Srebro, Srebrniki, Srebrzysko

Paweł Banaszczyk, Adam Kijora, Aleksandra Kossowska, Agata Król, Karolina Pawłoś, Natalia Siedlecka, Emilia Stefaniak, Emilia Wójcik
W numerach
Maj
2021
5 (774)

Srebra nie noszę. 

No, może poza pierścionkiem, który dostałam od mamy. Noszę go na środkowym palcu, bo tylko na ten pasował w dniu, w którym go włożyłam. Od trzech lat go nie zdejmowałam. Mimo że większość mojej biżuterii jest złota, to Srebro Kuby Zubrzyckiego 1 noszę ze sobą i nie potrafię się go pozbyć. Nic dawno mnie tak nie dotknęło.

1.

My akurat wysyłaliśmy się do Suchowoli. 

Budynek zbudowany na zgliszczach dworku, przykucnięty w dziewiętnastowiecznym parku Czetwertyńskich w stylu angielskim, otoczony murem, drutem i legendą. Taki symboliczny „bilet do Suchowoli” dostawał od kolegów i koleżanek ktoś krzyczący na korytarzu, kopiący w piszczel, jedzący kredę, rzucający plecakiem, pijący colę nosem, malujący paznokcie, wąchający „halówki” i każdy inny apostoł szkolnej nieobyczajności.

Suchowola była tym miejscem, tą wsią, w której znajdował się szpital psychiatryczny. O szpitalu i okalającym go parku co nieco „się wiedziało”. Krwiopijczy pensjonariusz uciekł, schował się w starodrzewiu i straszy, pielęgniarz spuszcza krew pacjentom, pielęgniarki wyjadają leki albo zabierają je pacjentom i handlują „na lewo”. Zgodzicie się ze mną, że ta „wiedza” o szpitalu pochodzi raczej z antologii dreszczowców niż ze szpitalnej kroniki wypadków. Może słyszałaś lub słyszałeś w twoich okolicach podobne opowieści ze szpitalnej krypty?

Jeśli w ogóle istnieje jakaś kronika, to osoby spoza nie mają do niej dostępu i być może właśnie dlatego diablo je pociąga i pobudza wyobraźnię. Pracownicy szpitala zapytani o pikantne szczegóły, wydają się dziwnie małomówni (coś ukrywają?), nikt, kto tam był, nie przyzna się do tego, a nawet jeśli, to czy w ogóle takiej osobie można ufać? Ludzie zostają z pustką w miejscu faktów na temat szpitala, pustką, którą zapełnia tradycja ustna, relacje kogoś, kto zna kogoś – legendy z ziarnem prawdy. 

Wgląd do takich wypadków mają jednak odpowiednie organy. W przypadku Suchowoli był to Naczelny Sąd Administracyjny, który idąc za głosem Rzecznika Praw Pacjenta i za wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z 2017 roku, ukarał szpital za to, że „personel placówki kazał pacjentom płacić za pranie, strzyżenie, ładowanie telefonów oraz za prąd potrzebny do przygotowania herbaty. Rzecznik zwrócił również uwagę na brak indywidualnych programów terapeutycznych, niewłaściwie prowadzoną dokumentację medyczną, brak spacerów oraz niestosowanie parawanów podczas udzielanych świadczeń zdrowotnych”.

Jak zwykle rzeczywistość wyszła blado na tle wyobrażeń na jej temat, wampiryczność personelu jest szara, ekonomiczna. W nieromantycznych czasach zamiast krwi wysysa się pieniądze. „Żałuję, że w życiu nie jest tak, jak w powieści, gdzie ma się okrutnych ojców, ma się karły i olbrzymy do zwalczania i zaczarowane królewny do uwolnienia – pisał Kierkegaard. – Cóż znaczą wszyscy tacy wrogowie w porównaniu z bladymi, bezkrwistymi, wątłymi nocnymi widziadłami, z którymi ja walczę?” 2

2.

Srebro podziałało i na mnie. Sięgam po telefon, by wyguglować zakład psychiatryczny w Srebrzysku. Wszystko wskazuje na to, że miejsce, o którym pisze autor, w rzeczywistości znajduje się w Srebrnikach. Miejsce akcji jest zatem ściśle określone – to Wojewódzki Szpital Psychiatryczny w gdańskich Srebrnikach znany wśród mieszkańców Pomorza jako Srebrzysko, co więcej bohaterowie rozmawiają na temat konkretnych wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce i były kilkakrotnie odnotowywane w lokalnej prasie. 

Wchodzę na stronę zakładu, czyli Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego im. Tadeusza Bilikiewicza w Gdańsku. Chcę sprawdzić, w jakiej mierze dramat jest oparty na faktach. W aktualnościach znajduję informacje o funkcjonowaniu oddziału dziecięco-młodzieżowego: „w związku z utrzymującym się kilkudniowym przekroczeniem bezpiecznego limitu liczby hospitalizowanych pacjentów małoletnich na oddziale dziecięco-młodzieżowym podjęto decyzję o wstrzymaniu przyjęć do czasu ustabilizowania sytuacji pod względem ilościowym”.

Klikam „czytaj więcej” i wpadam w wirtualną nicość „404 nie znaleziono żadnej strony”. Cóż, wydaje się, że to miejsce rządzi się swoimi prawami.

Szukam dalej. Czy warunki opisane w Srebrze mają swe odzwierciedlenie w faktach? Czytam o pozostawianiu wózka z lekami bez nadzoru, obecności narzędzi ostrych na oddziale, niedbaniu o czystość, nieszanowaniu prywatności pacjentów. Wydawałoby się, że będąc w szpitalu psychiatrycznym, przyjęci na oddział będą pod stałą opieką psychiatryczną. Nic bardziej mylnego. Spotkanie z lekarzem to niemalże usługa luksusowa. Do tego okazuje się, że gwałt na piętnastoletniej pacjentce to nie wytwór wyobraźni Zubrzyckiego, a sytuacja, która faktycznie miała miejsce.

Im więcej czytam, tym większy rośnie we mnie niepokój. Mam wrażenie, jakby przewrót w podejściu do psychologii jeszcze w polskim zaścianku się nie dokonał. Jakby wciąż panowało u nas wczesno-nowoczesne podejście do psychicznie chorych, jakbyśmy wciąż byli na etapie wiary, że lobotomia to metoda skuteczna w leczeniu chorób psychicznych. Jako społeczeństwo wciąż jesteśmy pozbawiani prawa do życia w równowadze psychicznej. Brak dostępu do specjalistów i brak odpowiedniej edukacji sprawia, że kolejne pokolenia nie rozumieją i nie potrafią sobie poradzić ze swoimi emocjami. A zderzeni z instytucją, która ma leczyć, obarczeni chorobą psychiczną ludzie są pozostawieni sami sobie.

Ale jak wymknąć się procesowi alienowania osób z problemami psychicznymi, skoro jest on strukturalnie zakorzeniony w naszej cywilizacji, jak opisał to ponad pół wieku temu Michel Foucault?

W 1961 roku napisał Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu, czyli filozoficzno-historyczny esej, w którym podjął temat obłędu – od stanu godnego pogardy, który często postrzegany był jako kara, po ten, który uważano za przejaw swego rodzaju geniuszu. Foucault postulował również zmianę poglądów na temat zaburzeń i chorób psychicznych oraz metod ich leczenia. Medycyna przeszła długą drogę od trepanacji czaszek i elektrowstrząsów do leczenia farmakologicznego, wspartego różnymi rodzajami terapii i pracą wykwalifikowanych specjalistów. W rozważaniach Foucaulta doszukać możemy się też diagnozy całego społeczeństwa, według której każdy z nas odbiega od wzorca normalności, a co za tym idzie, jest w jakimś stopniu szaleńcem. Można rozumieć to na wiele sposobów – w końcu dla każdego z nas szaleństwo może być czymś innym – ale mimo to trudno odmówić autorowi trafności tego spostrzeżenia.

Czy w związku z tym bohaterowie Srebra, dramatu napisanego przez Zubrzyckiego, są szaleńcami bardziej niż ci, którzy nigdy nie przebywali w szpitalu psychiatrycznym? Szpital psychiatryczny to temat żywy w popkulturze od lat, najczęściej przedstawiany jako horror, w którym spotykamy niezrównoważonych morderców albo ofiary systemu. Ale szpital psychiatryczny u Zubrzyckiego jest inny, pewnie dlatego, że bliższy rzeczywistości. Autor, który prowadzi zajęcia z arteterapii w szpitalu psychiatrycznym w Srebrnikach, pokazuje realia polskich szpitali i problemy, z jakimi się borykają, ale przede wszystkim przedstawia nam bohaterów, którzy wcale nie wydają się tak bardzo od nas różni.

3.

Rok 2020 pod względem podejścia człowieka do choroby był wyjątkowy. Izolacja, kwarantanna, walka z pandemią, maseczki, rękawiczki – każdy człowiek jest dla nas zagrożeniem, każde kichnięcie budzi strach, każde podanie dłoni jest aktem niesubordynacji. Stajemy się ekspertami od chorób zakaźnych, wirusologami z habilitacją, czytamy, słuchamy wiadomości, prowadzimy dyskusje, żyjemy online, osobno. Drugi człowiek stał się niebezpieczeństwem dla naszego zdrowia, a nawet życia. 

Ale w tym samym roku 2020 podejście do chorób psychicznych się nie zmieniło. Jest niewiele lepiej niż dekadę temu, zaledwie trochę lepiej niż dwadzieścia lat temu, i choć na pewno lepiej niż w zeszłym stuleciu, to postęp wciąż jest nieznaczny, biorąc pod uwagę dostęp do informacji i łatwość zdobywania fachowej wiedzy. Choroba psychiczna, choć niezaraźliwa, budzi może jeszcze większy strach, bo nie dotyka jawnie naszego, z założenia nieidealnego ciała, nie jest też racjonalnie przyczynowo-skutkowa – spadłeś ze schodów, to masz złamaną nogę, a jak prowadzisz na pozór idealne życie, to dlaczego masz depresję? Problem jest również z leczeniem. Boli cię głowa, bierzesz tabletkę i przechodzi, a jak masz depresję i nie możesz wstać z łóżka, to powinieneś iść pobiegać? Bagatelizowanie chorób psychicznych wiąże się z silnym społecznym tabu, które z kolei jest wynikiem długiej tradycji. „Domy wariatów”, jak zwykło się mówić o szpitalach psychiatrycznych, pokazywane są w kulturze jako zbiorowiska osób niepotrafiących przystosować się do życia w społeczeństwie. Zaślinieni, mówiący coś pod nosem, agresywni wobec siebie i innych bohaterowie książek, filmów i seriali są abiektalni i obcy, ale o ile możemy ich spotykać w horrorach, to nie chcielibyśmy się z nimi konfrontować w rzeczywistości.

Zderza nas z nimi Kuba Zubrzycki. Bohaterowie sztuki Srebro to młodzi ludzie zamknięci w szpitalu psychiatrycznym. Boi się ich rodzina, nie dba o nich rząd, nawet lekarze ich opuszczają po tragicznym incydencie na jednym z oddziałów. Rozmawia z nimi jedynie animator kultury, który sam boryka się z problemami. Czytając Srebro, trudno traktować je jako czystą fikcję, równie dobrze może być to dramatyczny reportaż z wizyty w szpitalu w Józefowie pod Warszawą. Nikt nie wie, co z tą chorą młodzieżą zrobić, a jedynym wyjściem staje się srebrna substancja, która ma wyleczyć społeczeństwo z problemu nieprzystających do niego jednostek, a zarazem z wyrzutów sumienia „zdrowych” dorosłych.

A może wyleczy ich teatr?

4.

„Prawda w życiu, prawda w teatrze”, powtarzają jak mantrę bohaterowie, czekając aż za tym zdaniem pojawi się coś, co będą chcieli prawdą nazwać. Wokół nich jest szaro, zimno, srebrno… Prawda jest taka, że wartość życia zmienia się w zależności od koniunktury, a jedyne czego można być naprawdę pewnym to śmierć. Umierajcie więc. Najlepiej młodo, w cierpieniu i bez dostępu do opieki medycznej. Najlepiej po cichu, niezauważenie, tak samo jak się chorowało. Serena w pewnym momencie mówi: ,,Jeśli nie jestem agresywna i nie sprawiam problemów, to nikt nie poświęca mi czasu”. Uderzyło mnie to banalne stwierdzenie. 

Bohaterowie dramatu Zubrzyckiego, mówiąc kolokwialnie, nie postradali zmysłów – nie oszaleli. Potrzebowali po prostu pomocy w przejściu przez swoje kryzysy czy załamania, nie dali rady zrobić tego sami. Nie poznajemy ich historii w pełni, nie wiemy do końca, jakie mieli doświadczenia, jakie diagnozy im postawiono i jakie są rokowania i szanse związane z ich powrotem do zdrowia. Łatwo pokusić się o stwierdzenie, że znaleźli się tam przez konkretne braki – brak akceptacji ze strony społeczeństwa, brak akceptacji swojego ciała lub wydarzeń ze swojego dzieciństwa, brak miłości, brak przyjaźni, brak rodziny, brak zrozumienia, brak kogoś, kto da wsparcie, brak sensu życia, brak możliwości wypełnienia pustki. Ale czy oznacza to, że wszyscy ci, którzy nie mają za sobą doświadczenia hospitalizacji, nie odczuwają takich braków? 

Odpowiedź wydaje się prosta. Powszechność odczuwania tych braków może sugerować, że to właśnie brak jest „normalnością”, ponieważ jego rozmaite formy wpisane są w egzystencję człowieka. Trudne sytuacje wpisane są w życie, tak samo jak zaburzenia czy choroby natury psychicznej. Intensywność ich przeżywania bywa różna i jest to kwestia osobnicza. Od niej też zależy, czy zdołamy te demony pokonać sami, czy do ich pokonania będziemy potrzebowali czyjejś pomocy. Obracając się w kręgu osób, które mają depresję, myśli samobójcze i podobną rodzinną sytuację, zauważyłam jednak, że tacy ludzie wzajemnie się przyciągają, zupełnie jak Wikipedia, Serena i Łapa.

Poznajemy ich jako trójkę młodych ludzi, biorących udział w zajęciach teatralnych, które są elementem ich szpitalnej terapii. Każde z nich ma swoje osobliwe zachowania, ale nie są one szczególnie szokujące. Z czasem dowiadujemy się też, że szpital, do którego trafili, nie jest bezpieczny – doszło w nim do przestępstwa, a lekarze i pracownicy zaczynają się z niego masowo zwalniać. Pacjenci nie mogą liczyć na pełnowymiarową opiekę.

Warsztaty teatralne prowadzi młody mężczyzna, który zwracając się do swoich podopiecznych, często wyraża swoje uczucia i emocje, by zmienić zachowanie drugiej osoby. Mówi na przykład:. ,,Przestań się kiwać, bo bardzo źle to na mnie działa”. Na pierwszy rzut oka nie widać, że ma jakieś prywatne zmartwienia, więc raczej nie podejrzewa się go o problemy natury psychicznej. Kiedy jednak jeden z pacjentów odkrywa prawdę i na głos odczytuje esemesy świadczące o nadużyciach i krzywdach, które prowadzący zajęcia wyrządza swojej rodzinie, można poczuć się zaskoczonym, ale na pewno nie zszokowanym. W końcu wszyscy doświadczamy w mniejszym lub większym stopniu zła, a ludzie mogą stać przecież po każdej z jego stron. 

Róbmy teatr – mówi animator. Badań i prac naukowych o wpływie sztuki na choroby psychiczne jest wiele i będzie coraz więcej, powstają osobne kierunki studiów i mnoży się grupa specjalistów gotowych leczyć teatrem chorych ludzi. Trzy lata temu w ramach projektu dofinansowanego w Konkursie im. Jana Dormana, organizowanego przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, jeździłam po Polsce i pokazywałam spektakl w ośrodkach „dla trudnej młodzieży”. Odbiór był bardzo różny, niektórzy nie byli zainteresowani naszym działaniem, inni nam dziękowali, że odwiedziliśmy ich tam, gdzie nikt nie przyjeżdża. Kiedyś pewna dziewczyna podeszła do mnie po spektaklu ze łzami w oczach i powiedziała, że bardzo utożsamia się z postacią graną przeze mnie. Odnalazła mnie na portalu społecznościowym i zaczęła zwierzać się ze swoich problemów, pisać o swojej depresji. Zasugerowałam, żeby zgłosiła się do specjalisty, nic innego nie mogłam zrobić. Z perspektywy czasu zadaję sobie pytanie – co animator kultury może zrobić oprócz zwrócenia uwagi na taką osobę ignorowaną przez resztę społeczeństwa? Jeszcze trzy lata temu myślałam, że moja praca jest istotna, że może coś zmienić – dzisiaj, szczególnie po lekturze dramatu Srebro, mam duże wątpliwości.

5.

Srebro zaspokaja pragnienie wiedzy o tym, co się dzieje za szpitalnym murem. Robi to sprytnie, dialektycznie. Dialektyczna jest jednoczesna fikcyjność i dokumentalność tego dramatu. Oba te zjawiska występują w nim na co najmniej dwóch poziomach – akcji i postaci. Akcja, czyli wydarzenia na zajęciach grupowych umykają w próbie jednoznacznego sklasyfikowania ich jako rzeczywistych lub fikcyjnych. Wydarzenia przedstawione są w realistyczny sposób, możemy założyć, że faktycznie miały miejsce w niedalekiej przeszłości, jednak poza samym tekstem i jego uprawdopodobnieniem, co nie określa explicite jego statusu (fikcja czy dokument), nie mamy na to dowodów. „Fikcyjność” tę należy zatem wziąć w cudzysłów, ponieważ stan realności wydarzeń akcji dramatu znajduje się w swoistej superpozycji – są zarówno wydarzeniami z życia szpitala i pacjentów, jak fikcją literacką, są tym i tym, dopóki nie zweryfikujemy tego u źródła.

Podobna sytuacja dotyczy osób dramatu – bohaterowie i bohaterki mogą zarówno mieć swój pierwowzór w pacjentach szpitala i mogą być dokumentalnym portretem tych osób, jak i mogą być zupełną fikcją. Zubrzycki mógł je poznać i zmyślić jednocześnie. Tu sytuacja się komplikuje, ponieważ postaci w dramacie mówią faktami o Srebrzysku. „Prawda w teatrze”, kilkakrotnie pojawiająca się w wypowiedziach bohaterów, ma swoje miejsce w ich języku, w ich wypowiedziach na temat konkretnego szpitala. 

Zawieszenie bohaterów i akcji w tej sytuacji istnienia-nieistnienia daje to, że treść Srebra można „franczyzować” – przywołane wydarzenia z historii konkretnego szpitala odnoszą nas bezpośrednio do niego, jednak łatwo mogą być zastąpione podobnymi wydarzeniami z innych placówek. Postaci dramatu, nawet jeśli reprezentują konkretne osoby, to stanowią także dające się uogólnić typy pacjentów, być może występujące nie tylko w Srebrzysku. Rozmowa pensjonariuszy i animatora jest tu ramą do przedstawienia konkretnego problemu – czytając Srebro, czytamy poniekąd o każdym z takich miejsc, i każde z nich może się odnaleźć na horyzoncie rozpiętym przez Zubrzyckiego, gdzieś pomiędzy fikcyjnością a rzeczywistością wydarzeń dramatu.

6.

Na samym wstępie autor cytuje słowa gdańskiego psychiatry twierdzącego, że „strukturalne wykluczenie, jakiego doczekała się opieka psychiatryczna w Polsce, odpowiada wykluczeniu samych pacjentów cierpiących na zaburzenia psychiczne”. Tak więc już na początku lektury czytelnik otrzymuje jasną informację, o co tak właściwie chodzi. Autor spełnia obietnicę zawartą w motcie i rzeczywiście z wielu płaszczyzn dramatu refleksja nad stanem medycyny psychiatrycznej stała się szczególnie istotną częścią tekstu.

Zwraca to uwagę czytelnika na ogólny stan służby zdrowia w naszym kraju, kierując ją w stronę opieki psychiatrycznej. Jest to swego rodzaju komunikat, że w polskich szpitalach psychiatrycznych nie dzieje się dobrze, nie ma wystarczającej ilości miejsca, przestrzeni do swobodnego leczenia, nie ma środków finansowych na zatrudnienie większej liczby osób. Dochodzi więc do sytuacji, w jakiej miejsce, do którego chory udaje się po pomoc, staje się przyczyną dodatkowych traum albo symbolem nieudolności systemu służby zdrowia, z którym po wyjściu raczej nie chce się mieć już nic wspólnego. 

7.

Szpitale psychiatryczne obrosły wyjątkową legendą – w powszechnej świadomości funkcjonują nie tyle jako szpitale, ile wręcz jako więzienia czy nawet miejsca kaźni. Niewątpliwie ogromny wpływ na taki stan ma zarówno historia (przede wszystkim niesławna Akcja T4 oraz radzieckie psychuszki), jak i kultura w najróżniejszych jej rejestrach – wszak przerażający obraz szpitala psychiatrycznego pojawia się zarówno w wątpliwej jakości horrorze Pora mroku w reżyserii Grzegorza Kuczeriszki, jak i w pozytywnie przyjętej Kuracji Wojciecha Smarzowskiego zrealizowanej dla Teatru Telewizji, czy też w Oczyszczonych Krzysztofa Warlikowskiego. Istotny więc jest fakt, że Zubrzycki nie opowiada o wymyślonym, oderwanym od prawdziwego świata miejscu z horroru czy dramatu Sarah Kane, a o zwykłym, realnie istniejącym szpitalu, zmagającym się z konkretnymi, niewydumanymi problemami. 

W porównaniu do Jacka Głębskiego, autora literackiego pierwowzoru Kuracji (nie wspominając już o Sarah Kane), Zubrzycki jest zdecydowanie delikatniejszy i używa jaśniejszych barw – pacjenci tworzą tutaj w pewien sposób zżytą grupę oraz poddawani są arteterapii, a nie jedynie końskim dawkom leków psychotropowych jak u Smarzowskiego. Rzecz jasna, Smarzowski skupiał się raczej na problemie, czym tak właściwie jest choroba psychiczna, i na statusie człowieka chorego i zdrowego aniżeli na problemach instytucji, ale niewątpliwie, zarysowany przez niego obraz również miał swój udział w tworzeniu stereotypu obecnego w polskiej świadomości. Celnym rozpoznaniem Zubrzyckiego zdaje się fakt, że w 2020 roku mniejszy problem stanowią już brutalni i wulgarni, a w najlepszym wypadku oschli i cyniczni pracownicy, a większe rodzą się obecnie już na poziomie strukturalnym – miejsc jest coraz mniej, sytuacja staje się z miesiąca na miesiąc dramatyczniejsza (pomijając już nawet kwestie związane z pandemią COVID-19), a dzieci i młodzież coraz częściej potrzebują pomocy terapeutów i psychiatrów. 

W tym kontekście Srebro staje się wyjątkowo cenne – pokazuje realia szpitala psychiatrycznego, jednak pozbawia je elementów wziętych z horrorów, thrillerów czy filmów wojennych. Taki obraz sprawia, że jest to historia, która, jak jestem skłonny wierzyć, jest bliższa codzienności polskich szpitali psychiatrycznych i jej realnych problemów, która jednocześnie obyła się bez schlebiania miłośnikom opowieści z dreszczykiem. Zamiast nich otrzymujemy historie może mniej efektowne, ale uderzające swoją, niestety, zwyczajnością.

8.

Dramat Zubrzyckiego jest ważny i odważny. Pokazuje bowiem postacie, z którymi nie chcielibyśmy się utożsamiać, osoby, które przepełnione są nieszczęściem i które nie dostaną pomocy na ostatniej stronie sztuki. Ale na koniec pozostajemy jednak z nadzieją – bitwa o życie została wygrana, a wojna o zdrowie toczy się dalej.

9.

Happy Stay Alive Day dla bohaterów nie wiem czy fikcyjnych. 
I dla mnie. Moje życie jest warte tyle, ile dzieci ze Srebrzyska.
Bo ja nie noszę w kieszeni srebra, ale alprazolam.
Happy Stay Alive Day.

 

 

 

  • 1. Druk. w „Dialogu”, nr 5/2021.
  • 2.  Søeren Kierkegaard Albo-Albo, t. 1, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010, s. 12.

Udostępnij