24_115_x_103.jpg

"Białe dłonie", reż. Szabolcs Hajdu, Węgry 2006

Współczesne kino 
węgierskie

Grzegorz Bubak
W numerach
Wrzesień
2017
9 (730)

Kino węgierskie przeżywa ostatnio swój najlepszy okres od co najmniej dwóch, trzech dekad. Nie chodzi wyłącznie o oszołamiające sukcesy filmu László Nemesa Syn Szawła (2015); to raczej wypadkowa różnych procesów zachodzących obecnie w kinematografii węgierskiej. Lista filmów i nagród jest długa. Koń turyński (2011) Béli Tarra – Srebrny Niedźwiedź w Berlinie w 2011 roku. To tylko wiatr (2012) Benedeka Fliegaufa – ta sama nagroda rok później. János Szász odbiera w 2013 Główną Nagrodę w Karlowych Warach za obraz Duży zeszyt (2013), trzy lata później ten sam zaszczyt spotyka Szabolcsa Hajdu za film To nie są najlepsze dni mojego życia (2016 – na podstawie drukowanej w tym numerze „Dialogu” sztuki Ernella z wizytą u Wolffów). Na początku roku 2017 wręczono Ildikó Enyedi Złotego Niedźwiedzia za film Dusza i ciało (2017). Wymieniam tylko najważniejsze festiwale, bez listy niemal wszystkich możliwych nagród dla Syna Szawła. Jednak interesujących węgierskich filmów jest dużo więcej i o nich będzie mowa.

Kinematografia węgierska nieustannie się zmienia, ulega ciągłej metamorfozie przy równoczesnym zachowaniu charakterystycznych dla siebie elementów, warto zatem przybliżyć najważniejsze, najistotniejsze zagadnienia obecne w niej w ostatnich kilkunastu latach, jak wymiana generacji, nowa perspektywa w traktowaniu tematyki historycznej czy rola i znaczenie muzyki.

Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku był kluczowy dla wszystkich sfer życia, oczywiście nie tylko na Węgrzech. Przemiany gospodarcze, wprowadzanie elementów wolnego rynku; te zmiany odczuł także przemysł filmowy, może nawet bardziej niż inne obszary działalności artystycznej. Drastyczne zmniejszenie finansowania rodzimej produkcji z budżetu centralnego musiało wytworzyć nowe, efektywne mechanizmy funkcjonowania. Filmy stały się towarem, który miał znaleźć swojego odbiorcę. Właściwie cała dekada lat dziewięćdziesiątych upłynęła na dostosowywaniu się do kapitalistycznych realiów, w przypadku jednych twórców proces ten przebiegł sprawniej, inni mieli z tym problemy. Na początku dwudziestego pierwszego wieku sytuacja się ustabilizowała, choć trudności finansowych nadal nie brakowało. Jednak pomoc państwa stała się na tyle wyraźna, że co roku można było wyprodukować co najmniej dziesięć filmów fabularnych.

Wkrótce po dojściu Fideszu do władzy pojawiły się głosy, że kino węgierskie znajdzie się w kryzysie spowodowanym rygorystyczną polityką prawicowych władz, które będą wspierać tylko wybrane realizacje. Faktem jest, że twórcy ceniący sobie niezależność nie otrzymali wsparcia ze strony państwowej fundacji filmowej (Magyar Nemzeti Filmalap), dlatego też szukali czasami dość egzotycznych partnerów biznesowych (stąd na przykład kilka filmów powstało w koprodukcji z Koreą Południową). Jednak ostatnie sukcesy kinematografii węgierskiej (tryumfuje również krótki metraż – nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej dla filmu Chór – 2016, reżyseria Kristóf Deák) zdają się przeczyć tym obawom. Co więcej, coraz śmielej formułowana jest opinia o drugiej złotej erze tego kina. Pierwsza, jak wiadomo, przypadła na drugą połowę lat sześćdziesiątych i pierwszą lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Wtedy swoje tryumfy, nie tylko w ojczyźnie, święcili tacy twórcy jak Miklós Jancsó, Péter Bacsó czy Zoltán Fábri.

Siła współczesnej kinematografii węgierskiej tkwi między innymi w imponującej liczbie i jakości debiutów fabularnych. Gábor Reisz, Virág Zomborácz, Károly Ujj Mészáros, Márk Bodzsár, Lili Horváth i właśnie László Nemes reprezentują może nie najmłodsze pokolenie węgierskich filmowców, ale z pewnością niezmiernie ważne i doskonale przygotowane do nowej roli. Wszyscy mają za sobą doświadczenia z filmami krótkimi, reżyserowali odcinki popularnych seriali telewizyjnych, a w ostatnich trzech, czterech latach zrealizowali swoje pierwsze filmy długometrażowe. Większość tych produkcji powstała przy wsparciu MNF. System finansowania jest nastawiony na młodych i debiutantów, choć niektórzy z nich mimo wszystko musieli także szukać pomocy wśród najbliższej rodziny.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że filmy wspomnianych reżyserów zachwyciły nie tylko publiczność, ale także krytykę, co w przypadku dzieł o charakterze rozrywkowym nie jest zbyt częstym zjawiskiem. Poza Reiszem i Nemesem debiutanci postawili na zdecydowanie odrealnione fabuły, w których dominują czarny humor i abstrakcyjne sytuacje. Virág Zomborácz w Po życiu (2014) opowiada o młodym człowieku, który pomaga duchowi swojego zmarłego ojca zagubionemu w świecie żywych. Ta surrealistyczna komedia składa się z wielu naprawdę zabawnych i świetnie zrealizowanych scen. Paradoksalnie zachwyty nad debiutem fabularnym Virág Zomborácz dotyczyły tego, że jest on mało węgierski, czyli humor jest autentycznie zabawny, niewymuszony, inteligentnie kreuje sytuacje. Na podobne rozwiązania zdecydowali się Márk Bodzsár w filmie Niebiańska zmiana (2013) i Ujj Mészáros w Liza, lisia wróżka (2015). Niebiańska zmiana to opowieść o łowcach skór, ale nie jest to dramat o bezwzględnych mordercach, tylko czarna komedia o stosunkowo zabawnych pracownikach pogotowia na nocnej zmianie. Liza… z kolei przekracza gatunki filmowe we wszelkich możliwych konfiguracjach. Opowieść o samotnej dziewczynie przeobraża się w film muzyczny (od czasu do czasu bohaterce ukazuje się duch japońskiego piosenkarza), ale równocześnie obowiązują tu reguły klasycznego kryminału, którym towarzyszą wyrafinowane efekty specjalne. 

W jednym i drugim filmie poruszamy się w oparach absurdu. Pojawia się zatem pytanie, co powoduje tę chęć ucieczki od problemów dnia codziennego? Czy jest to rozczarowanie węgierską rzeczywistością, czy może jednak fascynacja możliwościami, które w przypadku surrealistycznych historii ogranicza jedynie wyobraźnia? Jestem skłonny stwierdzić, że to właśnie poszukiwanie nowych, oryginalnych rozwiązań zarówno o charakterze fabularnym, jak i czysto wizualnym jest przyczyną wyboru międzygatunkowych opowieści i zaskakujących konwencji. Skoro możliwości techniczne również nie stanowią już bariery i efekty specjalne nie wyglądają śmiesznie czy tandetnie w porównaniu z filmami amerykańskimi, to dlaczego nie pokazać tego, co oferuje pomysłowość twórców? 

Warto zauważyć, że nie tylko debiutanci skłaniają się ku takim rozwiązaniom, wystarczy spojrzeć na ostatnie filmowe dokonania Kornéla Mundruczó: Łagodny potwór – projekt Frankenkstein (2010), Biały Bóg (2014) oraz najnowszy Księżyc Jupitera (2017). Biały Bóg to właśnie przykład na to, że węgierscy filmowcy doskonale czują się w odrealnionych historiach, które jednak rozgrywają się współcześnie. Reżyserzy, scenarzyści od otaczającej rzeczywistości oczekują czegoś więcej, jeśli nie jest ona dla nich inspiracją, próbują penetrować inne wymiary. W filmie Kornéla Mundruczó, nagrodzonym zresztą specjalną nagrodą w Cannes i nominowanym do Europejskiej Nagrody Filmowej, psi bohater przyłącza się do gangu swoich pobratymców, aby zemścić się na ludziach na złe traktowanie, którego doświadczył. Często w najnowszych filmach węgierskich różnica między światem realnym a abstrakcją, baśnią jest płynna czy wręcz trudna do uchwycenia (na przykład I love Budapest, 2001, reżyseria Ágnes Incze). 

Wracając do generacji doświadczonych debiutantów, trzeba jednak podkreślić, że w filmowym realnym świecie potrafią sobie radzić równie dobrze. W obrazie Sens życia i jego brak (2014) Gábora Reisza realizm wręcz poraża widza. Nakręcony za prywatne pieniądze film opowiada historię życiowego nieudacznika, którego zostawia dziewczyna. Bohater bezradnie próbuje odnaleźć się w nowej dla siebie sytuacji, można przy okazji dostrzec kilka nieśmiałych odniesień do aktualnych realiów na Węgrzech. Główny bohater, jak i jego przyjaciele narzekają, że młodym ludziom trudno znaleźć satysfakcjonującą pracę, dlatego niechętnie, ale z konieczności wyjeżdżają z kraju. Kino węgierskie, które (moim zdaniem niezasłużenie) wciąż ma etykietę niezwykle hermetycznego, poważnego i trudnego w odbiorze, ulega dziś metamorfozie, staje się coraz bardziej uniwersalne w pozytywnym znaczeniu. Lizę… uznano jakiś czas temu za najlepszy film roku i to właśnie dzięki debiutantom wytworzyła się nowa moda nad Dunajem: chodzenie do kina na filmy węgierskie. Wyniki frekwencji pokazują dobitnie, że wbrew czarnowidztwu mogą one skutecznie konkurować z amerykańskimi. Dotychczasowe marzenie producentów o stutysięcznej widowni dla filmu węgierskiego zaczyna się spełniać, i to w przypadku nie tylko jednego obrazu rocznie. 

Wcześniej rzeczywiście stereotyp kina węgierskiego jako przytłaczającego, pesymistycznego, z bohaterami, którzy pozbawieni są perspektyw i najczęściej przegrywają, znajdował potwierdzenie w konkretnych filmach. Przykładem takiego postrzegania jest znany obraz To cholerne życie Pétera Bacsó (1984), gdzie już sam tytuł nie napawał optymizmem. W każdej dekadzie gulaszowego komunizmu podskórny i nieodłączny pesymizm Węgrów znajdował filmową ilustrację. Przecież nie kto inny, tylko nasi bratankowie są odpowiedzialni za stworzenie dramatu sentymentalnego, gatunku, który wcześniej w kinie nie istniał. Jednak w ostatnich latach pesymizm rozbrajany jest ironią, satyrą i sarkazmem. Śmiech niekoniecznie jest przez łzy, częściej oznacza autentyczną wesołość, której brakowało.

Jak wspomniałem, jest dość symptomatyczne, że wśród realizowanych ostatnio filmów naprawdę niewiele opowiada o aktualnych wydarzeniach. Tak jakby twórcy nie chcieli uszczęśliwiać publiczności zbyt dużą dawką tak zwanej szarej codzienności. Otaczający świat przytłacza, zarówno widzowie, jak i twórcy dość mają rzeczywistości wykreowanej przez media. Kino węgierskie, jak kiedyś, czyli w swoich początkach, ma być odskocznią, rozrywką, ale i sztuką w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Politycznych odniesień nie ma wcale, gdzieniegdzie są zauważalne kwestie ekonomiczne i społeczne, ale bardziej jako pretekst do opowiedzenia autonomicznych historii, które nie dają jednak szerszej perspektywy. Środowe dziecko (2015) Lili Horváth jest prostą, chwilami nawet wzruszającą historią samotnej, niepełnoletniej matki walczącej o możliwość wychowywania synka. Po każdym kroku ku upragnionemu celowi następują dwa wstecz, dziewczyna nie potrafi i nie może zerwać kontaktów ze swoim dotychczasowym środowiskiem młodocianych przestępców. Nadzieją może być specjalny program opieki społecznej mający na celu zachęcenie osób w trudnej sytuacji do podjęcia działalności gospodarczej. Ten proces w przypadku nieufnej, wrogo nastawionej do obcych dziewczyny przebiega niezwykle opornie. 

Oczywiście ofensywa i sukcesy debiutantów nie oznaczają, że twórcy o ustalonej już renomie odeszli w zapomnienie lub nie mają do powiedzenia nic ciekawego. György Pálfi i Szabolcs Hajdu to dwa nadal ważne nazwiska w kinematografii węgierskiej. 

Mimo stosunkowo skromnego dorobku fabularnego twórczość Györgya  Pálfiego zasługuje na szczególną uwagę. Już debiutancka Czkawka (2002) zwróciła uwagę krytyki i publiczności, obraz ten to zaprzeczenie kina gatunków, fabuła podporządkowana symfonii rytmicznych dźwięków po mistrzowsku łączy różne wątki. Trudno jednoznacznie określić, czy to postmodernistyczny paradokument, czy awangardowy film detektywistyczny. Obraz Pálfiego atakuje niemalże wszystkie zmysły widza, uderzając prostotą i pomysłowością. Jego Taxidermia (2007) także nie pozostawia odbiorcy obojętnym, jednak w tym przypadku mamy do czynienia z próbą przekroczenia, nierzadko skuteczną, granicy wrażliwości estetycznej, tak jakby reżyser chciał dotrzeć do punktu, w którym widz odwróci wzrok od ekranu. Wszystko zostaje powiedziane obrazem, a rola człowieka sprowadzona jest do wykonywania podstawowych czynności fizjologicznych. Inaczej niż w Czkawce, w Taxidermii efekt osiągnięty jest przede wszystkim odważnymi trikami filmowymi, które jednak służą uzyskaniu obiektywnego, beznamiętnego dokumentaryzmu. Panie, panowie – ostatnie cięcie (2012) to kolaż powstały w wyniku montażu ujęć z klasycznych dzieł kinematografii światowej. Opowiada się tu uniwersalną historię związku kobiety i mężczyzny. 

György Pálfi każdym swoim filmem zaskakuje zarówno pod względem formy, sposobu opowiedzenia fabuły, jak i samej treści, nie naśladuje, lecz podąża swoją niezwykle oryginalną drogą. Najnowszy film Swobodne opadanie (2014) to zbiór paru luźno ze sobą powiązanych historii z życia mieszkańców kilkupiętrowego budynku. Podobnie jak poprzednio ważną rolę odgrywa tu strona wizualna, jaskrawe kolory ścian pomieszczeń, zaskakujące ujęcia oraz efekty specjalne. Reżyser po raz kolejny żongluje konwencjami, w przypadku jego filmów pewne jest to, że nic nie jest pewne. Film ogląda się z zainteresowaniem, choć widz nie powinien przyzwyczajać się do oglądanych na ekranie postaci, bowiem po chwili zastąpią je całkowicie nowe. Żadna z realizacji filmowych Pálfiego nie jest osadzona w znanej nam rzeczywistości – to kolejny twórca, który wybiera poszukiwania w surrealistycznym świecie. Bez wątpienia można więc mówić o bardzo silnym nurcie w kinie węgierskim, który stanowi atrakcyjną alternatywę dla tego, co tu i teraz.

Szabolcs Hajdu to autor, którego twórczość jest różnorodna zarówno pod względem zastosowania środków formalnych, języka filmowego, jak i wyboru tematu. Ten reżyser teatralny, aktor i scenarzysta debiutował filmem Trudne sprawy (Macerás ügyek, 2001), potem sfilmował kameralną historię zatytułowaną Tamara (2004), ale jego wielki talent tak naprawdę ujawnił się w obrazie Białe dłonie (Fehér tenyér, 2006). Retrospektywna opowieść dorosłego mężczyzny dotyczy lat jego dzieciństwa. Wspomina trudną drogę, którą przebył, zanim osiągnął sukces sportowy. Mordercze zajęcia pod okiem bezwzględnego trenera pozostawiły ślad w psychice. Na emigracji zastanawia się, czy w relacjach ze swoimi podopiecznymi zachowuje się podobnie. Film zrealizowany został oszczędnymi środkami, przez co jest niesłychanie sugestywny. Z kolei Bibliotèque Pascal (2010) jest jego przeciwieństwem, trochę oniryczna, nierealistyczna opowieść zaskakuje intensywnością barw, efektów wizualnych i mnogością wątków. Różnorodność konwencji powoduje, że nie sposób jednoznacznie odróżnić świat fantazji od prawdziwych zdarzeń. 

Hajdu ma na swoim koncie – jakkolwiek dziwnie to brzmi – także węgierski western Złudzenie (2014), czyli częściowo abstrakcyjną opowieść zanurzoną jednak w autentycznych realiach węgierskiej prowincji. Czarnoskóry piłkarz ściągnięty nad Dunaj do piłkarskiego klubu niespodziewanie popada w konflikt z prawem i ucieka przed wymiarem sprawiedliwości. Wkrótce staje się niewolnikiem lokalnego gangu i musi walczyć o swoje życie. Nakręcony w konwencji klasycznego westernu film wykorzystuje bogatą symbolikę gatunku łącznie z pojedynkami rewolwerowców. Pojawiają się nawet ostrożne porównania z Django (2012) Quentina Tarantino, gdzie gatunek filmowy również był właściwie pretekstem do gry z widzem. Nagrodzonym filmem To nie są najlepsze dni mojego życia (2016) stara się Hajdu powrócić do realnego świata, w którym nie brak bardzo przyziemnych trudności. Interesujące jest to, że w jego twórczości realizm jest odejściem od reguły, pewną próbą artystycznych poszukiwań, gdy surrealizm pozostaje normą.

Inna istotna kwestia, która dotyczy współczesnego kina węgierskiego, to próba nowego spojrzenia na trudną, bolesną historię. Destrukcyjna siła wielkiej historii to element, który właściwie jest od zawsze obecny w węgierskich filmach, w każdej dekadzie – klasycznym przykładem są Desperaci Miklósa Jancsó (1966), czy późniejsza Kropla słońca Istvána Szabó (1999). Węgierscy twórcy z masochistyczną wręcz przyjemnością nieustannie analizowali przeszłość, po upadku komunizmu wykorzystując dodatkowo fakt, że nie krępowały ich już żadne ograniczenia. Co ciekawe, tym zagadnieniem interesują się nie tylko węgierscy klasycy, ale także przedstawiciele innych pokoleń węgierskiego środowiska filmowego.

Można by wymieniać długą listę filmów, które w ostatnich latach również próbują rozliczać się z przeszłością, jednak od samych tytułów ważniejsze jest to, że wreszcie twórcy węgierscy potrafią spojrzeć na historię z nowej perspektywy. Z perspektywy, która pozwala traktować naród węgierski już nie jak odwieczną ofiarę, nację skrzywdzoną przez wszystkich, tylko czerpać z przeszłości inspirację, przedstawiając ją jako przykre, ale pożyteczne doświadczenie. To podejście wciąż ewoluuje, ale już w poprzedniej dekadzie można było dostrzec symptomy zmian. Przy okazji okrągłej, pięćdziesiątej rocznicy tragicznej rewolucji 1956 roku twórcy węgierscy zaproponowali kilka ciekawych dzieł prezentujących odmienną perspektywę: Niepochowany (2004, reżyseria Márta Mészáros), Mansfeld (2006, reżyseria Andor Szilágyi), Chłopcy z Budakeszi (2006, reżyseria Pál Erdőss). W ostatnim czasie widać natomiast kolejny etap ewolucji. Filmowcy węgierscy podjęli bowiem próby, w kilku wypadkach bardzo udane, przedstawienia sytuacji porewolucyjnej w innej niż dotychczas konwencji. Berneński ambasador (2014, reżyseria Attila Szász) to thriller polityczny, film akcji oparty na autentycznych wydarzeniach. Podobnie Potwór z Martfű (2016) Árpáda Sopsitsa – jak w najlepszych filmach gatunku sensacyjnego, nie ma heroicznych stróżów prawa, są raczej doświadczeni przez życie funkcjonariusze milicji i niewydolnie działający wymiar sprawiedliwości. W przeciwieństwie do znakomitej większości produkcji odnoszących się do wydarzeń historycznych, w nowym spojrzeniu brak martyrologii, naiwnego bohaterstwa, są za to mniej lub bardziej udane decyzje głównych bohaterów. Również przywołany na początku Syn Szawła László Nemesa traktuje znaną i pokazywaną wielokrotnie historię w nowy sposób, który zaciera granice między katem a ofiarą.

To, co z pewnością wyróżnia kinematografię węgierską na tle innych, to rola muzyki, szczególnie muzyki rozrywkowej i jej specyficzna obecność, czyli uczynienie z niej składnika fabularnego. 

Pionierami przecierania szlaku muzyce rozrywkowej w świecie filmu były na Węgrzech powstające szybko w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku zespoły rockowe, w tym znana również w Polsce grupa Omega. Należy jednak zaznaczyć, że po udźwiękowieniu filmu od lat trzydziestych dwudziestego stulecia niemal każdy węgierski film fabularny mógł być klasyfikowany jako muzyczny. Z okazji dwudziestolecia powstania Omegi zrodził się pomysł zarejestrowania kilku jubileuszowych koncertów grupy. Reżyserem został Miklós Jancsó, film Omega, Omega powstawał przez dwa lata (1982–1984) i jest interesującym zapisem szerszego zjawiska, które znalazło swoje odbicie również w innych realizacjach. Obraz Jancsó konkurował z wprowadzoną na ekrany kin kilka miesięcy wcześniej operą rockową Król Stefan (1984) Gábora Koltaya zrealizowaną na podstawie sztuki Miklósa Boldizsára Ezredforduló (Tysiąclecie). Musical o królu Stefanie udowodnił, że mariaż dwóch sztuk w warunkach węgierskich może się okazać artystycznym sukcesem. Sztuka Boldizsára opowiada o wczesnym okresie w historii Węgier, a w zasadzie o początkach państwowości i ścieraniu się przeciwstawnych sił. Zwolennicy nowego i starego porządku walczą o przejęcie władzy, o kontrolę nad poddanymi, zwycięstwo Stefana oznacza zaś włączenie kraju w krąg cywilizacji zachodniej. 

Z liberalizacji systemu komunistycznego (lub inaczej rzecz ujmując – jego słabnięcia) korzystali między innymi fani muzyki rockowej. W 1986 roku Węgry odwiedził zespół Queen, jedna z najważniejszych grup w historii tego gatunku muzycznego i pierwsza tak znakomita z wrogiego obozu politycznego. Koncert na ówczesnym Stadionie Ludowym przed siedemdziesięciotysięczną publicznością oraz pobyt członków zespołu w Budapeszcie zarejestrowany przez Dialóg Filmstúdió znalazł się w dokumencie Jánosa Zsombolyaiego Queen w Budapeszcie (1987). 

Dość szczegółowe wprowadzenie do zagadnienia jest o tyle istotne, że pokazuje, iż obecnie silne związki filmu i muzyki nie są wynikiem koniunktury, aktualnej mody. Stanowią natomiast ważną cechę węgierskiego kina w jego długiej historii. Sztandarowym przykładem umiejętnego pogodzenia specyfiki medium filmowego z muzyką, z oczekiwaniami odbiorców wobec powtórnej aranżacji popularnych utworów jest film Pétera Tímára Lalunie (1997). Dzieło to jest ważne, ponieważ stanowi pewnego rodzaju novum, odkrycie nieznanego terytorium. Uświadomiło rodakom, że mimo naturalnej niechęci do reżymu komunistycznego, być może nawet podświadomie odczuwali nostalgię za latami sześćdziesiątymi. Lat pięćdziesiątych oczywiście nikt poza funkcjonariuszami służby bezpieczeństwa dobrze nie wspomina, natomiast następna dekada była przełomowa. Z każdym rokiem Węgrzy nabierali przeświadczenia, że w tym systemie można żyć, trzeba znaleźć dla siebie tylko właściwe miejsce i nie wychylać się zanadto. Péter Tímár lekką, zabawną konwencją i znanymi niemal wszystkim utworami „rozbroił” powszechnie negatywne wspomnienie komunizmu. Kilka lat później próbował powtórzyć sukces filmem Wszystko to casting (2008) o telewizyjnym show muzycznym Megasztár, w którym piosenki z różnych epok stanowiły istotną część opowiadanej historii.

Również w poprzedniej dekadzie zrealizowano film, który jest tak naprawdę komedią muzyczną, ale w jego przypadku ważniejsze jest zupełnie coś innego. Papryka, Sex i Rock’n’roll (notabene wyjątkowo niezręczny polski tytuł dla filmu, który oryginalnie nazywał się Made in Hungária, 2009, reżyseria Gergely Fonyó) przełamuje w kinie węgierskim istotne tabu. Zaprezentowany temat najpierw był całkowicie pomijany, później zaś traktowany przez twórców z wyjątkową powagą. Tym razem jednak rewolucja 1956 roku, punkt wyjścia dla opowiadanej fabuły, nie niesie za sobą dramatycznych skojarzeń, a pierwsza dekada Kadarowskiego reżymu, podobnie jak w filmie Tímára, ukazana jest zabawnie i z nutą nostalgii. Rodzina głównego bohatera powraca na Węgry po kilkuletniej emigracji spowodowanej upadkiem rewolucji i już wkrótce nastąpi zderzenie wyobrażeń o reżymie młodego bohatera wychowanego już na Zachodzie z, jak się okaże, tylko pozornie siermiężnymi realiami komunistycznymi. Ponownie twórcy węgierscy przekonują widzów, że nad Dunajem wszelkiego rodzaju konkursy młodych talentów należą do tradycji narodowej, że rywalizacja zdolnych artystów jest we krwi Węgrów, i to niezależnie od epoki, okresu historycznego. Reżyser wykorzystuje w filmie zarówno węgierskie, jak i zagraniczne (amerykańskie, brytyjskie) szlagiery z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i z pewnością ten fakt w dużej mierze przyczynił się do tego, że film Papryka, Sex i Rock’n’roll przez wiele tygodni od swojej premiery był najchętniej oglądanym filmem na Węgrzech. 

I wreszcie dochodzimy do tego, co w filmie węgierskim dzieje się całkiem ostatnio, jeśli chodzi o mariaż fabuły i muzyki. Balaton Method (2015) Bálinta Szimlera jest szczególną prezentacją nowej sceny muzycznej na Węgrzech na tle balatońskiego krajobrazu. Kilkanaście teledysków mimo braku wspólnej fabuły tworzy jednak jednolitą całość o rzadko spotykanej dynamice i świeżości. Eksperyment filmowy oparty na pozainstytucjonalnym finansowaniu udał się znakomicie. Jego koncepcyjną, bo nie fabularną kontynuacją, jest film #Nigdysięniekończący (2016, reżyseria Dániel Tiszker), w którym utwory zespołu Wellhello spajają dość przypadkowe krótkie historie. Zaczynamy przyzwyczajać się do faktu, że całe filmy lub przynajmniej ich części kręcone są telefonami komórkowymi, #Nigdysięniekończący idzie krok dalej, powstał w wyniku interakcji użytkowników portali społecznościowych.

Muzyka popularna, rozrywkowa jest po prostu fotogeniczna. Nie we wszystkich okolicznościach i nie zawsze stanowi oczywiście gwarancję artystycznego czy przynajmniej komercyjnego sukcesu, ale w warunkach węgierskich jej związki z filmem zdają się wręcz naturalne. 

Kino węgierskie w ostatnich latach z jednej strony skutecznie zmaga się ze skomplikowaną historią, filmy o przeszłości są produktami pamięci narodowej i tożsamości, dlatego długo nie udawało się uzyskać w nich perspektywy, która byłaby bliska obecnemu widzowi. Z drugiej strony kino próbuje odnaleźć się w aktualnej rzeczywistości ekonomicznej, sprostać oczekiwaniom publiczności. Stąd próby łączenia gatunków, konwencji, by atrakcyjnie przedstawić coś więcej niż realia dnia codziennego. Obok siebie tworzą reżyserzy wywodzący się z różnych pokoleń. Ważną rolę odgrywają debiutanci, dzięki instytucjonalnemu wsparciu co roku pojawiają się nowe nazwiska, które warto zapamiętać. Powstają filmy skutecznie łączące kino ambitne z wymogami kina komercyjnego, nastawionego na masowego odbiorcę. Współczesne kino węgierskie jest dzięki temu interesujące, różnorodne i pozytywnie nieprzewidywalne.

Udostępnij

Autor jest hungarystą i filmoznawcą, kierownikiem Zakładu Filologii Węgierskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, autorem książek Twórczość filmowa Istvána Szabó (2003) oraz Od eksperymentu do fabuły. Twórczość filmowa Pétera Timára (2013).