salon_de_madame_geoffrin.jpg

Anicet Lemonnier „Lektura tragedii «Sierota chiński» Voltaire’a w salonie Madame Geoffrin w 1755”, 1812. Fot. Domena Publiczna

Pani Geoffrińska

Piotr Olkusz
W numerach
2021
7-8 (776-777)

W wyobraźni wizualnej salon Madame Geoffrin (1699-1777) utrwalił się dzięki obrazowi Aniceta Lemonnier Lektura tragedii „Sierota chiński” Voltaire’a… z 1812 roku, wyznaczającemu określony standard myślenia o osiemnastowiecznych salonach – zresztą zupełnie fałszywy. „Prawdziwiej” salon odmalował Michel-Barthélemy Ollivier (Popołudniowa herbata w Maison du Temple, 1766) pokazując, jak barwna i nieformalna socjeta rozkoszuje się sobą, a to gaworząc, a to lustrując półmiski, a to spoglądając na grupkę muzyków: trzech dorosłych i jednego dzieciaka (byłbym zapomniał: to Mozart). Salon „spopularyzował” i „ucodziennił” Nicolas Lavreince, zwłaszcza że jego obraz wkrótce przerobiono na niemal masowo powielaną grafikę, dzięki czemu pół Europy szybko dowiedziało się, że Spotkanie w salonie (1783) jest spotkaniem tylko z nazwy – bo równie dobrze można spędzać tam czas z kimś rozmawiając lub flirtując, jak i cieszyć się samotnością, zabierając swoje krzesło w kąt, siadając plecami do wszystkich i oddając się cichej lekturze. „Nic nie trzeba” – dałoby się nazwać obraz Lavreince’a, albo – jeszcze lepiej – „Możesz więcej”. Tymczasem u Lemonniera jest zupełnie inaczej. „Głowy charakterowe” i z „kontrastem oblicza”, „jakbyś umyślnie grupował”… Czterdziestu ośmiu mężczyzn i sześć kobiet (u Olli-viera i Lavreince’a proporcje są odwrotne) sztywno wpatruje się w stronę malarza, a jeśli nawet ktoś pozwala sobie na dezynwolturę w pozie (oczywiście Rousseau, który spiera się o muzykę z Rameau, oczywiście Turgot, bo przekonuje do nowej ekonomii Diderota), to i tak nie odwraca się do nas plecami. Chodzi przecież o to, by oglądający płótno łatwo ustalił, kto jest kim. I aby westchnął z podziwem: tylu wielkich naraz. To były czasy!

Nostalgia zamawiającej u Aniceta Lemonnier obraz Józefiny de Beauharnais ma, rzecz jasna, wymiar polityczny. Płótno Lektura tragedii „Sierota chiński” Voltaire’a w salonie Madame Geoffrin jest trzecim z obrazów tryptyku pomyślanego jako narracyjno-historyczna całość. Pierwszy olej, Franciszek I i „Święta Rodzina” Rafaela, jest opowieścią o wielkości Francji Renesansu. Drugi – Ludwik XIV odsłaniający wersalską statuę Milona z Krotonu – to pochwała Grand Siècle. Lektura u Madame Geoffrin jest zaś hołdem dla wieku świateł. Józefina zadbała o dramaturgię tej opowieści. Świat podróżującego dworu (Franciszek), ustępuje miejsca Francji scentralizowanej (Ludwik) i to scentralizowanej w Paryżu (Geoffrin). Francja ucząca się sztuki od Włochów (Franciszek), osiąga geniusz antyku (Ludwik), a nawet przyćmiewa Greków blaskiem oświecenia (Geoff-rin). Rodzący się publiczny mecenat nad sztuką (Franciszek), przeradza się w politykę artystyczną (Ludwik) i – w końcu – w mecenat prywatny (Geoffrin). A do tego najważniejsze: po mężczyźnie i mężczyźnie, przychodzi kobieta. Nie tylko bez błękitnej krwi, ale w ogóle bez imponującej genealogii. W dodatku bez zamków, bez wojska, bez polityki terroru. Za to z umiejętnością zjednywania sobie ludzi. 

Józefina, której pozycja więdła wskutek świeżego rozwodu z Napoleonem, szybowała tym malarskim zamówieniem po firmamencie marzeń i autokreacji, odrywając się od gruntu historii. Rozumiejąc propagandową moc sztuki (obraz prezentowała publicznie, w trakcie paryskiego Salon de la pein-ture), chciała, by Anicet Lemonnier kłamał w swojej pracy bez umiaru, by wepchnął do niedużego salonu ludzi, którzy nigdy nie mogli się tam spotkać w tym samym czasie i w takim składzie, i by zachowywali się tak, jak w osiemnastowiecznych salonach pełnych życia się nie zachowywano. Może widziała w sobie spadkobierczynię Pani Geoffrin? Obraz, który dekadę później umasowił w formie ryciny Philibert-Louis Debucourt, szybko stał się ilustracją podręczników historii, formatując wyobraźnię kolejnych pokoleń 1: trochę, jak u nas Matejkowska Bitwa pod Grunwaldem, tyle że skuteczniej.

Skuteczniej, bo Józefina i Anicet Lemonnier kłamali subtelniej. Nie umieścili na płótnie postaci fantastycznych, ani też nie wpuścili do salonu kogoś, kogo naprawdę nie wpuściła tam Pani Geoffrin. Głównie zakpili z dat: w 1755 roku, gdy czytano Sierotę chińskiego, część postaci z obrazu jeszcze nie bywała u Madame, a część wcześniejszych bywalców – spoglądających z płótna trzeźwym wzrokiem – faktycznie już nie żyła. Przy czym Lemonnier nie wskrzeszał ich w symbolistycznym uniesieniu: liczył, że nikt tego nie zauważy. Jeśli już jest jakiś duch na spotkaniu u Geoffrin, to jest nim Voltaire – jego popiersie, umieszczone niemal w centrum kadru (Matejko w tym miejscu zakomponował Madonnę w aureoli), zdaje się patronować salonowi. I to jest już wymysł Józefiny i Lemonniera: Voltaire, choć ceniony u Geoffrin, nie był mistrzem ceremonii. Składał wizyty, przemawiał, słuchano go, rozmawiano z nim, ale nie patronował salonowi. W 1755 roku zresztą jeszcze żył, i skoro już blejtram zniósł tyle kłamstw, to zniósłby jeszcze kolejne – można było zapomnieć, że w tym czasie (ponownie) Voltaire przebywał na wygnaniu, i zamiast malować deistyczne popiersie pisarza-ateisty Lemonnier mógł domalować pięćdziesiątą piątą osobę. Nie domalował. Tworzył przecież – przypomnijmy – tryptyk, i to popiersie Voltaire’a, zastępujące Rubensowski obraz Świętej Rodziny z obrazu z Franciszkiem I oraz posąg Milona z Krotonu z płótna z Ludwikiem XIV, domyka opowieść o losach świata. Po epoce fascynacji chrześcijaństwem, po czasie starożytnickiego uwielbienia dla antyku, nadchodzi nowa era: laickiej filozofii opartej na racjonalizmie, argumentach, potędze szkiełka i oka. Namalowany w 1812 roku obraz jest tryumfem tej postawy myślowej, która obejmie dusznym uściskiem restrykcyjnego racjonalizmu cały wiek osiemnasty, dostrzegając w nim wyłącznie czas odkryć i manifestów, jednej prawdy (choćby teoretycznej) i niezgody na zwątpienie. A przecież Madame Geoffrin nie była jakobinką, zaś całym swoim długim życiem dowodziła, że bardziej ceniła pytania niż odpowiedzi. Podobnie zresztą jak jej „salonowe” poprzedniczki, Księżna du Maine, Madame Lambert, Madame Tencin… Obraz Aniceta Lemonnier sugeruje, że w salonie Pani Geoffrin panował milczący kult Istoty Najwyższej (w tym wypadku Voltaire’a), że były to jakieś smętne (laickie) nabożeństwa, gromadzące ludzi jednego obrządku, tłumiących własne myśli. Nic podobnego.

***

Trudno pojąć, w jaki sposób Madame Geoffrin udało się zyskać pozycję, która nie tylko ożywiała później niejedną legendę, ale która w osiemnastym wieku uczyniła z niej – faktycznie – jedną z najbardziej wpływowych kobiet swojego czasu. „Bez dobrego urodzenia, bez talentów, nawet bez szczególnego majątku – wspominała ją później Élisabeth Vigée-Lebrun – stworzyła w Paryżu dzieło jedyne w swoim rodzaju, którego żadna kobieta nie byłaby dziś już w stanie stworzyć.” 2 Znała w ówczesnym świecie wszystkich, kogo warto było znać, a jak ich nie znała, to na pewno oni znali ją. Te pięćdziesiąt cztery postaci z obrazu Aniceta Lemonnier to największe umysły i talenty osiemnastowiecznej Francji, które darzyły Panią Geoffrin szacunkiem szczerym i nieskrywanym. Podobno nie była szczególnie inteligentna a także, inaczej niżduża część wybitnych kobiet swojego czasu, nie umiała dobrze pisać – co przypominał Marmontel (to najpewniej na podstawie jego relacji Boy wykłuł później swoje żarty na temat jej – nazwalibyśmy to dziś – dysgrafii). Nie była też szczególnie piękna, co chyba zresztą dodatkowo podkreślała ubiorem. Élisabeth Vigée-Lebrun, która umiała sportretować pędzlem każdą kobietę tak, by odnaleźć w nich przebłyski wdzięku, o – skądinąd podziwianej – Pani Geoffrin wypowiadała się, jakby zapominała o swojej wyobraźni; „[gdy ją poznałam], choć nie była jeszcze bardzo leciwa, to byłabym skora dać jej i ze sto lat; nie tylko garbiła się, ale też nosiła strój, który ją okrutnie postarzał. Ubrana w szaro-żelazistą suknię, na głowie nosiła czepek z falbanami, nakryty do tego czarnym płótnem, upiętym w supeł pod brodą. Dziś kobiety w podobnym wieku zachowują się zgoła inaczej – przywiązując większą wagę do swojej toalety umieją się niebagatelnie odmłodzić”.

Zdaje się, że tę strategię grania starszej niż była, Geoffrin obrała dość poźno – gdy w połowie stulecia jej salon ruszył pełną parą. Wcześniej nie kryła swoich wdzięków. Na namalowanym w 1738 przez Jean-Marca Nattiera portrecie, choć jest w przededniu czterdziestych urodzin (jak na ówczesne kryteria, jest już niemal sędziwa), nie zadaje sobie trudu okrycia dekoltu rokokową falą bluzki i nie przysypuje żarzących się różem policzków popiołem z pudru. Choć w dłoni trzyma napisany przez Madame Lambert esej O przyjaźni, to widać przecież, że słowa „przyjaźń” i „miłość” są dla niej niemalże tym samym.

Wydano ją za mąż, gdy miała czternaście lat, za niemal pięćdziesięcioletniego wdowca François-Louis Geoffrina, na co zgodę – mimo szaleństwa tamtych czasów – musiał jednak wydać arcybiskup Paryża. Bogatemu akcjonariuszowi królewskich przedsiębiorstw (w tym legendarnej Manufaktury Szkła) ofiarowała przyzwoity posag, stając się jednocześnie z mieszczki szlachcianką. Dwa lata później Geoffrinom urodzi się córka (imię dostanie po matce: Marie-Thérèse), a kolejne dwa lata później syn (dożyje zaledwie siedemnastu lat). Wątpliwe, by było to małżeństwo pełne żaru. Wielu biografów długo nawet powtarzało, że François-Louis był nieudacznikiem, że nie rozumiał ambicji żony. Ostatnie prace (a co ciekawe, wciąż pozostaje wiele dokumentów na temat Madame Geoffrin, które domagają się analizy) wskazują, że Geoffrinów łączył szczególny rodzaj trzeźwego pragmatyzmu. Maurice Hamon, wytrawny biograf Pani Geoffrin 3, zasugerował wręcz, że oboje doskonale zrozumieli, i to jako jedni z pierwszych, że nie da się oddzielić sukcesu ekonomicznego od sukcesu towarzyskiego (choć już niekoniecznie na odwrót). Co więcej, oboje byli ponadprzeciętnie ambitni (również gdy idzie o potrzeby finansowe), co dziś – zwłaszcza gdy myślimy o przyszłej patronce Encyklopedystów – może dziwić, ale w osiemnastym wieku nie było wyrazem drobnomieszczańskiej małostkowości. Siedemnastowieczny kult skromności dogorywał (Traktat przeciwko luksusowi Jeana Du Pradela z 1705 roku to bodaj ostatnia krytyka zbytku): w 1736 Voltaire bez ogródek napisze w Światowcu: „Kocham luksus”, a za nim pójdą kolejni, nie upominając się – jak nie upominał się twórca tej nowej szkoły ekonomii Bernard Mandeville – o prawa słabszych i biedniejszych. Geoffrinowie zyskali najpewniej na spekulacjach z udziału w Systemie Lawa – czyli umieli wycofać się w porę, tłumiąc chęć zysku (a nie umiał tego niejeden późniejszy bywalec salonu Marie-Thérèse, który stracił na tym samym interesie majątek – choćby Marivaux), a renty i dywidendy wydawali niechętnie – woleli reinwestować. Dlatego ich dom przy ulicy Saint-Honoré (ten, którego wnętrze odmaluje Anicet Lemonnier, cudownie je powiększając) był na pewno skromniejszy, niż mogli sobie pozwolić.

jean-marc_nattier_-_madame_geoffrin.jpg

Jean-Marc Nattier, Madame Geoffrin, 1738. Fot. Domena Publiczna

Na pewno jako rodzaj inwestycji potraktowali małżeństwo swojej córki, wydając ją za arystokratę: Charles d’Estampes de la Ferté-Imbault odbił się dzięki posagowi, otworzył przed młodą Marie-Thérèse dostęp do dworu, Madame Geoffrin zaś – umożliwił pokonanie kolejnego stopnia hierarchicznej etykiety. Córka – choć niewiele wiemy o tym, jak układało się jej małżeństwo, raczej nie najlepiej – nie wybaczyła matce decyzji: zdaje się, brzydziła się tego typu targami, choć jest też prawdą, że w roli arystokratki odnajdywała się później wzorcowo, manifestując przywiązanie do monarchii i niechęć do nowych prądów myślowych (gdy Madame Geoffrin umierała, córka zadbała o to, by przy jej łożu nie znalazł się żaden z jej libertyńskich salonowych przyjaciół: to byłoby godne mieszczki, nie matki arystokratki – uważała).

Konflikt dwóch Marie-Thérèse nie był w Paryżu tajemnicą, a nabierał tym bardziej groteskowego charakteru, że córka – choć regularnie pojawiała się w Wersalu (matka nie dostąpiła tego zaszczytu) – zamieszkała ostatecznie w rodzinnej rezydencji przy Saint-Honoré, nie włączając się w salon matki. Na jej gości patrzyła z góry.
Voltaire’a nazwała „zabawnym, ale i tanim pochlebcą” 4. Podjęła zresztą próbę założenia własnego „towarzystwa” złożonego z myślicieli wiernych monarchii i gardzących nowymi prądami. Z Markizą Pompadour – z którą wspólny język znalazła Madame Geoffrin – młoda Marie-Thérèse rozumiała się lepiej, ale (oto duma świeżej arystokratki) – odrzuciła jej propozycję przystąpienia do jej oficjalnego towarzystwa w Wersalu. Zadziwiające, jak blisko siebie, w samym środku osiemnastego stulecia, było od szacunku do uprzedzenia.

Widać było to zresztą po pierwszych salonowych doświadczeniach samej Madame Geoffrin. Swoje najstarsze próby tworzenia własnego „towarzystwa” podjęła mając niespełna trzydzieści lat. Jej nielicznymi gośćmi z tego okresu byli nowożytnicy związani przede wszystkim z Madame Lambert i Madame Tencin. Ta ostatnia (kuzynka Pani Geoffrin od strony męża) szybko też przejrzała jej ambicje. Marmontel (który długo wynajmował u Geoffrinów mieszkanie) przytoczył we Wspomnieniach jedną z rozmów z Madame Tencin: „Wie pan, po co ta Geoffrinowa 5 do mnie przychodzi? Chce zobaczyć, co uda jej się zebrać z mojego inwentarza” 6. I nie była zupełnie w błędzie, bo faktycznie, po śmierci Madame Tencin (1749), goście jej salonu, niemal bez wyjątku, zaczęli spotykać się na ulicy Saint-Honoré. Ale nie jest też prawdą, że Madame Geoffrin po prostu czekała na salonowy spadek, by zrobić z niego użytek „niczym – pisał dziewiętnastowieczny historyk literatury Abel François Villemain – mieszczka przychodząca po księżnej” 7. Już wcześniej, zdając sobie sprawę, że liczba potencjalnych gości jej salonu jest ograniczona, bo związani są własnymi towarzystwami, spróbowała zjednać sobie naukowców, tworząc namiastkę salonu uczonych (wyjątek w świecie salonów literacko-filozoficznych). Starała się nawet wpływać na wybory nowych członków Académie des Sciences (jak czyniły jej rywalki przy okazji nominacji do Académie Française). Później zaś, już w latach pięćdziesiątych, otworzyła salon dla malarzy, goszcząc największych artystów swojej doby: odwiedzał ją
Boucher, la Tour, Vernet, Roslin, van Loo, Bouchardon. To u niej zresztą niejako zadekretowano – dzięki autorytetowi Caylusa – odejście od rokoka i powrót do bardziej klasycyzujących form i tematów. 8 Coraz częściej gościli u niej cudzoziemcy, a ona chętnie ich przyjmowała, przemieniając, krok za krokiem, rok po roku, salon przy ulicy Saint-Honoré w „witrynę Francji”, której znaczenie szybko dostrzegł chociażby – znany w Polsce między innymi dzięki służbie dla Seweryna Rzewuskiego – Louis Antoine Caraccioli. Jego traktat z 1777 roku Paris, le modèle des nations ou l’Europe françoise (Paryż – model narodów czyli francuska Europa) powstał dzięki doświadczeniu salonu Pani Geoffrin, która – oto rygor etykiety – nie mogła stanąć przed swoim królem, ale przyjmowała u siebie tych, którzy – z czterech stron świata – zmierzali do Wersalu. W mistrzowski sposób żonglowała zaproszeniami dla cudzoziemców: jednych zapraszała w poniedziałki (dzień artystów), stając się niejako marszandem francuskiej sztuki (trudno dziś zliczyć, ile zamówień na obrazy złożono dzięki jej salonowi), innych zapraszała w środy: tu, poza rozmowami o literaturze i filozofii, toczyły się dyskusje o europejskiej polityce. Młody Poniatowski, późniejszy król polski, był przyjmowany przez Panią Geoffrin właśnie w te dni.

***

Madame Geoffrin zainteresowała się „beau Polonais” („pięknym Polakiem”) dzięki protekcji jego ojca. Stanisław Poniatowski, dobrze we Francji znany, głównie dzięki związkom ze stronnictwem Leszczyńskiego (ale warto też pamiętać, że swoistą laurkę w Wieku Ludwika XIV wystawił mu Voltaire), zauważył wielkie talenty Pani Geoffrin, zanim jeszcze dostrzegł je „cały Paryż”. Poznali się w 1741 roku i utrzymywali tę znajomość przez najbliższe lata, choć przecież ich pozycja w hierarchii dworskiej była bardzo nierówna. Młody Poniatowski trafił do salonu mając dwadzieścia dwa lata (w 1753 roku), w trakcie swojego „grand tour” po Europie. Kilka miesięcy regularnych wizyt (niepozbawionych początkowo różnych gaf ze strony przyszłego króla, który nie mógł pojąć, iż „w towarzystwie” szczerość jest ceniona tylko wówczas, gdy można mówić o kimś dobrze 9) było pożywką dla znajomości utrzymywanej latami, którą dość łatwo mitologizować, ale trudno jednoznacznie ocenić.

Nie brak opinii, iż Pani Geoffrin widziała w Poniatowskim swojego drugiego syna (pierworodny,
Louis-François, umarł niemal dekadę wcześniej). Zwracali się przecież do siebie, nie tylko w listach, właśnie wykorzystując familiarne formy: „mamam”, „fils”… Ale tę sentymentalną opowieść można zastąpić eksplikacją o wiele bardziej prozaiczną. Wieloletnia znajomość, publicznie zresztą manifestowana, była korzystna dla obu stron. Pani Geoffrin, zwłaszcza gdy Poniatowski został królem (a trzeba zauważyć, że to wówczas ożywa ich korespondencja 10), pokonała kolejny szczebel w hierarchii tytułów i etykiety, z kolei Stanisław August zyskał nieformalnego ambasadora w Paryżu, co było szczególnie ważne w sytuacji, gdy Francja nie uznawała oficjalnie jego elekcji i nie otworzyła wersalskiego dworu dla jego stałego przedstawiciela dyplomatycznego. Oczywiście propagandowa siła tej znajomości nie wykluczała szczerego przywiązania, niemniej na pewno nie ustępowała mu pola. 

A na tym tle szczególnie interesująca wydaje się wyprawa Madame Geoffrin do Polski w 1766 roku. Zaproszenie ze strony Stanisława Augusta miało charakter grzecznościowy – wiadomo, że podobnych zaproszeń rozesłał wiele i wiele pozostało bez odpowiedzi (szczególnie bolesne było désintéressement Voltaire’a, na którego wizycie królowi chyba naprawdę zależało). Geoffrin, mimo podeszłego wieku (bez mała sześćdziesiąt siedem lat!) i wbrew tradycji paryżan, by nie opuszczać Paryża (bo i po co?), postanowiła ruszyć w drogę. Podróż stanowiła dla niej – pisał Antoine Lilti, najciekawszy współczesny historyk społeczeństwa salonów – „szczyt światowej kariery” 11. Do tej pory to „oświeceni Europejczycy” jeździli do Paryża. Tym razem „oświecony Paryż” wybrał się do Europy (jak się okaże do „prawie Europy”). 

Zanim jeszcze Madame Geoffrin przekroczyła granicę Francji, o jej wyprawie było głośno w wielu europejskich stolicach, na co wpływ miała sama Marie-Thérèse, informując o planach (a później i o samej podróży) wielu niekoniecznie bliskich znajomych. W Wiedniu była witana z honorami godnymi królowej (rzecz niebywała, zważywszy jej niebytność w Wersalu). 12 Musiała nawet przedłużać swój pobyt. Na polskiej granicy czekał na nią wysłany przez Poniatowskiego powóz ze świtą, a w Warszawie – brzmi apokryficznie, ale to chyba prawda, choć wiemy na ten temat niewiele – dom będący kopią jej rezydencji z Saint-Honoré. Tyle że poza domem, meblami, może nawet książkami, nie było tam najważniejszej części jej salonu: nie było jej gości.

Pobyt w Warszawie można by dziś było opisywać w kategoriach upokorzenia. Król poświęcał Pani Geoffrin niewiele czasu (biorąc pod uwagę sytuację polityczną w kraju, trudno mu się zresztą dziwić). Dla warszawskiej arystokracji, szlachty i mieszczaństwa Madame Geoffrin była w najlepszym razie ciekawostką. Szybko znudziła się mieszkańcom stolicy, niewielu zresztą nawet chciało ją poznać. Używa się wielu barwnych metafor i suchych statystyk, by opisać, jak bardzo prowincjonalna była Warszawa drugiej połowy osiemnastego wieku. Historycy teatru przypominają o pustkach w Teatrze Narodowym, o tym, jak trudno było o widzów gotowych oglądać to, co oglądała oświecona Europa. Dużo wymowniejsza jest chyba jednak pustka w „warszawskim salonie Madame Geoffrin”. Pustka nie do pomyślenia w jakiejkolwiek ważnej stolicy Europy tamtego czasu.

Nierozpraszana przez (prawie) nic i przez (prawie) nikogo, Madame Geoffrin poświęcała czas na pisanie listów, w których jej wyobraźnia nie musiała obawiać się zderzenia z jakimkolwiek sklepieniem. Wypisywała o Polsce i Polakach niestworzone rzeczy: Warszawa była wspaniałą europejską stolicą, ludzie byli ucywilizowani, jak mało gdzie, a król był władcą doskonalszym od doskonałych. Tę korespondencję – taki był wówczas zwyczaj – czytano w Paryżu na głos: na salonowych spotkaniach, na rodzinnych uroczystościach, na zebraniach przyjaciół. Z tych opowieści rodziły się artykuły prasowe. Nawet Grimm w „Correspondances littéraires” (nie wiem, czy nie była to jedyna wzmianka o Polsce na tych prestiżowych łamach) donosił o „sukcesie” podróży, że to, co „początkowo zdawało się nieoczywiste i niejasne, okazało się nagle piękne i interesujące” 13. Jeśli o obrazie Aniceta Lemonnier przedstawiającym paryski salon Pani Geoffrin trzeba pisać używając słowa „przekłamanie”, to słowo opisujące relacje z pobytu Pani Geoffrin w Warszawie wciąż jeszcze wymaga odkrycia.

Czy Pani Geoffrin wróciła do Paryża rozczarowana (a znów wracała przez Wiedeń, znów witana z największymi honorami)? Trudno dociec, czy w jej pragmatycznym podejściu do świata było miejsce na takie uczucie. Na pewno oddała Poniatowskiemu przysługę, zresztą chyba dużo większą niż wówczas, gdy przez kilka miesięcy przyjmowała go w Paryżu. Czy Poniatowski był cyniczny? Na pewno był politykiem, i to w najdoskonalszym ze swoich wcieleń.

Przyjaźń (a może – by użyć handlowego zwrotu – kooperacja) przetrwała tę próbę. Pani Geoffrin w kolejnych latach reprezentowała w najlepszej wierze interesy Poniatowskiego w Paryżu (a chętnie powtarzała, że król skądinąd istniejącego wciąż kraju nazywał ją „mamusią”), zarówno zabiegając o ocieplenie stosunków z Wersalem, jak i troszcząc się o nabytki do królewskiej kolekcji sztuki 14. Trochę szpiegowała dla Stanisława Augusta, zwłaszcza relacjonując, jak źle wydają królewskie pieniądze jego stypendyści. Przysyłała do Warszawy francuskich architektów (mieli między innymi przebudować apartamenty królewskie na Zamku) – jak dobrze, że architekci nie opisali tego, co zobaczyli. Oczywiście to wszystko nie pozostawało dla samej Pani Geoffrin bez korzyści: była może i najważniejszym marszandem sztuki „współczesnej” w ówczesnej Europie. Nawet jeśli zysków nie dyskontowała w gotówce, to tkała swoją siatkę wdzięczności i zależności, w którą zaplatała pisarzy i bankierów, książąt i malarzy, następców tronów i filozofów. Dyplomatyczna maestria Talleyranda nie lśni tak jasno, gdy ją zestawić z talentami mieszczki w „szaro-żelazistej sukni” w „czepku z falbanami, nakrytym do tego czarnym płótnem, upiętym w supeł pod brodą”.

„Jej największą wiedzą był savoir-vivre: co do całej reszty, to poprzestawała na ogólnikach i komunałach; ale w nauce o obyczajach i zachowaniach, w wiedzy na temat ludzi, zwłaszcza na temat kobiet, była tak biegła, że mogłaby dawać z tej dziedziny najwspanialsze lekcje” 15– pisał o niej Marmontel. „Miała taką maksymę – to wciąż słowa historyka-encyklopedysty – że jak ktoś mówi źle o naszych przyjaciołach, to nigdy nie należy brać tych przyjaciół w obronę, ani też próbować zaprzeczać, bo to prosta droga do rozjuszenia żmii i do zachęcenia jej do dalszego plucia jadem.” Gościła u siebie najradykalniejszych z encyklopedystów i najbardziej kontrowersyjnych z filozofów. Była mistrzynią słuchania i rozwiązywania języków. Najbardziej radykalne tezy i najbardziej obłe banały komentowała podobnie: „Oto powiedziane”, „Słuchamy, myślimy”. W jej salonie mówiono Encyklopedię, zanim ją jeszcze napisano. A nad głowami wszystkich wisiał nieudramatyzowany tryptyk, który w 1773 Hubert Robert namalował według wskazówek pani domu: przedstawiał wizyty Madame Geoffrin w paryskim opactwie Saint-Antoine. To – mimo monumentalnej przyrody w tle – sceny niemal intymne, rodzajowe. Kobieta w „szaro-żelazistej sukni” rozmawia z mniszkami, spaceruje po parku, zasiada do stołu. O czym mówi? O Encyklopedii i o tragediach Voltaire’a? Co odpowiadają mniszki? „Słuchamy, myślimy”?

  • 1. Analizy ukazujące nieprawdopodobieństwa płótna zaczęły się pojawiać w dwudziestym wieku. Za przełomowy uważa się artykuł Johna Lough Lemonnier’s painting „Une soirée chez madame Geoffrin en 1755”, „French Studies” 45(3)/1991, s. 268-278.
  • 2. Élisabeth Vigée-Lebrun Souvenirs Charpentier, Paris 1869, s. 26, następny cytat s. 27.  
  • 3. Por. Maurice Hamon Madame Geoffrin. Femme d’influences, femme d’affaires au temps des Lumières, Fayard, Paris 2010. 
  • 4. Jej niechętny stosunek do myślicieli oświecenia ciekawie opisuje: Marie-Frédérique Pellegrin w: La Ferté-Imbault contre d’Alembert. Résistance mondaine et intellectuelle aux Lumières, „Œuvres et Critiques”, XXIII/1, 2013.
  • 5. Tak, u pisarza jest właśnie szorstka forma z rodzajnikiem „la Geoffrin”.
  • 6. Marmontel, Mémoires (IV), T. 1., s. 234. 
  • 7. Cyt. za: Henri Carton Histoire des femmes écrivains de la France, Dupret, Paris 1886, s. 159
  • 8. Por. Marc Fumaroli Le comte de Caylus et Edme Bouchardon : deux réformateurs du goût sous Louis XV, Somogy, Paris 2016. 
  • 9.  Opis przytacza sam Poniatowski w swoich wspomnieniach: Pamiętniki króla Stanisława Augusta. Antologia, przełożył Wawrzyniec Brzozowski, redakcja Marek Dębowski, Łazienki Królewskie, Warszawa 2013.
  • 10.  Stanisław August Poniatowski, Madame Geoffrin Listy Stanisława Augusta do pani Geoffrin od roku 1764 do roku 1777, opracował Lucjan Siemieński, nakładem Księgarni J. M. Himmelblaua, Kraków 1876.
  • 11. Antoine Lilti Le monde des salons, Sociabilité et mondanité à Paris au XVIIIe siècle, Fayard, Paris 2005, loc. mobi 4801. 
  • 12. Przedstawiono jej wówczas jedenastoletnią Marię-Antoninę. Gdy ta zostanie żoną delfina Madame Geoffrin spróbuje wkraść się w jej łaski, by tylko dostać się na dwór – choć znów wygra wersalska etykieta, to jednak nie będzie to już całkowita porażka paryskiej mieszczanki gromadzącej w swoim salonie oświeconą Europę. Oto jedna z wymiernych korzyści podróży do Polski.
  • 13. Cyt. za: Antoine Lilti Le monde des salons…, loc. mobi 4874.
  • 14. Wspaniale opisuje tę współpracęMałgorzata Maria Grąbczewska w eseju Marie-Thérèse Geoffrin et Stanislas Auguste Poniatowski w: Madame Geoffrin une femme d’affaires et d’esprit (katalog wystawy w Maison Chateaubriand, 2011), Silvana Editoriale, Paris, 2011, s. 39-45.
  • 15.  Cyt. za: Jacqueline Hellegouarc’h L’Esprit de société: cercles et salons parisiens au XVIIIe siècle, Garnier, Paris 2000, s. 89-90. Następny cytat tamże.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od roku 2009. Z wykształcenia teatrolog i romanista. Zajmuje się przede wszystkim teatrem francuskim, instytucjonalnymi uwarunkowaniami estetyki teatralnej, rozwojem idei teatru popularnego, a także osiemnastym wiekiem w teatrze i narodzinami nowoczesności. Tłumaczył teksty teoretyczne i literackie (w tym sztuki teatralne). Wykłada w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, jest także recenzentem portalu teatralny.pl.