egc.jpg

Okładka książki Ewy Guderian-Czaplińskiej wydanej przez poznańskie wydawnictwo Media Rodzina

Krótki esej na koniec, czyli na początek

Ewa Guderian-Czaplińska
2020
Nagroda Kamyk
4 (761)

„Oby drzewa, z których zrobią nasze trumny, rosły jak najdłużej!” – czy to nie piękny toast? Podobno gruziński (znajomi Gruzini, zapytani o narodowe autorstwo, zrobili wielkie oczy…). W połowie się z tym toastem utożsamiam, w połowie przeciw niemu protestuję. Chciałabym, żeby wszystkie drzewa rosły jak najdłużej i w świętym spokoju; protestuję, by ktokolwiek robił z nich trumny… a już na pewno nie dla mnie. Wizja drewnianej trumny, grobu przykrytego ciężkim kamieniem lub ociosaną płytą, jakichś pamiątkowych napisów na tablicy, a przede wszystkim zajmowanego pośmiertnie miejsca i zbioru zmarnowanych materiałów wykorzystanych do pochówku – napawa mnie przerażeniem. Najbardziej chciałabym, żeby moje przyszłe (a niechybne!) zwłoki zostały z jakimś możliwie najmniejszym „śladem węglowym” spopielone, a następnie rozsypane w lesie lub złożone do niewielkiego dołka wykopanego pod drzewem. Dlaczego jednak się tym przejmuję, zamiast machnąć ręką na coś, na co raczej nie będę miała wpływu – i dlaczego w ogóle piszę teraz, na zakończenie, o śmierci? Bo, po pierwsze, nie udawajmy, przynajmniej przed sobą – każdy, kto długo choruje, w pewnym momencie zaczyna myśleć o śmierci, choćby był nie wiem jak pozytywnie nastawiony i przekonany, że „zaraz z tego wyjdzie”, a po drugie – i tu proszę o uwagę – myślenie o śmierci (a jeszcze lepiej: rozmawianie o śmierci) niewiarygodnie wyzwala, oczyszcza głowę i w rezultacie: uspokaja i przywraca równowagę. Życiu! 

ewa_portret.jpg

Archiwum Rodzinne

Wszyscy umrzemy, jedni wcześniej, drudzy później, więc może jednak warto przestać się chować za rogiem, skoro spotkanie jest nieuniknione. Rzecz nie ma absolutnie nic wspólnego z momentem, w jakim się znajdujemy: czy chorujemy, czy jesteśmy okazami zdrowia; czy jesteśmy wiekowi, czy młodzi. Przeciwnie – im szybciej zaczniemy spokojnie myśleć o zjawisku śmierci (a raczej – im systematyczniej, bez kulturowych tabu i zbędnych wymówek: „jeszcze nie teraz”, „nie jestem gotowa”, „dajcie mi spokój”, „to zbyt straszne”), tym lepiej, bo oswojenie ze śmiercią – widzianą jako nieodłączna część i konsekwencja życia, jego stała i nieusuwalna cząstka – po prostu robi temu życiu dobrze. Zaczynamy widzieć pełniej i pozbywamy się obaw (pewnie, że nie do końca – w odniesieniu do siebie samych może zawsze jakiś rodzaj strachu czy niepewności będzie nam towarzyszył, choć znam ludzi, którzy deklarują taki stopień przemyślenia kwestii własnej śmierci, że wcale się jej „nie boją”, są po prostu przygotowani – i zachowują jakiś dobry życiowy balans: wydają się jakby bardziej stabilni niż ci, którzy skupieni wyłącznie na intensywnej codzienności uparcie nie chcą nawet do siebie dopuścić myśli o śmierci…). Rozmowy o tym, jak chcielibyśmy umrzeć (masz takie wizje? szpital i podłączenie do rurek? dom i własne łóżko? nagle i w plenerze? na własnych zasadach, czy poddana zasadom cudzym?), rozważania o tym, co stanie się z naszym ciałem, o kim myślimy jako towarzyszu naszego umierania, jakie mamy poglądy na temat pochówku, czy i jak gotowi jesteśmy włączyć nasze przyszłe zwłoki w obieg życia na ziemi (bo przecież to się stanie!) – wydają się tak niezwykle potrzebne, a przecież wciąż są takie trudne… Dlaczego? 

Wiemy dlaczego: bo dotychczasowy obraz śmierci został wprowadzony przez współczesną „kulturę ułatwień”, w której chodzi o to, żeby odsunąć od nas widok cierpienia i rozmaite związane z nimi emocjonalne i estetyczne niedogodności. Przy tym nie ma jednak żadnego pomysłu na to, co zrobić, kiedy jednak się pojawią… a przecież wciąż się pojawiają. I natychmiast wywołują problemy: jak powiedzieć dziecku o śmierci babci, rany boskie, przecież dzieciom się nie mówi o śmierci, bo doświadczą psychicznego urazu. Ale ten typ kultury, odczepiającej od lokomotywy wagoniki dyskomfortu, a preferujący przedziały wygodnego życia, właśnie na naszych oczach, hmm… umiera: w obliczu katastrofy klimatycznej, wysychania wód, topnienia lodowców, a nawet spowodowanego działaniami człowieka odchylenia osi Ziemi (tak, zdołaliśmy jako ludzkość zaszkodzić nawet kosmosowi) niepodobna już dłużej funkcjonować z zawiązanymi egoistyczną przepaską oczami. Śmierć właśnie objawia się wszędzie: w wyciętym drzewie, w zabitym na mięso zwierzęciu, w wysychającym jeziorze, we wszechobecnym smogu, w naszym raku. To jest to samo. Sporym nieporozumieniem jest więc stojące u początku tej kulturowej zapaści zaprzeczanie własnej, ludzkiej śmiertelności, wystawianie się na – przecież świadomą i celową – niewiedzę w tej kwestii. To nieszczęście i szaleństwo, które wyprodukowaliśmy sobie sami, odcinając kolejne poziomy samoświadomości. Szybki test: czy potrafisz wymienić etapy umierania i ich symptomy? Jeśli ktoś nie towarzyszył nigdy nikomu w umieraniu, to jest dla niego nieskończenie obce i przerażające zjawisko; nie będzie umiał pomóc ani nawet nie zdoła być obecny przy kimś bliskim dostatecznie mocno, choćby nawet kochał go niezmiernie i głęboko. Ja bym chciała – gdybym miała szczęście umierać w domu – żeby opiekował się mną ktoś, kto nie będzie się mnie bał w ostatnich chwilach (a będzie się bał, jeśli nie będzie miał pojęcia, w czym przyszło mu uczestniczyć). Chciałabym uniknąć roli aliena wywołującego tylko panikę i chaos, ty nie? Chciałabym też móc umrzeć po swojemu, a nie wydana szpitalowi, bo przecież „tam pomogą”. W czym? Raczej na pewno nie w spokojnym umieraniu! 

Moje „chciałabym” może nie mieć żadnego znaczenia ani nie przynieść żadnego efektu. Będzie zależało od okoliczności, zapewne. Osobliwe, jak szybko wygnaliśmy śmierć z pola widzenia: przecież jeszcze nasze babcie i nasi dziadkowie nie mieli ze śmiercią problemu (więc wystarczyły dwa pokolenia, by proces odcinania się od tego etapu życia stał się faktem). Moja Babcia, wciąż to pamiętam, miała w szafie przygotowaną specjalną suknię „do trumny” i wielokrotnie pokazywała nam, gdzie znajdują się też inne potrzebne rzeczy: buty, pończochy, apaszka. Leżały na półce w osobnej torbie, nie wolno było ich dotknąć, ale sama Babcia często sprawdzała ich stan – i przy okazji przypominała nam (wówczas przecież dzieciom!) o naszych obowiązkach w obliczu jej śmierci, kiedyś tam, w odległym czasie, bo przecież jeszcze wcale nie wybierała się na „tamten świat”, tylko po prostu i po ludzku chciała być gotowa. I była! Oraz w prosty, normalny sposób oswajała swoje wnuczki ze zjawiskiem śmierci. Może to była moja szczepionka, dzięki której dziś spokojnie myślę o umieraniu? 

Warto więc dzielić się z innymi swoimi wyobrażeniami na temat śmierci (nie tylko własnej i nie tylko ludzkiej) i jej następstw, warto zacząć otwarcie komunikować się w tej kwestii. Co zrobić z ukochanym kotem, który umarł na twoich rękach? Miał szczęście, byłaś blisko, a on właśnie umarł po swojemu. Ale potem co? Tajne wyniesienie zawiniątka gdzieś do pobliskiego parku, z saperką za pazuchą? Nie, to jest karalne (choć wszyscy tak robią, a właściciele przydomowych ogródków po prostu grzebią zwierzaki pod krzaczkiem). Obowiązuje utylizacja zwierzęcych zwłok w specjalnym zakładzie (dziesięć złoty za kilogram masy ciała, natomiast kremacja z odebraniem popiołów kosztuje już około tysiąca złotych), można też pochować pupila na cmentarzu dla zwierzaków, mamy już w Polsce takich kilka. A tam (proszę, co za zaskoczenie!) stawiamy nagrobek z grawerką, imię, daty, ukochany towarzysz, wszystko jak trzeba! Czyli – przemysł funeralny działa znakomicie, jest nadzwyczajnie opłacalny (tak, możesz też zrobić sobie diament ze zwłok zwierzaka, podobnie jak z ludzkich – koszt od kilkudziesięciu do stu tysięcy złotych), a polega na tym, by jak najszybciej oddać kapitalizmowi jego „śmiertelną” daninę. To akceptujemy, co więcej, napędzamy ten obieg, wciąż karnie w nim uczestnicząc. Kiedy sama musiałam wybrać trumnę dla mojej zmarłej Cioci spośród czterdziestu zaprezentowanych egzemplarzy będących „na stanie” zakładu – moje spojrzenie w stronę taniej, sosnowej trumny zostało natychmiast skorygowane przekierowaniem ku eleganckiej, bardzo drogiej trumnie dębowej, lakierowanej i z mosiężnymi uchwytami. Oszczędzanie na trumnie dla Cioci było karygodne i niestosowne, jej samotna śmierć w szpitalu – wcale nie. Mieściła się w normie. Patrząc na prostą sosnową trumnę, myślałam (prawdę mówiąc) o czasie jej rozkładu i minimalnej toksyczności, w przeciwieństwie do twardego dębu pociągniętego nieobojętnym dla środowiska lakierem. Co dla nikogo poza mną nie miało znaczenia. Ciocia została pochowana w trumnie dębowej. Elegancko. Drogo. Jak trzeba. Przy jej śmierci nie było rodziny, nie wiedziałam więc, czy wolałaby sosnową trumienkę, czy może żadną (kremacja?), bo nie zdążyłam jej nawet o to zapytać. 

Tymczasem ludzie zapytani – normalnie, spokojnie i bez emocji – o swoją śmierć, czasem mówią o pogrzebach i stypach, ale zwykle nie planują aż tak daleko (podejrzewam nawet, że niewielu tak naprawdę to obchodzi), tylko skupiają się na ostatnich chwilach życia. Myślą o tym, jak przejść ten pasaż, jak chcieliby odchodzić. Pewien Amerykanin, Michael Hebb, wciągnął na powrót śmierć do codzienności, a zrobił to jednym wspaniałym pomysłem: zaczął mianowicie organizować kolacje, podczas których można w miłej, przyjaznej atmosferze, przy dobrym jedzeniu i winie po prostu porozmawiać o śmierci. Zaczęło się to podobno od usłyszanej gdzieś informacji, iż z badań przeprowadzonych przez socjologów wynika, że osiemdziesiąt procent Amerykanów chciałoby umrzeć w domu. Ilu z nich było dane to marzenie spełnić? Mniej niż dwudziestu procentom! Większość umierała w szpitalach, samotnie, uporczywie podtrzymywana przy życiu („ratowana”), bo takie jest zadanie lekarza, jeśli nie ma wyraźnych żądań, by było inaczej. Hebb doszedł do wniosku, że dzieje się tak głównie z powodu szwankującej komunikacji międzyludzkiej (nawet najbliżsi nie mówią sobie, jak chcieliby umrzeć!) i kulturowych tabu wciąż obowiązujących w kwestii śmierci. Założył więc organizację Death Over Dinner – i zaczął zapraszać ludzi na „kolacje ze śmiercią” oraz namawiać ich do urządzania własnych spotkań. To naprawdę działa! Nie trzeba organizować spotkania rodzinnego, można zaprosić przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych. Można rozmawiać o własnych lękach i potrzebach, można rozmawiać o śmierci planety, można fantazjować o tym, jak spędziłoby się ostatni miesiąc życia (gdybyśmy jakimś cudem wiedziały, że to już). Zaczynamy więc, na szczęście, rozmawiać o śmierci (śmierciach) rozważnie – i z ulgą, że przecież można! I odkrywamy, że to naprawdę daje moc i spokój. Że informacja i komunikacja pomagają w uzyskaniu dostępu do siebie samego, jeśli dotąd ten dostęp był blokowany przez zakazy i lęki. Że po prostu lepiej się żyje, jeśli się porozmawia o śmierci – bo wreszcie przestajemy udawać, że jej nie ma. Dzięki temu otwieramy się też, jak sądzę, i na inne trudne sytuacje, które dotąd omijałyśmy, stajemy się po prostu bardziej odważne. I znacznie więcej widzimy: nagle świat przestaje się kręcić wokół nas, zaczynamy dostrzegać całe sieci powiązań – owszem, w trumnie czy bez, będziemy pośmiertnie częścią planety, więc rozważanie o rodzaju pochówku staje się automatycznie rozważaniem ekologicznym, uświadamiamy sobie ludzką odpowiedzialność, która nie kończy się wcale wraz ze śmiercią. Kiedy to wiemy, wtedy być może „instrukcje” i „chcenia” przestają być takie niestosowne czy pozbawione znaczenia: tak, wolę zostać rozsypana w lesie lub w morzu, bo nie chcę zasilać przemysłu funeralnego ani cmentarzy, chcę za to zasilić jakieś korzonki lub ryby! Muszę tylko o tym głośno powiedzieć. I pewnie jednak powalczyć o zmianę prawa, bo (u nas) wciąż nie wolno legalnie wysypać prochów gdzieś w przyrodę… 

Chciałabym, żebyś też doszła do wniosku, że takie rozważanie o „końcu” wcale nie jest rozważaniem o końcu. Można żyć dalej, gdzieś w glebie czy w wodzie (spopielone zwłoki nie są toksyczne, to już przebadano, popiół z człowieka jest jakimś cudem czysty… nie wiem wprawdzie, czy po takich dawkach chemii, jakie już przyjęłyśmy, ta teza nadal obowiązuje, ale jest nadzieja, że przed śmiercią zdążymy jeszcze wypłukać cytostatyki z organizmu). Czy nie jest dobrze myśleć o sobie jako części czegoś? Części świata? Nie tylko w ludzkim znaczeniu. Myśleć, że dasz początek lub przynajmniej zapewnisz wspomaganie jakiemuś młodemu drzewku? Przecież to super otwarcie! Tymczasem wyciągnij się na trawie pod innym drzewem – i zdecyduj, kogo zaprosisz na kolację, żeby porozmawiać (o śmierci), żeby może popłakać (wznosząc toast za nieobecnych), może się powściekać (że jednak to prawo wciąż nie nadąża), może pośmiać (opowiadając anegdoty), może pożyć – najlepiej, jak można, skoro wciąż można.

 

To ostatni rozdział książki Trojanki. Dziesięć prywatnych rad dla początkujących w chemioterapii potrójnie ujemnego raka piersi, która ukazuje się właśnie nakładem wydawnictwa Media Rodzina w Poznaniu.

Udostępnij

(1962-2020) badaczka teatru, krytyczka, nauczycielka, profesorka Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.