wwwaleksandra_zielinska_2.jpg

Aleksandra Zielińska. Fot. Krystian Lipiec/Wydawnictwo W.A.B.

(Dys)komfort kontrolowany

Magdalena Lachman
W numerach
Październik
2019
10 (755)

W pejzażu polskiej literatury najnowszej urodzona w 1989 roku Aleksandra Zielińska zajmuje pozycję rozpoznawalną jako pisarka z niemałym już dorobkiem i czytelniczym powodzeniem. Ten dorobek to cztery książki – trzy powieści: Przypadek Alicji (2014), Bura i szał (2016), Sorge (2019) oraz zbiór opowiadań Kijanki i kretowiska (2017). Wszystkie ukazały się pod szyldem wydawnictwa W.A.B. w serii Archipelagi nastawionej na promowanie ambitnej prozy współczesnej, szczególnie młodego pokolenia. Ponadto pisarka od dawna toruje sobie drogę do czytelników, publikując opowiadania w czasopismach (między innymi w nieistniejącym już „Magazynie Fantastycznym”, w „Fahrenheicie” – bodaj najstarszym polskim e-zinie o profilu literacko-publicystycznym skupionym na fantastyce i horrorze, w „OkoLicy Strachu”, w „Pocisku. Magazynie Literacko-Kryminalnym”, ponadto w „Znaku”, „Twórczości”, „Piśmie. Magazynie Opinii”) oraz w antologiach: Kochali się, że strach (2007), Trupojad. Nie ma ocalenia (2007), Pokój do wynajęcia (2008), Nawiedziny (2009), City 1. Antologia polskich opowiadań grozy (2009), City 2. Antologia polskich opowiadań grozy (2011), Bizarro dla początkujących (2011), 15 blizn (2011), Najlepsze horrory ad. 2012 (2012), 13 ran (2012), 17 szram (2013), Dziedzictwo Manitou (2013), Zombiefilia (2013), Inne światy (2018), Harda Horda (2019). 

Jak widać już z tego prawdopodobnie niekompletnego przeglądu, Aleksandra Zielińska swoją przygodę z pisaniem rozpoczynała od literatury grozy i sporo czasu terminowała w tym rzemiośle. Co więcej, uprawiała nawet jego dość wyszukane odmiany, jak choćby bizarro fiction łączącą w sobie schematy rodem z fantastyki, fantasy czy horroru z iście neosurrealistycznym absurdem, groteską, zacięciem satyrycznym i upodobaniem do pastiszu oraz czarnego humoru. Jeśli wierzyć nie raz przywoływanej anegdocie, na pisarkę miał poniekąd namaścić ją Maciej Parowski, redaktor „Nowej Fantastyki”, gdy życzliwie zareagował na jej młodzieńcze próby literackie, wysyłając do niej list z zachętą do dalszej pracy i poradą, by skupiła się na zgłębianiu tego, co zna i co jest jej mentalnie bliskie. Dopiero z czasem autorka Bury i szału grozę jako konwencję wzbogaciła o horror egzystencji, nie rezygnując z dobrze sobie znanych technik i chwytów, wykorzystywanych jednak już służebnie do celów pozarozrywkowych. Innymi słowy, fantastykę, a poniekąd także realizm magiczny, pisarka zaczęła traktować jako wygodne narzędzia pozwalające pokazywać rzeczy, o których nie da się mówić wprost. Tę „ewolucyjność” (nie jest ona zresztą dzisiaj niczym wyjątkowym wśród piszących; podobna prawidłowość stała się po części udziałem choćby Szczepana Twardocha, Łukasza Orbitowskiego, Wita Szostaka czy Jakuba Małeckiego) da się prześledzić na konkretnych tekstach, na przykład porównując debiutancką powieść Przypadek Alicji z opowiadaniem Lidka, zamieszczonym w publikacji zbiorowej Dziedzictwo Manitou. Antologia dedykowana Grahamowi Mastertonowi

Bez żadnego przekłamania można uznać Aleksandrę Zielińską za autorkę płodną, aktywną i zarazem „rankingową”. Jej nazwisko przewija się na liście odkryć literackich ostatnich lat, w dorocznych zestawieniach najważniejszych lub najciekawszych propozycji, w zbiorach książek przyciągających uwagę krytyków i budzących zainteresowanie czytelników i osiągających satysfakcjonujące wyniki sprzedaży. Pisarka funkcjonuje też na jurorskich giełdach, o czym świadczą wyróżnienia w konkursach (Zielińska została między innymi laureatką konkursu literackiego Mistrzowie i Adepci, organizowanego przez Fabrykę Słów – z zapowiadanej jako efekt tego przedsięwzięcia publikacji zbiorowej wydawca się ostatecznie wycofał) oraz nominacje do cieszących się renomą nagród literackich. Za Przypadek Alicji była nominowana w 2015 roku do Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego oraz do Nagrody Conrada za najlepszy literacki debiut roku 2014. Dzięki powieści Bura i szał znalazła się w 2017 roku w gronie kandydatów do Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza. Natomiast zbiór opowiadań Kijanki i kretowiska w 2018 roku trafił do finałowej piątki utworów prozatorskich zgłoszonych do Nagrody Literackiej Gdynia. Ponadto pisarka w 2015 roku uzyskała Stypendium Twórcze Miasta Krakowa. Jest też laureatką przyznawanej przez Fundację im. Wisławy Szymborskiej Nagrody im. Adama Włodka za rok 2017 (otrzymała ją za napisanie powieści Sorge), a także beneficjentką stypendium Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego (dzięki niemu była rezydentką literacką w Willi Decjusza) oraz Programu Stypendialnego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska”. Jej utwory są recenzowane w opiniotwórczej prasie, w popularnych serwisach i blogach internetowych, spontanicznie i żywo dyskutowane na forach internetowych. Pisarka chętnie udziela wywiadów i spotyka się z czytelnikami, jest zapraszana do programów radiowych i telewizyjnych, bywa gościnią vlogerów specjalizujących się w materiałach literackich. 

Symptomatyczność działalności twórczej Aleksandry Zielińskiej polega i na tym, że przyzwyczaja ona swych odbiorców do stałej obecności na scenie artystycznej za sprawą nie tylko wydawanych regularnie tekstów, ale i zaangażowania w różne inicjatywy okołopisarskie. Dała się poznać jako recenzentka (niegdyś między innymi w internetowym magazynie „Grabarz Polski” poświęconym horrorowi, thrillerom, fantastyce i kryminałowi), bierze udział w różnych zbiorowych projektach (na przykład w crowdfundingowej antologii Mapa Cieni zawierającej reportaże i opowiadania z nawiedzonych miejsc usytuowanych w Krakowie i jego okolicach – Zielińska opublikowała tam tekst Ostatnia podróż Zu, w którym opisała nawiedzony dom w Witkowicach). Ostatnio angażuje się – razem z Natalią Fiedorczuk-Cieślak, Jakubem Małeckim oraz Grzegorzem Uzdańskim pod nadzorem Justyny Sobolewskiej – w działania zespołu literackiego w Studiu Munka i wspiera młodych twórców w pracy nad przygotowywanymi do produkcji filmami fabularnymi, pomagając ulepszać zakwalifikowane do realizacji scenariusze), prowadzi warsztaty (na przykład fabuły i stylu), gości na festiwalach – między innymi pojawia się regularnie podczas KFASONu, odbywającego się od 2013 roku Krakowskiego Festiwalu Amatorów Strachu Obrzydzenia i Niepokoju, którego hasło przewodnie: „tremendum et fascinosum” (groza i fascynacja) łatwo potraktować jako również jej credo.

Choć sama zastrzega, że daleko jej do współcześnie praktykowanego modelu pisarki-celebrytki, stopniowo wyrabia sobie autorskie logo i ma świadomość, że wiele dziś od niego na rynku pisarskim zależy. Innymi słowy, dąży do uprawiania pisarstwa markowego z instytucjonalnie przypisanym mu znakiem jakości. Pomocą pod tym względem służą autorce Kijanek i kretowisk entuzjastyczni interpretatorzy jej twórczości. Starając się przybliżyć kierunek zainteresowań Aleksandry Zielińskiej, często nawet mimowolnie skupiają się na portretowaniu samej autorki i kreśleniu jej wizerunku (dosłownie w jego utrwalaniu pomaga pisarce obiektyw Krystiana Lipca; to właśnie wykonane przez niego fotografie widnieją najczęściej w poświęcanych jej artykułach, na okładkach książek i w materiałach promocyjnych) jako intrygującej i obiecującej debiutantki czy utalentowanej praktykantki sztuki słowa. Również z wywiadów wyłania się opowieść o modelowym ziszczeniu marzeń adeptki pióra. Uderza zresztą, że przepytujący ją interlokutorzy często nie wychodzą poza dyżurny zestaw pytań zadawanych pisarzom standardowo w rozmowach i na wieczorach autorskich: jak tworzy, w jaki sposób szlifuje warsztat, co czyta, co ogląda, czym się inspiruje, nad czym aktualnie pracuje etc. Swoją drogą, dużo mówi to o specyfice współczesnego życia literackiego i potrzebach odbiorczych czy raczej o wyobrażeniach na temat tych potrzeb.

Aleksandra Zielińska otrzymała etykietkę nie tylko jednej „z najciekawszych polskich pisarek młodego pokolenia”, ale i – z racji wykształcenia – „farmaceutki z niejedną pasją”. Znakiem wszechstronności stają się zdobyte przez nią dyplomy. Autorka Sorge uzyskała magisterium w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego (czyniła nawet przymiarki do doktoratu z farmacji), a jednocześnie dała się poznać jako niegdysiejsza uczennica Szkoły Malarstwa i Rysunku; ponadto ukończyła grafikę na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie i odbyła studia podyplomowe w Warszawskiej Szkole Filmowej; uczestniczyła też w kursach dramatopisarstwa. W prezentacjach i biogramach, obok informacji, że Zielińska pisze (a nawet: „pisze, pisze, pisze”1), pojawiają się też doniesienia o tym, że grywa na gitarze i rysuje – wykonała między innymi okładkę i ilustracje do tomiku wierszy Izy Smolarek stany zmysłowe (2007), równolegle zresztą z meldunkami (zdradzającymi obznajomienie z potraktowaną à rebours biogramową konwencją), że jest leworęczna, lubi koty (jednego nawet ma), nie za bardzo radzi sobie z opieką nad roślinami doniczkowymi, ma prawo jazdy, piecze wspaniałą szarlotkę, a jako „niebieskooka blondynka o urzekającym uśmiechu” nie boi się wyzwań. Sama deklaruje, że chętnie (za)istniałaby na różnych artystycznych polach, ponieważ dobrze się czuje w roli debiutantki ciągle rozszerzającej kręgi swoich aktywności. Podkreśla, że z przyjemnością sprawdziłaby się w twórczości dla dzieci (adresowaną do nich książeczkę zatytułowaną Bajka o słowach i Kocie Bez Oka wykonała jako pracę dyplomową na Wydziale Sztuki, opracowując szatę graficzną i sam tekst), chętnie wylegitymowałaby się osiągnięciami w dziedzinie fotografii, zdobyła doświadczenie filmowe, a własne utwory poddała próbie ekranu lub sceny. 

Swoje zamierzenia systematycznie wprowadza zresztą w czyn, czego dowodem publikowany w październikowym numerze „Dialogu” dramat Królowe matki na kanwie opowiadania Do zobaczenia, dziewczynki z tomu Kijanki i kretowiska. Poszukałabym tu jeszcze paraleli z innym tekstem – Po drugie z przedsięwzięcia zbiorowego: Harda Horda, a i – biorąc pod uwagę wędrówkę istotnych motywów – odniesień do klamrowych scen z Bury i szału, gdy tytułowa bohaterka podczas spotkań ze swoim psychoterapeutą poddaje się używanemu w diagnozach klinicznych testowi plam barwnych Rorschacha, o którym mowa także w dramacie. Notabene swych sił na niwie teatralnej Aleksandra Zielińska próbowała już dawno, gdy w 2013 roku została finalistką konkursu Nowy Wymiar Kultury w kategorii tekst dramatyczny. Odbyła też kurs dramatopisarski w Centrum Dramatu Najnowszego przy Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. W prywatnej hierarchii pisarki teatr zajmuje pozycję wyraźnie uprzywilejowaną. Jak sama wyznaje: „Teatr to dla mnie najwyższa forma, łącząca wszystkie moje pasje w jedno”. W jednym z wywiadów z kolei tak mówi o preferowanym sposobie spędzania czasu: „jeśli nie ma mnie w aptece, to pewnie siedzę gdzieś na schodach widowni i trzeci raz oglądam Wesele”. 

Choć Aleksandra Zielińska często podkreśla, że nie chce czynić przesłania tekstu sprawą oczywistą, to znaczy zależy jej, by pozostawiać niedopowiedzenia i oddawać pole do popisu czytelnikowi, tej twórczości raczej nie determinują strategie otwarcia. Jej znakiem rozpoznawczym są od początku stałe elementy i konsekwencja. W jej utrzymywaniu pomagają autorce, o czym była już częściowo mowa, krytycy, chętnie eksplorujący tropy podsuwane przez nią samą w autokomentarzach i wywiadach. W ich świetle widać, że Aleksandra Zielińska z pewnością należy do twórczyń, które chcą – a w każdym razie nie mają nic przeciwko temu – byśmy dużo wiedzieli o nich i o ich pisarstwie, jeszcze zanim przystąpimy do lektury. Innymi słowy, sama kusi się o ukierunkowane eksplikacje swoich pomysłów, kluczowe dla siebie założenia wyłuszczając wprost. Na przykład w trailerze przygotowanym z okazji wydania zbioru jedenastu opowiadań Kijanki i kretowiska, połączonych w zamyśle tematyczną i kompozycyjną klamrą (zgodnie z rekomendacją wydawniczą autorka w tym tomie „mierzy się z problemem grozy dojrzewania na różnych etapach życia”), mówi o tym, że bliska jej jest perspektywa dziecięca, ponieważ oczami najmłodszych da się zobaczyć więcej, łatwiej też o wytworzenie specyficznej aury i wrażenia magii. Można by dodać, że dzięki takiej optyce ulega także przesunięciu granica między realnym i nierzeczywistym – w odczuciu opisywanych postaci, a także w umyśle czytelnika, do którego należy każdorazowo rozstrzygnięcie, co w utworze jest relacją z wydarzeń zmaterializowanych w świecie przedstawionym, a co urojeniem, obrazem z głowy bohatera, często żyjącego na krawędzi, funkcjonującego na granicy poczytalności, w gęstwinie własnych traum i lęków, niedostosowanego do świata i jego opresyjnych zasad anektujących jego wrażliwość. 

Zielińska nie kryje, że szczególnie interesuje ją zachowanie kobiet (czasami jeszcze dziewczynek) w obliczu wielkoformatowej zmiany i w sytuacji kryzysu, opresji, osobistego dramatu. Jak deklaruje, w swoich utworach pieczołowicie dba o scenografię wydarzeń i aranżuje ją z pedanterią oraz troską o detale, obmyślając, jakiego tła i sztafażu wymaga opowiadana historia, by mogła w niej mieszać się czy być umiejętnie dawkowana realność i fantasmagoria. Sceneria, w której rozgrywa się akcja utworów, skrupulatnie koreluje się z emocjonalną warstwą tekstu. W Przypadku Alicji autorka portretuje mroczne zaułki Krakowa dalekiego od wizerunku „miasta kultury”. W Sorge oddaje klimat małomiasteczkowej prowincji z jej typowymi, również przestrzennymi, atrybutami. W powieści Bura i szał ważną rolę odgrywa między innymi motyw opuszczonego i rozsypującego się domostwa. W opowiadaniach przywołuje tylko pozornie niewinne dekoracje – w sielskie wiejskie plenery, w senną atmosferę letniska, w leniwe życie przedmieść, w malownicze i kontemplacyjne krajobrazy wdziera się dysonans: rzeka okazuje się rwąca, tafla jeziora złowroga; niepokój może nawet wywoływać gładka powierzchnia domowego basenu rozstawionego latem w przydomowym ogródku. Przeczuwamy, że opisywane miejsca kryją w sobie mroczne tajemnice albo niebawem, w toku rozwoju akcji, wydarzy się w nich coś makabrycznego, zostały lub zostaną naznaczone piętnem trudnego czy wręcz niemożliwego do udźwignięcia koszmaru. 

Równocześnie Zielińska stara się, by wykreowane światy przybrały rys przestrzeni zuniwersalizowanej, w którą możemy się wpisać ze swoimi doświadczeniami (również tymi dostarczanymi przez po freudowsku rozumianą pracę podświadomości) – paradoksalnie niekoniecznie w pełni osobistymi, często również potraktowanymi jako symptomy schorzeń cywilizacyjnych, z którymi się mierzymy jako obserwatorzy. Programuje właśnie taki odbiór swoich dzieł od ich pierwszych linijek czy scen. W zamyśle Zielińskiej historie mają się bronić same, a czytelnik jako pełnoprawny uczestnik procesu lektury powinien samodzielnie decydować, co z tekstu przyswoi jako własne. 

Stałym i bodaj najważniejszym tematem Zielińskiej wydaje się problem autodestrukcji oraz jednego z jej symptomów – autoagresji, niszczycielskiej pasji względem własnego „ja”. Autoagresja interesuje Zielińską nie jako zaburzenie instynktu samozachowawczego, jak często się ją w fachowej literaturze definiuje, ale jako nieodłączny atrybut natury ludzkiej, uzewnętrznianie potrzeby sprawdzania i przesuwania granic, poza którymi chcemy się znaleźć – czy to na próbę, czy to na zawsze. Nawet jeśli pęd ku autodestrukcji jest przypadłością stymulowaną w dużym stopniu przez okoliczności zewnętrzne i ponure zdarzenia od nas niezależne, w świetle zaoferowanych nam tekstów można na niego spojrzeć jako na immanentną cechę ludzkiej osobowości, właściwość psychiki, którą nauczyliśmy się co najwyżej trzymać na wodzy, ale do której wszyscy mamy predyspozycję. Pisarka stara się nam uzmysłowić, jak trawi nas ciągota do samozniszczenia, jak łatwo wychodzimy jej naprzeciw i w niej się zatracamy; jak robimy wszystko (albo chociaż bardzo dużo), by sobie nie pomóc, niekoniecznie dlatego, że jest to poza naszym zasięgiem, ale dlatego, że mamy predylekcję do testowania i przesuwania granic własnych wyobrażeń o sobie i o tym, co jesteśmy w stanie wytrzymać. Lubimy po prostu bez ostrzeżenia puszczać hamulce samokontroli, sprawdzać, co jest po drugiej stronie lustra, nie respektować normy i rutyny, wpadać do króliczej nory i wstępować do Krainy Czarów, nawet jeśli miałaby się okazać piekłem, z którego nie ma powrotu. 

Zielińskiej niewątpliwie zależy na pokazywaniu intensywnej erupcji uczuć i emocji. Ukazuje bohaterów, którzy nie chcą niczego tłumić, oswajać, przepracowywać, wypierać. Uprawia twórczość, która nie zamierza gasić pożaru, woli dolewać oliwy do ognia; nie ma na celu oswajać, katalizować, hamować emocji i przepracowywać traum, ale chce podsycać niepokój. Nie jest to jednak w moim odczuciu literatura wywrotowo niebezpieczna, taka, po której przeczytaniu już nic nie jest takie samo. Teksty Zielińskiej nie są konfliktogenne w głębokim znaczeniu tego słowa, są portretujące i ilustratywne, nie burzą wyobrażeń, którymi dysponuje czytelnik odnośnie poruszanych przez nią tematów. Odbiorca nie traci gruntu pod nogami, ostatecznie pisarka nie sypie soli na otwartą ranę. Istota tekstowego przesłania w tym przypadku sprowadza się raczej do „oznajmiania” i „zawiadamiania” (o wartych uwagi problemach, w które wikła nas współczesność), co wynika zarówno z genezy tej propozycji twórczej, jak i z zastosowanych metod podawczych. Zielińska nie wynajduje tematów ani formy ich ujmowania, to tematy i forma ją znajdują. Zwracając uwagę na nośne kwestie, wyłuskuje je ze społecznego tygla, pokazuje, że stają się wspólne, przynależą do przestrzeni publicznej i mogą być swobodnie ukontekstowione. Wybierając i drążąc konkretne tematy, dąży do ich przyobleczenia w kształt wypowiedzi artystycznej z niezatartym źródłowym rysem zasłyszanego czy wyczytanego.

Nawet jeśli pisarka przyznaje, że uszczegółowioną warstwę swoich tekstów opiera na własnych przeżyciach (szczególnie tych z dzieciństwa spędzonego w wiejskim otoczeniu, gdy żyjąc w rytmie natury, z dala od wielkomiejskiego świata, z którym skonfrontowała się dopiero na studiach w Krakowie, lubiła zamykać żaby w słoikach, obserwować rzęsę na jeziorach, eksplorować pustostany…), to zarazem dementuje przeświadczenie, jakoby jej teksty należało czytać w kluczu biograficznym en globe. Ma on stanowić jedynie delikatny zapłon, ale nie główny impuls sprawczy utworów. Wielokrotnie podkreśla, że porusza interesujące ją kwestie bez ich znajomości z autopsji, bez empirycznego zaplecza, nie można więc stawiać znaku równości między nią a jej bohaterkami, nawet jeśli pewne korelacje występują (na przykład tytułowa Alicja z debiutanckiej książki studiuje w Krakowie farmację). Równocześnie sygnalizuje, że informacje o przypadłościach, które drążą psychikę jej bohaterów, czerpie z książek, specjalistycznych artykułów, z forów internetowych, od znajomych, którzy się podobnymi tematami zajmują. Tym samym wskazuje na warsztatowe zaplecze uprawianej przez siebie literatury, uwypuklając znaczenie „prefabrykatowości” jako metody twórczej, którą się posługuje. Pisarka nie kryje, że korzysta z różnych społecznych, symbolicznych, artystycznych, także z popkulturowych porządków. W tej literaturze chodzi o relacyjność komponentów, precyzję wykonania i kumulację efektów na zasadzie mniej lub bardziej gwałtownych spięć.

Pisarstwo Zielińskiej cechuje stabilność nie tylko tematów i motywów, ale też stosowanych rozwiązań artystycznych. Wśród nich za znak „prefabrykatowości” można uznać myślenie gotowymi obrazami, niekiedy wręcz – na co zwracali uwagę komentatorzy – operowanie opisem na zasadzie ekwiwalentu kadrów filmowych. Zmysł do posługiwania się gotowymi modułami widać też w predylekcji do tworzenia kontaminacyjnych neologizmów i w upodobaniu do gier słownych (na przykład „lękarstwo”, „disco polio”) oraz do kumulatywnego i kombinatorycznego piętrzenia znaczeń. Autorka chętnie sama podsuwa tropy zakorzenione w polisemii. Sorge to dawna niemieckojęzyczna nazwa własna miasteczka, w którym została osadzona akcja ostatniej, jak dotąd, książki Zielińskiej, ale i „zmartwienie” oraz „troska”. „Bura” to przydomek bohaterki jej drugiej powieści, ale i nawiązanie do specyficznej barwy, mającej – w zależności od optyki – oddawać monochromatyczną nijakość albo ponurą, złowieszczą naturę tytułowej postaci. To oczywiście też synonim nagany, upominania, które przez całe dzieciństwo i późniejsze życie prześladuje bohaterkę. Ten przydomek można też odczytać jako wyrzut i reprymendę dla wszystkich, którzy są (współ)odpowiedzialni za jej toczoną w oparach szaleństwa egzystencję. „Bura” ma także przywodzić na myśl niszczycielską siłę wiatru, suchego, zimnego, gwałtownego, wiejącego na Półwyspie Bałkańskim od gór ku morzu. W tym nazewniczym koncepcie tkwi także ślad po niewyraźnie wymówionym słowie: „burza”, która w znaczeniu dosłownym i metaforycznym odgrywa w utworze ważną rolę (co dokumentuje między innymi tytuł jednego z rozdziałów: „Nie ma Bury bez ognia albo i jest”). Można jeszcze dodać, że w języku łotewskim to słowo oznacza „żagiel”, a w węgierskim „klosz”. Ten przykład pokazuje, że Zielińska nie wprowadza nowych sensów, ale żongluje zastanymi znaczeniami, wikłając je w nieoczekiwane konfiguracje i poddając sprawdzianowi komasacyjnej semantyki. 

„Prefabrykatowość” jako zasadę twórczą potwierdza również duży rozrzut w źródłach inspiracji i w zakresie patronatów artystycznych, które pisarka bardzo chętnie ujawnia. Stymulacji szuka przy tym w bardzo różnych estetykach jednocześnie (może trochę w myśl zasady: dla każdego dawka rozpoznawalnego). Zielińska zdradza, że czuje się dłużniczką między innymi takich twórców jak Stephen King (za lekturę formacyjną uznaje jego Miasteczko Salem), Truman Capote, John Updike, Andrzej Sapkowski, Jacek Dukaj, Marcin Świetlicki, Łukasz Orbitowski (zawdzięcza mu motto do Przypadku Alicji). Za ważnych dla siebie pisarzy uważa też na przykład Roya Jacobsena, twórcę powieści Niewidzialni, a także Davida Fostera 
Wallace’a (jako autora Bladego króla i zbioru Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Eseje i rozważania). Ceni również takie propozycje jak Zew Włóczęgi. Opowieści wędrowne Rebeki Solnit czy Kontener Marka Bieńczyka. Z kolei wśród istotnych dla siebie twórców teatralnych wymienia Pawła Demirskiego i Monikę Strzępkę. Ponadto nie kryje admiracji dla streetartu, czego ślady też przynosi warstwa stematyzowana jej tekstów (nie do przeoczenia są aluzje do Banksy’ego oraz do krakowskich murali). Jednocześnie uznaje za stosowne przyznać się do fascynacji różnymi odmianami muzyki: dorobkiem Jacka Kaczmarskiego, Krzysztofa Komedy, ale i trashem oraz heavy metalem (upodobanie do ciężkich brzmień zdradza wielu wykreowanych przez nią bohaterów), a także do oczarowań filmowych, szczególnie warsztatem Romana Polańskiego (uobecnionym w filmach Dziecko RosemaryLokator czy nawet w reklamie domu mody Prada zatytułowanej Terapia), Larsa von Triera (DogvilleMelancholia), Davida Lyncha (Miasteczko Twin Peaks), Wojtka Smarzowskiego (Dom zły), jak też Ridleya Scotta (ważny dla siebie przekaz dostrzega w Łowcy androidów). 

Tę listę można uzupełnić o jeszcze inne istotne inspiracje wytropione przez recenzentów i wskazywane w omówieniach tej twórczości lub ewidentnie nasuwające się podczas lektury (do Bury i szału pisarka dołącza nawet spis konkretnych zawartych w tekście przywołań). Krytycy, pisząc o wyobraźni filmowej autorki, podsuwali jeszcze tropy bergmanowskie i inspiracje kinem Almodóvara (specyficzna „Almodorama” daje o sobie znać w najnowszym dramacie – jedna z jego postaci jest kryptonimowana jako: WSZYSTKO O MOICH MATKACH). Wśród powinowactw literackich wskazywano z kolei Drobne szaleństwa dnia codziennego Kai Malanowskiej i Jolantę Sylwii Chutnik, utwory Joanny Bator i Doroty Masłowskiej. Nasuwa się też przewrotny patronat Astrid Lindgren (dobitnie zarysowany w opowiadaniu Wesoło jest w Bullerbyn) czy Michaiła Bułhakowa (złowieszczy kot Behemot jawić się może jako prototyp Kotka z debiutanckiej powieści), no i oczywiście Alicji w Krainie Czarów – aczkolwiek sama pisarka bardziej komplikuje nawiązanie do tej akurat książki, twierdząc, że w pierwszej kolejności zaintrygowała ją wystawa fotografii Katarzyny Widmańskiej, prezentowana w Galerii Pauza w Krakowie i sposób, w jaki ta artystka odwoływała się do dzieła Lewisa Carrolla w swoich wystylizowanych pracach – inscenizowanych zdjęciach. 

Właśnie w transpozycyjności współczesnych sztuk wizualnych widziałabym korelat literackiej strategii autorki Kijanek i kretowisk. Wydaje się bowiem, że Zielińska myśli o składnikach swoich tekstów „obiektowo”, to znaczy z pieczołowicie dobieranych komponentów tworzy coś w rodzaju odpowiednika instalacji artystycznej. Jeśli już zaś mowa o możliwych powinowactwach omawianego pisarstwa z wyrazistymi strategiami estetycznymi spoza literackiego spektrum, to za ważny, a chyba przeoczony trop uznałabym jeszcze możliwość skonfrontowania twórczości Zielińskiej ze sztuką Mariny Abramović, specjalistki od autodestrukcyjnych performansów z udziałem własnego ciała wykorzystywanego w roli tworzywa. Jest ona pomysłodawczynią transgresyjnych eksperymentów, w których chodzi o badanie granic swojej fizycznej i psychicznej wytrzymałości, docieranie do samopoznania przez samoopresyjność, a także o wskazywanie, na jakich zasadach natężony ból może przynosić ulgę i poza jaką pokonaną granicą dowiemy się jeszcze czegoś nie tylko o sobie, ale i relacjach, które tworzymy z innymi i w które się nie zawsze zamierzenie wikłamy. Można odnieść niekiedy wrażenie, że odbiorca tekstów Zielińskiej bywa stawiany w sytuacji widza performansu, w którym serbska artystka na przykład rytmicznie wbijała ostry nóż w przestrzenie między palcami rozłożonej na stole dłoni, nie zawsze jednak w te puste miejsca trafiając, albo w którym szczotkowała włosy do krwi, powtarzając: „Art Must Be Beautiful / Artist Must Be Beautiful” czy w którym zjadała cebulę, nie ujawniając niemal żadnego grymasu. Aluzyjne przywołanie jednego z najbardziej znanych galeryjnych eksperymentów Mariny Abramović, kiedy artystka pozwoliła publiczności robić ze sobą praktycznie wszystko przy użyciu przygotowanych wcześniej przedmiotów, zawiera być może refleksja, którą snuje bohaterka opowiadania Tereska patrzy na widma po zdiagnozowaniu guza piersi:

Położyła się na kozetce i z istoty ludzkiej w mgnieniu oka zamieniła się w preparat, w kawał materiału, którego można użyć w dowolnym celu. Na początku ktoś mógłby otrzeć jej pot papierowym ręcznikiem, dać szklankę wody do popicia i przykryć nagą klatkę piersiową zieloną, sterylną chustą. Wystarczyłoby dać ludziom wolną chwilę, poczucie bezpieczeństwa i zapewnienie, że nikt nie patrzy, a zaraz staliby się śmielsi, wepchnęliby jej te ręczniki do gardła, oblali twarz wodą ze szklanki, w końcu wrazili długopis w oko, a skalpel umieścili między nogami 2

Pisarstwo Zielińskiej niewątpliwie prowokuje do gry w bardzo różne skojarzenia (a przynajmniej nie wyklucza podjęcia takiej pracy przez odbiorcę). Łatwo je prowadzić w dowolnym kierunku – na zasadzie nie tylko tropienia wpływologii, ale i po prostu poszukiwań konfrontatywnych punktów odniesienia. W tej perspektywie kusić może chociażby zestawienie Przypadku Alicji czy Bury i szału z Obłędem Jerzego Krzysztonia. Z kolei kompounofobia, obsesyjny strach przed guzikami, na który cierpi dziecięca bohaterka opowiadania Do zobaczenia, dziewczynki i powstałego na jego podstawie dramatu Królowe matki, od razu rodzi pokusę, by przywołać Koralinę Neila Gaimana (i adaptację filmową tego tekstu). Mimowolnie przypomina się też Guzik Zbigniewa Herberta z jego cyklu Bajek: „Najładniejsze bajki są o tym, że byliśmy mali. Ja lubię najbardziej tę, jak to raz połknąłem kościany guzik. Mama wtedy płakała”. Na marginesie dałoby się pomyśleć o produktywności i różnokierunkowej funkcjonalności „guzikowej” metaforyki w literaturze. Wystarczy wspomnieć inny wiersz Zbigniewa Herberta zatytułowany Guziki z tomu Rovigo o zupełnie odmiennym spektrum odniesień; a także zawartą w Pianistce Elfriede Jelinek sugestywną wizję Wiednia – miasta muzyki, w którym „guziki strzelają na grubym białym brzuszysku kultury” 3. Zresztą na podorędziu jest tu nawet postać zamienionego w guzik Pana Kleksa z kanonicznej już książki Jana Brzechwy, odczytywanej obecnie niekoniecznie tylko jako przygodowa lektura adresowana do dzieci, ale i utwór stanowiący odreagowywanie holokaustowych traum autora. 

Twórczość Aleksandry Zielińskiej próbuje ustanowić równowagę między mysterium tremendum i mysterium fascinans, jawiąc się jako układanka, a nie labirynt, w którym będziemy błądzić po omacku. W końcu oswajanie sfery (dys)komfortu obliguje do działań planowych i kontrolowanych.

 

  • 1. Co kanciaste i chropowate ma pod skorupą, z Aleksandrą Zielińską rozmawiała Katarzyna Krasoń, „KRAKÓW.PL”, nr 3/2017.
  • 2. Aleksandra Zielińska Tereska patrzy na widma, w: tejże, Kijanki i kretowiska, W.A.B., Warszawa 2017, s. 136.
  • 3.  Elfriede Jelinek Pianistka, przełożył Ryszard Turczyn, W.A.B., Warszawa 2004, s. 16.

Udostępnij

Adiunktka w Zakładzie Literatury Polskiej XX i XXI wieku (Instytut Filologii Polskiej i Logopedii, Wydział Filologiczny, Uniwersytet Łódzki). Napisała książki Gry z „tandetą” w prozie polskiej po 1989 roku (2004) oraz Jak (nie) być pisarzem. Literatura we współczesnej przestrzeni komunikacyjnej (2019, w druku). Główny obszar jej zainteresowań naukowych stanowi literatura najnowsza, socjologia sztuki i kultury oraz komunikacja artystyczna w konfrontacji z kulturą masową, sferą medialną i kodami wizualnymi.