redpill_2.jpg

Wojciech Parszewski, Magdalena Walkiewicz, Paweł Sablik, Karolina Szczypek „REDPILLME”, Sopot Non Fiction, 2021. Fot. Jurek Bartkowski

Witamy na pustyni rzeczywistości

Bartosz Dołotko
Przedstawienia
12 lis, 2021

1.

Zaczyna się immersyjnie – Magdalena Walkiewicz i Wojciech Parszewski siedzą naprzeciwko siebie, zastygli w napięciu o konsystencji galarety, ubrani w okrywające całe ciała kombinezony ochronne. Odgrywają, czy raczej – odtwarzają, reinscenizują pamiętną scenę z Matrixa sióstr Wachowskich, gdy Thomas A. Anderson – pracownik korporacji, wyróżniający się wyjątkową wrażliwością na serie kodu płynące w meblach – doświadcza momentu przełomowego dla swojej tożsamości. Postawiony przed wyborem: czerwona czy niebieska pigułka, dokonuje wiadomego wyboru.

Scena otwierająca REDPILLME – jeden z projektów goszczonych na tegorocznej edycji Sopot Non Fiction –grana jest w całkowitym bezruchu. Walkiewicz i Parszewski na bieżąco uzupełniają wyświetlaną na scenie niemą projekcję o wypowiadane po polsku kwestie, co sygnalizuje rozmyty charakter relacji między pierwowzorem a powieleniem. Dynamika wzajemnych wpływów między dwiema przenikającymi się płaszczyznami prezentacji wskazuje na symbiotyczność – są one komplementarne, zależne od siebie na poziomie komunikacyjnej wydolności. Reprodukcja nie mogłaby zaistnieć bez oryginału – to oczywiste – lecz pierwowzór również nie może się obejść bez własnego przetworzenia. To znaczeniowe sprzężenie zwrotne, niejednoznaczność w zakresie wzajemnego ustanawiania swojego istnienia, stanowi frapującą wprawkę tematyczną do kolejnych segmentów prezentacji. Neo przyjmuje pigułkę, następuje przesilenie.

redpill_5.jpg

Fot. Jurek Bartkowski

Formalnie dalszy ciąg występu znajduje się na pograniczu prelekcji i eseju performatywnego, przywodzącego na myśl poetykę i estetykę autoprezentacyjnych działań Rimini Protokoll. Można go też określić mianem raportu z działania w wirtualnym terenie – nazwy tej używają Walkiewicz i Parszewski. Wszyscy członkowie grupy zaangażowani w proces powstawania projektu (poza wspomnianymi osobami są to również: Karolina Szczypek, odpowiedzialna za reżyserię, oraz Paweł Sablik – dramaturg) kolejno prezentują wyniki prowadzonej przez tydzień mini-kwerendy – wzmożonego obcowania z tkanką głęboką internetu. Uwzględniało ono dwie kategorie działań: zgromadzenie, usystematyzowanie i prezentację śladów cyberistnienia dwóch nienależących do grupy REDPILLME rezydentek Sopot Non Fiction (co ważne – bez ich wiedzy), oraz tworzoną przez wszystkie cztery osoby inscenizację historii zaczerpniętych z forów poświęconych wrażliwym, wymykającym się prawu treściom. Źródłami stają się tutaj tak niesławne witryny, jak chociażby 4chan.com czy sadistic.pl. Stosowana przez ich użytkowników – bardzo często są to mizogińsko usposobieni mężczyźni – fraza „redpill me about…” służy jako wezwanie do ujawnienia ukrytej lub trudno dostępnej wiedzy na określony temat. Przez wzgląd na wyjątkową drastyczność relacjonowanych historii performans odgrywany jest w duchu całkowitej transparentności i konsensualności. Szczypek zaznacza, że uwzględnione przez zespół tematy (samobójstwo, inwigilacja, przemoc seksualna) mogą wywoływać silne reakcje emocjonalne i podkreśla, że drzwi sali pozostają nieprzerwanie otwarte. Jeśli wyjście okaże się jednak gestem zbyt śmiałym, może skorzystać z podarowanych wszystkim przy wejściu pomarańczowych, wpadających nieco w czerwień zatyczek do uszu.

2.

REDPILLME naznaczone jest dość specyficznym paradoksem. Z jednej strony inkorporuje strategie sceniczne, mające na uwadze psychiczny dobrostan zarówno osób zaangażowanych w proces, jak i obserwujących. Z drugiej konsekwentnie egzekwuje brutalne, a nawet inwazyjne „wybudzanie” tych spośród widzów i widzek, którzy podjęli się konfrontacji z budzącymi intensywne reakcje narracjami. Zespół raz po raz, coraz dosadniej daje do zrozumienia, jak opresyjną i napastliwą przestrzenią jest internet, zarówno w ramach nienawistnych, męskocentrycznych forów, jak i w rękach korporacji medialnych. Zderzenie dwóch płaszczyzn problematyzacji – przemocowości teatru i internetu – wywołuje wyjątkowe napięcie znaczeniowe. Wszystkie gesty, które mogłyby budzić wątpliwości etyczne, znajdują bowiem interpretacyjne uzasadnienie w warstwie obrazowania mrocznej strony cyberprzestrzeni.

Informacje dotyczące dwóch rezydentek – głównie strony polubione przez nie na portalach społecznościowych – są czymś w rodzaju wolnych elektronów, dryfujących w internetowych odmętach zapomnianych fascynacji i porzuconych hobby. Obie listy, sporządzone przez Parszewskiego i Walkiewicz oraz zawierające zebrane przez nich dane, uwzględniają tendencje lewicowe, zainteresowanie jogą, kuchnią wegańską i bodaj wszystkimi istniejącymi gatunkami tańca – rzeczy, które same w sobie nie ujawniają faktów newralgicznych dla prywatności żadnej z kobiet, lecz które otwierają coś, co można by nazwać informacyjną króliczą norą. Prezentacje na temat obu rezydentek pełnią funkcję pokazu możliwości inwigilacyjnych, zapewnionych przez selektywnie stworzone cyberpersony badanych. I tak – okazuje się – udział w warsztatach medytacyjnych może doprowadzić do namierzenia adresu zamieszkania danej osoby, bogato udokumentowana wyprawa na ryby staje się przepustką do poznania najczęściej pokonywanej przez nią drogi do pracy, etc. To właśnie łatwość, z jaką Mark Zuckerberg i jego koledzy po fachu zawłaszczają, a następnie poddają utowarowieniu mimowolnie oddawane za darmo dane, stanowi clou opisanego działania. Trudno się nie zgodzić – trafna diagnoza. 

redpill_1.jpg

Fot. Jurek Bartkowski

Nasuwa się jednak wątpliwość: działania powzięte przez twórczynie i twórców REDPILLME odbyły się bez wcześniejszej konsultacji z rezydentkami, których tożsamość jest wszystkim znana – ze sceny padają nazwiska. Pokazuje to brak sprawczości i świadomości osób inwigilowanych w internecie, zarówno jeśli chodzi o sprawy trywialne, jak i dane wrażliwe. Jednak czy nie jest to ewidentne nadużycie, szczególnie w kontekście postulowanej konsensualności przebiegu performansu? Podczas dyskusji z widownią, która odbywa się po pokazie, Parczewski argumentuje, że przytoczone informacje są ogólnodostępne. Racja, lecz nie każdy podjąłby się ich zebrania, uporządkowania, a następnie publicznego odczytania. Wytwarza się w ten sposób zafałszowaną i ograniczoną reprezentację badanej osoby, stawiając ją w pozycji kozła ofiarnego. Z perspektywy zinwigilowanych rezydentek usystematyzowanie dostępnych na wyciągnięcie ręki informacji pociąga za sobą poważne konsekwencje.

Wspomniany paradoks pojawia się również w kontekście inscenizacji dwóch spośród trzech wątków zaczerpniętych z forów – w obu przypadkach widownia dostaje klarowne ostrzeżenie, że przedstawiane będą brutalne sceny. Pierwsza prezentacja dotyczy dywagacji nad bezbolesną i najbardziej skuteczną metodą popełnienia samobójstwa. Uwzględnia również grafikę, zawierającą dokładną instrukcję łatwego, choć dość kosztownego sposobu odebrania sobie życia. Druga jest drastycznym opisem przestępstwa seksualnego, zrelacjonowanego i odtworzonego na scenie. Co ważne – w sposób sformalizowany, niedosłowny. W obu przypadkach wybrzmiewa analogiczny problem – czy można założyć, że jeśli materiały te funkcjonują w wolnym (lub łagodnie ograniczonym) dostępie, to zespół może zostać zwolniony z odpowiedzialności za to, w jaki sposób osoby oglądające wykorzystają pozyskane informacje? Niełatwo jest mi się też pozbyć wątpliwości co do wydolności używanych przez Szczypek trigger warnings – umożliwiają one podjęcie autonomicznej decyzji o stopniu uczestnictwa w występie, lecz jednocześnie wywołują efekt zakazanego owocu, który okazuje się zgniły dopiero po pierwszym kęsie. Dlatego opuszczanie sali zaczęło się dopiero w trakcie rekonstrukcji zbrodni. Również laboratoryjne próby wypracowania nowego języka scenicznego, który byłby w stanie w sposób nienaturalistyczny obrazować zjawiska o charakterze przemocowym, osiągają przewrotny efekt. Niedopowiedzenie, a tym samym pozostawienie wyobraźni pola do popisu w zakresie dopełnienia prezentowanej sytuacji, okazuje się wyzwalaczem o mocy wystarczającej do wywołania silnych, przytłaczających reakcji.

3.

Szczypek i Sablik rozumieją symulację w sposób ciekawie czerpiący z zaplecza Matrixowo-Baudrillardowskiego. W tym wypadku zamyka się ona raczej w deficycie wiedzy i bodźców, niż w ich naddatku. Czy to w postaci wytworzonego przez metalicznie bezlitosne maszyny wirtualnego świata, czy abstrakcyjnej warstwy dobrze nam znanej rzeczywistości, ufundowanej na najmniej bezużytecznych pomysłach korporacyjnych copywriterów. REDPILLME przedstawia symulację jako bezwiedne trwanie w stanie błogiego nieuświadomienia, zastygnięcie w perspektywie nieobejmującej pewnego zakresu wiedzy. Mimo ewidentnych zbieżności z tokiem rozumowania sióstr Wachowskich i Baudrillarda, zespół obiera zgoła inny kierunek przetworzenia głównego motywu. 

Posługując się (wątpliwą, ale na potrzebę tego wywodu użyteczną) dychotomią: realne (dotykalne) – wirtualne, można zaobserwować, że przyjęcie ofiarowanej nam czerwonej pigułki wywołuje przebudzenie o charakterze innym, niż to, jakiego doświadczył Neo. Przedsiębierzemy bowiem skok na główkę w niezbadanie głębokie odmęty, nomen omen, deep webu, by następnie przebić się przez napotkane warstwy mułu i znaleźć się w smoliście czarnej czeluści dark webu, będącego siedliskiem treści bardzo często nielegalnych. Tym samym nie tyle odrzucamy formę doświadczanej dotychczas rzeczywistości, ile uzupełniamy ją o dostarczone ze sceny relacje o mechanizmach funkcjonowania cyberprzestrzeni, jednocześnie usytuowanej równolegle wobec dotykalnego pola poznania, jak i go przenikającej. Nie jesteśmy zmuszeni do wyswobodzenia się z misternie skonstruowanej atrapy świata. Przenosimy się na chwilę z cielesności w sferę wędrujących niewidzialnymi korytarzami zer i jedynek, by ostatecznie powrócić do punktu wyjścia, w mniejszym stopniu ziejącego lukami poznawczymi.

redpill_4.jpg

Fot. Jurek Bartkowski

Co interesujące – wszystkie prezentowane na scenie relacje cechuje duże prawdopodobieństwo bycia sfałszowanymi. W konsumpcję treści internetowych wpisana jest bowiem domyślna wątpliwość w ich prawdziwość. Sprawy ewentualnej wiarygodności nie ułatwiają piętrzące się poziomy zapośredniczenia, formujące gmach informacyjnej niepewności (rozbudowany o moją interpretacyjną kondygnację). Niewydolna okazuje się w tym kluczu kategoria świadectwa, ponieważ jakakolwiek weryfikacja przyswajanych, przetwarzanych, a następnie odtwarzanych treści pozostaje niemożliwa. Prawdopodobne więc, że cały wykreowany na potrzeby tego tekstu dyskurs nosi znamiona jałowości, ponieważ opracowywane przez grupę narracje mogłyby okazać się po prostu nieprawdziwe. W tym wypadku działania mające na celu przełamanie symulacji również jawią się jako skazane na porażkę. Nie dysponują bowiem weryfikowalną prawdą, którą mogłyby zaoferować w zamian. Sama Szczypek wydaje się mieć tego świadomość, ponieważ otwiera wykonywaną przez siebie solową partię występu – poświęconą internetowemu sygnalizowaniu instytucjonalnej przemocy – słowami: „Prawda jest konkretna” – cytatem z Brechta, cytującego Lenina, cytującego z kolei Hegla, etc. Twórcy i twórczynie wydają się więc dostrzegać kruchość i ironiczność wykorzystywanych przez siebie narzędzi, lecz nie poddają tego wystarczająco pogłębionej analizie. 

Tym bardziej komplikuje sytuację finałowa scena, gdzie Walkiewicz i Parszewski odgrywają groteskowo prostolinijny dialog pary pijącej Bolsa, który – rzekomo – zgodził się na marketingową współpracę z grupą. Umieszczenie jej w prezentacji jest wynikiem ankiety, przeprowadzonej przez Szczypek na Instagramie. Głosy użytkowników, którzy z perspektywy widowni są wyłącznie fantomami, bezcielesnymi respondentami, definiują ostateczny kształt scenicznego świata. Cyberprzestrzeń, tym razem pozbawiona możliwego zakotwiczenia w rzeczywistości, wespół z handlowymi powiązaniami, infekuje to, co widoczne, namacalne. Publiczność nie dysponuje środkami, które byłyby w stanie potwierdzić istnienie internetowych decydentów czy współpracy twórców i twórczyń ze znaną marką. Scena, która na pierwszy rzut oka wydaje się być jedynie kąśliwym, komediowym wtrętem, okazuje się gorzką puentą, uwydatniającą fundamentalny problem prezentacji – niebezpiecznie niejednoznaczny status prawdy.

redpill_3.jpg

Fot. Jurek Bartkowski

Z drugiej strony, podkreślanie konwencjonalności widowiska, całkowita transparentność w relacji z widownią i problematyzowanie opresyjności elementarnych składników teatralnych rytuałów – piętnowania widzów opuszających salę, naturalistycznych reprezentacji przemocy seksualnej oraz nadużywania kompetencji reżyserskich – zapewnia pewien rodzaj wybudzenia ze snu o teatrze mistrzów. Wspomniana odezwa Szczypek, obwieszczająca zamiar stworzenia platformy Polish Theatre Leaks, której zadaniem ma być krzewienie demokratyzacji teatru i oddanie głosu systemowo uciszanym, jest przedłużeniem gestu wykonanego w stronę widowni. Zaoferowania czerwonej pigułki, lecz tym razem w zwiększonej ilości i o wzmocnionym działaniu. 

Wciąż może się jednak okazać, że przełknąwszy gorzką pigułkę, rozpoznamy posmak błękitu zaledwie obleczonego cienką, dezorientującą błoną czerwieni. Czy może odwrotnie? Istnieje szansa, że pozostawi po sobie metaliczny aromat krwi, upuszczonej z tętnicy biernego komfortu. Stanie w gardle, poplami kombinezon i wyeksponuje zielonkawe wzniesienia na skroni. A wszystko to ku uciesze poczciwego Morfeusza.

Udostępnij

Bartosz Dołotko

Student teatrologii na Uniwersytecie Gdańskim.