiem, w basenie otoczonym filmującymi wszystko rówieśnikami. Chłopakom wolno wszystko, a dziewczyny muszą dbać o reputację. To zresztą widać także w sztuce Ziegler: dla Amber seks jest sposobem samopotwierdzenia, zyskania pozycji społecznej. Chłopakowi, z którym straciła dziewictwo, zajęło pięć minut namówienie jej na pójście do łóżka – przyjemności jej to nie sprawiło, ale poczuła się uprzywilejowana, słysząc, jak on, popularny przystojniak, dochodzi. Może nie jest to od razu mroczna wizja erotyki, ale na pewno negatywna.

SZUMLEWICZ: Dodajmy, że takie dziewczyny okropnie się tym przejmują. Jakby seks był dla nich egzaminem, który bardzo trudno zdać. W tym sensie jesteśmy chyba w Polsce amerykańscy: z jednej strony infantylni, z drugiej nazbyt serio.

WĘŻYK: Zauważmy jednak, że te seriale są pisane przez scenarzystów po trzydziestce czy nawet czterdziestce, nastolatków grają w nich dwudziestoparoletni aktorzy i aktorki, więc to raczej fantazje dorosłych o tym, jak bawią się dzieciaki. Tymczasem, jak dowodzą badania socjologiczne generacji Zet, czyli postmillenialnej, która ma nie więcej niż dwadzieścia trzy lata, dzisiejsi młodzi zachowują się dużo mniej ryzykownie niż ich rodzice czy starsze rodzeństwo. To ostrożne, chowane pod kloszem pokolenie. Mają mniej partnerów seksualnych, rzadziej piją alkohol i biorą mniej narkotyków, później wchodzą w dorosłe życie. Rzadziej nawet robią prawo jazdy, co w Ameryce zawsze stanowiło ważny ryt inicjacyjny – nie muszą, bo są wszędzie podwożeni przez rodziców! Więcej jest wśród nich samobójstw i zdiagnozowanych zaburzeń psychicznych, ale poza tym serial Euforia – i te słynne trzydzieści penisów w jednym odcinku, które amerykańska prasa skrupulatnie policzyła – wydaje się jednak przerysowaną wizją.

JAWORSKA: Skoro już mowa o rodzicach, to na ich przykładzie znowu widać różnice kulturowe.  Ojciec głównego bohatera w Sex education jest po prostu palantem i dorastanie chłopaka do męskości polega po części na zrozumieniu tego faktu, natomiast „dominujący tatuś” z Euforii uosabia władzę i przemoc.

SZUMLEWICZ: Zresztą równie demoniczny jest jego syn – manipuluje innymi i robi straszne rzeczy, które pozostają bez konsekwencji. To chyba mniej udany wątek tego scenariusza: bardzo jaskrawy, a następnie zupełnie rozmyty.

JAWORSKA: I w jednym, i w drugim serialu mamy też motyw „genitalnych” fotek…

WĘŻYK: „Dick pics”.

JAWORSKA: ...które przesyłają sobie uczniowie, tylko że w wydaniu brytyjskim wywołują one jedynie szkolny skandal, zresztą rozbrojony na wesoło, a w wydaniu amerykańskim grozi za nie więzienie pod zarzutem rozpowszechniania pornografii dziecięcej – choć nikt tu nie jest w tym rozumieniu dzieckiem. Wkracza groźba prawa i robi się bardzo poważnie. Podobnie jest w sztuce Anny Ziegler, gdy jedno słowo za dużo, sugerujące gwałt, rozpętuje aferę, która dla bohatera może się skończyć wydaleniem z uczelni. Prywatne staje się publiczne, ale w tym przypadku nie jestem pewna, co o tym myśleć.

SZUMLEWICZ: Chyba o to właśnie chodzi w tej sztuce: to nie jest oczywiste.

JAWORSKA: Dawniej odpowiedzialność za niezbyt udany stosunek z kolegą dziewczyna brała na siebie, choćby czuła się z tym średnio.

WĘŻYK: I to było dobrze?

JAWORSKA: To nie było dobrze, ale czy lepiej w takiej sytuacji skarżyć się władzom?

SZUMLEWICZ: Ona nie skarży się władzom – zwierza się tylko koleżance, a potem sytuacja wymyka się spod kontroli. Problemem Amber jest raczej ambicja, by być dostrzeżoną. I tak się dzieje, gdy jej sprawa trafia do komisji uczelnianej, chociaż bohaterka wolałaby być dostrzeżona inaczej. Liczy na psychologiczny „efekt potknięcia”, o którym czytała: że dzięki swojemu błędowi zyska aurę osoby sympatycznej. Tylko że ona tej aury nie zyskuje, wciąż jest neurotyczna i skomplikowana, po prostu dziwna. To budzi ambiwalencję.

WĘŻYK: Ta sztuka jest tak poprowadzona, że widzimy rodzące się uczucie między chłopakiem, który uczucia dotąd nie potrzebował, zaliczając partnerki jedną po drugiej, a dziewczyną, która nie ma w zasadzie poważniejszych doświadczeń, jeśli nie liczyć nieudanego pierwszego razu. On ma wdrukowane, że jego przyjemność jest ważna, a ona samej siebie dramatycznie nie lubi. Patrzymy na nich i trochę nam żal, że nic z tego nie będzie, bo mogliby sobie nawzajem dać coś dobrego – ale wszelkie szanse zostają zaprzepaszczone, gdy pada oskarżenie o gwałt. A to, czy do niego doszło, czy nie, zależy od interpretacji widzów

A jak to wygląda na amerykańskich kampusach? Z badań przytoczonych w Missouli Jona Krakauera wynika, że biorąc pod uwagę to, jak niewiele spraw o gwałt w ogóle jest zgłaszanych, i ile z nich podejmuje się potem prowadzić prokuratura – która dba o dobre statystyki i najchętniej bierze tylko pewniaki – jedynie jakieś trzy procent nadużyć seksualnych podlega karze. Czyli dziewięćdziesiąt siedem na sto uchodzi bezkarnie! A nawet jeśli dojdzie do skazania, ofiara  przechodzi przez seksistowskie piekło. Całe jej życie jest brane pod lupę, musi zeznawać, w co była ubrana, czy piła (alkohol jest uznawany za okoliczność łagodzącą dla mężczyzn, ale nie dla kobiet), wreszcie – czy „sama tego chciała”. Niedawno głośno było o sprawie Brocka Turnera, uczelnianego sportowca, który wykorzystał pijaną i nieprzytomną dziewczynę, penetrując ją palcami. Odciągnęli go przechodzący przypadkowo studenci. Sąd orzekł, że nie będzie mu łamać dobrze zapowiadającej się kariery sportowej i chłopak spędził tylko trzy miesiące w więzieniu. Dopiero zeznania dziewczyny, przedrukowane później w mediach – „odebrałeś mi moją wartość, moją prywatność, moją energię, moją intymność,  moje poczucie bezpieczeństwa, mój głos” – rozpoczęły dyskusję na temat traktowania przez sądy ofiar i sprawców.

5bpjwl3q.jpeg

Anna Ziegler „Właściwie”, reż. Philip Akin, Harold Green Jewish Theatre Company, The Obsidian Theatre Com-pany, 2019. Fot. Sean Muccahy

HEVELKE: Tak się temu przysłuchuję i zadaję sobie fundamentalne pytanie: czy sztuka Anny Ziegler jest w takim razie feministyczna, czy antyfeministyczna? Czy obecnie, w świetle tych przerażających statystyk, mamy w ogóle przestrzeń na to, by dojrzała czterdziestoletnia dramatopisarka pokazywała przemoc seksualną tak ambiwalentnie? Czy nie powinniśmy konstruować kulturowych, czytelnych komunikatów, że gwałt jest złem? W Euforii to poczucie zagrożenia związanego z seksem, ale też wszechobecną przemocą i manipulacją, jest oddane jasno. Ale jeszcze lepiej pokazuje to inny brytyjski serial, Mogę cię zniszczyć, który opowiada o doświadczeniach i następstwach gwałtu. Dziewczyna idzie z przyjacielem do klubu i następnego dnia wracają do niej niejasne obrazy przemocy. Powoli rekonstruuje wydarzenia, wspierana przez przyjaciół, którzy mają własne historie. Dwanaście odcinków to prezentacja różnych strategii radzenia sobie z takimi doświadczeniami i zarazem praktyczne kompendium wiedzy o tym, jak działają procedury. Gdy w 2017 roku wybuchła awantura o #MeToo, ruch feministyczny miał szansę się wzmocnić, ale takie teksty jak Właściwie Anny Ziegler nie pomagają sprawie, bo zatracają się w „miękkich” liberalnych rozważaniach o tym, kto tak naprawdę jest w takiej sytuacji winien. Tymczasem jesteśmy wciąż na takim etapie, że powinnyśmy nazywać nadużycia po imieniu. Wpajać alfabet – powtarzać elementarne zasady.

JAWORSKA: Tylko że sztuka, która mówiłaby po prostu, że gwałt to zło, byłaby tendencyjnym moralitetem. Jesteśmy zapewne w innym momencie dyskursu o prawach kobiet, kwestie obyczajowe się wyostrzyły, ale to nie znaczy, że świat stał się czarno-biały. Relacje międzyludzkie zawsze będą niejednoznaczne.

SZUMLEWICZ: Jeśli dobrze rozumiem, sztuka jest zaangażowana w to, by materiał dowodowy w sprawie o gwałt zbierało się inaczej. Nie wystarczy już pięćdziesiąt procent racji „plus piórko”, by kogoś oskarżyć. Czy to jest niefeministyczne? Niekoniecznie. Sam tytuł podsuwa nieokreśloność, bo możemy się zastanawiać, czy właściwie to był gwałt, czy nie. Nie możemy tego rozstrzygnąć i właśnie dlatego ten dramat jest ciekawy. Mamy też psychologiczną warstwę postaci, czyli dwójkę poranionych osiemnastolatków w momencie inicjacyjnym. On wygląda na takiego, co się czuje dobrze, a ona wygląda na pewną siebie, ale oboje są nieszczęśliwi i źle znoszą egzaminy z dorosłości. Do tego on jest czarny i odczuwa to na każdym kroku, zresztą był już z tego powodu oskarżany wcześniej o seksualną agresję, a ona jest niezbyt ładna i zakompleksiona; nie otrzymuje też żadnego wsparcia od rodziców. Żadne z nich nie odnajduje się dobrze w swoim ciele, o czym przecież sami rozmawiają na randce.

WĘŻYK: Kwestia rasowa to dodatkowy kontekst. USA ma długą i paskudną tradycję oskarżania czarnych mężczyzn o gwałty na białych kobietach; często wystarczało pomówienie o zbyt śmiałe spojrzenie, by kończyło się linczem. W tym roku media obiegło nagranie z Central Parku: czarny mężczyzna zwrócił białej kobiecie uwagę, by trzymała psa na smyczy, a ta oburzona zadzwoniła na policję i udała atak histerii. Świetnie wiedząc, że spotkania z policją często kończą się dla czarnych mężczyzn tragicznie, przez co mamy teraz w Stanach falę protestów i zamieszek. Z drugiej strony, w postępowych środowiskach biała kobieta zarzucająca czarnemu mężczyźnie molestowanie może być oskarżona o rasizm. Dlatego ta dynamika władzy jest złożona i tak interesująca. Co nie zmienia faktu, że sam system wciąż uprzywilejowuje mężczyzn. Brett Kavanaugh został wybrany na sędziego Sądu Najwyższego mimo poruszających zeznań dawnej szkolnej koleżanki, która oskarżyła go o próbę gwałtu. Prezydentem kraju jest facet, który otwarcie przyznaje się do łapania kobiet za krocze, a ponad dwadzieścia kobiet oskarżyło go o co najmniej molestowanie. Dlatego nie sądzę, byśmy znaleźli się w momencie, w którym musimy się martwić o biednych mężczyzn, bojących się już nawet uśmiechnąć do kobiety, żeby nie kończyło się to w sądzie. Nadal to raczej ofiary są poddawane ostracyzmowi. A fałszywych oskarżeń w takich sprawach jest bardzo mało, bo trzeba być naprawdę zdeterminowaną, by przejść przez upokarzający proces przed policją, sądem i osądem opinii publicznej, z tak małą szansą na skazanie.  

SZUMLEWICZ: Wracając jednak do sztuki – ona się nie kończy procesem i skandalem, bo nie jest wykluczone, że Amber wycofa oskarżenie. Oboje patrzą sobie w oczy…

JAWORSKA: Prawda? 

WĘŻYK: Z miłością!

JAWORSKA: I to może byłby jakiś kulawy happy end? Po tym falstarcie, po wywołaniu całej afery, para nastolatków patrzy na siebie i nareszcie zaczyna się dostrzegać. Chociaż do końca nie wiemy, co między nimi zaszło i czy to był gwałt, czy po prostu nieudany seks. Oboje za dużo wypili  tamtego feralnego wieczoru, ale nawet gdyby nie ta okoliczność, to sama sytuacja intymna z kimś mało znanym jest zazwyczaj naruszeniem granic. Które nie musi być z założenia złe, możemy przecież sami szukać przygody, ryzyka i transgresji – pytanie, jak się z tym czujemy. Co przypomina mi opowiadanie Kristen Roupenian Cat Person (Kociarz), które niecałe trzy lata temu było najczęściej czytanym opowiadaniem z „New Yorkera”. 2 Pokrótce chodzi w nim o sytuację, gdy młoda dziewczyna idzie na randkę ze starszym od siebie facetem, z którym przedtem przez kilka tygodni wymieniała esemesy. Jest nim trochę rozczarowana, trochę się go boi, ale ostatecznie ląduje w jego mieszkaniu, bo czuje, że zabrnęła i już głupio byłoby się wycofać. Niby więc mamy sytuację obopólnej zgody, ale jej zgoda jest wymuszona opacznie rozumianą uprzejmością, może nawet z domieszką litości. Historia kończy się oczywiście źle, dziewczynie zostaje po niej niesmak, a wszystko dlatego, że na wyrost uznała się za osobę dojrzałą.

SZUMLEWICZ: Kiedy mówimy o konsensualnym seksie, to mówimy o zgodzie. Zgoda powinna polegać na tym, że dla obu stron jest to akt dobrowolny i wynikający z pożądania. Problem w tym, że w przypadku kobiet z pożądania wynika może ze czterdzieści procent takich decyzji, reszta ma inne przyczyny: bo jest moim mężem, bo bardzo mu zależy, bo już dałam mu to do zrozumienia i muszę być dorosła, bo przyjęłam zaproszenie… 

JAWORSKA: Twoja książka Miłość i ekonomia opowiada o takich właśnie sytuacjach uwikłania: o powieściach, które uchodzą za romanse, a tak naprawdę są studiami zależności.

SZUMLEWICZ: Studiami zależności, z której bohaterki się czasem wydostają, dodajmy. Punktem wyjścia jest jednak zablokowanie ich sfery seksualnej przez społeczną rolę, wynikającą z przynależności do określonej klasy, kasty czy środowiska lub też z aspirowania do nich. Widzę podobny wątek w Euforii. Transsekualna Jules sypia ze starszymi facetami nie dla własnej satysfakcji, tylko by znaleźć się w określonej roli, coś sobie udowodnić.

WĘŻYK: Tyle że Kociarz nie jest opowiadaniem o potrzebie uznania, ale o braku asertywności. Dziewczynki są wychowywane do tego, by być miłe, grzeczne, uważne na cudze potrzeby. Bohaterce łatwiej znieść seks, na który nie ma ochoty, niż wyjść na kapryśną i niezdecydowaną i poprosić o odwiezienie do domu. Do tego dochodzi obawa, że urażony odmową facet mógłby się okazać brutalny. Mężczyźni, jak słusznie zauważyła Margaret Atwood, boją się, że kobiety będą się z nich śmiać, a kobiety się boją, że mężczyźni je zabiją.

JAWORSKA: Uparcie wracam jednak do tego, na czym polegałaby różnica między europejskim a amerykańskim podejściem do seksu. Mam kuzynkę, która w dzieciństwie była nieśmiała i delikatna, po czym wyemigrowała z rodziną do Stanów i wyrosła na typową zamerykanizowaną nastolatkę: stała się duża, głośna i opowiadała o swoich kolejnych chłopakach z pornograficznymi szczegółami. Słuchałam jej trochę zażenowana, ale ze świadomością, że to nadal wrażliwa dziewczyna, tylko mówi przez nią inna kultura, jednocześnie purytańska i obsceniczna. Może stąd ten przymus konfesji? 

SZUMLEWICZ: Ciekawe, że to samo jest w Dziennikach Sylvii Plath: nie można tego seksu uprawiać, ale trzeba o nim myśleć, mówić i wszystko się wokół niego kręci. A więc obsesja i zakaz.

JAWORSKA: Czyli wstyd, ale też flirt byłby europejski…

SZUMLEWICZ: …a Amerykanie mieliby zakaz i prawo, obyczajowość obwarowaną legislacją. Właśnie dlatego erotyka staje się dla nich tak ważna i zarazem podejrzana. 

WĘŻYK: W amerykańskich filmach i serialach dla młodzieży walki o władzę jest niemal więcej niż w dramatach Szekspirowskich. Liceum podzielone jest na zamknięte kliki – popularne dziewczyny, sportowcy, kujony, subkultury, wyrzutki – a cztery lata nauki są walką o pozycję i przetrwanie. Dziewczyny dostają tu od kultury sprzeczne sygnały: miej dobre oceny, ale nie bądź kujonką, bądź słodka, ale nie za słodka, nie bądź cnotką, ale też nie zdzirą.

SZUMLEWICZ: Chociaż w Euforii „zdzira” to komplement!

HEVELKE: Odnoszę wrażenie, że ten konformistyczny podział na role przypomina kulturę korporacyjną, która opiera się na kontroli, więc na wszystko wymyśli procedury i szufladki. W wynaturzonej formie widzimy to też w sztuce Anny Ziegler. Mnie się to z kolei bardzo rymuje z książką z lat siedemdziesiątych, która wielu osobom ustawiła myślenie, mianowicie z Miejscem dla kobiet Marilyn French. 3 Ta powieść o kobiecym losie opowiada dokładnie o tym, o czym mówimy teraz, a więc o deterministycznym wpadaniu w role i o trudzie emancypacji. Z kolei dwadzieścia lat temu sama z wypiekami i wolą naśladownictwa oglądałam seriale na pozór niewinne, jak Beverly Hills 90210, które mówiły o tym samym: o hierarchiach, selekcji, o przemocy ukrytej w relacjach. Nasze lęki o to, co pomyślą o nas inni, jak zostaniemy odebrani, są więc wykarmione popularnymi narracjami, często wizualnymi. Zastanawiam się za to, do jakiego stopnia takie platformy jak Netflix czy HBO kształtują dzisiejsze normy i wyobrażenia. Spójrzmy, że w netfliksowym Sex education kwestie innego koloru skóry, orientacji czy otyłości są przezroczyste, niezauważalne, co kreuje jakąś nową, utopijną wizję społeczeństwa otwartego. Wcale nie uważam, że to źle.

SZUMLEWICZ: Mnie się to szufladkowanie też kojarzy z Miejscem dla kobiet, zresztą pisałam o tej książce w swojej Miłości i ekonomii. Jeśli chodzi o seriale dla młodzieży, moja dwunastoletnia córka namiętnie je ogląda, więc i ja je znam. Tam grają dzieciaki o wszelkich kolorach skóry, bardzo różnorodne. W tych „od trzynastu lat”, jak hit Netflixa Riverdale, występują geje i lesbijki, na ogół w wątkach pobocznych. Na pewno nie ma tam rasizmu ani homofobii. Drażni mnie jednak coś innego: wszyscy są tam piękni, dziewczynki profesjonalnie umalowane, ta wizualna atrakcyjność aż bije po oczach. Rzadko mamy historie o tym, że można się wyemancypować przez czytanie czy grę na wiolonczeli, bo najprostsza droga do emancypacji to właśnie lepsza widzialność. To dlatego Amber cierpi, że jest tak słabo widzialna w tej superwizualnej kulturze.

WĘŻYK: Ale ta serialowa różnorodność jak najbardziej odzwierciedla rzeczywistość najmłodszego pokolenia. Choć politycznie młodzi dalej dzielą się na republikanów, demokratów i nadspodziewanie wielu niezależnych, to zgadzają się co do dwóch ważnych dla nich kwestii: pierwsza to zmiany klimatyczne i przekonanie, że trzeba im zapobiec, a druga to akceptacja dla różnorodności. Wielość ras, orientacji czy identyfikacji płciowych to naprawdę codzienność, nie ideologia. 

HEVELKE: Jak to w takim razie połączyć z neokonserwatyzmem Ameryki? Bo opisujesz to pokolenie jako niosące nadzieję, tymczasem polityka Trumpa idzie chyba w przeciwnym kierunku?

WĘŻYK: Trump, jak wielu prawicowych populistów, obiecuje – głównie starszym wyborcom – powrót do wyobrażonej świetlanej przyszłości, co się oczywiście nie może udać. W Stanach, zgoda, wciąż bardzo kontrowersyjna jest kwestia aborcji, ale małżeństwa jednopłciowe są tak szeroko akceptowane, że nawet konserwatywni politycy raczej tego tematu nie dotykają. Rewolucja się po prostu dokonała.

SZUMLEWICZ: Za to wzmaga się kulturowy przymus, by dobrze wyglądać.

JAWORSKA: Szesnaście lat temu nakręcono pierwszy sezon serialu Słowo na L o środowisku kalifornijskich lesbijek. Kontrowersje wywołał wtedy nie sam temat, tylko problem fałszywej reprezentacji: wszystkie bohaterki były tam nad podziw subtelne i śliczne. Zadziałała więc opresja normy, choć inaczej rozumianej. Co nie zmienia faktu, że serial wykonał dobrą robotę.

HEVELKE: To ciekawe, bo z tego wynika, że w tym idealnym serialowym świecie rozmaite mniejszości się emancypują i tylko kobiety pozostają w niewoli piękna i uległości.

WĘŻYK: Tu bym się nie zgodziła. Ładni muszą być także aktorzy, w ogóle presja dobrego wyglądu to obecnie także męski problem. A co do uległości – Netflix ma nawet całą kategorię „silne i niezależne kobiety”, i nie brakuje w niej filmów i seriali, które w centrum mają właśnie takie bohaterki.

SZUMLEWICZ: Chłopcy w serialach są wręcz zbyt gładcy, zbyt ładni. Jednak dla odtwarzanych przez nich postaci wygląd nie stanowi głównej ambicji. Weźmy Euforię: ładni chłopcy mają osiągnięcia sportowe, zmagają się z oczekiwaniami ojców, do czegoś dążą i im się często nie udaje. Natomiast ładne dziewczyny, nawet te „silne”, koncentrują się na randkach i wyglądzie. Wyjątek stanowi główna bohaterka, dla której narkotyki są ważniejsze od atrakcyjności fizycznej. 

JAWORSKA: A czy te narracje dla „młodych dorosłych”, które przedstawiają świat bohaterów już aktywnych seksualnie, ale wciąż bardzo infantylnych i bezradnych komunikacyjnie, nie opisują jakoś naszej kultury? Permisywnej i niedojrzałej zarazem.

SZUMLEWICZ: Niedojrzali są ludzie, którzy mają swobodny dostęp do dóbr materialnych, do używek i do ciał, ale nie mają za sobą rozmowy z mamą czy tatą o podstawowej asertywności, więc czekanie na esemesa urasta im do rangi życiowej tragedii. Dlatego tak potrzebna jest edukacja, niekoniecznie nawet seksualna, międzyludzka przede wszystkim. 

HEVELKE:  W związku z tym wciąż uważam, że Anna Ziegler mogła trochę mocniej, właśnie edukacyjnie, podbić feministyczny przekaz swojej sztuki. Żeby pokazać, że „właściwie” może być też dla dziewczyny furtką, by powiedzieć „właściwie to nie” i żeby podsunąć w takiej sytuacji lepsze rozwiązania.

WĘŻYK: Może zatem Anna Ziegler jest złą feministką, za to dobrą autorką? W tym jest chyba wartość jej sztuki: wychodzimy z teatru i mamy się o co pokłócić, racje obu stron są wyważone.  Obawiałabym się jednak odczytania Właściwie jako obrony biednych chłopców, którym neurotyczne i niewiedzące czego chcą dziewczyny łamią życie pomówieniem. Dlatego ocena sztuki też rozkłada się pół na pół. Plus piórko.

  • 1. Anna Ziegler Właściwie, „Dialog” nr 10/2020
  • 2. Kristen Roupenian Kociarz, przełożyła Magdalena Sommer, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2019.
  • 3. Marilyn French Miejsce dla kobiet, przełożyła Bożena Umińska i Ewa Romkowska, Książka i Wiedza, Warszawa 1994.

Udostępnij

Adiunktka w Instytucie Profilaktyki i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książki Miłość i ekonomia w literackich biografiach kobiet (2017).

 

Reporterka i publicystka. Pracowała w Panoramie TVP i w portalu tvn24.pl. Od 2012 roku w „Gazecie Wyborczej”. Autorka książki Kanada. Ulubiony kraj świata (2017).

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 2019 roku. Absolwentka Szkoły Głównej Handlowej oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Redaktorka Encyklopedii Teatru Polskiego. Stale współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, Teatrem 21, Muzeum Teatralnym. Współautorka filmów found footage w projekcie „Teatr Publiczny. Przedstawienia”.

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 2007 roku. Wykładowczyni Instytutu Kultury Polskiej UW pracuje jako adiunkt w Zakładzie Filmu i Kultury Wizualnej w Instytucie Kultury Polskiej UW. Wydała książkę „Cywilizacja Przekroju. Misja obyczajowa w magazynie ilustrowanym” (WUW, 2008). Naukowo interesuje się między innymi sockonsumeryzmem, kinem polskim lat siedemdziesiątych, historią kultury XIX i XX wieku, szefuje też Zespołowi Badań Mody i Dizajnu. Jest w jury Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej.