dsc_0795.jpg

Jolanta Janiczak „I tak nikt mi nie uwierzy”, reż. Wiktor Rubin, scenografia: Łukasz Surowiec, kostiumy: Hanna Maciąg, muzyka: Krzysztof Kaliski, reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski, Teatr Fredry w Gnieźnie 2020. Fot. Dawid Stube

Czarownice i cykliści

Magda Mosiewicz
W numerach
Październik
2020
10 (767)

„Przywykłam do sytuacji”, „nie było po co krzyczeć”, mówi Barbara Zdunk, a nad wszystkimi jej słowami wisi jeszcze tytuł sztuki: I tak nikt mi nie uwierzy. Mówi tylko dlatego, że zmuszają ją do mówienia – o gwałtach, które zaczęły się, gdy miała dwanaście lat, wybiciu jednego oka, drugiego. Najpierw wykorzystał ją stryj, potem cała parada żołnierzy, parobków, strażników w więzieniu. Zeznawanie jest tylko kolejnym etapem opresji, Barbara wie, że tak jak nie było po co krzyczeć, tak nie ma po co opowiadać. Bo wszyscy dookoła też przywykli do sytuacji i nikt jej nie zmieni.

Dlaczego wykorzystywali? Bo mogli.

Jak to możliwe? Bo wszyscy przywykli. 

Wszyscy, nie tylko banda śmierdzących dziadów sprzed wieków, ale my też. My w nowoczesnych demokracjach, my kobiety i mężczyźni, teoretycznie znający prawo i uznający idee równości.

Wszyscy jesteśmy z tej kultury, znamy hierarchię i odruchowo wiemy, kim można pomiatać.

Barbara Zdunk jest w tej hierarchii nikim, a na dodatek „nie ma wstydu”.

Prowadzący kampanie antyprzemocowe podkreślają, jak ważne jest, by to „panie z pozycją” – zadbane, wykształcone, z pieniędzmi – opowiedziały publicznie, jak były bite w swoich dobrych domach. To znaczy, że biciem w złych domach mało kto się przejmie. Że kobiety biedne, z prowincji, migrujące za pracą, samotne matki to właściwie ofiary z definicji. 

Ruch #MeToo sprowokowały właśnie te panie z pozycją, choć i one – mimo sławy, bogactwa, urody – musiały borykać się z ugruntowanym od wieków wyobrażeniem aktorek jako kobiet co najmniej podejrzanych. Ale wysokie miejsce na drabinie społecznej zadziałało, łatwiej przyszło kolejnym kobietom powiedzieć „ja też, tak jak ta gwiazda z okładki” byłam molestowana, próbowano mnie wykorzystać, upokarzano, byłam ofiarą przemocy. A przecież Harvey Weinstein nie był pierwszym oskarżonym o gwałty wpływowym mężczyzną.

Maj 2011. Nowojorska policja na kilka minut przed startem wyprowadza z samolotu Dominique’a Strauss-Kahna, szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, profesora, byłego ministra gospodarki Francji. Zostaje oskarżony o gwałt na pokojówce z hotelu. Czy ta historia była mniej medialna? Nie. Czy powstał ruch solidarności z Nafissatou Diallo, czy ktoś napisał „ja też, jak ta sprzątaczka, nazwiska niestety nie pamiętam, uciekinierka z jakiegoś kraju z Afryki”, ja też byłam/byłem wykorzystany/molestowany w miejscu pracy, bo nikt się ze mną nie liczy? Nie. (Tak, sąd oddalił oskarżenie z powodu niespójnych zeznań i skończyło się na prywatnym odszkodowaniu. Ale zanim do tego doszło było dużo czasu na kampanię antyprzemocową – której nie było.) 

Wrzesień 2020. Polskie media obiega facebookowy post Piotra Pytlakowskiego, dziennikarza „Polityki”:

Ta sprawa nie daje mi spokoju. Wszyscy pieprzą o tęczy i o prawach osób nieheteronormatywnych. Kłócą się o Margot. Czy p. Gozdyra miała prawo skrytykować tę osobę?! Szum, wzburzenie, wywalanie się z FB. A obok po cichu, toczą się prawdziwe dramaty. Bez reakcji.
Ok. tygodnia temu została pobita znana dziennikarka, reportażystka. Dowiedziałem się o tym niedawno. W okolicy Galerii Młociny szła ze swoją chyba 13-letnią siostrzenicą. Trzymały się pod ręce. Jakiś mężczyzna zaczął krzyczeć: Kurwy jebane lesby! 
Uderzył pięścią w twarz dziennikarki. Silnie – złamał jej nos i spowodował sińce w okolicach oczu. Chłopak, który stał nieopodal, próbował napastnika powstrzymać, został pobity. Kobieta i dziewczynka uciekły. 
Dziecko było w szoku, jej ciotka też. Dlatego zapewne nie zadzwoniła na policję. Ale okolica jest stale monitorowana kamerami, dyżurni z policyjnych central (Bielany i Komenda Stołeczna) oraz ze Straży Miejskiej musieli zdarzenie zarejestrować, ale nikt nie zareagował.
Piszę o tym z dwóch powodów. Po pierwsze, bo to kolejny przykład agresji wywołanej pisowską narracją anty-LGBT. Reakcja atakującego mężczyzny była automatyczna: trzymają się pod ręce, znaczy lesby, trzeba napierdalać.
A po drugie, może znajdą się świadkowie zdarzenia. Jeśli ktoś widział, proszę o kontakt. Tej sprawy nie można zostawić. Jestem teraz w Chorwacji, za kilka dni wracam i nie zostawię tej sprawy.
Reagujmy na takie przypadki, bo przemoc będzie rządzić. Różne fucki i hóje też nie pomogą. Dają jedynie upust własnym ego, a obok dzieją się rzeczy straszne. I wtedy nikt nie reaguje. Poza tym chłopcem przed Galerią, który też padł ofiarą.

Zostawmy na chwilę kwestię Margot i jej fucków, i hójów. Przyznajmy redaktorowi szacownego pisma, że nawet w emocjonalnym wpisie nie zapomina o kontekście politycznym i o wezwaniu do reagowania na agresję na ulicach. Ale przyjrzyjmy się skojarzeniom, jakie wywołuje ten „prawdziwy dramat” (w odróżnieniu od wydumanych „praw osób nieheteronormatywnych”?): pobito dziennikarkę (czyli osobę znaną i szanowaną) i trzynastolatkę (czyli obraz niewinności), ponieważ zostały mylnie wzięte za lesbijki przez zamroczonego „pisowską narracją” agresora (oni są tak otumanieni, że atakują i niewinne ciocie, i banery „Zmień piec”). Dlaczego mamy te skojarzenia? Dlaczego nie pytamy od razu: a co, gdyby to rzeczywiście były lesbijki? Albo geje? I gdyby nie było PiSu? Czy redaktor Pytlakowski napisałby na Facebooku: „około tygodnia temu mężczyzna uderzył w nos geja”? Czy ten wpis cytowałyby inne media? Dlaczego pojawia się myśl o niezasłużonym ataku, tak jakby te inne były zasłużone? Czy lesbijki byłyby „same sobie winne”? 

Przywykliśmy do sytuacji?

Niby mamy w polskiej kulturze dowcip-odtrutkę na tę pułapkę odruchowych skojarzeń:

Wszystkiemu winni Żydzi i cykliści. 
Dlaczego cykliści? 
A dlaczego Żydzi?

Odtrutka nie działała. Śmieszne, śmieszne, ale przecież wiadomo było, jaka jest różnica między Żydami a wszystkimi innymi, nawet cyklistami. 

Był o tym film-pułapka: Monsieur Klein Josepha Loseya. Jest rok 1942, tytułowy pan Klein to paryski bon vivant, który mieszka w luksusowym apartamencie pełnym pięknych przedmiotów, z piękną kochanką, a jeszcze gra go piękny Alain Delon. Od pierwszej sceny wiadomo, że to modelowy zimny drań, handlujący dziełami sztuki, które przynoszą na sprzedaż próbujący przetrwać Żydzi. A jednak jesteśmy po jego stronie, kiedy omyłkowo dostaje żydowski biuletyn, jego nazwisko (choć alzackie) znajduje się na liście subskrybentów, którą przejmują władze, i zaczyna interesować się nim policja. Kibicujemy mu, kiedy próbuje się wywikłać – no przecież ma te kłopoty niezasłużenie! A Żydzi? Zasłużenie? A  Żydzi – wiadomo, ofiary z definicji. Reżyser i scenarzysta Franco Solinas perfidnie wikłają nas w sympatyzowanie z eleganckim, oczytanym Aryjczykiem, próbującym wytropić Kleina-Żyda, z którym go pomylono. Film swoją kafkowską atmosferą sugeruje metaforyczne odczytania, żydowski Robert Klein mógłby być prześladującym katolika poczuciem winy, od którego nie można uciec. Ale i w czysto realistycznym planie jest dość treści. Bardzo długa, prawie niema sekwencja przewożenia ludzi z żółtymi gwiazdami na płaszczach przez pochłonięte swoimi sprawami miasto. Grupowanie ich za drucianym ogrodzeniem. Przepychanie, dzieci, walizki, w końcu rampa. Wagony. Przywykliśmy do tego widoku, tylko opanowany, perfekcyjny w każdym calu Monsieur Klein do niego nie pasuje. Niech go ktoś uratuje! Jego, bo reszta, wiadomo.

Jest rok 2020. Romowie, ofiary Holokaustu, nadal są na odruchowo wyobrażonej liście tych, którymi można pomiatać. Żydzi nie. Czy to dlatego, że zadziałały książki, świadectwa, procesy, wyroki i że zrozumieliśmy? Czy dlatego, że Izrael ma myśliwce F-16, legendarny wywiad, broń atomową, a brutalność żołnierzy można zobaczyć na własne oczy na filmach dokumentalnych i reportażach z telefonu (robionych także przez Izraelczyków)?

Jak powstaje hierarchia? Ile w niej strachu?

Na przykład, czy ktoś się boi kobiet? 

Córka Barbary Zdunk snuje wizje zemsty na domniemanym ojcu:

zwabiłabym go do izby tej samej, co mu rękę miałaś opatrywać. Rozebrałabym go, przywiązała do pieca tego samego, co ciebie na nim położyli. Zapaliłabym w piecu, kiedy by już na nim leżał bezbronny i nagi, tak jak ty leżałaś. Palenisko by się szybciutko nagrzało, parzyło bez litości. Najpierw bym się przedstawiła, choć przez podobieństwo chyba bym nie musiała się przedstawiać, a jakby już coś odpowiedział na przywitanie, tobym mu z czystym sumieniem wyrwała wszystkie zęby obcęgami. Jakby się nie dało wyrwać, wybiłabym młotkiem. A do jamy ustnej najpierw bym naszczała, a potem nalała smoły, żeby nie mógł wypowiedzieć ostatniego słowa a nawet sylaby. Wydłubałabym mu oko, tak jak oni tobie wydłubali, a w pusty oczodół nalałabym wrzącego oleju, aż by się mózg zaczął gotować i przywoływać gorące obrazy.

Chciałoby się powiedzieć: i tak nikt ci nie uwierzy. Widzieliśmy takie obrazy w filmach Tarantino, ale nie uwierzyliśmy. Nie wyobrażamy sobie, żeby przez miasto przeszła demonstracja kobiet przewracających policyjne suki i wybijających szyby. Nawet palenie opon nie wchodzi w grę, bo nieekologiczne. Gdyby do tego doszło, kobiety zostałyby zagonione do swojego miejsca w szeregu przez wszystkich polityków i publicystów. Prawdopodobnie ktoś by je pobił. Gdyby to było w Stanach Zjednoczonych, do manifestacji strzelałaby ostrą amunicją policja i cywile-ochotnicy, jak strzelają do aktywistów Black Lives Matter. Oskarżeniom o eskalowanie przemocy, niszczenie mienia, marnowanie publicznych środków na ochronę nie byłoby końca. 

Tymczasem, czy ktoś reaguje jeszcze oburzeniem na przemarsze i uliczne bitwy kibiców, rytualnie dewastujących miasta i bijących tych, którzy im nie pasują? Dlaczego trzeba zamykać ruch uliczny, mobilizować policję z połowy kraju, na wszelkie sposoby ułatwiać rozładowanie okołopiłkarskich emocji, zamiast zwyczajnie tego zabronić (a przynajmniej obciążać kosztami tych, którzy na tym zarabiają)? Czy wszyscy po prostu boją się siły? Zwykłej fizycznej siły bejsbolów i pięści?

Bieda, brak wykształcenia, brak kontaktów są tak samo udziałem mężczyzn, jak kobiet, a jednak mężczyźni nie są ofiarami z definicji. Liczy się z nimi każda władza. 

Setki lat praktykowania demokracji, tysiące lat tradycji prawnej, książki,  telewizja, miliony debatogodzin, a na koniec i tak liczy się siła i groźba rozróby. 

W odruchowych wyobrażeniach mężczyźni są groźni.

Kobiety są bezradne. 

Wrzesień 2020, duże polskie miasto po zachodniej stronie Wisły, tytuł prasowy: „Nie zgwałcili, tylko wykorzystali bezradność skatowanej kobiety”.

Poznański Sąd Apelacyjny wydał ostateczny wyrok w sprawie mężczyzn, którzy byli oskarżeni o brutalne pobicie, nieudzielenie pomocy, poważne uszkodzenie ciała, narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia i zgwałcenie kobiety w jednym z mieszkań na ul. Garncarskiej w Poznaniu. W ocenie poznańskich sądów, mimo że dwóch mężczyzn uprawiało seks z pobitą kobietą, która nie była w stanie się bronić, to do gwałtu nie doszło. Bo mężczyźni wykorzystali bezradność 35-latki. Ostatecznie Sąd Apelacyjny obniżył dwóm mężczyznom wyroki o połowę. 1

Może nie pali się już czarownic w świetle prawa, ale wykorzystać bezradność – czemu nie? Grace Dyas, irlandzka artystka i aktywistka napisała „Sztukę dla dwóch kobiet kopiących dół” – Co tu jeszcze pogrzebano 2. Pogrzebano odebrane im dzieci, prawa, wolność, lata życia spędzone w niewolniczej pracy. Do końca dwudziestego wieku tysiące kobiet więziono w Irlandii w tak zwanych azylach magdalenek – prowadzonych przez zakony obozach pracy, w których zamknięto tysiące samotnych matek, prostytutek, wszelkich jednostek uznanych za nieskromne, niestabilne, przynoszące wstyd rodzinie. W nowszym, kapitalistycznym reżymie lepiej było wykorzystywać je jako darmową siłę roboczą niż palić. Proceder trwał sto pięćdziesiąt lat, a po zamknięciu ostatniego ośrodka „korekcyjnego” (po części z powodu nieopłacalności) jeszcze długo zakopywano prawdę z powrotem do dołu. Od przypadkowego odkrycia nielegalnego cmentarza i ekshumacji zwłok kobiet i dzieci (jeden z zakonów sprzedał grunt pod deweloperkę) do oficjalnych przeprosin premiera Irlandii w 2013 roku minęło dwadzieścia lat. 

Dlaczego je wykorzystywali? Bo mogli.

Jak to było możliwe? Bo wszyscy przywykli. To ciągle te same koleiny: bieda, wstyd, przemoc plus hipokryzja i manipulacja, którą mistrzowsko opanowały katolickie instytucje.

Oczywiście współczujemy. Taka przemoc oburza, zwłaszcza że dziś już nie znamy tych dziewczyn, nikogo nie drażnią swoim „bezwstydem”. Ale już kiedy aktywistki ukraińskiego Femenu protestowały przeciwko wykorzystywaniu kobiet w seksbiznesie, kwitnącym wokół mistrzostw Euro 2012, to Femen budził negatywne reakcje. Jak można wdzierać się na mecze? Dlaczego epatują nagimi piersiami? Przecież to wstyd. 

Albo taka Margot. 

Warszawa 2020, po mieście jeżdżą furgonetki z hasłami „Stop pedofilii”, „Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci? 4-latki: masturbacji…” etc. Powstaje kolektyw Stop Bzdurom blokujący przemieszczanie się tych samochodów: zdejmują lub zamalowują tablice rejestracyjne, zamalowują hasła, przecinają opony. Próba aresztowania jednej z członkiń kolektywu – Margot – przeradza się w demonstrację, aresztowanych zostaje czterdzieści osiem osób, w większości homoseksualnych i transseksualnych, w kolejnych dniach organizowane są manifestacje solidarności, wyrazy wsparcia płyną z całego świata. Margot jest osobą niebinarną, osoby organizujące akcje solidarnościowe są ze społeczności LGBTQ+, media obiega obraz ludzi z tęczowymi flagami skaczących po policyjnym samochodzie, który próbują zablokować. Margot aresztowana na dwa miesiące wychodzi po trzech tygodniach i umieszcza na profilu Stop Bzdurom zdjęcie z gestem fucka i hasłem „Polsko ty hóju”.

Do czegoś tu nie przywykliśmy.

To nie są gesty z repertuaru ofiar. 

I od razu idzie fala oburzenia: nie można niszczyć samochodów, nie można przemawiać na demonstracjach słowami „pierdolnijcie się wszyscy na ryj” (do policjantów), nie można, nie można. „Bo przemoc będzie rządzić. Różne fucki i hóje też nie pomogą. Dają jedynie upust własnym ego, a obok dzieją się rzeczy straszne”, jak pisze Pytlakowski.

Przemoc zawsze rządziła. Zawsze tu była, tylko jest przeoczana. A wręcz jest na nią przyzwolenie, pod warunkiem, że to ta tradycyjna przemoc. Albo tradycyjny wandalizm, na przykład patriotyczne graffiti. Albo tradycyjne wulgaryzmy, niepokorne wyrazy hardości grup tradycyjnie hardych.

Po aresztowaniach tęczowych aktywistów Siksa nagrywa utwór Proste hasło. „Raz dwa trzy, jebać psy”, skandowane na wrześniowych demonstracjach.

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Jarek Szubrycht prowokuje:

W Prostym haśle dostaje się policji: „Ty też byłeś poniżany na pewno, kolego, i dlatego teraz chcesz poniżać słabszych od siebie”. Długo szukałem najłagodniejszego cytatu.

Siksa:

Kiedy Peja w „997” rapuje, że policjanci to kurwy, nikt nie ma z tym problemu, kultowy kawałek. Natomiast kiedy ktoś z kręgów LGBTQ+ ośmieli się powiedzieć coś podobnego, wszyscy są oburzeni i mówią o przekraczaniu granic. 3

Tak, fajnie, żeby nie rozlewała się przemoc. Tylko w tej walce o pokój nie zaczynajmy od dyscyplinowania słabszych – Stop Bzdurom, Femenu, Pussy Riot, Czarnych Szmat, Siksy. Na filmie Pussy Riot. Modlitwa punka widać nie tylko sędziów, strażników i policjantów, ale i spontanicznych demonstrantów mówiących śmiało do kamery: „Trzeba by je było spalić”. 

Zapewne jest w tym wkurzeniu rozczarowanie, że nie proszą o ułaskawienie, przebaczenie. W ogóle o nic nie proszą, no może o zaangażowanie, jak Stop Bzdurom, gdy aktywistki mówią: „Mamy nadzieję, że przyłączycie się do zarazy, że rozniesiemy to na całą planetę. Poniszczmy jakieś rodziny”.

  • 1.  Nie zgwałcili, tylko wykorzystali bezradność skatowanej kobiety - taki kontrowersyjny wyrok sądu zapadł w Poznaniu, Polska Times z dnia 18 września 2020.
  • 2.  Druk. w „Dialogu” nr 7-8/2019.
  • 3.  Siksa: Łatwiej jest powiedzieć „jebać PiS”, niż opowiadać o gwałcie, z Alex Freiheit rozmawiał Jarek Szubrycht, „Gazeta Wyborcza” z 12 września 2020.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 2017 roku. Scenarzystka, dokumentalistka, aktywistka.