wwwbargielska_fot_rozalia_furgal.jpg

Justyna Bargielska. Fot. Rozalia Furgał

Jak pracuje orzeszek pistacjowy?

Justyna Jaworska
W numerach
Grudzień
2019
12 (757)

„Szczycę się swoim brakiem wyobraźni, organicznym, fizjologicznym. Tam, gdzie ludzie mają w mózgu ośrodek wyobraźni, ja mam orzeszek pistacjowy. No i tak jest. Wydaje mi się, że to dobrze”, powiedziała Justyna Bargielska w rozmowie z krytyczką Martą Koronkiewicz w programie Między książkami na YouTube. Zapytana o to, czym w takim razie wyobraźnię zastępuje, odparła cierpliwie i czule, jakby tłumaczyła nazbyt poważnej młodszej siostrze: „Pewnie dezynwolturą, jakimś luźnym podejściem do tego, co można z czym połączyć, albo niemyśleniem o tym, czy są reguły, które regulują większe całostki. […] Nie mam tych hamulców. Jestem w stanie zestawić każdy wyraz z każdym wyrazem, a jednocześnie może to mieć nawet sens”.

Oczywiście jest w tych słowach sporo kokieterii: oto poetka rozpoznaje u siebie brak, defekt, za którego sprawą może być natchniona i niepowstrzymana, bo wyzbyta barier. Jak osoby z łagodnym autyzmem, które pewne deficyty czy trudności rekompensują geniuszem w innej sferze. Oldze Wróbel (w rozmowie drukowanej obok) opowiada z kolei o tym, dlaczego w dramacie Szałwia, rozmaryn, tymianek, zdechła mysz zestawiła rozkojarzoną wolontariuszkę, swoje alter ego, z dwiema staruszkami w demencji – i znowu sięga do ryzykownej figury upośledzenia: „Kiedy pisałam tę sztukę, mogło mi chodzić o to, że ułomność tych kobiet ośmielała bohaterkę do pokazania jej własnych braków umysłowych. No bo to też są braki – oddanie dla snów, oddanie dla tej indywidualnej rzeczywistości, której nie można nikomu pokazać, życie w tym drugim świecie. W dzisiejszych czasach to jest ułomność. Wyobrażałam sobie, że fajnie będzie pokazać, że czyjaś choroba, czyjś niedowład ośmiela nas do obnażenia własnego niedowładu”.

1.

A więc z jednej strony rzekomy niedostatek fantazji, a z drugiej patologiczne prawie odklejenie od rzeczywistości, jakiś chorobliwy solipsyzm. Brzmi sprzecznie, choć tylko na pozór. Na pewno po takiej diagnozie trudniej się już wypowiadać o surrealitycznej technice Justyny Bargielskiej, choć przy lekturze jej wierszy i prozy wykwitają pod powiekami najdziksze obrazy. Bo co by to znaczyło: nie mieć wyobraźni? W najprostszym rozumieniu chodziłoby o „organiczną” niemożność wymyślania, kreowania czegoś, co nie istniało wcześniej – a więc mózg dotkniętej taką przypadłością osoby nie generowałby niczego nowego, skupiony na przetwarzaniu, tasowaniu, rozdrabnianiu i łączeniu słów i obrazów, które już i tak zmagazynował. Wbrew pozorom, tak chyba wygląda mechanizm ludzkiego myślenia w ogóle. Z taką różnicą, że umysł poetycki byłby nie tyle skupiony, ile właśnie rozkojarzony, twórczo rozregulowany i w tym sensie ułomny. Taka poezja rodziłaby się z kontrolowanej logorei i, niech już poetce będzie, dezynwoltury. Czy nie w ten sposób działa marzenie senne? U Bargielskiej mnóstwo jest snów, streszczanych z zastanawiającą pedanterią, płynnie przechodzących w opisy jawy – czasem nie wiadomo, po której stronie opowieści jesteśmy.

Powiedzmy jednak od razu, że nie jest to ulubione przez surrealistów pisanie automatyczne, choć może niekiedy na takie wyglądać. To raczej staranne i realistyczne konstrukcje, tylko zbudowane na swoich własnych zasadach – podane tak potocznie, jakbyśmy wtargnęli w środek rozmowy, a zarazem zawsze jakoś zagadkowe, przesunięte wobec komunikacyjnej normy. W tym sensie (i w wielu innych sensach też) mamy do czynienia z poetką kłopotliwą, jak ją określa przywoływana już Marta Koronkiewicz, która na przykładzie Małych lisów (2013), drugiej po Obsoletkach (2010) książki prozatorskiej Bargielskiej, tak analizuje jej strategię i dykcję:

Szkatułkowo ułożone opowieści i dygresje (a nie zapomnijmy o wtrąceniach, komentarzach, żartach i wykrzyknieniach) plenią się, bardziej wybłyskują i gasną, niż toczą się i kołują. Wszystko występuje po sobie w szaleńczym, nerwowym tempie, zdania nie wybrzmiewają, raczej próbują się wcisnąć w jeden oddech, by zaraz łapczywie zażądać kolejnego. Ten rodzaj języka jest dla Bargielskiej charakterystyczny, w wierszach wywołany raczej mnożeniem przecinków, w prozie – mnożeniem słów i wtrąceń, rozciąganiem zdań. 1

I chyba rzeczywiście to rodzaj swobodnej gadaniny napędza tu składnię, do tego w ostatnim tomiku, Dziecku z darów, mocniej wybrzmiewają wtręty wzięte z języka albo świata dzieci (te wszystkie „co nie, że nie pozwalasz?” czy „dzieci mi powiedziały, że Luke Skywalker umarł”...). Zostajemy wrzuceni w środek intymnych rodzinnych sytuacji, które zostały uchwycone nie tyle przez kreatorkę surrealistycznych krajobrazów, ile przez delikatnie odklejoną od banału stenotypistkę własnego życia.

Ale też efekt (czy może defekt?) „orzeszka” daje gwarancję autobiografizmu, bo skoro pozbawiona wyobraźni poetka niczego nie jest w stanie zmyślić, to w takim razie wszystko, o czym u niej czytamy, zdarzyło się lub przyśniło naprawdę. Zbitki słów, które wyglądają na metafory, wcale metaforyczne nie są, raczej kryją w sobie konkretne, skondensowane doświadczenia. Jeśli na przykład w wierszu Drzewo irysowe z tomu Dwa fiaty rozkwita w autobusie tytułowe irysowe drzewo, nieistniejące jak wiadomo w naturze, czytelnicy doznają tu nagłej i oszołamiającej wizji. W wyobraźni, bo przyjmijmy roboczo, że ją mają. Tymczasem sama poetka wyjaśniała w jednym z wywiadów, że chodziło jej o zapach konkretnych perfum Bois d’Iris, które są irysowe i drzewne, stąd nazwa. Prywatne, potoczne skojarzenie zostaje zatem tak zaszyfrowane, by w idealnym modelu lektury czytelnik niejako rozwinął gryps i zobaczył więcej niż autorka, która zadaje mu słowne zagadki. Komunały o poezji jako spotkaniu brzmią zazwyczaj fatalnie, tu jednak spotkanie faktycznie następuje w pół drogi, o ile następuje: jeśli się do tych wierszy nie wychylimy, nie włożymy w nie pracy, to się nie otworzą. Są w formie instant, sprasowane albo zatrzaśnięte w łupinkach, czasem pozornie nieczytelne – trzeba je albo rozłupać, podważyć, albo zalać wrzątkiem własnej wyobraźni.

Trafiłam niedawno do sklepu z ubraniami w kolorowe wzory. Pantery wśród liści, czaple w kwiatach, małe lisy, plątanina warzyw na kurtkach i torebkach. Była też sukienka w dżunglę irysów, istne drzewo irysowe. Ekspedientka widząc mój zachwyt opowiadała, że klientki trochę się na początku boją, nie wiedzą, czy takie bogactwo udźwigną, ale potem wracają oczarowane. Wyszłam w absurdalnym płaszczu w dzikie róże (pierwszy raz w życiu mówiłam do płaszcza) i pomyślałam, że to trochę jak z czytaniem Bargielskiej. Obrazy nakładają się na siebie, „plenią się”, nie jesteśmy w stanie ich udźwignąć, ale potem wracamy.

2.

Szałwia, rozmaryn, tymianek, zdechła mysz brzmi jak dziecięca wyliczanka (konwalia, balia, zdechły pies), a trochę jak przepis wiedźmy na mocno podejrzane ziółka. Tak mogłoby pachnieć w domu opieki, gdzie rezydują dwie starsze bohaterki sztuki, Pani Wiesia i Pani Marysia, odwiedzane przez wolontariuszkę Panią Martę, gdyby nie to, że „normalnie to kupą jedzie”. Pani Marta (o tropach biograficznych za chwilę) przesiaduje przy łóżkach obu pensjonariuszek, pogrążonych we wspomnieniach i demencyjnej mgle, i opowiada im o tym, co jej się ostatnio przyśniło albo przydarzyło. Słuchaczki coraz słabiej kojarzą swoją Szeherezadę, lecz witają ją z wdzięcznością, co buduje nieoczekiwanie poetycką relację: czułą, a zarazem lekką i niezobowiązującą, jakby każda wizyta była pierwsza. Czas, właśnie jak w wyliczance, zdaje się zapętlać, a przecież nikt nie ma wątpliwości, że to odliczanie ku śmierci…

Justyna Bargielska potwierdziła w drukowanej obok rozmowie z Olgą Wróbel, że faktycznie była Panią Martą i odbyła taki wolontariat. Ale nawet gdybyśmy tego nie wiedzieli, tropów autobiograficznych jest dość: dwoje dzieci i kult macierzyństwa; życie w snach; wiara żarliwa, choć nie do końca w duchu katolickiej ortodoksji; domniemany romans z seksownym doktorem (poetka często pisze o miłosnych „wątkach pobocznych”, a jej ostatni tomik można wręcz czytać jako świadectwo kryzysu małżeństwa czy przynajmniej poważnej sercowej rozterki); wreszcie obsesja śmierci, ale oswojona i traktowana lekko („mój syn interesuje się śmiercią”, mówi w pewnym momencie Pani Marta z matczyną dumą, jakby chodziło o dinozaury). Nawet poszczególne przygody bohaterki pojawiały się często we wcześniejszej twórczości Justyny Bargielskiej. Historia z ptakiem, który narobił na głowę zamyślonej podmiotce lirycznej, która się najpierw ucieszyła, że to dobry znak, po czym w roztargnieniu chodziła „z obesraną głową aż do wieczora”, to wątek wiersza Kiedy idziesz, ale nagle zaczynasz biec z ostatniego tomu. Utwór kończy się zresztą nieprzytomną, ekstatyczną i cudownie autoironiczną apostrofą: „Pozdrawiam was, topole, sekwoje. / I my cię pozdrawiamy, królowo nasza” 2. Fragment o chodzeniu na basen znajdziemy z kolei w Małych lisach, rozbudowany:

Ale zanim wyjdę do pracy, codziennie godzinę pływam od ściany do ściany na naszym osiedlowym basenie. Pływam, ale nie czuję się dzięki temu bliżej Boga. […] Ja uprawiam aspirujące do chrześcijańskiego pływanie. Oczywiście to nie Bóg powiedział mi, żebym pływała godzinę dziennie, a będę bliżej niego. Nawet nie wiem, czy on w ogóle wie, że realizuję projekt bycia bliżej. Nie konsultowałam, nie awizowałam się, nie mogę mieć pretensji. Z definicji – wie, musi wiedzieć, ale z definicji matka kocha dziecko, a mąż dzieli się z żoną tym, co zarobi. Więc pływam w tym basenie i pływam, i czuję się jak wstawiona do wody łysa gałązka, która patrzy w dół i podejrzewa, że wystarczyłoby poprosić, a wody by nalano. No, to poproś, gałązko, przemów. Niema wychodzę z basenu i idę do ludzi, i raczej nikt mnie nie traktuje, jakbym przychodziła od Boga, i taki jest właśnie mój rozkład dnia. 3

Tu można by coś dodać o poezji czy w ogóle pisaniu jako „projekcie bycia bliżej”, chociaż przytaczam ten dłuższy fragment raczej po to, by pokazać, „jak pracuje orzeszek pistacjowy”. To, co w powieści było swoistą medytacją religijną czy raczej świadectwem skomplikowanych relacji z Bogiem i co obroniłoby się jako zamknięta przypowieść o gałązce, w sztuce pojawia się w szczątkowej postaci kilku oderwanych zdań. Niepokojących, na pozór przypadkowych – podobnie skondensowane uwagi trafiają do wierszy. Tylko że teraz widzimy, jak to jest zrobione: za zwiewnym, enigmatycznym wtrętem, który z Pani Marty trochę robi wariatkę, stoi cała przemyślana argumentacja, a także godziny przepływane od ściany do ściany. Tak działa orzeszek.

Ale najpiękniejsze zdanie tej sztuki pada dla mnie gdzie indziej, na samym początku. Pani Wiesia strofuje Panią Marysię, by ta nie zawijała Matki Boskiej w ligninę, bo może ją przez pomyłkę wyrzucić do śmieci, gdzie trafiają ligniny zasmarkane po płaczu. Tych nie szkoda, a Matki Boskiej (i komórki z ładowarką, która wcześniej w ten sposób omyłkowo trafiła do kosza) jednak tak. Na co Pani Marysia odpowiada sentencjonalnie: „Łez i glutów czasem też szkoda, mnie tam jest wszystkiego żal”. A właśnie żal, opłakiwanie i zawijanie, owijanie, chowanie (się), zamykanie, zakopywanie to motywy wielu utworów Justyny Bargielskiej. W wierszu Tracker wychodzenia z żałoby z ostatniego tomiku poetka pisze:

Chciałabym zamówić usługę
pochowania bardzo płaskiego psa,
mówię, a oni mówią,
żeby go włożyć do książki. Istotnie,
do czego innego mogłyby służyć książki,
jeśli nie do grzebania naszych ukochanych psów. 4

Istotnie, do czego innego mogłyby służyć wiersze, jeśli nie do przechowywania na płasko obrazów i doświadczeń? Wiersze i proza Bargielskiej służą też często do przechowywania obiektów żałoby – na żałobną, psychoanalityczną figurę pojemnika (w postaci grobu, łona, ale też słoika, szpitalnej lodówki, łupiny orzecha) zwracał uwagę w dociekliwym szkicu Adam Lipszyc. Pisał o Obsoletkach (które krążą wokół przeżycia poronienia) i o zbierającym trzy tomiki wierszy wydaniu Szybko przez wszystko (2013), koncentrując się na motywie utraty, dla której „wiersz musi zrobić w sobie miejsce, musi stać się budką na utratę” 5.

Może też stąd wrażenie pewnej przestrzenności czy nawet ażurowości konstrukcji pisarskich Bargielskiej: są takie, by więcej w nich się dało pochować (także w tym żałobnym sensie). Szałwia… jest na tym tle nieco inna, nie przypisałabym jej do nurtu lamentacji czy trenów, co z wierszami próbuje zrobić Lipszyc. To bądź co bądź dramat, dzieje się w interakcjach, nawet jeśli te interakcje są tak chwiejne komunikacyjnie, jak rozmowy z rezydentkami domu opieki. Ale oto okazuje się, że takie właśnie rozpływające się w niepamięci staruszek spotkania i surrealistyczne rozmowy pozwalają się schronić samej bohaterce (oraz schowanej za nią autorce) i przynoszą ulgę, możliwość ucieczki nie tylko od sensownych reguł konwersacji, ale i od samej siebie. „Cała głębia tej sytuacji polega na tym, że się nie liczysz, przez godzinę w tygodniu robisz ludziom dobrze, a potem znikasz”, czytamy w rozmowie z Olgą Wróbel.

To pragnienie zniknięcia może być dążeniem do świętości (dążenie do świętości, rozumianej ekstrawagancko jako osobisty pakt z Matką Boską, przewija się w tomiku Dziecko z darów), ale też po prostu funkcją melancholii. Skromny wolontariat w domu opieki, tym domu wiecznego powrotu, otwiera zawrotne metafizyczne przestrzenie, zwłaszcza jeśli ktoś „interesuje się śmiercią”. Demencja Pani Wiesi i Pani Marysi wskrzesza zmarłych, na powrót ich uśmierca, w każdym razie skazuje bohaterki na nieustanne z nimi obcowanie. A w wierszu Darkroom revisited czytamy:

To nie jest tak, że z umarłymi zaprzyjaźniasz się od razu,
nawet jeśli znałeś ich przedtem. Zwłaszcza jeśli
znałeś ich przedtem, jest trudniej. Gdy przychodzą we śnie,
przed nim lub tuż po, gdy przychodzą,
kiedy cię nie ma, bo poszedłeś ich szukać, jest ciężko. 6

W cichym świecie szałwii i ligniny obcowanie ze zmarłymi jest jednak dziwnie pozbawione ciężaru – może nawet po to ta sztuka powstała, by nie było tak ciężko?

3.

Justyna Bargielska pisała już przedtem na scenę. W 2015 roku w warszawskim Teatrze Dramatycznym Tomasz Cyz wystawił Moją pierwszą śmierćw Wenecji w jej dramaturgii, a na kanwie Thomasa Manna i paru jeszcze wielkich modernistów. Pamiętam, że Adam Ferency jako Aschenbach umierał tam bez końca i znów się zakochiwał, jak najzgodniej z regułami wiecznego powrotu, a w roli Tadzia obsadzono Elizę Rycembel w marynarskim ubranku, ale gry, jaką to przedstawienie podejmowało z opowiadaniem Manna i filmem Viscontiego, nie potrafię już dokładniej odtworzyć. Za to niedawno Teatr Telewizji pokazał Clarissimę, także w reżyserii Cyza – grany wcześniej w Teatrze Witkacego monodram o pianistce i kompozytorce Klarze Schumann.

Tu Bargielska w zasadzie trzymała się biografii, pokazując dramatyczny moment z życia utalentowanej artystki, matki siedmiorga dzieci i żony Roberta Schumanna, a wkrótce wdowy po nim, bo kompozytor zmarł młodo w domu dla obłąkanych. Widzimy trzydziestoparoletnią Klarę (w tej roli świetna Aleksandra Justa), jak porządkuje rachunki ze szpitala i zastanawia się, czy Robert jeszcze żyje, bo nie wolno jej się z nim widywać. Przy okazji porządkuje własne wspomnienia, na przykład rozlicza się z dominującym ojcem: „Pianistki są rzadkie. Wielką, rzadką pianistką miałam być. Kompozytorki w sumie są jeszcze rzadsze. No, ale tata nie oczekiwał, że będę kompozytorką. Inwestował z rozmachem, ale bez szaleństw. Miałam się zwrócić”. Dodaje potem, że Robert „przejął inwestycję ojca i nie było to przyjazne przejęcie”, a samobójczą próbę męża kwituje z sarkazmem: „Dziękuję państwu, że wyłowiło mojego męża z Renu, i bardzo przepraszam, że on w ogóle do tego Renu wskoczył!”.

Jej monolog jest klarowny, rytmiczny, dostrojony do partii fortepianowych, płynnie cieniujący nastroje, z przebitkami czystego liryzmu, ale też uwspółcześniony autoironiczną, feministyczną perspektywą, której prawdziwa Klara Schumann być może nie miała. Chociaż – kto to wie? Gdy jej męża zamknięto w szpitalu, zyskała nareszcie instrument dla siebie. Wcześniej mieli w domu dwa, ale zbyt cienkie ściany, by ćwiczyć równocześnie, więc grał przeważnie on. Kiedy Schumann luksusowo zwariował, to ona płaciła za szpital i utrzymywała rodzinę. „Ja do obsługi swojego obłędu nie miałabym żadnej Klary. Ja, Klara.”

Bohaterki i podmiotki liryczne Justyny Bargielskiej może niekoniecznie mają zamiast wyobraźni orzeszek pistacjowy, ale przy całej swojej czułej wrażliwości muszą być twarde (ironiczne, opanowane, odważne, pełne dezynwoltury, a przy tym precyzyjne nawet w snach), jeśli nie mają akurat nikogo do obsługi swojego obłędu. Chciałabym takie bohaterki częściej oglądać w teatrze.

  • 1. Marta Koronkiewicz Bargielska bez wymówek, „Śląskie Studia Polonistyczne” nr 1-2 (5)/2014, s. 213-214.
  • 2. Justyna Bargielska Dziecko z darów, Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2019, s. 27.
  • 3. Justyna Bargielska Małe lisy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 13-14.  
  • 4. Bargielska Dziecko z darów, op.cit., s. 24.
  • 5. Adam Lipszyc Peep show. Lamentacje Justyny Bargielskiej, „Teksty drugie” nr 6/2014. Tu za: tegoż, Czerwone listy. Eseje frankistowskie o literaturze polskiej, Wydawnictwo Austeria, Kraków-Budapeszt-Syrakuzy 2018, s. 325.
  • 6. Bargielska Dziecko z darów, op.cit., s. 20.

Udostępnij