www_c0a2578.jpg

„h.”, reż. Daniel Stachuła, Teatr Wielki w Poznaniu, 2019. Fot. Ośko/Bogunia

Nasza klasa

Stanisław Godlewski
Przedstawienia
08 lis, 2019

„Każdy z nas musiał przejść przez to piekło zwane młodością” – mówił w Jeżycjadzie® Małgorzaty Musierowicz profesor Dmuchawiec gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych. Ciekawe co powiedziałby dzisiaj, gdy poza stałymi kręgami tego piekła (poszukiwanie własnej tożsamości i sensu życia, zmiany zachodzące w ciele i psychice, intensywny rozwój seksualności, nadwrażliwość, problemy związane z relacjami w grupie rówieśniczej, coraz silniejsze poczucie niezrozumienia przez kogokolwiek, a zwłaszcza przez rodziców; pierwsze próby budowania związków, chodzenia na randki, używki) doszły jeszcze takie rzeczy jak: przebodźcowanie występujące na skutek rozwoju różnorakich mediów, coraz silniej lansowane nierealne wzorce wyglądu ciała, zarobków czy życia seksualnego, powszechny dostęp do pornografii, cyberprzemoc, niestabilny rynek zatrudnienia, napięta sytuacja geopolityczna oraz nadchodząca katastrofa klimatyczna.

Naprawdę, jeżeli komuś należy współczuć to młodzieży. A zwłaszcza młodzieży polskiej, żyjącej w kraju, gdzie bagatelizuje się konwencje antyprzemocowe, katastrofę klimatyczną uważa się za żart lub spisek, a inicjatywa taka jak Tęczowy Piątek wywołuje protesty, kontrowersje lub idiotyczne komentarze. Jeżeli mowa o tych ostatnich to najbardziej popisał się chyba dyrektor mojego liceum (św. Marii Magdaleny w Poznaniu), wydając wewnętrznie sprzeczne oświadczenie, w którym manifestacje uczniowskich poglądów, czyli fotografię uczniów przed szkołą z tęczowymi flagami, uznał za „przykrą”, wspomniał, że „dyrekcja nie wyraziła zgody na taką akcję”, a jednocześnie podkreślał, że tradycją tego liceum zawsze „była, jest i będzie tolerancja i swoboda wyrażania własnych poglądów”. Witamy w mieście Borejków.

Niedługo przed Tęczowym Piątkiem, także w Poznaniu, odbyła się premiera spektaklu h. i trudno było o lepszy moment, bo rzecz dotyczy właśnie szkoły, cyberprzemocy i hejtu (tak, stąd tytuł, nie od Jana Klaty). Spektakl został zrealizowany w ramach Konkursu im. Jana Dormana przez Teatr Wielki w Poznaniu. Od razu zaznaczę, że nie jestem obiektywny, a z Danielem Stachułą (dramaturgia, reżyseria), Joanną Żygowską (działania edukacyjne) i Przemysławem Degórskim (muzyka) znamy się i lubimy. Ale nie chodzi tutaj o ferowanie ocen, lecz o problem, którego w bezpośredni sposób dotyka spektakl. Bezpośredniość wynika głównie z tego, że przedstawienie grane jest w szkołach (byłem na pokazie o 8.50 w poznańskiej Szkole Podstawowej nr 9). I nie jest pokazywane w auli, lecz w klasach. Ławki zostają odsunięte pod ściany, widownia otacza aktorów z różnych stron. Po każdym pokazie odbywają się warsztaty z uczniami na temat tego co zobaczyli.

www_c0a2977.jpg

„h.”, reż. Daniel Stachuła, Teatr Wielki w Poznaniu, 2019. Fot. Ośko/Bogunia

 Historia jest dosyć prosta – Franek (Michał Kurek oraz Olaf Przybytniak, tancerz, który swoim ruchem dopełnia postać bohatera) popełnił samobójstwo. Kaśka (Angelika Mierzwa) była jego przyjaciółką, teraz jest dziennikarką, która ma zrobić reportaż o samobójstwie kolejnego nastolatka. Obok nich pojawia się jeszcze Dziewczyna (Julia Korbańska, także tancerka), która obserwuje działania bohaterów, czasem dopełniając je tańcem lub ruchem, ale nigdy nie ingerując bezpośrednio w akcję. Performerzy wymieniają się rolami, do niektórych działań angażują widzów. Integralną częścią spektaklu jest przestrzeń wirtualna, bohaterowie korzystają z różnych popularnych społecznościowych aplikacji, wrzucają do sieci zdjęcia i filmiki. Aktorzy robią to na scenie, a ponieważ ekrany ich telefonów wyświetlane są na ścianie – treści, które sobie wysyłają można obserwować w czasie rzeczywistym.

h. to ciąg scenek: Franek i Kaśka wspólnie się bawią, wrzucają na TikToka śmieszne filmiki, potem obserwują jakie są na niego reakcje („ciota”, „pedalski ryj”). Franek próbuje rozmawiać z Panią Pedagog, która stara się pomóc, ale niewiele może i niewiele rozumie. Franek powraca jako duch i obserwuje reakcje na swoją śmierć – mamę udzielającą wywiadu w telewizji; ludzi, którzy rzucają komentarze w stylu „dobrze, że zdechł”. Opowiada o tym co czuł przed śmiercią, co napisał w liście pożegnalnym. Przedstawienie kończy się monologiem Kaśki, która opowiada jak mogłoby być – Franek żyłby dalej jako zwyczajny nastolatek, ze wzlotami i upadkami w swoim życiu, z momentami wspaniałymi i żenującymi, skończyłby szkołę i ruszył w świat, nie wyróżniając się bardzo z tłumu innych absolwentów. 

www_c0a2565.jpg

„h.”, reż. Daniel Stachuła, Teatr Wielki w Poznaniu, 2019. Fot. Ośko/Bogunia

Najbardziej przerażające jest to, że cała ta historia w swoim schemacie jest tak powszechna, tak dobrze znana, że aż banalna. Co chwila gdzieś zabija się jakieś dziecko lub nastolatek, a powody są zazwyczaj podobne. Naznaczenie kogoś jako „innego”, prześladowanie w szkole, presja grupy, eskalacja agresji, brak realnej pomocy i opieki psychologicznej, bezsilność lub lenistwo nauczycieli i rodziców. A potem ten wielki szum medialny, palenie świeczek na facebooku, pytania „jak mogło do tego dość”, komentarze, że „to takie straszne”, załamywanie rąk, reportaż TVN Uwaga. Jedna czy dwie manifestacje, wpisy na fejsie w rocznicę śmierci. Potem kolejna lub kolejny wiesza się na sznurówkach, rzuca z mostu lub podcina sobie żyły. A mnie trafia szlag. 

Zazwyczaj jest tak, że jak już dobrze rozpozna się mechanizmy, jak zauważy się ogólny wzór, wyodrębni zachowania ryzykowne, sytuacje niebezpieczne – to można wtedy realnie działać, by zlikwidować dany problem lub przynajmniej zmniejszyć jego skalę. Więc jak to jest, do ciężkiej cholery, możliwe, że choć znamy schematy, symptomy i zagrożenia nadal pozwalamy, by ludzi dręczono? I to do tego stopnia, że się zabijają?

Piszę „my”, bo to naprawdę nie jest problem indywidualnych jednostek, tak zwanych „patologicznych środowisk” czy wybranych szkół. To problem społeczny, dotyczący nas wszystkich. Każdy z nas był na pewno w takiej sytuacji. Kat, ofiara, świadek. Role są zresztą często wymienne (bici biją). Nierzadko jest przecież tak, że wraz ze zmianą szkoły czy klasy zmienia się układ sił – ofiara staje się katem i/lub odwrotnie. A dookoła mniej lub bardziej niemi świadkowie, którzy udają, że nic nie widzą i przyzwalają na przemoc. 

Profesor Dmuchawiec mówił także, że szkoła jest zawsze odbiciem tego, co na zewnątrz – póki nie zmieni się społeczeństwo, szkoła się także nie zmieni. Perspektywy zatem nie są wesołe. Pokazał to zresztą ostatnio Marek Koterski w filmie 7 uczuć, gdzie gombrowiczowski zabieg umieszczenia dorosłych w ławkach szkolnych ujawnił, jak bardzo polskie społeczeństwo przypomina klasę z beznadziejnymi pedagogami. Finałowy, pełen wkurwienia monolog Woźnej (Sonia Bohosiewicz), która wprost (dydaktycznie) tłumaczy jak należy traktować dzieci był już wyrazem absolutnej rozpaczy. Zresztą zupełnie zrozumiałej. Tym bardziej, że Koterski osadził wszystko w realiach szkoły PRLowskiej; a w każdym razie pre-cybernetycznej. 

Kwestia internetu i mediów społecznościowych jako narzędzi przemocy w szkole to temat także znany i opisany, lecz nadal nie znaleziono skutecznego rozwiązania problemu. Dorośli mają zresztą często tendencję do demonizowania mediów społecznościowych w ogóle. Ciekawie do tej kwestii podeszli twórcy serialu Euforia (w reżyserii Sama Levinsona, do zobaczenia na HBO GO). Ten serial o amerykańskich nastolatkach koncentruje się na wielu, niereprezentowanych dotąd w tym gatunku problemach, zgrabnie omijając utarte klisze. W typowej opowieści o amerykańskim high school, społeczność szkolna dzieli się na kasty, klasy, rasy i grupy zawodowe: w stołówce nerdy siedzą osobno, sportowcy osobno, czarni osobno, królowe piękności osobno, a kółko teatralne to w ogóle zupełnie gdzie indziej. W Euforii tego rodzaju bariery nie stanowią większego problemu – i choć bohaterowie reprezentują określone typy, wchodzą jednak w nieoczywiste związki, relacje i przyjaźnie. I tak na przykład Kat (Barbie Ferreira), dziewczyna plus size, trzyma się z czirliderkami. Jej wątek jest o tyle ciekawy, że to właśnie za sprawą internetu, mediów społecznościowych i portali pornograficznych bohaterka emancypuje się seksualnie i zaczyna akceptować swoje ciało. Pornografia i wysyłanie sobie nagich zdjęć są w Euforii powszechne (jak zresztą w prawdziwym życiu, tylko chyba żaden serial wcześniej nie odważył się pokazać tego z taką dosłownością). Bo nagie fotki są walutą miłości – jak tłumaczy nam narratorka serialu Rue (Zendaya). Nie da się już tego zatrzymać, ani zabronić, można jedynie uczyć jak wykorzystywać w odpowiedni sposób i pokazywać, że jest życie poza siecią.

Euforii, jak zresztą we wszystkich dziełach podejmujących temat szkoły i przemocy, interesująca jest kwestia nauczycieli. Jeżeli w poznańskim h. nauczyciele zostają ostro skrytykowani za brak odpowiedniego działania, to w Euforii po prostu w ogóle ich nie ma, nie mają żadnego wpływu na życie i relacje bohaterów.

Dlaczego? Z odpowiedzią przychodzą Kowboje Anny Smolar i Michała Buszewicza z Teatru im. Osterwy w Lublinie, spektakl o nauczycielach właśnie. W obecnym systemie polskiej szkoły nauczyciele mają za dużo pracy, system edukacji nie pozwala im na jakąkolwiek bliższą relacje z uczniami. Nauczyciele są nieustannie otoczeni hałasem (wrzask dzieci, przeraźliwie ryczące dzwonki), z programem, którego nie da się w pełni wykonać, obciążeni biurokracją, z niskim wynagrodzeniem, z suszącymi głowę lub podlizującymi się rodzicami. Wreszcie, trwający w hierarchicznej instytucji z osobnym polem walki w pokoju nauczycielskim, gdzie pozycję także trzeba budować stosując wymyślne strategie, manipulacje lub demonstracje siły. A jeżeli ktoś ma ambicję wprowadzać zmianę to wypalenie zawodowe gwarantowane. „Przetrwają najsilniejsi” – mówi Sól Ziemi (Jolanta Rychłowska), twarda nauczycielka, która z uczniami się nie cacka i jest strażniczką hierarchicznego systemu. „Każdy chciałby tu zrobić Finlandię, a na koniec zawsze wychodzi Polska” – dodaje jeszcze później. Ona jako jedyna w całym spektaklu nie jest i nie będzie sfrustrowana (wypalenie i frustracja to zresztą główne tematy tego spektaklu) – bo wie już, że systemu się nie zmieni, a z marzeniami o lepszym życiu się pożegnała. 

wwwkowboje_fot-nk_92.jpg

Michał Buszewicz, „Kowboje”, reż. Anna Smolar, Teatr im. Osterwy w Lublinie, 2019. Fot. Natalia Kabanow

Słowem, w naszej klasie wszystko jest złe. System nie działa dobrze, nauczyciele mają kiepsko, uczniowie jeszcze gorzej, społeczeństwo i technologie dokładają swoje. Kolejni uczniowie będą się dalej zabijać. 

Niektórzy uważają, że to niestety konieczne. Że mechanizm kozła ofiarnego opisany przez René Girarda to konieczny element życia wspólnoty. We wspólnocie źle się dzieje, trzeba zatem wybrać kozła ofiarnego – zabić go (najlepiej z powodu jego odmienności), by na tej ofierze zbudować nowy konsolidujący wspólnotę mit. Ale jesteśmy już dwa tysiąclecia po Chrystusie, nie chce mi się wierzyć, że nie znaleźliśmy lepszych metod na poprawę funkcjonowania społeczności.

Być może środkiem zaradczym może być teatr.  W h.  Franek pojawia się po raz pierwszy jako duch (a wiadomo, że teatr uwielbia wywoływać duchy). Jego historia opowiadana ze sceny wywołała, przynajmniej na pokazie, na którym byłem, bardzo mocne reakcje wśród uczniów i nauczycieli. Wiele osób płakało. Potem, w czasie warsztatów, została stworzona przestrzeń do rozmowy o tym, co wszyscy zobaczyliśmy. To nie jest oczywiście systemowe rozwiązanie, a raczej mały krok ku polepszeniu sytuacji, ale tutaj właśnie teatr ujawnia swoją moc.

Żeby było jasne, nie chodzi o to, że teatr uzdrowi polskie szkoły, w to w ogóle nie wierzę. Myślę raczej o teatrze jako miejscu konfrontacji z własną przemocą. I nie zawsze musi to dawać jednoznacznie pozytywne skutki. Dobrym przykładem jest Dybuk Anny Smolar z Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Twórcy, wychodząc od banalnego zabiegu teatru w teatrze – uczniowie wystawiają Dybuka An-skiego, prezentowany spektakl jest ramą całego przedstawienia – pokazali jak za pomocą teatru społeczność przeżywa katastrofę, która dokonała się wewnątrz niej. W miarę rozwoju historii spadały kolejne maski i odsłaniały się kolejne kurtyny (dosłownie, bo scenografia Anny Met składała się przede wszystkim z różowych kurtyn teatralnych), by dotrzeć do sceny pierwotnej, czyli chłopaka, który na skutek prześladowania przez rówieśników popełnił samobójstwo. 

Oczywiście, swoje robił tutaj także kontekst żydowski wprowadzany przez Dybuka, a ewokujący w widzach skojarzenia z rozliczeniami po Zagładzie, z biernym przyzwoleniem na przemoc, z mechanizmem naznaczania i piętnowania odmienności. U Anny Smolar nauczyciele (Małgorzata Witkowska, Mirosław Guzowski) dopytywani przez aktora (Maciej Pesta) o przyczynę tragedii, z początku bagatelizowali sprawę, a potem wybuchali potokiem tłumionych emocji. Uczniowie, tworzący zwarty front, musieli w końcu zmierzyć się z własnymi czynami. 

I właśnie ta ostatnia konfrontacja jest najbardziej przerażająca. W zimnym świetle wiszącej lampy, na pustej scenie do grupy uczniów przychodzi duch Grzesia, który popełnił samobójstwo (Michał Wanio). Jego koleżanki i koledzy (Hanna Maciąg, Irena Melcer, Jan Sobolewski), w ogóle nie czują skruchy – właściwie powtarzają dokładnie to samo, co robili chłopakowi za życia. Granica między światem żywych i martwych zostaje zawieszona, podobnie jak granica między rzeczywistością a fikcją spektaklu. Grześ chwyta aktorkę (Sonia Roszczuk), odgrywa rolę Chanana, każe jej czytać rolę Lei, grożąc nożem. Potem woła „koniec, światło gaśnie”. Gdy po chwili ciemności światła zapalają się znowu na scenie stoją uczniowie, nauczyciele i aktorzy, duch chłopca zaś zniknął. Ukłony, oklaski.

W tym metateatralnym spektaklu przerażające jest to powtórzenie aktu przemocy. A jednak widać wyraźnie, że grupa postaci, która się kłania w finale jest jakoś zmieniona, że ta konfrontacją za pomocą teatru coś dała, może w konsekwencji życie tej społeczności będzie lepsze. Bardzo chciałbym w to wierzyć.

Choć wiadomo, że nie zmienia się swojego wyglądu wyłącznie patrząc w lustro.

Udostępnij

Pracownik Instytutu Sztuki PAN, absolwent MISHiS UAM (kierunek wiodący: wiedza o teatrze). Recenzent teatralny współpracujący z „Gazetą Wyborczą Poznań”, „Didaskaliami”, eCzasKultury.pl i Taniecpolska.pl. Realizuje Diamentowy Grant poświęcony współczesnej polskiej krytyce teatralnej.