sarah_schulman-passportok.jpg

Sarah Schulman. Archiwum prywatne.

Sarah Schulman: wypisy z pedagogiki zaangażowania

Joanna Krakowska
W numerach
Czerwiec
2019
6 (751)

ROE KONTRA WADE

Hasło na kiju: „Nie mogę uwierzyć, że ciągle muszę protestować w tej samej sprawie” pojawia się wszędzie tam, gdzie jeszcze trzeba walczyć o prawo do aborcji albo go bronić. Na przykład w Polsce, gdzie kobiety od 1956 roku miały to prawo, ale w 1993 roku zostało im ono odebrane poza kilkoma ściśle określonymi przypadkami. Od tego czasu nie ustają zmagania jednych, by ustawę ponownie zliberalizować, a innych, by ją jeszcze bardziej zaostrzyć. I to te zmagania dają politykom u władzy czelność nazywania istniejącego stanu prawnego „kompromisem”. Wspomniane hasło na kiju wyraża więc tu przede wszystkim znużenie, zniecierpliwienie i poczucie anachronizmu, jako że Polska jest jedynym państwem w Europie kryminalizującym aborcję, poza miniaturowymi Monako, Lichtensteinem czy Andorą, skąd z dowolnego miejsca można przejść się na piechotę do lekarza w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii. 

Ale to hasło ma w istocie jeszcze inny sens. Wynika z niego przestroga, że żadne prawa nie zostały zdobyte raz na zawsze, że żadna wolność nie jest zagwarantowana, że każdy liberalny zapis w kodeksie może zostać zmieniony, a potem zmieniony jeszcze bardziej.

Inne hasło na kiju: „Gdyby w ciążę zachodzili mężczyźni, to aborcja byłaby sakramentem” także mówi coś więcej, niż tylko ironizuje na temat związku antyaborcyjnych przepisów z patriarchatem, którego kwintesencją jest namaszczona religijnie przemoc. Wyłącznie sami mężczyźni, senatorowie stanu Alabama, przyjęli we wtorek, 14 maja 2019, najbardziej rygorystyczne prawo antyaborcyjne w Stanach Zjednoczonych. Zakazuje przerywania ciąży także w przypadku gwałtu i kazirodztwa, a w razie jego złamania grozi karą do dziewięćdziesięciu dziewięciu lat pozbawienia wolności. Nie trzeba dodawać, że Alabama jest stanem, gdzie broń palną wolno posiadać i nosić na wierzchu bez zezwolenia. Do Alabamy zatem stosować się może z powodzeniem trzecie możliwe do osadzenia na kiju hasło: „Gdyby chodziło o świętość ludzkiego życia, to ograniczono by w Ameryce nie aborcję, lecz dostęp do broni palnej”. Bo nie chodzi wcale o świętość życia, lecz o kontrolę i władzę.

W ostatnich miesiącach swoje nowe restrykcyjne prawa dotyczące aborcji uchwaliły stany Kentucky, Missisipi, Dakota Północna, Iowa, Alabama, Georgia, Missouri. Zanim ten artykuł się ukaże, kolejne stany, jak Luizjana, zdążą zrobić to samo. Ustawy te, zaskarżane do sądów, są lub najpewniej zostaną przez stanowe sądy unieważnione ze względu na niezgodność z przepisami federalnymi. A wtedy trafią do Sądu Najwyższego USA, w którym dzięki nominatom Donalda Trumpa przewagę mają republikanie. I wówczas wystarczy, by Sąd Najwyższy obalił orzeczenie w sprawie Roe kontra Wade z 1973 roku i restrykcyjne prawo aborcyjne zacznie obowiązywać tam, gdzie je uchwalono.

W Ameryce post-Roe nie będzie tak, jak w Ameryce pre-Roe, będzie o wiele gorzej – napisała kilka dni temu Michelle Goldberg na łamach „New York Timesa”: 

W ruchu antyaborcyjnym daje się zauważyć nastrój tryumfalnego oczekiwania. Dziesięciolecia prawicowej polityki prowadziły do takiej właśnie chwili, gdy antyaborcyjna większość w Sądzie Najwyższym może zakończyć konstytucyjną ochronę kobiet przed przymusem kontynuowania ciąży i rodzenia wbrew swojej woli. Nie ma gwarancji, że [prawo] Roe zostanie zniesione – niektórzy obserwatorzy spodziewają się, że Przewodniczący Sądu John Roberts doprowadzi do tego, by je ociosać raczej niż obalić. Ale działacze po obu stronach barykady są zgodni co do tego, że ten precedens nigdy jeszcze nie był zagrożony tak poważnie. […] Ważne, by zrozumieć, że w tym wypadku niekoniecznie stoimy przed powrotem do przeszłości. Nowa fala antyaborcyjnej legislacji wskazuje, że Ameryka post-Roe nie będzie wyglądała tak jak przed 1973 rokiem, kiedy zapadło to orzeczenie. Prawdopodobnie będzie wyglądała gorzej. 1

Przed orzeczeniem w sprawie Roe kontra Wade karani byli lekarze, ale raczej nie pacjentki. Dzisiaj w stanach, gdzie wpisano do kodeksów osobowość prawną płodu – pisze Michelle Goldberg – kobiety są ścigane, a nawet pozbawiane wolności na podstawie podejrzenia, że zaszkodziły lub naraziły płód na niebezpieczeństwo przez zażywanie leków (przypadek w Alabamie), próbę samobójczą (w Indianie) czy opóźnienie cesarskiego cięcia (w Utah). Tam, gdzie aborcję zrównano z zabójstwem, mogą zapadać adekwatne do tego wyroki. Różnica między tym, co kiedyś, a tym, co nadchodzi, polega na tym, że w prawodawstwie pojawiła się koncepcja podmiotowości płodu, z czego wynikają zapisy o potencjalnych wyrokach dziewięćdziesięciu dziewięciu lat więzienia za aborcję. To nieporównywalne do jakichkolwiek kar orzekanych przed półwieczem. 

Co więcej, nowe prawo uchwalone w Alabamie łączy aborcję bezpośrednio ze zbrodniami przeciw ludzkości. Michelle Goldberg przywołuje jego treść: „ponad 50 milionów dzieci abortowanych w Stanach Zjednoczonych od czasu orzeczenia w sprawie Roe w 1973 roku przewyższa trzykrotnie liczbę zabitych w niemieckich obozach śmierci, podczas chińskich czystek, w stalinowskich gułagach, na kambodżańskich polach śmierci i w rwandyjskim ludobójstwie – razem wziętych”. Zdaniem dziennikarki, nie można traktować tego zapisu inaczej niż jako wskazówkę dla prokuratury. 

Ustawy uchwalane w ciągu ostatnich miesięcy w kolejnych republikańskich stanach USA różnią się w szczegółach, ale najczęściej pojawią się w nich zapisy dotyczące karalności kobiet, łącznie z propozycją zgłoszoną i debatowaną w Teksasie, by za przeprowadzenie aborcji karać kobiety jak za zabójstwo zagrożone wyrokiem do kary śmierci włącznie. W republikańskich stanach, czytamy w „New York Timesie”, po obaleniu prawa federalnego ustanowionego orzeczeniem w sprawie Roe kontra Wade, polityczna walka nie będzie już dotyczyła aborcji jako takiej, ale tego, czy wsadzać za nią kobiety do więzienia, czy jednak nie. A jak wiadomo „lekcja, jaką nam dają fundamentalistyczne reżymy na świecie, jest taka, że kiedy reakcjoniści próbują wedle swojej koncepcji zaprowadzić tradycjonalistyczny porządek genderowy, stają się większymi tyranami niż rzeczywista tradycja kiedykolwiek wcześniej” 2. W tym sensie też groźba unieważnienia orzeczenia w sprawie Roe nie oznacza groźby powrotu do przeszłości, ale jakąś nową straszliwą przyszłość.

Sprawa Roe kontra Wade, która doprowadziła do legalizacji aborcji w całych Stanach i która jest tematem drukowanej w tym numerze sztuki Sarah Schulman, wraca zatem nieoczekiwanie na wokandę i do mediów, które próbują sobie przypomnieć, o co w niej chodziło. Dramat napisany w 2013 roku nabiera wyjątkowej aktualności, a szczególnie ważne okazują się jego walory poznawcze – zgodnie zresztą z intencjami autorki, która swoje dramaty otwarcie traktuje jako narzędzie edukacji i aktywizacji odbiorców. Tym razem, wiosną 2019 roku, dzieje się to w kontekście narastających protestów w wielu miastach USA. Po czterdziestu sześciu latach od precedensowego orzeczenia w sprawie Roe kontra Wade na ulice Memphis, Salt Lake City, St. Louis, Atlanty wychodzą kobiety z transparentami i hasłami na kijach: „Nie mogę uwierzyć, że ciągle muszę protestować w tej samej sprawie”. 

OBYWATELSKIE NIEPOSŁUSZEŃSTWO 

Martin Luther King w Liście z więzienia w Birmingham z sierpnia 1963 roku pisał, że każdą kampanię bez przemocy prowadzi się w czterech podstawowych krokach: zbieranie informacji, negocjacje, samooczyszczenie i akcja bezpośrednia, czyli nieposłuszeństwo obywatelskie. 

Wedle tej strategii działała międzynarodowa koalicja na rzecz walki z AIDS – ACT UP, założona w marcu 1987 w Nowym Jorku w wyniku desperacji wywołanej biernością i obojętnością władz wobec epidemii. ACT UP domagała się przede wszystkim realnej walki z chorobą, przeznaczenia środków na badania medyczne i leki, upowszechnienia wiedzy na temat AIDS, skutecznej profilaktyki oraz mobilizacji na rzecz powstrzymania epidemii. Do 1987 roku w Stanach Zjednoczonych z powodu AIDS zmarło ponad czterdzieści tysięcy osób, a do roku 1995 – kiedy liczba śmiertelnych ofiar była najwyższa w historii – ponad trzysta dwadzieścia tysięcy. 

Akcje bezpośrednie prowadzone przez ACT UP w Nowym Jorku polegały między innymi na organizowaniu demonstracji na Wall Street z przykuwaniem się do balkonu dla vipów w budynku nowojorskiej giełdy, na blokowaniu instytucji federalnych czy kościoła świętego Patryka. To ostatnie w ramach protestu przeciwko wypowiedziom kardynała Johna Josepha O’Connora, który zabraniał używania prezerwatyw i szczuł na homoseksualistów. Podobne akcje trafiały do mediów, a to właśnie było celem ruchu – budzenie świadomości społecznej na temat epidemii i jej skali, obojętności administracji i dezinformacji na temat choroby.

Sarah Schulman była nie tylko aktywistką ACT UP i jedną z pierwszych dziennikarek piszących regularnie o AIDS, ale po latach stworzyła także wraz z Jimem Hubbardem platformę dokumentującą historię AIDS i ruchu ACT UP w formie mówionej – ACT UP Oral History Project – gdzie jak dotąd w otwartym dostępie zamieszczono blisko dwieście rozmów z aktywistami i świadkami. Sarah Schulman, również z Hubbardem, nakręciła także półtoragodzinny film dokumentalny United in Anger: A History of ACTUP (Zjednoczeni w gniewie. Historia ACT UP, 2012), który można obejrzeć na YouTubie.

Metodę akcji bezpośredniej Sarah Schulman stosowała później jako współzałożycielka i aktywistka organizacji Lesbian Avengers (Lesbijskie Mścicielki), założonej w 1992 roku. Jej celem były działania na rzecz widzialności kobiet nieheteroseksualnych w przestrzeni publicznej. Jak czytamy w ich pierwszej ulotce:

Na tym świecie jest o wiele więcej lesbijek niż ludzi takich jak George Bush. Ale to właśnie tacy jak on zimni kłamcy trzymają w ręku władzę. Rząd, Media, Przemysł Rozrywkowy, System Monetarny, Szkoła, Religia, Obyczaje mają się nijak do naszego nieheteroseksualnego życia. Marnujemy je, żyjąc ostrożnie. Wyobraź sobie, jak inaczej mogłoby wyglądać twoje życie. Czy jesteś gotowa je zmienić? 3

Lesbian Avengers doraźnie osiągnęły swój cel bardzo szybko, bo swoją pierwszą akcję przeprowadziły przed jedną ze szkół podstawowych na Manhattanie, gdzie w dniu rozpoczęcia roku szkolnego zorganizowały pikietę, podczas której rozdawały dzieciom fioletowe balony z napisem „Zapytajcie o lesbijki”. Zdaniem Sarah Schulman zmusiło to nauczycieli do rozmowy z dziećmi na ten temat, wbrew zakazowi, który próbowała im narzucić „zdewociała przewodnicząca rady szkol­nej” 4. A co ważniejsze:

Chciałyśmy skonfrontować się z największym tabu, jakim jest homoseksualizm i obecność osób homoseksualnych na terenie szkoły. I zrobiłyśmy to w twórczy, pomysłowy i konstruktywny sposób. Była to mocna, radykalna i konfrontacyjna akcja. Ale – przyjazna. Ustanowiła także pewien wzorzec na przyszłość – uderzania bezpośrednio w źródła ataków na nas i konfrontowania się z nimi na ich terytorium. To był wielki krok w lesbijskim aktywizmie, daleki od symbolicznych akcji czy bezpiecznych i wygodnych strategii krytycznych stosowanych przez inne liberalne organizacje.

Sarah Schulman interpretuje i rozwija wskazówki pastora Kinga zawarte w Liście z więzienia w Birmingham, zdając sobie sprawę, że kampania non-violence to cały system działań. Najpierw zatem trzeba świetnie rozpoznać problem i dowiedzieć się wszystkiego na ten temat. Potem trzeba wymyślić alternatywę i wiedzieć dokładnie, jak ją urzeczywistnić. Następnie przedstawić ją władzom, zażądać zmiany i pokazać, jak powinna być wprowadzona. Kiedy władza odmówi, trzeba bez stosowania przemocy zacząć protest – akcję nieposłuszeństwa obywatelskiego. Akcję trzeba prowadzić w taki sposób, by dzięki zainteresowaniu mediów zakomunikować ludziom, w jakiej sprawie odbywa się protest i jakie są postulaty. Postulaty muszą być rozsądne i realne do spełnienia. Jeśli takie są, jeśli dobrze się je sformułuje i wyeksplikuje, sprawa posuwa się naprzód. I koniecznie trzeba odnosić sukcesy.

Do takiej wykładni strategii Martina Luthera Kinga Sarah Schulman dodaje obserwację, że w amerykańskiej historii współistnieją dwa typy rebelii. Jeden dąży do całkowitej zmiany systemu i reprezentują go utopijni socjaliści, anarchiści, hippisi czy ruch Occupy Wall Street. Drugi jest zorientowany na reformy, takie jak emancypacja, zniesienie niewolnictwa, zdobycie praw wyborczych dla kobiet, legalizacja aborcji, walka z AIDS etc. 

W związku z tym rozróżnieniem, sama mówi o sobie: jestem reformistką. Takie ruchy jak Occupy Wall Street nie są dla mnie, bo nie wysuwają żądań, a ja uważam, że trzeba formułować postulaty – rozsądne i możliwe do realizacji.

JEJ AMERYKAŃSKA HISTORIA

Aktywistka, autorka publikowanych powieści i niepublikowanych dramatów, publicystka i autorka książek eseistycznych, historyczka AIDS, autorka filmów dokumentalnych. Współzałożycielka słynnego festiwalu MIX: New York Queer Experimental Film Festival, który odbywa się nieprzerwanie od 1987 roku. Profesorka i wykładowczyni w The City University of New York, College of Staten Island. 

Jedna z jej książek nosi tytuł My American History (Moja amerykańska historia). Otwiera ją autobiograficzny rozdział, w którym opowiada o źródłach swojej twórczości nierozerwalnie związanej ze społecznym aktywizmem. 5

Urodziła się w Nowym Jorku w 1958 roku. Zawsze czytano jej książki przed snem. Pisze o sobie, że emocjonalnie już od dzieciństwa była „społeczną realistką”. Matka pracowała w pomocy społecznej i miała na ścianie reprodukcje Diego Rivery. Babcia pochodziła z Tarnopola. Była syjonistką i socjalistką. Przyjechała do Ameryki w wieku dwudziestu jeden lat i niemal od razu poślubiła dziadka. Przez całe życie pracowała w pralni. Niemcy i Rosjanie zabili jej dwóch braci i dwie siostry. Krawiec, który szył ubrania w oknie naprzeciwko domu, miał na przedramieniu wytatuowany numer. Rodzina kupowała ubrania na Brooklyniew sklepie prowadzonym przez grupę ludzi, którzy poznali się w obozie koncentracyjnym. Sarah była nieduża, więc numery na ich rękach były zawsze na wysokości jej oczu. Pierwsza prawdziwa książka, jaką pamięta, to Dziennik Anny Frank. Miała jej stale przypominać o historycznym ciężarze, który, jako Żydówka, na sobie dźwiga. Przy okazji jednak nauczyła ją jeszcze czegoś: że żydowskie dziewczynki mogą być pisarkami.

Pisała przez całe dzieciństwo. Napisała historię bejsbolu i układała sztuki na Chanukę, w których występowali potem brat i siostra. Robiła gazetki na temat życia rodziny i sąsiadów. Od czwartego roku życia wykazywała skłonności przywódcze i sprawiała kłopoty wychowawcze. A poza tym traktowała samą siebie śmiertelnie poważnie.

W przedszkolu razem z Peterem Popem bawiliśmy się w rakietę na Marsa. Ale kiedy przyszli do nas studenci pedagogiki z Hunter College na obserwacje, uznaliśmy, że nie jesteśmy tacy jak inne pięciolatki, i postanowiliśmy bawić się w dom. Tyle że Peter został w domu z dziećmi, a ja poszłam do pracy. Matka była przerażona, bała się, że wychowawczyni pomyśli, że tak to wygląda u nas w domu.

W szkole średniej się zakochała, miała pierwszą dziewczynę, przeczytała Szklany klosz, książkę Germaine Greer The Female Eunuch i coś Jeana Geneta. Któregoś razu ojciec przyłapał ją na uprawianiu seksu z dziewczyną i karał ją za to przez całe życie. Została odrzucona przez rodzinę i nigdy jej nie wybaczono.

Odkryła Patti Smith i Prufrocka, dostała swoją pierwszą pracę przy obsłudze świateł w teatrze, obejrzała Nashville Roberta Altmana. Wyjechała do college’u do Chicago. Po raz pierwszy aresztowano ją podczas zamieszek studenckich, jakie wywołało uhonorowanie Roberta McNamary, byłego sekretarza obrony z czasów wojny w Wietnamie, nagrodą University of Chicago za „wkład w budowę międzynarodowego porozumienia”. Siedziała z prostytutkami w celi Cook County Jail.

Po powrocie do Nowego Jorku w 1980 roku zaangażowała się w teatr, została inspicjentką w zespole More Fire! Production i razem z reżyserką Robin Epstein zaczęła pisać sztuki. Pierwsza była o lesbijkach stand-uperkach, które próbują się przebić w Nowym Jorku, druga była o Bogu i Diable, a trzecia nosiła tytuł Epstein on the Beach, co stanowiło oczywiste odniesienie do opery Philipa Glassa Einstein on the Beach z 1976 roku wyreżyserowanej przez Roberta Wilsona. 

Kiedy w wyniku uchwalenia tak zwanej Poprawki Hyde’a zakazano finansowania aborcji z funduszy federalnych, co uderzyło rzecz jasna w kobiety najuboższe, włączyła się w działalność na rzecz praw reprodukcyjnych i zaczęła uprawiać zaangażowaną publicystykę. Za zakłócanie pracy Kongresu podczas wysłuchania projektu antyaborcyjnego aresztowano ją po raz kolejny. 

Napisała swoją pierwszą powieść, lesbijski kryminał The Sophie Horowitz Story. Odrzuciło go dwadzieścia pięć wydawnictw, zanim w końcu w 1984 roku ukazał się drukiem. Następną powieść wydała dwa lata później, a od tamtego czasu jeszcze dziewięć kolejnych.

A zatem pisałam powieści, które cieszyły się powodzeniem, miałam recenzje w „New York Timesie”, ciągle fascynowałam się filmem eksperymentalnym, teatrem, performansem, Kathy Acker, Carli Harryman, postmodernistycznym tańcem, operą, którą dopiero odkryłam. Próbowałam napisać operę. Kontynuowałam pisanie sztuk. Działałam w ACT UP. Widziałam, jak codziennie umierają młodzi ludzie. Czułam się bezradna. Zobaczyłam, jak bardzo jesteśmy osamotnieni. Żyłam z umierającymi, wypierałam to, czułam niewyrażalną rozpacz. Nauczyłam się ją wyrażać. Pisałam o społecznych aspektach AIDS. Byłam coraz bardziej wściekła na obojętność artystów wobec polityki. Znienawidziłam awangardę. […] Wydawało mi się niewiarygodne, jak bardzo seksistowscy są homoseksualni mężczyźni.

Aresztowano ją znowu, podczas okupowania Grand Central Station przez ACT UP trzy dni po rozpoczęciu wojny w Zatoce. Odreagowała to, pisząc jeszcze więcej na temat AIDS. 

Tymczasem odkryła też, że jako pisarka obraca się w getcie literatury lesbijskiej. Chociaż tłumaczy się ją na obce języki, to osoby heteroseksualne nigdy o niej nie słyszały. To, kto jakiej jest orientacji, poznaje wśród znajomych z łatwością. Jedni mówią jej bowiem: „Sarah, ależ ty jesteś aktywna!”, a drudzy pytają „Sarah, co ty tam porabiasz?”. Kiedy przemierzała kraj, promując swoją kolejną książkę, na spotkania w księgarniach na ogół nie przychodzili ani mężczyźni, ani osoby heteroseksualne. „Nie byłam i nie jestem częścią intelektualnego życia tego narodu” – napisała w zakończeniu tej cytowanej tu obficie mini autobiografii, podsumowując swoje wówczas trzydziestoczteroletnie życie.

Od tamtego czasu napisała jeszcze więcej powieści i jeszcze więcej dramatów. W teatrze dalej upiera się przy realistycznej formie, bo stawia na komunikatywność. Chciałaby być mainstreamową dramatopisarką. 6 Zwłaszcza że w jej przekonaniu eksperymentalność w teatrze się skończyła, odkąd stała się stylem. Normatywna awangarda, jej zdaniem, zrezygnowała z treści i abdykowała z polityczności. W sprawach obyczajowych zadowoliła się reprezentacją, a zrezygnowała z punktu widzenia. Tymczasem nie chodzi już o reprezentację – w telewizji występują przecież osoby transseksualne, a na Broadwayu widać lesbijki – ale o punkt widzenia i przekaz, wyraźnie widać bowiem konflikt między reprezentacją a znaczeniem, jakie ta generuje.

 Początek tego konfliktu czy wręcz bałaganu Sarah Schulman utożsamia z Aniołami w Ameryce, sztuką, którą gardzi:

Poszłam obejrzeć Anioły… na Broadwayu pośrodku kryzysu AIDS. I oto słyszę historię chłopaka, który umiera na AIDS i zostaje porzucony przez swojego partnera, a ratuje go popierająca Reagana heteroseksualna kobieta, która w trosce o skrzywdzonych przekracza swoje uprzedzenia. To było całkowite przeciwieństwo rzeczywistości. W istocie osoby zarażone były porzucane przez swoje chrześcijańskie rodziny i ratowane przez homoseksualnych przyjaciół. Prowadząc wywiad w ramach ACT UP Oral History Project, zapytałam o to aktora Stevena Spinella, który grał na Broadwayu rolę Priora. Powiedział mi: nigdy o tym tak nie pomyślałem. Naprawdę dzisiaj nie chodzi już o reprezentację, ale o to, jaki niesie przekaz.

Sarah Schulman często wygłasza sądy, które same proszą się o zniuansowanie. Ma tendencję do arbitralnych ocen, a w stosunku do tych, którzy nie przeżyli plagi AIDS, bywa protekcjonalna. Na marginesie jednej z jej książek, kupionej przeze mnie w antykwariacie, poprzedni właściciel bądź właścicielka zanotowała sobie ołówkiem: „nie powinna obwiniać młodych gejów za to, że nie cierpieli”. Nie sposób odmówić mu czy jej racji, lecz kiedy obok innego fragmentu, notuje: „Schulman ma bardzo emocjonalny stosunek do kryzysu AIDS, ale przecież wszystko w historii staje się z czasem neutralne”, to przypomina się mimowolnie jedno z haseł na kiju, które warto zawsze trzymać w pogotowiu: „Nie mogę uwierzyć, że ciągle trzeba protestować w tej samej sprawie”.

 

  • 1. Michelle Goldberg Post-Roe America Won’t Be Like Pre-Roe America. It Will Be Worse, „The New York Times” z 16 maja 2019.  
  • 2. Tamże.
  • 3. Zob. Sarah Schulman My American History. Lesbian and Gay Life During the Reagan/Bush Years, Routledge, New York 1994, s. 279.  
  • 4. Tamże, s. 281, kolejny cytat tamże.
  • 5.  Sarah Schulman Preface. My Life As An American Artist, w: tejże My American History…, op.cit., s. XIV-XIX. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie dalsze cytaty, trawestacje i informacje pochodzą z tego tekstu.  
  • 6. Ta i kolejne wypowiedzi pochodzą z mojej rozmowy z Sarah Schulman, przeprowadzonej w Nowym Jorku 29 lipca 2015 roku.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 1999 roku. Jest historyczką teatru współczesnego. Pracuje w Instytucie Sztuki PAN. Wydała monografie „Mikołajska” (2011), „PRL. Przedstawienia” (2016), "Demokracja. Przedstawienia" (2019). Jest współautorką książek „Soc i sex” (2009) i „Soc, sex i historia” (2014), a także współredaktorką antologii „(A)pollonia. Twenty First Century Polish Drama and Texts for the Stage” (2014) oraz słownika „Platform. East European Performing Arts Companion” (2016). Wydała antologię tekstów dla teatru „Transfer!” (2015). Kierowała projektem "HyPaTia. Kobieca historia polskiego teatru" (www.hypatia.pl). Jako uczestniczka teatralnego kolektywu jest współautorką dwóch spektakli „Kantor Downtown” (2015) i „Pogarda” (2016).