www29_111_x_83.jpg

Fot. Anna Beata Bohdziewicz

Rysiowanie

Blog
02 paź, 2018

Mam na półce szczególne ważną dla mnie pękatą teczkę. Wypełniona jest maszynopisami, marginesy których zapisane są równym, ołówkowym pismem, strony zdobią kolorowe naklejki i kartki-przylepki z adnotacjami. Są to moje tłumaczenia „przerysiowane”,  jak w redakcji mówiliśmy o sztukach, które przeszły przez ręce Rysi Gantzowej. Właściwie powinnam była je wyrzucać, bo słuszne uwagi już uwzględniłam, nad zastrzeżeniami się zastanowiłam i do nich się odniosłam, wątpliwości przedyskutowałam i rozstrzygnęłam, a teksty ukazały się drukiem. Nie potrafiłam jednak się z tymi szpargałami rozstać, naiwnie licząc na to, że jeszcze sięgnę do komentarzy Rysi, będących właściwie listami albo wykładami, że jeszcze raz przyjrzę się jej sugestiom rozwijanym kaskadowo. Było z czego wybierać, nad czym się zastanawiać i czego się uczyć.

Prawda jest taka, że jeżeli czegokolwiek się nauczyłam o tłumaczeniu – to wyłącznie dzięki Marii Gantzowej. Rysia niczego nie skreślała, niczego nie przerabiała (ingerowała stanowczo – czerwonym długopisem – tylko w interpunkcję). Taktownie zgłaszała wątpliwości, zadawała pytania i podpowiadała rozwiązania. Dzięki niepospolitej intuicji językowej i dramaturgicznej zawsze trafiała w punkt. W zdumiewający sposób bezbłędnie wyczuwała każdy fałsz, niedokładność, próbę zahaftowania czegoś przez tłumacza, mimo iż obcych języków nie znała. Za to polszczyzna nie miała dla niej tajemnic. W dodatku, jako osoba niezwykle skrupulatna i dociekliwa, miała zwyczaj odwoływać się do encyklopedii i słowników – najprzeróżniejszych, specjalistycznych, czasem nawet dziwacznych, wytropionych nie wiadomo jak i gdzie najnowszych wydawnictw słownikowych lub para-słownikowych. Kupowała je bez względu na koszty i namiętnie wertowała. Dzięki temu między innymi pozostawała au courant przeobrażeń językowych, współczesnej frazeologii, kolokwializmów i żargonów. Pasjonowała się swoją pracą, bez której nie umiała żyć, wykonywała ją po mistrzowsku i była za nią wysoko ceniona we wszystkich wydawnictwach, w których przyszło jej pracować (między innymi w PWN, w Wiedzy Powszechnej, w Czytelniku).

Z „Dialogiem” współpracowała od samego początku. „Rysiowanie” oznaczało, że tekst będzie wolny od kiksów i niedoróbek; stanowiło siatkę bezpieczeństwa nawet dla najlepszych i doświadczonych autorów. Z jej pomocy korzystali i Adam Tarn, który ją uważał za alfę i omegę, i Jerzy Lisowski; z obydwoma się przyjaźniła. Znała chyba wszystkich czołowych wydawców i literatów warszawskich, z wieloma łączyły ją więzy towarzyskie (a była niezwykle towarzyska) lub przyjaźnie. Pogodna i życzliwa, natychmiast skracała dystans. Wśród jej bliskich przyjaciół był wybitny leksykograf Władysław Kopaliński, którego, gdy kierowała redakcją w Wiedzy Powszechnej, zainspirowała do napisania jego pierwszego słownika: Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych. Kiedy ją poznałam w 1966 roku na jubileuszu dziesięciolecia „Dialogu”, pracowała jako zastępczyni kierownika redakcji Wielkiej Encyklopedii PWN. W 1968 roku podzieliła los innych „encyklopedystów”, straciła pracę i z konieczności zatrudniła się w jakimś marginalnym wydawnictwie o charakterze technicznym, ale i tam nie obniżyła standardów.

Nie cierpiała bylejakości i lubiła wszystko, co dobre: dobre narzędzia do pracy, dobre towarzystwo, dobre alkohole, dobrą czekoladę i dobrą kuchnię. Znała się na niej jak mało kto i w swoim maleńkim aneksie kuchennym wyczarowywała wykwintne dania, wszystko według tradycyjnych przepisów, i – w czasach PRL – z trudnych do zdobycia produktów. Słynne były jej kruche ciasteczka i piernik przez miesiąc dojrzewający w garnku, którym obdarowywała sąsiadów, ich dzieci i znajomych.

W życiu i w pracy była wyjątkowa, jedyna, niezastąpiona.

Odeszła 28 sierpnia 2018.

MS

Udostępnij