3_1_0_11_11526_85463.jpg

Gościnne występy „Reduty” z przedstawieniem „Uciekła mi przepióreczka” w Starym Teatrze w Krakowie, 1929. Fot. NAC

Patriarchat habilitowany

Joanna Krakowska
W numerach
Maj
2021
5 (774)

„Jestem autorką tego tekstu. Napisałam go z zimną krwią, żerując na nieszczęściu wielu osób. Jeszcze więcej osób unikało rozmów na ten temat. Robię doktorat” – pisze Agata M. Skrzypek w dramacie Na zaliczenie. Rewia udramatyzowana. 1 Mowa w nim o przemocy, mobbingu, molestowaniu na uniwersytecie. W zasadzie w tej sztuce i w towarzyszącej jej rozmowie z autorką jest wszystko, co trzeba: problem, osoby, sytuacje, przykłady i poczucie, że nie chodzi o taki czy inny uniwersytet (chociaż też), tylko że to „system wciela się w osoby”. System-sama-wiesz-jaki, ale ciiiiiiiii…. Jeśli go nazwiesz, wytraci swój złowieszczy wydźwięk na rzecz „zideologizowania” – formuły obronnej pozwalającej bezkrytycznie mościć się i tkwić w hierarchiach i porządkach uznawanych za uniwersalne, tradycyjne, naturalne i… nieideologiczne. Tymczasem nazwany po imieniu patriarchat – zewnętrzny i uwewnętrzniony – jest z całą pewnością kluczem do zrozumienia dotychczasowego ładu, a sprzeciw wobec niego stanowi kwintesencję dzisiejszych protestów, zamieszek medialnych, calloutów i konfrontacji w różnych sprawach i na różnych poziomach życia społecznego.

Chodzi, najogólniej rzecz biorąc, o system władzy i relacji, z jednej strony, manifestujący się rytuałami, hierarchiami, przywilejami i prerogatywami do wartościowania, a z drugiej, wszelkiego rodzaju nadużyciami, które do niedawna były tak powszednie, że aż przezroczyste. Od kiedy o tych nadużyciach mówi się głośno, jak ostatnio w teatrze i w szkołach artystycznych, mamy dość przykładów, by zrozumieć mechanizmy systemowe odnoszące się nie tyle do struktury głębokiej tego ładu, ile do jego powierzchniowych manifestacji – do władzy rozproszonej i jej wynaturzeń, paradoksalnie zgodnych z naturą systemu. Sztuka i szkoła funkcjonują niczym laboratoria, gdzie można wydestylować jego składowe w stanie czystym. Dlatego, między innymi, dyskusje na temat przemocy i nadużyć władzy zaczynają się właśnie w teatrach i na uczelniach. 

Podlegające ściganiu, budzące powszechne oburzenie i wyzyskiwane medialnie przypadki to jednak tylko najefektowniejsze manifestacje trudnych czasem do uchwycenia, nazwania i opisania mechanizmów systemu-sama-wiesz-jakiego. Na co dzień to te mechanizmy rządzą w wielkim laboratorium władzy, jakim jest akademia z precyzyjnie skonstruowanymi hierarchiami, procedurami, standardami, ewaluacją, gratyfikacją i dystrybucją prestiżu. Choć jednocześnie to uniwersytety są miejscem, gdzie relacje międzyludzkie bywają, chyba w większym stopniu niż gdzie indziej, regulowane indywidualnie i zależnie od osobistych cech, skłonności, woli, zasad i przekonań osób na różnych szczeblach władzy. Mówiąc potocznie: na uniwersytetach i w instytutach naukowych stosunkowo wiele zależy „od ludzi” obdarzonych większą niż w innych instytucjach publicznych swobodą działania, samodzielnością, elastycznością wykonywania obowiązków i przyzwoleniem na nieszablonowość. A zarazem ta cała hierarchiczna, zrytualizowana struktura akademii wraz z ową przestrzenią wolności, którą jakże często zagospodarowują osoby o niestandardowych osobowościach, ale i z wybujałym ego, ujęte są w karby uczelnianych statutów, gdzie chyba bez wyjątku mowa jest o wspólnocie, którą tworzą „nauczyciele akademiccy, studenci, doktoranci i pracownicy niebędący nauczycielami akademickimi”. Statut Uniwersytetu Warszawskiego deklaruje dodatkowo, że:

Konstytucyjna zasada równego traktowania wszystkich członków wspólnoty Uniwersytetu stanowi fundament jego działalności. Uniwersytet wspiera różnorodność i przeciwdziała dyskryminacji.

Co zatem ma decydujący wpływ na kształt wspólnoty akademickiej: statuty, struktury czy osoby? A może jednak wcielony w te osoby i struktury patriarchat? 

SYGNALIŚCI CZY TROLLE, SŁUSZNOŚĆ CZY EGZALT?

To pytanie, które niepokoi, zwłaszcza w rozwibrowanym emocjonalnie środowisku, które wzięło się do porządków i usiłuje zidentyfikować toczące je patologie, oddzielić indywidualne od systemowego, osobiste od powszechnego, to, co niedopuszczalne, od tego, co tylko nieprzyjemne. Czy chciałabym być sygnalistką, podnosić alarm, zgłaszać niepokojące kwestie, wskazywać niebezpieczeństwa i nadużycia dla wspólnego dobra, a wychodzę na trolla, który czepia się i drażni być może w imię własnych interesów i idiosynkrazji? Czy mówienie o przemocy, o nadużyciach władzy, hierarchicznych uwikłaniach i feudalnych praktykach to słuszność poparta konkretami czy egzaltacja wywołana duchem czasów? Każdy, kto wprowadza niemiłą atmosferę, wyraża nieprzyjemne opinie, rzuca oskarżenia czy podważa integralność wspólnoty, naraża się na podobne pytania, na które w dodatku nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Jedni stwierdzą: tylko dzięki temu toczy się ta rozmowa, która może coś zmienić; drudzy będą krzyczeć o pomówieniach działających przeciwskutecznie. Nie sądzę, by i tym razem udało się wyjść poza tę aporię – każdy może złożyć sobie przytoczone w dalszej części tekstu mikrosytuacje w funkcjonalne mechanizmy, ale każda też może je zbagatelizować.

Powinnam w tym miejscu strawestować słowa Agaty M. Skrzypek: „jestem autorką tego tekstu, ale napisałam go, przytaczając w całości lub we fragmentach cudze słowa i doświadczenia. Doktorat wyłącznie z własnej winy robiłam dwadzieścia lat, jestem po habilitacji”. Zapytałam osoby z najbliższego otoczenia, z różnych pokoleń i będące w różnych sytuacjach czy rolach – osoby uczące, studiujące, robiące doktoraty, pracujące w uniwersyteckiej administracji, osoby z czterech różnych uczelni w czterech miastach – o ich doświadczenia z przemocą, nadużyciami, wyzyskiem, mobbingiem, molestowaniem. Owszem, pytanie było tendencyjne – dotyczyło tylko złych doświadczeń; było też pozbawione metodologii – nie doprecyzowałam, co rozumiem przez przemoc. W związku z tym każdy mówił o czymś trochę innym. Nie usłyszałam historii, które należałoby z marszu skierować do prokuratury, ani takich, które nadają się na portale z sensacjami, a co najwyżej historie, które mogłyby trafić do sztuki teatralnej takiej jak ta, którą drukujemy. Po wysłuchaniu opowieści dwunastu osób o ich akademickich doświadczeniach nie mam wątpliwości, że Na zaliczenie. Rewia udramatyzowana to sztuka dokumentalna, teatr faktu.

Ten tekst nie jest oskarżeniem konkretnych osób z imienia i nazwiska, gdyby tak miało być, wymagałoby to dalszych drobiazgowych badań, wszechstronnych rozmów, wielostronnych konfrontacji, konsultacji prawnych i psychologicznych. Nie mam takich ambicji, ani też przekonania, że jest to konieczne, by coś zmienić. Zgromadzony materiał chciałam uporządkować i przedstawić w taki sposób, by unaocznić mechanizmy i sytuacje, które stanowią pochodną hierarchicznych relacji, wykorzystywania pozycji władzy i, jak to ujął jeden z moich rozmówców, miękkich mobberskich praktyk, które krzywdzą ludzi i odciskają się boleśnie na indywidualnych losach i psychikach. Albo po prostu marnują ludzki czas, potencjał, energię, zaufanie. Dostałam dziś maila od jednej z osób, które mają za sobą doświadczenie studiów doktoranckich i rzuciły je, na krótko przed ukończeniem pracy:

Wzbudza to we mnie cały czas duży stres i lęk. Na razie dla swojego psychicznego bezpieczeństwa odcięłam się od tamtych doświadczeń. Wywołują we mnie efekt rozbicia i strachu. Ale po naszej wczorajszej rozmowie stwierdziłam, że muszę się wybrać na terapię i to przerobić, żeby pójść dalej.

Mówią o tym też osoby, które doktoraty pokończyły: „wyłącznie dzięki dwuletniej terapii psychologicznej i farmaceutycznej udało mi się skończyć rozprawę i obronić doktorat”.

Pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy w kontekście przemocy i mobbingu na uniwersytetach, to pytanie o łzy. Kto z was płakał w pracy? Płacz w relacji i sytuacji służbowej, nawet jeśli macie oczy w mokrym miejscu, to zawsze sygnał, że przekroczona została jakaś granica. 

Czekam teraz na pytanie: czy przekroczenia są złe? 

PRZECZOŁGIWANIE, GRILLOWANIE, NĘKANIE 

To sprawy różnego kalibru. Od drobnych upokorzeń, gdy habilitowany potrafi po dwóch semestrach intensywnej pracy, trzy tygodnie z rzędu zapominać czyjegoś imienia, które wcześniej doskonale pamiętał. Przez dezawuowanie pracy doktoranta, który przez rok prowadził za darmo zajęcia, wymyślił i napisał sylabus, oceniał i zaliczał prace, a na koniec usłyszał od szefa katedry: „bo ty te programowe zapchaj-dziury prowadzisz”. Po wyzwiska i obelżywe komentarze: „nie nadaje się, bo jest za głupia”, „ten projekt to takie gówno, że chce się rzygać jak się to czyta”, „dorośniesz jak zrobisz doktorat”, „ty? na Fulbrighta? nie masz żadnych szans!” (dostała). 

Wiele doktorantek dzieli się doświadczeniem całkowitego zwątpienia we własne kwalifikacje już na początku naukowej drogi i nabytym wówczas przeświadczeniem, że się do niczego nie nadaje. Zwłaszcza jeśli promotor niszcząc i podważając poczucie własnej wartości doktorantki, ustanawia jednocześnie kumpelską, poufałą relację: „czułam, że mam takiego wspaniałego przewodnika, a jestem taka beznadziejna”. Na pytanie, czy to nie jest działanie całkowicie wbrew własnemu interesowi promotora i przewodnika, słyszę, że nie, bo to najlepszy sposób na uzależnienie od siebie doktoranta, na wykształcenie osoby zależnej, poddanej, chcącej za wszelką cenę się wykazać.

A z przeczołgiwaniem było tak: 

W budynku instytutu trwał remont, którym dowodził jeden z adiunktów. Doktorantom przydzielono różne zadania, mnie przypadły tablice. Proszę ojca o pomoc: bierze wolne z pracy, pożycza furgonetkę, jedziemy do hurtowni za Warszawą. Ładują nam siedem ciężkich tablic, pierwszy raz w życiu załatwiam faktury! Wjeżdżamy na dziedziniec, ale rozładować musimy sami: udaje nam się wtaszczyć towar na parter, składujemy równo przy schodach. Ojciec musi wracać, a ja melduję wykonanie zadania, prawie salutuję z dumy. I wtedy ów adiunkt opieprza mnie jak kapral: tablice powinny wisieć w salach! Po czym wraca do pokoju pracowników i chwali się głośno, jak mnie przeczołgał (używa słowa „przeczołgać”).

Do stałych praktyk na wielu wydziałach i uczelniach należy grillowanie. Niekoniecznie dotyka tylko doktorantów. Polega na bezlitosnym atakowaniu artykułu, rozdziału czy fragmentu pracy przedstawionego pod dyskusję na seminarium czy na zebraniu w taki sposób, by w imię konstruktywnej krytyki doprowadzić autorkę lub autora do rozstroju, a najlepiej do łez. 

Na zebraniach zakładowych doktoranci mieli obowiązek konsultować swoje pomysły na badania, a potem prezentować ich wyniki, co najmniej raz w roku. Za każdym razem po takich prezentacjach większość krytykowała nas w nieprzyjemny sposób, nie dając jednak żadnej konstruktywnej krytyki ani propozycji rozwiązań. Nie padały żadne dobre słowa, nie punktowano zalet czy pozytywów. Słyszałam wciąż i wciąż, że moje pomysły są głupie, dziecinne, nie mają nic wspólnego z nauką, moje metody są złe, a moje wyniki bez sensu – ale nigdy nie tłumaczono, co dokładnie jest źle i jak powinno być. To powodowało, że czułam strach przed każdą taką prezentacją, a w ostatnich latach doktoratu dostawałam ataków paniki za każdym razem, gdy miałam coś wygłosić publicznie na forum zakładu.

Grillowanie jest w środowisku akceptowane, a w każdym razie nie wzbudza otwartego sprzeciwu. Być może dlatego, że na ogół nie chodzi w nim wcale o tekst i pomoc osobie piszącej, ale o swoisty performans – występy grillujących, którzy prześcigają się w pomysłach i metodologicznych popisach, w monologach i egotripach. Bywa też i tak:

Mniej więcej raz do roku prezentuję na zebraniu pomysł na habilitację, a potem kolejne rozdziały. Habilitowany zawsze siedzi najpierw cicho i przeczekuje pierwszą rundę (aż się „nałykam pochwał”), po czym uderza: przepytuje mnie jak uczennicę, drwi, wyraża wątpliwość, czy coś z tego w ogóle będzie. Jego szarże są napastliwe, reszta milczy głucho i patrzy w ziemię. Po zebraniu zbieram głosy wsparcia („daj spokój, to paranoik”), ale potem nie mogę pisać, każde zebranie blokuje mnie na kilka miesięcy.

Krytyka przybiera czasem kuriozalny obrót, gdy ze strony profesora ni stąd, ni zowąd pada pytanie „dlaczego mnie nie cytujesz?” albo gdy tuż przed obroną doktoratu i po pozytywnych recenzjach kierowniczka zakładu podważa zasadność wyników, prezentowanych wcześniej wielokrotnie na zebraniach: „wydaje mi się, że te wyniki są złe, powinna być inna statystyka dobrana, czy ktoś ci to akceptował?”. A i z akceptacją bywa różnie ze strony promotora, który chwali kolejne rozdziały pracy i poświadcza to wpisami w indeksie, po czym ostatecznie odmawia przyjęcia całości, sugerując napisanie pracy od nowa. Znane są też bardziej perwersyjne metody nękania – czynienie kogoś ulubieńcem, wzorem dla innych, „uczniem umiłowanym”, a potem niespodziewanie, dla przykładu, upokarzanie go publicznie, na seminariach, dla tak zwanej „twardej dupy”. Czasem dzieje się to nie bez powodu:

Habilitowany z grupą wiernych doktorantów buduje zespół badawczy. Zwłaszcza jeden doktorant budzi jego nadzieje, wszyscy wiedzą, że to faworyt. Tymczasem na zaliczenie roku habilitowany wpisuje mu do indeksu tróję. Chłopak niczego nie zaniedbał, zbierał punkty, co się stało? Drobiazg. Na jednym z ostatnich zebrań zespołu omawiany był tekst habilitowanego, do którego doktorant zgłosił kilka celnych krytycznych uwag.

Są jeszcze takie historie jak rozgrywanie konfliktów między profesorami za pomocą doktorantek i doktorantów. Nie to, żeby zaraz sprawiać jakieś problemy, jednak motywując to troską o ostateczny kształt pracy, można przeciągać procedury akurat tak, że doktorantka nie wyrobi się z obroną na konkurs ogłoszony w innej instytucji.

Do miękkich mobberskich praktyk jeden z moich rozmówców zalicza monologowanie na zebraniach, kiedy brakuje czasu na sensowną dyskusję, zajmowanie pracownikom i pracownicom czasu, angażowanie ich uwagi w ponadwymiarowym zakresie, co nie ma uzasadnienia merytorycznego – dworskość, celebrę, pielęgnowanie narcyzmu. Za nękanie uchodzi też pisanie obszernych maili, tłumaczących rzeczywistość i wciąganie w dyskusje, zwłaszcza wtedy, gdy opinia habilitowanego nie została wzięta pod uwagę na ogólnym zebraniu:

zadręczał mnie mailami, w których tłumaczył, jak powinnam prowadzić badania, obrażał się, kiedy podtrzymywałam swoje zdanie i wściekał się, kiedy nie odpisywałam lub odpisywałam zdawkowo.

Bywały sytuacje, w których w jednym wątku wymieniono w sumie sześćdziesiąt siedem maili, bynajmniej nie jednozdaniowych.

SEKSIZM I MOLESTOWANIE

Pół wieku temu przed ważnym i trudnym egzaminem studentka zwierza się asystentce groźnego profesora, że trochę się denerwuje. Asystentka patrzy na nią życzliwe: „Przyjdziesz w bluzce z dużym dekoltem i wszystko będzie dobrze”. Dzisiaj wykładowca do studenta w koszulce z dekoltem w serek odzywa się z lubieżnym uznaniem: „Świetna praca panie X, ale ten dekolt...”. Pan profesor kładzie rękę na kolanie siedzącej obok doktorantki i mamrocze: „Nigdy nie miałem córeczki”. Promotor do doktorantki proponującej temat pracy dotyczący kobiet: „Chcesz pisać o seksie, a znasz się na tym?”. 

Historie obyczajowe są zawsze szeroko komentowane, od pokoleń opowiada się anegdoty o słynnych profesorach sypiających ze studentkami, o „narzeczonych”, które dziwnym trafem dostawały potem etaty na uczelni, o romansach, którym relacje władzy nadawały dwuznaczny charakter. To nie są proste sprawy i niekoniecznie muszą podlegać jedynie słusznym moralnym ocenom, które zresztą zależą w dużym stopniu od pokoleniowej i światopoglądowej orientacji. Spierałyśmy się o to kiedyś z Małgorzatą Szpakowską, która w romansach między nauczyciel(k)ami a student(k)ami także dzisiaj „nie widzi nic wstrząsającego”, a kilka lat temu na argument, że to wykorzystywanie relacji władzy odpowiadała, broniąc prawa studentki do romansu z nauczycielem:

jeśli chodzi o stosunki seksualne osób dorosłych, to naprawdę nie ma sensu w to ingerować. […] Czym innym jest kupczenie stopniami i zaliczeniami – ale to wtedy ze strony egzaminatora byłoby jak domaganie się łapówki. Jak ty tak, to ja tak, jak nie spotkasz się ze mną, to ci nie podpiszę indeksu. I wtedy kwestia różnicy wieku i pozycji jest drugorzędna, liczy się proponowany deal. W grę wchodzi nie żadne molestowanie […], tylko korupcja 2.

Cóż, korupcyjny charakter takiej sytuacji mocno ułatwia rozmowę na temat molestowania, które jednak i bez tego aspektu traktowane jest dzisiaj jako jeden z poważniejszych problemów akademii. Z badań opublikowanych w 2018 roku w raporcie Rzecznika Praw Obywatelskich Doświadczenie molestowania wśród studentek i studentów. Analiza i zalecenia wynika, że:

skala molestowania na uczelniach, szczególnie wśród kobiet, jest duża. Ponad czterdzieści procent przebadanych studentów i studentek doświadczyło jakiegoś typu molestowania od momentu rozpoczęcia studiów, a co czwarta osoba doświadczyła go na terenie uczelni. Obraz polskich uczelni, który wyłania się po analizie odpowiedzi dotyczących nękania, odzwierciedla generalne tendencje w Polskim społeczeństwie, pokazując, że to kobiety są bardziej niż mężczyźni narażone na molestowanie, w szczególności na molestowanie ze względu na płeć. To kobiety czują się mniej bezpiecznie, a także doświadczają więcej negatywnych konsekwencji, w szczególności jeśli naruszona była ich nietykalność osobista. Mężczyźni z kolei najczęściej nękani są z powodu swojej orientacji seksualnej. Sprawcami zachowań są w znakomitej większości mężczyźni. 3

Ponad trzydzieści procent studentów i studentek zadeklarowało, że doświadczyło przynajmniej jednego zachowania o charakterze molestowania seksualnego od momentu rozpoczęcia studiów. W przeważającej większości były to kobiety. Z całej badanej próby tylko nieco ponad dwanaście procent mężczyzn przyznało, że takie zdarzenie miało miejsce, podczas gdy wśród kobiet odsetek ten wyniósł niemal czterdzieści cztery procent. W piętnastu procentach przypadków sprawcą był pracownik naukowy. W raporcie Rzecznika Praw Obywatelskich wyszczególnione są rozmaite formy molestowania na uczelniach: zaczepianie, sprośne uwagi i dowcipy, natarczywe przyglądanie się, komentarze na temat wyglądu, ciała lub życia prywatnego, seksualne aluzje, w których wyniku osoby badane czuły się nieswojo, zbliżenie się bez wyraźnego powodu lub nachylenie nad daną osobą, odczuwane jako nachalne, nękanie telefonami, esemesami lub mailami zawierającymi nieprzyzwoite treści. A że to oficjalne wyszczególnienie nie zdołało z pewnością objąć wszystkich fantazyjnych form napastowania, ani nie było w stanie przewidzieć malowniczości wielu sytuacji, jaka im towarzyszy, warto opisać je bardziej szczegółowo.

Gdy byłem doktorantem, na imprezie dla pracowników i doktorantów dopadła mnie profesorka, już kompletnie pijana. Pytała, czy zależy mi na pracy i etacie, bo jeśli tak, to muszę się bardzo postarać. Na przemian mówiła, że mnie uwielbia, albo że mnie nie znosi i gardzi moją pracą. Zaczęła wtajemniczać mnie w swoje historie małżeńskie i mnie też zadawała osobiste pytania. Obecny przy tym profesor, już zbierając się do wyjścia, spojrzał na nas dobrotliwie i orzekł przy wszystkich: „No, to są te rutynowe rozmowy, jak on to przetrwa, to już wszystko wytrzyma”. I poszedł. Profesorka znana była z tego, że na takich spotkaniach zawsze sobie dobierała ofiarę i wisiała na niej, pijana, przez resztę wieczoru. Nikt nie pomagał, nigdy.

Podczas kolacji pokonferencyjnej X bardzo mocno się spił, oparł mi głowę na podołku, wtulił się w moje uda i płakał, że ma nieudane życie seksualne. Mnie sparaliżowało, nie wiedziałam co zrobić, bo to był jednak ktoś nade mną w hierarchii.

Jedna z moich rozmówczyń opowiadała o profesorze, który zabawiał się podczas egzaminu w ten sposób, że zapraszał do gabinetu studentów parami, tak ich dobierając, by stwarzać sytuację maksymalnie dla nich niekomfortową, zadawać im żenujące, obsceniczne pytania z literatury i patrzeć, jak reagują, jak się wstydzą przed nim i przed sobą nawzajem. Było to przed laty, ale zapisało się w pamięci mojej rozmówczyni wraz z antysemickimi odzywkami profesora, niszczeniem studentów pochodzących ze wsi i perwersyjnym zwyczajem upokarzania i wykpiwania ludzi tak, by tego nie zauważyli. 

Dziś z tych ujawnianych kiedyś bezwstydnie uprzedzeń został z pewnością seksizm, wiecznie żywy: wykładowca na seminarium rozmawia tylko z chłopcami, a do dziewcząt mówi: „I co, kumoszki nie rozumieją?”. A inny podczas indywidualnych konsultacji do swojego doktoranta: „porozmawiajmy poważnie, bo nie ma już z nami niewiast”.

PIASTOWANIE WŁADZY 

Dworskość, celebra, pielęgnowanie narcyzmu, o których była mowa wcześniej, to niezbyt szkodliwa oprawa władzy faktycznej albo pozornej. Można się na nią skarżyć, albo ją wyśmiewać, bywa dokuczliwa, ale niekoniecznie groźna. Na istotę patologii w relacjach władzy na uniwersytecie zwraca mi uwagę jeden z rozmówców, wyliczając jej przejawy przyjmujące formy sprytnych strategii, którymi umacnia się system-sama-wiesz-jaki i sprawuje kontrolę nad „wspólnotą”:

1. Zarządzaj przez konflikt.
Dawaj wszystkim do zrozumienia, że w instytucie są dwie grupy: wzorowa i naganna. Naganna nie prowadzi dobrze ani zajęć, ani wartościowych prac naukowych. Nagannych nie należy lubić, bo są jak pijawki, żerują na nas, przez co nam żyje się gorzej. Pijawki marzą więc o zaliczeniu ich do prymusów, prymusi boją się zaliczenia do pijawek. Ten konflikt podsyca się na zebraniach insynuacjami, a obmową w rozmowach prywatnych.
2. Jesteśmy w oblężonej twierdzy.
Powtarzaj, że jesteśmy na wojnie, której stawką jest przetrwanie naszej katedry, zakładu, instytutu. Mów, że robisz, co możesz, żeby ocalić pensa i zatrudnienie.
3. Nic na piśmie.
Na wszelki wypadek nie przedstawiaj oficjalnych dokumentów: streszczaj je i interpretuj. W mailach pisz pochwały, krytykuj zaś na zebraniach.
4. Stosuj metodę faktów dokonanych.
5. Zebrania zwołuj arbitralnie i wymuszaj obecność, choćby dotyczyły ubiegłorocznego śniegu.
6. Możliwie dużo wiadomości przekazuj rozpoczynając zdanie od: .„Dochodzą do mnie głosy, że…” i dalej na przykład „na uniwersytecie szykują się cięcia finansowe…”.
7. Od czasu do czasu przeprowadzaj publiczny lincz jednego z pracowników lub pracownic.
8. Stwarzaj wrażenie jednomyślności. Mów zawsze: „nasz zespół” albo „jesteśmy zespołem, dlaczego działasz na jego szkodę?”.
9. Troszcz się, by mieć doktorantów, ale nie przejmuj się ich doktoratami.
Możesz co roku brać nowych podopiecznych, a wraz z nimi ulgę w pensum, nawet jeśli przez ostatnie kilkanaście lat otwarto kilkanaście przewodów pod twoim przewodnictwem, a żadnego nie zakończono.
10. Nie przyzwyczajaj nikogo do prowadzonych zajęć.
Podział zajęć jest dobrą okazją do skłócania pracowników ze sobą, a nieustanna zmienność przedmiotów i nierównomierność obciążeń to doskonała karta przetargowa.
11. Kumuluj i pomnażaj funkcje kierownicze. 
Możesz być jednocześnie kierownikiem katedry, dyrektorem instytutu, prodziekanem, członkiem wielu komisji i jeszcze kilku innych organów. W ten sposób zgodnie z procedurami, zgłoszenie o nieprawidłowościach w katedrze, którą kierujesz, rozpatrzysz sam za własnym pośrednictwem. 
12. Rozdrabniaj etaty. 
W ten sposób nawet kilkanaście osób owiniesz sobie wokół palca. Stanowiska wykładowców można łatwo zlikwidować, na połówki etatów dydaktyczno-naukowych nie robi się konkursów, a pracownicy w wieku emerytalnym lub przedemerytalnym raczej ci się nie postawią.

Ten zbiór zasad, spisanych bez wątpienia z doświadczenia i na podstawie naocznej obserwacji, stanowi miażdżącą krytykę zarówno konkretnej praktyki, jak i całej struktury, która to umożliwia. Tym samym wraca początkowe pytanie: co ma decydujący wpływ na kształt wspólnoty akademickiej: statuty, struktury czy osoby? A może jednak wcielony w te osoby i struktury system? Tym bardziej że ta filipika o władzy, która przybrała tu formę zbioru zasad, odnosić się może z niewielkimi modyfikacjami do każdej organizacji – korporacji, urzędu, państwa. W takim żyjemy. 

INTERWENCJE

„W komisji ds. etyki zasiada molestator, stręczycielka i socjopatka, przecież nie pójdę do nich” – mówi jedna z postaci w sztuce Agaty M. Skrzypek. Kiedy przed laty odmówiono mi podpisania projektu grantu, jeśli nie usunę z jego tytułu sformułowania „feministyczny projekt badawczy”, chciałam skierować sprawę do komisji etyki. Nie zrobiłam tego, bo zorientowałam się, że wśród dziewięciu członków komisji nie ma ani jednej kobiety.

Zapewne niesłusznie sądziłam, że kobiety w komisji etyki odniosłyby się z większym zrozumieniem do mojego zażalenia, zważywszy, że na jednej z uczelni szczególnie przemocowego wykładowcę rokrocznie zgłaszano do szefowych katedry, które świetnie wiedziały, o co chodzi i żadna z tym nic nie zrobiła. 

Na innej uczelni szefowa zakładu przez wiele lat ignorowała informacje o mobbingu i karygodnym traktowaniu doktorantów, doprowadzając do ich grupowego odejścia. 

A jeszcze gdzie indziej promotorka, której doktorantka wielokrotnie zgłaszała nękanie ze strony innego pracownika, symulowała działanie:

wydawała się współczująca, obiecała, że pójdzie porozmawiać z Rzecznikiem ds. Równego Traktowania i dowie się, co zrobić, aby rozwiązać nasz problem. Po jakimś czasie wróciła do nas z informacją, że rozmawiała z Rzeczniczką i „nic się nie da z tym zrobić, nie możemy tego zgłosić”. Uwierzyłam jej i nic nie zgłaszałam. Niedawno dowiedziałam się, że rozmowa ta nigdy nie miała miejsca. Okłamała mnie z premedytacją.

W kwietniu tego roku w „Tygodniku Powszechnym” ukazał się artykuł Krzysztofa Storego Akademia przemocy, w którym wypowiada się Anna Cybulko, rzeczniczka akademicka na Uniwersytecie Warszawskim: 

Najpoważniejsze sprawy nadal podlegają sztywnej procedurze dyscyplinarnej. Niestety, nie zawsze skutecznie. – Dla mnie to jest strasznie bolesne – przyznaje Anna Cybulko. – To zniechęca do działania. Ludzie się otwierają, decydują się na bardzo trudny krok, mają wsparcie moje i uczelni. A potem lądujemy w pacie i np. procedura jest umarzana, bo komisja pracuje za długo. […]
Czy te sprawy dotyczą molestowania seksualnego? – Też – odpowiada rzeczniczka. – Dotyczą ludzi, którzy z czasem uznali, że nie obowiązują ich jakiekolwiek granice. Wtedy molestowanie jest tylko elementem takiej systemowej patologii. 
Co się z tymi sprawami stanie? – Postępowania trwają – mówi Anna Cybulko. – Jeśli chcemy, by ludzie nam ufali, to te komisje muszą stanąć na wysokości zadania. Liczę na to, innej wersji sprawdzać nie chcę.
Zapytana, ile spraw przez dziesięć lat jej pracy skończyło się bez poważnych konsekwencji dla sprawców, w ilu uczelnia nie stanęła na wysokości zadania, przez kilka sekund rzeczniczka akademicka UW milczy.
– Myślę, że mogłabym ten procent wyliczyć – odpowiada wreszcie. – Ale nie jestem gotowa o nim rozmawiać. 4

Pocieszające, że procedury antydyskryminacyjne na Uniwersytecie Warszawskim od kilku miesięcy już obowiązują. Na Jagiellońskim jeszcze nad tym pracują. 

WSPÓLNOTA

Nie zapominajmy, że uniwersytet jest wspólnotą, którą tworzą nauczyciele akademiccy, studenci, doktoranci i pracownicy niebędący nauczycielami akademickimi. Pracownicy niebędący też mają swoje obserwacje:

Pracownicy administracyjni zatrudniani są do „robienia kawy”. Zostało to wyśmiane już w Pracującej dziewczynie, a od tego filmu minęły trzydzieści trzy lata! Już w 1988 roku to było na świecie żenujące.
Zdarza się, że dziekan/dyrektor wymaga, żeby pracownik wstawał, kiedy on wchodzi do pokoju.
Powszechnie oczekuje się wykonywania przez pracowników administracyjnych czynności zupełnie niezwiązanych z pracą: „pani Anetko, pani piecze takie dobre ciasta, proszę upiec dla mnie na środę, bo będę miała gości”, „proszę odrabiać z moją córką lekcje w każdy wtorek”, „proszę zostać po pracy i uporządkować moje prywatne papiery”, „pani umie szyć, proszę zszyć moje…”.
Cytaty dosłowne: „proszę pani, wystarczającym dla pani wynagrodzeniem powinno być to, że może pani pracować na uniwersytecie” albo „oczywiście, że nie ma pani prawa zabierać głosu w obecności osób po habilitacji”.
Niebagatelny wpływ na to wszystko ma fakt, że nikt z wykładowców ani z dyrektorów czy dziekanów nie ma pojęcia, czym naprawdę zajmuje się administracja. Literalnie. Wyjątki istnieją, ale są rzadkie jak myszojelenie.

Chyba największe wrażenie robi jednak opowieść o dyrektorze instytutu, który stwierdził, że doniczka z kaktusami w sekretariacie jest ustawiona w celu obrażenia go. Ze względu na kolce. Może ktoś potrafi przerobić ją na limeryk?

POSTSCRIPTUM

Ten tekst ma co najmniej tuzin autorek i autorów – są tu Wasze słowa, sformułowania, doświadczenia, przemyślenia i emocje. Dziękuję za tę hojność i zaufanie. 

  • 1. Druk. w „Dialogu” nr 5/20121.
  • 2.  Szpakowska. Outsiderka, rozmawiały Agata Chałupnik, Justyna Jaworska, Justyna Kowalska-Leder, Joanna Krakowska, Iwona Kurz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013, s. 237.  
  • 3. „Biuletyn Rzecznika Praw Obywatelskich” nr 5/2018, „Zasada Równego Traktowania – prawo i praktyka” nr 25, Doświadczenie molestowania wśród studentek i studentów Analiza i zalecenia, Warszawa 2018, s. 46 i kolejne.
  • 4. Krzysztof Story Akademia przemocy, „Tygodnik Powszechny” nr 15/2021.

Udostępnij

Joanna Krakowska

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 1999 roku. Jest historyczką teatru współczesnego. Pracuje w Instytucie Sztuki PAN. Wydała monografie „Mikołajska” (2011), „PRL. Przedstawienia” (2016), "Demokracja. Przedstawienia" (2019), "Odmieńcza rewolucja" (2020). Jest współautorką książek „Soc i sex” (2009) i „Soc, sex i historia” (2014), a także współredaktorką antologii „(A)pollonia. Twenty First Century Polish Drama and Texts for the Stage” (2014) oraz słownika „Platform. East European Performing Arts Companion” (2016). Wydała antologię tekstów dla teatru „Transfer!” (2015). Kierowała projektem "HyPaTia. Kobieca historia polskiego teatru" (www.hypatia.pl). Jako uczestniczka teatralnego kolektywu jest współautorką dwóch spektakli „Kantor Downtown” (2015) i „Pogarda” (2016).