ewa.jpg

Archiwum rodzinne

Sojuszniczka

Rozmowa Stanisława Godlewskiego, Marty Keil, Moniki Kwaśniewskiej, Pauliny Skorupskiej i Weroniki Szczawińskiej
2020
Nagroda Kamyk
4 (761)

GODLEWSKI: W Ewie Guderian-Czaplińskiej imponował mi pewien rodzaj myślenia poza schematami. I nieprzywiązywanie się do własnych rozwiązań czy myśli. Bywało często tak, że jakiś temat albo spektakl bardzo długo w niej pracował i potrafiła wielokrotnie zmieniać na jego temat zdanie w czasie dyskusji. Umiała myśleć nieszablonowo, czasem kojarząc rzeczy z najodleglejszych dziedzin – i to mi się wydaje szalenie ważne w dzisiejszej humanistyce. Bardzo otwarta postawa, elastyczna, a jednocześnie bezkompromisowa. Udawało się jej to bardzo pięknie łączyć.

KWAŚNIEWSKA: To jest też bardzo widoczne w jej tekstach krytycznych. Cechuje je skłonność do zajmowania wyrazistego stanowiska, bezkompromisowość (choćby w postawie feministycznej), a jednocześnie rozwaga, łagodność i otwartość na rozmaite perspektywy. Świetnie to widać w recenzji dwóch kolejnych odsłon projektu [‘HU:R KOBJE+] Marty Górnickiej (jednym z bardzo wielu artykułów, które napisała dla „Didaskaliów”; na stronie internetowej udostępniliśmy wszystkie, które opublikowała u nas od 2003 roku). Ewa kilka razy zmienia tu perspektywę spojrzenia na projekt. Jej postawa jest afirmatywna, ale też świadoma rozmaitych pułapek, na które natrafia feminizm we współczesnej Polsce (i oczywiście – w teatrze). Opisuje wątki zawarte w spektaklach problematyzujących obecność kobiecego głosu w przestrzeni publicznej, cały czas zawłaszczonego i zapośredniczonego przez inne dyskursy („wciąż nie ma kobiecego języka; że są wmówienia i uzurpacje, manipulujące wizerunkiem kobiety według potrzeb męskiego świata”), na przykład medialne czy kościelne. Poddaje jednak też ostrożnej, czujnej analizie kwestie formy przedstawień i zasad komunikacji, którą podejmują z widownią. Podkreśla więc z jednej strony cielesną, indywidualną obecność kobiet tworzących chór, oddziałującą w sposób bardzo afektywny, z drugiej zaś – tradycyjną, konwencjonalną formę scenicznego wydarzenia: „No tak, ale jednak kupujemy bilety, mamy miejsca siedzące, podział na aktorki i publiczność wciąż obowiązuje – więc jakiż to nowy wzór, skoro tak wiele ram kulturowych zostało zachowanych?”. I tą konkluzję odnoszącą się do oczekiwania, by teatr przekroczył granice kultury, również poddaje krytycznej refleksji. Ostatecznie stwierdza, że, owszem, projekt nie wymyśli całkowicie nowego świata, w którym nie obowiązują opresyjne dla kobiet normy. Pozwala jednak „nabałaganić w społecznym podziale głosów” – i to, jej zdaniem, jest wystarczającą wartością, by na końcu – przy okazji wyrażając niezgodę na to, że słowo „chór” jest rodzaju męskiego – z afirmacją stwierdzić: „Hura, że jest taka chóra. Hura, że [‘hu:ra]”. Ten tekst jest tak gęsty, tak precyzyjny, logiczny, a jednocześnie pełen subwersywnej energii i zaangażowania, że sam w sobie również zaczyna działać afektywnie (przynajmniej na mnie), zaraża entuzjazmem i pasją poznawczą. Teraz, czytając go ponownie, nabrałam wielkiej ochoty, by przyjrzeć się tym spektaklom ponownie, znaleźć kolejne punkty, w których można by postawić pytania i trochę namieszać (pewnie również w konkluzjach Ewy). 

KEIL: Dla mnie wymiar feministyczny, o którym mówisz, uobecniał się jeszcze w dostrzeganiu roli afektu w rozpoznaniu sytuacji. Pamiętam, że zarówno w rozmowach, jak i tekstach, Ewa pokazywała, jak na ocenę rozmaitych wydarzeń wpływały jej własne emocje i doświadczenia. Uderzyło mnie to chociażby w tekście o trzech tomach HyPaTii, gdzie opowiadała, w jaki sposób sama przechodziła przemianę jako badaczka: od fascynacji ojcami założycielami polskiego teatru, zgodnej z tym, czego uczono ją na studiach, przez spostrzeżenie, że tak rozumiana jego historia pisana jest tylko z jednej, patriarchalnej perspektywy, po konsekwentne i uparte dopominanie się o miejsce dla głosów dotąd przemilczanych. We wspomnianym tekście Ewa pisała o tym, jak przy okazji prowadzonych przez nią badań w archiwum Teatru Polskiego w Poznaniu zdumiało ją odkrycie radykalnych dysproporcji w wynagrodzeniach Nuny i Bolesława Szczurkiewiczów, którzy wspólnie prowadzili tę instytucję w latach dwudziestych dwudziestego wieku. I to właśnie odczuwane wówczas oburzenie pozwoliło jej dostrzec, jak bardzo obowiązujący porządek wpłynął na to, jak rozumie historię teatru, jak sama jest przez ten porządek kształtowana. I dodawała: „Nie ma co, uwewnętrzniłam historię teatru pisaną ze zdecydowanie męskiego punktu widzenia, czyli tak, jak przedstawiały ją wszystkie ówczesne podręczniki i historie teatrów, polskie i niepolskie”. W ten sposób Ewa odsłaniała nie tylko własne uwikłania, ale też sposób wyplątywania się z nich, co wyraźnie zmieniało jej relację z czytelniczkami. Nie było tu mowy o wypowiedzi ex cathedra, przeciwnie: miałyśmy i mieliśmy szansę obserwować proces artykułowania myśli. To samo powtarzało się w rozmowach, w wykładach, w tekstach – sam sposób konstruowania języka, pozbawiony hierarchiczności i pozycji władzy, skierowany na adresata czy adresatkę był głęboko feministyczny. Bardzo mi brakuje we współczesnym pisaniu o teatrze tak rozumianego feministycznego języka.

KWAŚNIEWSKA: Połączyłabym to jednak z mocnym zajmowaniem stanowiska, ale bez – powiedziałabym – zacietrzewienia. Uderzała mnie łagodność jej języka perswazji i spokój, jaki był w jej wywodzie. Nawet jeśli była to opinia krytyczna, nie było w niej złośliwości – ewentualnie bardzo inteligentna i dowcipna.

GODLEWSKI: Ja nie wiem, czy to tak było do końca. Może nawet nie chodzi o złośliwość, Ewa lubiła jednak przekłuwać balony. Elżbieta Kalemba-Kasprzak opowiadała, jak w Poznaniu była konferencja o Tadeuszu Różewiczu, a jeden z paneli zatytułowany był Dlaczego kochamy Tadeusza Różewicza?, na co Ewa zaczęła – „ale jak to kochamy?! No chyba nie o tym będziemy rozmawiać!”. Miała bardzo wyrazisty styl pisania i mówienia, formułowania myśli – odsłaniała własną perspektywę i emocje, ale nimi nie szafowała. Używała tego, kiedy to było potrzebne – nie zamykała dyskusji, mówiąc o własnym doświadczeniu, lecz ją otwierała. Nie robiła z własnych doświadczeń argumentów, lecz pokazywała ścieżki myślenia. 

SKORUPSKA: Miała jedno i drugie – i łagodność, kiedy było trzeba, i umiejętność wbijania szpil, kiedy było można. Potrafiła celnie wybadać rozmówców. Pierwsze zajęcia z teatru współczesnego na studiach mieliśmy właśnie z nią i myślę, że to bardzo dobrze, bo była otwarta, zaangażowana, z widoczną pasją zarówno do teatru, jak i samego nauczania. Słuchała, ale – jak pamiętam – zazwyczaj z nami polemizowała. Robiła to jednak w sposób, który nie był onieśmielający. Potrafiła stworzyć przestrzeń, w której studenci się nie wstydzili – było jasne, że można głośno poszukiwać i głośno błądzić, bez narażania się na śmieszność. Później, gdy się już lepiej znałyśmy – gdy znałyśmy swoje reakcje i swoje poczucie humoru – to jej łagodność w rozmowach o teatrze znikała. Można było przedstawiać swoje opinie, a ona mówiła stanowczo „nie, tak nie jest” i nie była przesadnie nastawiona na to, by swoją perspektywę negocjować. Jednak te rozmowy zawsze odbywały się w świetnej atmosferze. 

SZCZAWIŃSKA: Nie byłam studentką Ewy, ale byłam wierną czytelniczką jej tekstów. I bardzo czekałam na jej kolejne artykuły, bo miałam poczucie, że wyłaniał się z nich pewien projekt życiowy – humanistyka, która nie jest nudna, ale też nie jest intelektualną zabawką. Czuło się, że dla autorki dyskusja o spektaklu jest tak naprawdę dyskusją o tym, w jakim świecie żyjemy, w jakim świecie żyje ona. To angażowało mnie jako czytelniczkę. Prawdę mówiąc nie interesuje mnie takie pisanie o teatrze, które bada tylko teatr. Pamiętam tekst Ewy o projekcie, który współtworzyłam, My mieszczanie w Komunie//Warszawa i w poznańskim Centrum Kultury Zamek. Używała ona w nim frazy (dotyczącej interpretacji spektaklu): „jak sama chciałabym go rozumieć” – to jest taka piękna formuła mediacyjna, wklucza własny odbiór, ale go nie absolutyzuje; zakłada, że między jej odbiorem, a intencjami twórców istnieje luka. Może to banał, ale dla mnie w jej pisaniu ważne było realne patrzenie na teatr. Niewiele – jak pamiętam – było w tych tekstach projektowania oczekiwań, tylko ona naprawdę wyciągała sensy z wydarzenia teatralnego. To jest bardzo rzadkie, bo często czyta się artykuły o tym, o czym był spektakl – u niej wszystko było wywiedzione z teatralnego języka. 

KEIL: Zobaczcie, co nam się z tego wyłania. Rozmawiamy tu o wyjątkowej, nieprzemocowej, afektywnej propozycji języka, skonstruowanego przez Ewę, o głęboko feministycznym sposobie prowadzenia rozmowy i sporów. A przy tym, z całą mocą chciałabym to podkreślić, nie chodzi tu o postawę wyłącznej łagodności. Zwróciłam uwagę, że we wspomnieniach o Ewie dotąd mówiło się i pisało dużo o jej uśmiechu. I to prawda, ten uśmiech był zniewalający i czasem ratował dzień, ale sprowadzanie postaci i dorobku Ewy do tego uśmiechu jest krzywdzącym uproszczeniem. Feministyczny, otwarty i pozbawiony przemocy język rozmowy nie oznacza ciągłego potakiwania rozmówcy i nie sprowadza się do łagodności. Trudno mi przypomnieć bardziej zażarte spory od tych, jakie zdarzało mi się z Ewą toczyć, ale były to spory, które miały na mnie kluczowy wpływ. Po pierwsze to była realna przyjemność spierania się, przyjemność dyskusji, wymiany różnych perspektyw, po drugie – były to rozmowy, które zapamiętałam jako szalenie konstruktywne, budujące i wzmacniające, nawet jeśli wynikały z różnych punktów widzenia. Uświadomiłam sobie teraz, że rozmawiamy o języku, który jest bardzo rzadki nie tylko w krytyce, lecz w ogóle w mówieniu o teatrze. O języku, który jest niezwykle konkretny, precyzyjny, czasem bardzo stanowczy, a przy tym zawsze pozbawiony przemocy. O postawie niekryjącej się ze stanowczym sprzeciwem, ale zapewniającej obu stronom bezpieczne warunki rozmowy. W tym właśnie upatruję postawy feministycznej. Nie byłam nigdy studentką Ewy, miałam jednak szansę spędzić z nią wiele czasu, kiedy wspólnie z Grzegorzem Reske prowadziliśmy festiwal Konfrontacje Teatralne. Przyjeżdżała na niego regularnie, towarzyszyła nam w kolejnych latach – i gdybym miała tę relację określić jednym słowem, powiedziałabym, że było to doświadczenie przebywania ze wspaniałą, zawsze czujną sojuszniczką.

SZCZAWIŃSKA: Zwróciłaś uwagę na projekt feministyczny, jaki Ewa tworzyła w języku. Dla mnie ważne było też to, w jaki sposób sieciowała ludzi, w jaki sposób wprawiała w ruch wspólnototwórczy mechanizm nieoparty wcale na zgodności przekonań ani na innej fikcji. Nie trzeba było jej wcale dobrze znać, żeby korzystać z tego aspektu jej pracy. Wychowała mnóstwo studentów, stworzyła pewien niepowtarzalny model rozmowy. To jest bardzo nieuchwytna jakość, o której warto pamiętać, bo to nie zostaje zapisane w książkach. To jest jednak szalenie feministyczne i ekologiczne – by użyć słowa, które mogło być jej bliskie. Ogromna część jej praktyki to było uczenie i wychowywanie ludzi, gotowość do rozmowy i podjęcie projektu życiowego z innymi. Tak o tym myślę. To łatwo się zapomina, a to jest harówka, taka życiowa praca. Dlatego wydaje mi się, że to warto bardzo mocno podkreślać. I dzięki, Marta, że zwróciłaś uwagę na ten uśmiech i na to, żeby się do niego nie ograniczać. Tak, uśmiech był zniewalający i była to osoba ogromnego piękna – ale po kobietach w dominującej narracji zostaje właśnie to ulotne piękno. To są takie historie, jak chociażby te anegdoty o Marcie Fik, która z kobiecą lekkością wbiegła na spotkanie z tymi wszystkimi mężczyznami. Nie chciałabym nigdy tego uśmiechu zapomnieć, ale pamiętajmy też o tym, że była to jedna z kluczowych postaci tworzących wspólnotowe więzi w polskim teatrze – właśnie dlatego, że wychowywała ludzi i zapraszała ich do nieustającej rozmowy. 

SKORUPSKA: Fascynujące jest to, że ona wszędzie była – spotykało się ją na uczelni, na spektaklach, na festiwalach – była ważna dla studentów, dla osób zajmujących się teatrem i dla twórców, ale jednocześnie nie była „bywalczynią”. Była obecna, ale zawsze jakoś osobno, niekoniecznie jako część środowiska, które popija wino na bankietach. Będąc w centrum, udało jej się zachować odrębność i niezależność. 

GODLEWSKI: Ewa towarzyszyła, ale na całkiem innych zasadach. Jak profesorowie często mają w zwyczaju przyjmowanie postaw autorytetów, to ona w ogóle nie. Nie było w niej wyższościowego podejścia charakterystycznego dla wielu akademików.

SKORUPSKA: Początek poznańskiej teatrologii, który pamiętam, to teatrologia trzech niezwykłych kobiet: Dobrochny Ratajczakowej, Elżbiety Kalemby-Kasprzak i Ewy Guderian-Czaplińskiej. Wzajemnie uzupełniały się ich osobowości, sposoby nauczania i style kontaktu ze studentami. Udało im się stworzyć bezpieczną przestrzeń do poznawania teatru, gromadzenia wiedzy i wyrażania opinii. Ewa Czaplińska była wówczas osobą, z którą kontaktowaliśmy się jako z pierwszą we wszystkich sprawach studenckich. Nie wiem, czy sama wybrała dla siebie taką funkcję (nie pełniła jej oficjalnie), czy myśmy jej ją narzucili, bo była dostępna i każdy problem potrafiła rozwiązać z dnia na dzień. Ewa robiła dużo więcej niż uczenie o teatrze. Uprawiała teatrologię w działaniu – prowadziła zajęcia, koła naukowe, na bieżąco oglądała spektakle, co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku wielu uczących teatrologów, prowadziła warsztaty teatralne i miewała szalone pomysły, jak na przykład wystawienie Skargi umierającego na jednym z poznańskich cmentarzy przy ogromnej publiczności. Wpadała na pomysł i zawsze umiała go doprowadzić do końca – uruchamiała ludzi, współpracowników, konsultantów. Uprawiała dydaktykę przez bycie ze studentami w rozmaitych przestrzeniach, w ciągłym dialogu.

GODLEWSKI: Umiała też opowiadać o teatrze. Wspaniałe były wykłady i zajęcia, kiedy się rozpędzała i tak fantastycznie opowiadała spektakle, interpretowała je i pozwalała za tymi interpretacjami podążać, jak za najlepszymi kryminałami. Miała zdolność ożywiania spektakli. Wielu ważnych dla mnie przedstawień nie widziałem, ale mam je opowiedziane przez Ewę Czaplińską i wiem, jakie były i o co w nich chodziło, to są istotne dla mnie przeżycia. Miała też potrzebę rozmowy o spektaklach. Pamiętam, że w czasie Konfrontacji czy na innych festiwalach albo po premierach trzeba było spektakl obgadać. Nie było możliwości, żeby tak po prostu go zostawić. Trzeba było zastanowić się, o czym to było, co można z tego wyciągnąć i bardzo irytowały ją spektakle, które możliwość takiej dyskusji ograniczały. Pamiętam, że miała gigantyczne problemy z niektórymi spektaklami Romea Castellucciego, bo to mogło być o wszystkim, a ona chciała, żeby jednak było o czymś. Chodziło nawet nie o to, żeby przedstawienia o czymś opowiadały, żeby miały jakąś tam historyjkę, tylko żeby były o jakimś ważnym problemie.

SKORUPSKA: Jak się zaczynało z nią rozmawiać o spektaklach, to nawet nie wiadomo było, kiedy rozmawiało się już o ekologii, wegetarianizmie, o wczorajszych informacjach czy po prostu o życiu. Bardzo płynnie do tego przechodziła i teatr – tego też uczyła i to przyjmowaliśmy – stawał się w pewnym momencie pretekstem do zupełnie innych rozmów i innych rozważań.

KWAŚNIEWSKA: Ja uwielbiałam to w jej tekstach. Często zaczynała od zupełnie innego, niezwiązanego bezpośrednio z teatrem, wątku – ekologicznego, społecznego, artystycznego czy historycznego – i dopiero gdzieś w połowie dochodziła do spektaklu, książki czy wystawy, której tekst dotyczył. Przykładem może być jej recenzjaChłopów Krzysztofa Garbaczewskiego, gdzie roztoczyła najpierw szeroką refleksję na temat relacji człowieka z przyrodą: od tych podlegających ekonomizacji w okresie powstania powieści Reymonta (których echo dało się, jak pisała, rozpoznać w konflikcie o wycinkę Puszczy Białowieskiej), aż po współczesną postantropocentryczną refleksję na temat symbiozy organizmów ludzkich i nieludzkich. Ewa podała mnóstwo ciekawych szczegółów zaczerpniętych z fachowej literatury (po którą od razu miałam ochotę sięgnąć). Jej narracja pozostaje cały czas „w kontakcie” ze spektaklem, a w drugiej części recenzji wspaniale splata się z jego analizą. Przywołuję jeden tekst, ale to strategia pisania, którą często stosowała (również w przywołanym tu tekście o projekcie My, mieszczanie). Muszę się przyznać, że bywały teksty, w których ten szeroki kontekst pochłaniał mnie bardziej niż analizowana praca. W tych rozbudowanych wstępach, Autorka prowadziła mnie bardzo swobodnie po szerokich, kompletnie nieznanych mi obszarach.     

Drugi wątek, który chciałam poruszyć, dotyczy dydaktyki. Staram się refleksyjnie podchodzić do swojego funkcjonowania na uczelni wśród studentów i studentek. To, co mówicie o Ewie, charakteryzowałoby, według mnie, pewien ideał, do którego, trochę intuicyjnie, staram się dążyć. Próbuję wypracować dobre, nieprzemocowe, przychylne i budowane z pełnym zaangażowaniem relacje, które jednocześnie nie oznaczałyby zatarcia granic, rezygnacji z wymagań merytorycznych, ale też autoeksploatacji polegającej na tym, że wszystkie sprawy studentów i studentek są ważniejsze od mojego czasu, sił i realnych możliwości. I mam wrażenie, że często błądzę, bo mam problem z rozpoznaniem sytuacji – dla jednych osób polemiczny sposób prowadzenia zajęć jest w porządku, dla innych może być zamykający czy wręcz opresyjny. Wydaje mi się, że to bardzo ważny temat, za mało się o tym rozmawia. To są też sprawy, których nie da się do końca rozwiązać systemowo. Choć bardzo ważne są regulaminy i procedury, zależy to również od pewnych umiejętności społecznych, postawy wobec ludzi, tak zwanych „miękkich kompetencji”. Ewa miała umiejętność odnajdywania się w przestrzeni uniwersytetu i dla mnie ważne jest uchwycenie tego, na czym ta umiejętność polegała i w jaki sposób z analizy jej postawy mogłabym czerpać.

GODLEWSKI: Chyba niepotrzebnie budujemy mit, że zawsze wszystko było idealnie. Była moją promotorką, dużo rozmawialiśmy o dydaktyce. Ewa uczyła elastycznego reagowania na charakter grupy czy na poziom otwartości studentów. Mówiła, że czasem nie da się od grupy uzyskać interpretacji jakiejś sceny, więc wówczas trzeba już ją samemu opowiedzieć. Że czasem trzeba bardziej poprowadzić za rękę niż dawać przestrzeń. Mówiła, że w dydaktyce trzeba mieć poczucie misji i sensu i myślę, że to jest miecz obosieczny, bo sama pracowała chyba za dużo. Istotne wydaje mi się, że Ewa dawała prawo do nierozumienia. Pamiętam była kiedyś zażarta dyskusja w Teatrze Polskim w Poznaniu i wybrzmiewały głosy na temat niezrozumiałości teatru. Wtedy Ewa powiedziała „a czy pani myśli, że skoro ja się zajmuję teatrem, to wszystko od razu rozumiem? No nie. Po prostu o tym myślę i rozmawiam”. To jest oczywiście temat do szerszego namysłu nad tym, na czym polega praca na uniwersytecie i jak edukujemy studentów i studentki, jak o tym rozmawiamy i co robimy w pracy dydaktycznej.

KWAŚNIEWSKA: Tak, ale to dotyczy w ogóle tego, jak budujemy relacje na uniwersytecie: nie tylko ze studentkami i studentami, ale też między wszystkimi pracownicami i pracownikami – naukowymi, administracyjnymi, technicznymi, osobami sprzątającymi czy obsługującymi portiernię. To jest dla mnie bardzo ważne. Podobnie jak to, co się wiąże z autoeksploatacją i wypaleniem zawodowym w pracy naukowej i dydaktycznej. Zobaczcie, w jakiej sytuacji jesteśmy teraz – w czasie kryzysu epidemicznego – z jednej strony słyszymy komunikaty o tym, że trzeba spać i wypoczywać, by budować swoją odporność, a z drugiej – że to nie jest czas wolny od zajęć, a zatem powinniśmy realizować program. (Zdaję sobie sprawę, że w podobnej sytuacji jest mnóstwo osób pracujących w różnych sektorach i branżach.) Rozumiem, że nie możemy po prostu rozłożyć rąk i czekać na normalizację sytuacji. Ale jak złapać równowagę między biernością a nadmierną eksploatacją naszych ciał i umysłów (bo przecież musimy nauczyć się narzędzi e-learningowych, wybrać któreś z nich, przeprogramować zajęcia pod kątem ich możliwości, a co poniektórzy również – zająć się swoimi dziećmi, ich edukacją)? Z drugiej strony, dużo się mówi o budowaniu nieprzemocowych relacji na uniwersytecie, ale ja – mimo cennych materiałów na stronach internetowych, szkoleń oraz ogromnego wsparcia osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo relacji na uniwersytecie – nadal nie zawsze wiem, jak to zrobić. Bardzo się zaangażowałam w to, by przyjąć perspektywę studentów i studentek, jako osób podległych władzy wykładowczyń i wykładowców, a także, niejednokrotnie – administracji. Bywa jednak, że sama czuję się niewłaściwie potraktowana przez osoby, które uczę. I nie zawsze wiem, jak wtedy reagować. Zastanawiam się, czy studentki i studenci biorą to w ogóle pod uwagę; czy myślą o tym, jak budują relacje z nami, jaką postawę przyjmują na zajęciach, egzaminach, konsultacjach, czy i jak o nas rozmawiają.

 SZCZAWIŃSKA: To jest ważny wątek, uczenie i związane z nim pytania i chętnie umówiłabym się kiedyś na osobną rozmowę tylko o tym. Uczę stale dopiero od października i ciągle chodzę i pytam wszystkich, jak to robią. Zanudzam Agatę Adamiecką – która jest dla mnie autorytetem, między innymi jeśli chodzi o namysł nad relacjami w grupie, instytucji – pytaniami „jak ty to robisz? a to jak rozwiązałaś?”. I myślę, że to może być ta część pracy Ewy Guderian-Czaplińskiej, która nas otwiera na przyszłość i na rozmowy na temat pracy ze studentami i studentkami. Wszyscy się chyba zgodzimy, że akademia jest przyszłością i jednym z ostatnich przyczółków wolnej myśli i wolnej praktyki. Jest też, w wielu przypadkach miejscem koszmarów, o których się nie rozmawia. Jest – jak teatr – dziwnym poligonem międzyludzkich napięć. Przypominanie takich postaci jak Ewa i rozmowa z osobami, które uczyła, może pomóc dotrzeć do istoty jej praktyki, pomóc budować dalej akademię. 

SKORUPSKA: Ewa pracowała dużo i pewnie za dużo, ale w tym było miejsce na wyznaczanie granic. Mnóstwo czasu przeznaczała na pracę, jednak nie była wcale typem koleżanki dla studentów czy doktorantów.

GODLEWSKI: W ogóle! Żadne takie!

SKORUPSKA: Angażowała się maksymalnie, ale w czasie i zakresie, który postanawiała na to przeznaczyć. 

GODLEWSKI: Przy całej otwartości, Ewa się nie spoufalała. W przedsięwzięciach pozadydaktycznych, takich jak redagowanie książek, była inna niż na zajęciach. To było często dyrektywne, sama nie bała się podejmowania decyzji, wytyczania kierunku i wyznaczania zadań.

KEIL: Bo przecież budowanie relacji równościowych czy niehierarchicznych nie musi oznaczać, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za wszystko. Jeśli inicjuję jakąś sytuację i zapraszam do niej innych, to muszę wziąć odpowiedzialność za wyznaczany kierunek. Więc raczej chodzi tu o świadome dzielenie się odpowiedzialnością. To, o czym mówicie, jest formą praktykowania bardzo zdrowego, głęboko ekologicznego, myślenia o relacjach międzyludzkich. Mam poczucie, że najcenniejszym dziedzictwem Ewy nie są kolejne książki i teksty, ale jej codzienna praktyka, postawa sojuszniczki – i pytanie brzmi: w jaki sposób możemy tę praktykę nazwać i uchwycić? Zobaczcie, że dla Ewy nie było istotne regularne publikowanie tekstów, w których wyznaczałaby nowe teatralne nurty, nadawałaby chwytliwe nazwy co bardziej interesującym wydarzeniom i uzurpowałaby sobie prawo do pierwszeństwa w ich odkryciu. Mam wrażenie, że szkoda jej było na to czasu, że interesowało ją zupełnie co innego: tworzenie warunków, by te nowe zjawiska i języki mogły powstać. Nie zajmowały jej manifesty, tylko rytm codziennej praktyki. Być może na tym właśnie polega trudność uchwycenia i zapisania tego, co w jej pracy najcenniejsze: praktyki właśnie. Zastanawiam się, czy i w jaki sposób można byłoby zbudować rodzaj repozytorium, katalogu jej praktyk.

GODLEWSKI: Z jednej strony fajnie byłoby coś takiego zrobić, z drugiej – to jest coś tak nieuchwytnego; a z trzeciej strony to były takie proste rzeczy: że do ludzi trzeba odnosić się z szacunkiem, że się ich słucha i że jak się nie zgadzasz, to się nie zgadzasz i nie robimy z tego kłótni. Na takim podstawowym poziomie to wszystko jest bardzo proste i nie ma co tego komplikować; ale też Ewa miała coś nieuchwytnego, co było bardzo specyficzne i nieopisywalne, i sprawiało, że to wszystko mogło działać. 

SZCZAWIŃSKA: Nie bójmy się prostych rzeczy. To, co powiedziałeś o podstawowych zasadach pracy Ewy, trzeba mówić w każdej sali wykładowej. Trzeba to nazwać. Przypominam sobie, jak na konferencji Zmiana – teraz! o przemocy w szkołach teatralnych Jagoda Szelc mówiła, że jest „królową banału”, bo opowiada o takich prostych rzeczach w relacjach na planie filmowym, a jej wystąpienie dla wielu z nas było naprawdę objawieniem. W relacjach władzy, które nauczyliśmy się widzieć jako przezroczyste – profesor wykłada, a student przyjmuje – powinniśmy zacząć od rekonstruowania banalnych rzeczy.

SKORUPSKA: Można na to spojrzeć jak na strategię – ona była uprzejma dla wszystkich i to też było otwierające. Trudno się kłócić z kimś, kto jest cały czas tak życzliwie nastawiony i uśmiechnięty. Jeśli myśleć o tym, jako o strategii, to może to być bardzo skuteczne.

KEIL: Dobrze, nie mówimy tu o odkrywaniu świata na nowo – unikanie awantury, zwracanie się do innych z szacunkiem, przedefiniowanie swojej pozycji jako wykładowczyni to, wydawałoby się, podstawa. Zgoda, tylko zazwyczaj to nie działa w praktyce. Wszyscy niby wiemy, że to potrzebne i ważne, ale na co dzień różnie nam to wychodzi. A cała tajemnica polega na tym, że Ewa realizowała te wartości w praktyce. Mało spotkałam w swojej pracy osób, które realizowałyby te założenia tak skutecznie. I być może – chociażby badając relacje Ewy ze studentami czy artystami, kuratorami – jesteśmy w stanie wyłuskać część tych praktyk. 

GODLEWSKI: Chodzi chyba też o dawanie sobie prawa do błędu. Ewa dzieliła się doświadczeniami, może nie porażek dydaktycznych, ale błędów, które popełniła. Jednego dnia popełnia się błąd, wyciąga się wnioski, i następnym razem jest lepiej. Znów banał: starać się, ale się nie napinać. W pracy dydaktycznej Ewa miała dużo luzu – kiedy gdzieś pobłądziliśmy w dyskusji, to nie było to problemem, żeby to roztrząsać czy się biczować. To jest proces, który ma swoje góry i doły i z tym się pracuje, a przy zachowaniu podstawowych zasad szacunku nad takim procesem da się pracować nieustannie. Pozwalała też błądzić studentom – napisałem kiedyś pracę, w której było sporo błędów myślowych, a Ewa – wiedząc już chyba, że to będzie nieudane – pozwoliła mi ją skończyć, a potem pokazała mi na przykładach, gdzie coś nie wyszło.

SKORUPSKA: Z tym luzem to trochę tak, a trochę nie. Była perfekcjonistką. Pamiętam, że po jakimś czasie prowadzenia zajęć powiedziałam jej, że nabyłam większej pewności siebie, która pozwoliła mi nie mieć tremy przed każdym spotkaniem ze studentami, Ewa na to powiedziała „to świetnie, bo mi to nigdy nie minęło, jestem zestresowana przed każdymi zajęciami”. I widziałam to, gdy przychodziłam z nią porozmawiać, a ona mówiła, żeby przyjść po zajęciach, bo teraz się denerwuje i układa notatki. Zawsze była perfekcyjnie przygotowana. 

SZCZAWIŃSKA: Bardzo czekam na jej ostatnią książkę, jestem ciekawa tego spojrzenia na praktyki społeczne, które są związane z leczeniem i tym, jaką w sytuacjach choroby jesteśmy wspólnotą czy społeczeństwem. Ostatni rozdział, zaprezentowany przez bliskich Ewy podczas spotkania po pogrzebie w Teatrze Polskim w Poznaniu, pokazuje, że jest to rzecz dość niezwykła, w której indywidualna eschatologia łączy się z pamiętaniem o świecie. Fragment o trumnach jako przedmiotach nieekologicznych zapamiętam do końca życia.

SKORUPSKA: Ta książka pewnie też w dużej mierze wynika z potrzeby bycia w nieustannym dialogu. To wielka sprawa, że Ewa w czasie radzenia sobie z własną chorobą napisała osobisty poradnik dla kobiet, które również przez nią przechodzą, i podzieliła się swoim doświadczeniem. Zebrała to, czego się nauczyła, dając czytelniczkom punkt odniesienia w postaci swojej wiedzy, by nie musiały pokonywać tak zawiłej drogi, jaką ona przeszła.

wwwewa_guderian.jpg

Archiwum rodzinne

Udostępnij

Reżyserka, dramaturżka i performerka. Wykłada w Akademii Teatralnej w Warszawie. Od 2019 współprowadzi Instytut Sztuk Performatywnych w Warszawie.Laureatka tegorocznej edycji Paszportów Polityki.

 

Redaktorka „Didaskaliów. Gazety Teatralnej”, pracuje w Katedrze Teatru i Dramatu UJ. Zajmuje się współczesnym aktorstwem – w aspekcie performatywnym i instytucjonalnym. Ostatnio wydała Między hierarchią a anarchią. Teatr – instytucja – krytyka (2019).

 

 

Absolwentka wiedzy o teatrze i kulturoznawstwa na UAM w Poznaniu. Ukończyła również studia podyplomowe z psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS. Kuratorka wielu projektów społeczno-artystycznych angażujących osoby zagrożone wykluczeniem społecznym. Od 2016 roku konsultantka programowa Teatru Polskiego w Poznaniu.

 

Kuratorka, badaczka i dramaturżka, ukończyła kulturoznawstwo na UAM w Poznaniu. Wspólnie z Grzegorzem Reske tworzy tandem kuratorski Reskeil. Od 2019 współprowadzi Instytut Sztuk Performatywnych w Warszawie.

 

Pracownik Instytutu Sztuki PAN, absolwent MISHiS UAM (kierunek wiodący: wiedza o teatrze). Recenzent teatralny współpracujący z „Gazetą Wyborczą Poznań”, „Didaskaliami”, eCzasKultury.pl i Taniecpolska.pl. Realizuje Diamentowy Grant poświęcony współczesnej polskiej krytyce teatralnej.